19 czerwca 2014

Sto czterdzieści cztery

Ariel
Ariel z bijącym sercem rozejrzał się dookoła. Znajdował się w dużej, równie ponurej, ale przynajmniej dość dobrze oświetlonej sali.
Przypominało to trochę loch, chociaż nie był pewien, skąd to skojarzenie. Pomieszczenie było na tyle ogromne, że poszczególne ściany niknęły w mroku, więc nie potrafił określić, jakie w rzeczywistości są jego wymiary, ale bez wątpienia były imponujące. W środku panował chłód, podobnie jak i w całej twierdzy, zaś kamienne ściany sprawiały, że wszelakie dźwięki odbijały się echem, jedynie potęgując wrażenie bycia osaczonym.
Victor wyglądał na w pełni rozluźnionego, a Arielowi trudno było stwierdzić, czy to naturalne zachowanie, czy może jedynie maska. Teoretycznie nie istniał powód, dla którego jakikolwiek mieszkaniec twierdzy powinien czuć się zaniepokojony, zwłaszcza on, skoro to jego brat wydawał zajmować się tutaj najwyższa pozycję, to jednak wcale nie musiało być takie proste. Więzy rodzinne pomiędzy dziećmi księżyca nie odgrywały nawet w połowie tak ważnej roli, jak u ludzi albo wampirów i kto jak kto, ale Ariel wiedział o tym doskonale.
No i to jego ostrzeżenie… Co takiego powinien o nim myśleć?
Nerwowo rozejrzał się dookoła, w końcu skupiając wzrok na istotnych szczegółach. Dostrzegł, że przynajmniej w tej sali znajdowały się okna, wąskie i wysoko umiejscowione, ale jednak. Główne źródło światła stanowiły rozmieszczone w strategicznych punktach świecie, zaś w centralnej części znajdował się prosty, ale imponujących rozmiarów drewniany stół z wypolerowanym, prostokątnym blatem.
– No, pośpieszcie się – zawołała Isabella i w końcu dostrzegł ją, wygodnie rozłożoną na jednym z licznych krzeseł. Ciemne włosy falami opadały jej na ramiona i plecy; świetlne, rzucane przez świece refleksy tańczyły w czarnych lokach.
Victor oczywiście bez chwili wahania ruszył w jej stronę. Bez skrępowania mrugnął do niej porozumiewawczo, nie zrażając się, kiedy dziewczyna prychnęła i w ostentacyjny sposób odwróciła głowę. Udawała obrażoną, ale kiedy mężczyzna podszedł bliżej, kopnęła pod stołem krzesło po swojej lewej, nieznacznie je odsuwając, żeby zrobić mu miejsce. Zignorował je i szybko obszedł cały stół, siadając tuż naprzeciwko niej i przez cały czas przypatrując się jej urodziwej twarzy w niemal pożądliwy sposób.
Skoncentrowany na tej dwójce, nie od razu zorientował się, że w pomieszczeniu jest więcej osób. Nie był zdziwiony widokiem kilku nie tak dobrze zbudowanych, ale równie imponujących mężczyzn, rozgadanych i zachowujących się tak, jakby nic i nikt inny nie miał znaczenia. Osłupiał na moment, czując się tak, jakby przypadkiem zawędrował na jakieś przyjęcie, gdzie jako jedyny nie był zaproszony, co właściwie tak bardzo nie mijało się z celem. Jedno było pewne: atmosfera stanowiła całkowite przeciwieństwo tego, czego doświadczał w Mieście Nocy, przebywając ze swoimi pobratymcami. Nie potrafił tego jednoznacznie określić, jednak w powietrzu wyczuwało się swego rodzaju więź, coś jak braterstwo, a to było ostatnim, czego spodziewał się po tej grupie. Wyobrażając sobie wilkołaki z Lille, myślał o… Sam nie był pewien, ale chyba gorszej wersji istot takich jak Riddley, jego ojciec albo idioci tacy jak Bart czy Patrick.
Dobrze, nie miał złudzeń – musiałby być ślepy, głuchy i głupi, żeby nie wyczuć aury zagrożenia, którą emitowało to miejsce, a nawet Victor czy Isabella. Odkąd tutaj wszedł, wiedział, że wystarczy jeden błąd, żeby pożałować decyzji o przybyciu. Nawet w Mieście Nocy nie czuł się w ten sposób, świadom ciągłego napięcia i obecności osób, które potrafiły być równie niebezpieczne, co i przyjazne. Nie byli tak nieokrzesani, tak bezpośredni, ale to właśnie stanowiło ich atut – to oraz fakt, iż potrafili ze sobą współgrać.
Myślał nad tym, kiedy przeszedł go nagły dreszcz, a na karku poczuł coś, co przypominało lodowate ukłucie. Natychmiast rozpoznał to uczucia, uprzytamniając sobie, że ktoś go obserwuje. Wciąż tkwił blisko wyjścia, dokładnie tam, gdzie zostawił go Victor, próbując stwierdzić na co może sobie pozwolić, więc nieprzyjemne uczucie skutecznie przywołało go do porządku. Natychmiast rozejrzał się dookoła, bez trudu dostrzegając parę stalowoszarych, wpatrzonych w niego oczu.
Wiedział wiele kobiet, pięknych w różny sposób, ale ta przebijała je wszystkie. Była urokliwa, zdecydowanie bardziej niezwykła niż jakakolwiek inna dziewczyna, łącznie z Alessia albo tajemniczą nieznajomą, którą zobaczył przed twierdzą – z tym, że w jej przypadku urodzie daleko było do wywołania zauroczenia albo pożądania. To było zimne, onieśmielające piękno, mające na celu nie tyle przyciągać, ale wręcz zniechęcać, potęgując uczucie niepokoju a może nawet… strachu.
Kobieta zacisnęła usta – dwa bliźniacze, niemal idealnie szkarłatne łuki. Nie uśmiechała się, ale też nie wyglądała na zniesmaczoną. Najprostszym określeniem wyrazu jej twarzy, wydawało się: bezbarwna, chociaż i to na swój sposób mijało się z prawdą. Miała długie do połowy pleców, kruczoczarne włosy i nieskazitelną, lekko oliwkową cerę. Nie potrafił jednoznacznie określić jej urody, jednak w zdecydowanych rysach twarzy było coś egzotycznego, może nawet na swój sposób szlachetnego. Olśniewała, chociaż nie tak jak Isabella – jeśli ta była południowym kwiatem, nieznajomą przed nim mógł uznać za drapieżne zwierze, bo na pewno pozwoliła o swoje zawalczyć, gdyby zaszła taka potrzeba. Był gotów posunąć się o stwierdzenie, iż to właśnie kobieta potrafiła stanowić prawdziwe zagrożenie, gdyby tylko zaszła po temu konieczność.
Nie speszyła się, kiedy podchwycił jej spojrzenie. Wyraz jej twarzy nie zmienił się, ale w jej oczach był chłód i tak wiele sprzecznych uczuć, że nawet Ariel poczuł się… zaniepokojony – i to delikatnie mówiąc. Nie wyobrażał sobie, żeby ktokolwiek bez powodu mógł darzyć go jakimikolwiek negatywnymi uczuciami (no, może Yves, ale on nie darzył sympatią nikogo – a zwłaszcza swojego „nieudanego” syna), jednak czując na sobie lodowate spojrzenie tych niezwykłych oczu, czuł się trochę jak zwierzyna łowna, którą właśnie upatrzyła sobie polująca pantera.
Lodowate piękno… Kiedy tak na nią patrzył, wydawała się nierzeczywista, jakby pozbawiona uczuć – chyba, że chodziło o gniew, bo tego wydawała się być pełna. Patrzyła mu w oczy przez jeszcze kilka chwil, jakby chcąc podkreślić swoją pozycje oraz to, że wcale nie czuje się zażenowana tym, iż przyłapał ją na przypatrywaniu mu się, zanim w końcu odwróciła głowę, ściągnęła łopatki i podeszła do stołu z cichym stukotem przynajmniej piętnastocentymetrowych obcasów. Tren czarna, przylegająca do ciała sukni z długim rękawem, powiewał za nią niczym sztandar, dodając jej krokom lekkości, ale i pewności siebie.
Krok polującej pantery. Zdecydowanie.
– Lilia – mruknęła Isabella, kiedy kobieta bez pytania osunęła się na miejsce tuż obok niej. Cały entuzjazm, który przejawiała, prowadząc swoją skomplikowaną grę z Victorem nagle gdzieś wyparował. – Jak… miło.
– Nie zostaniesz aktorką, Isabello. – Lilia uśmiechnęła się chłodno, mimo uszu puszczając jej złośliwy komentarz.
O bogini, ta istota nawet uśmiech potrafiła przemienić w potężną broń, bez trudu przyprawiając innych o dreszcze, nie wspominając już o sposobie, w jaki zaakcentowała imię swojej towarzyszki. Nawet pewna siebie Isabella skrzywiła się i odwróciła głowę, jakoś dziwnie kuląc się na swoim krześle i sprawiając wrażenie kogoś, kto najchętniej znalazłby się gdzieś daleko, byleby nie na tym konkretnym krześle, tuż obok lodowatej księżniczki.
Więc to była Lilia! Co więcej, rozpoznał jej głos, jako ten chłodny i pełen wyniosłości, który słyszał w korytarzu, zanim wraz z Victorem weszli do środka. Już wtedy odniósł wrażenie, że kobieta nie jest zachwycona wizytą kogokolwiek obcego (a może po prostu chodziło o to, że był z Miasta Nocy?), jednak teraz miał wątpliwości co do tego, czy „niechęć” jest tutaj najłagodniejszym i mocno naciąganym określeniem, którego mógł użyć, by określić jej nastawienie. Co prawda Victor i Isabella zachowywali się tak, jakby to było normalnym dla Lilii zachowaniem, ale nie mógł pozbyć się nieprzyjemnej myśli, że w jej przypadku chodzi o coś zdecydowanie bardziej złożonego, choć nie potrafił tego określić. Tak czy inaczej, Lilia mogła być poważną przeszkodą, jeśli w końcu pojawiłaby się okazja do tego, by przedstawił Aaronowi swoją prośbę – kimkolwiek owy Aaron był.
– Hej, Ariel, chodź tutaj!
Być może nie powinien był, ale naprawdę poczuł wszechogarniającą ulgę, kiedy usłyszał zniecierpliwiony głos Victora. Vick w końcu oderwał oczy od Isabella, być może z powodu obecności Lilii, i teraz przywoływał go naglącymi gestami. Przez swój wzrost tym bardziej wrzucał się w oczy i nawet masywne, drewniane krzesło, które zajmował, wyglądało tak, jakby za moment miało się rozpaść.
Nie zważając na to, rozłożył się na nim całym ciałem i założywszy obie dłonie na kark, zaczął bujać się na dwóch tylnych nogach. Odchyliwszy się do tyłu, po czym wsparł ciężkie, wojskowe buty na blacie stołu, wyraźnie zadowolony z życia.
Lilia wydęła usta i odsunęła się o dobrych kilkanaście centymetrów, co najmniej tak, jakby podejrzewała, że Vick spróbuje .
– Dzikus – skomentowała Isabella, wznosząc oczu ku górze. Kąciku jej ust się uniosły się lekko, co popsuło efekt.
– Niewdzięcznica – odparował, choć widać było po niej, że z entuzjazmem przyjęła zwiększenie dystansu pomiędzy sobą a Lilią.
– Nieokrzesany idiota – ciągnęła Isabella, najwyraźniej dopiero zaczynając się rozkręcać.
– Ach, bella Isabella! – Victor uniósł brwi ku górze. – Ranisz moje ego.
– Jak dla mnie, oboje jesteście nienormalni – ucięła dyskusję Lilia, nie czekając na to, aż Isabella zdoła wymyślić jakąś błyskotliwą ripostę. – A teraz w końcu się przymknijcie. Nie mam ochoty na te wasze tanie romanse. Przecież wszyscy doskonale zdają sobie sprawę z tego, że pozwolisz mu się przelecieć przed końcem dzisiejszego dnia, więc przestań udawać taką niedostępną, Isabello. To zaczyna się robić… żałosne – dodała na tyle głośno, by nie tylko zainteresowana dwójka mogła ją usłyszeć.
Isabella pobladła, przynajmniej w pierwszym momencie, bo prawie natychmiast na jej policzki wstąpiła szkarłatna, szybko powiększająca się plama. Victor rzucił Lilii gniewne spojrzenie, ale ta nawet nie zwróciła na niego uwagi, najwyraźniej przyzwyczajona. Jakikolwiek miała cel, udało jej się go osiągnąć – nie powiedziała tego wprost, ale to wydawało się gorsze niż gdyby wprost oznajmiła Isabelli, że zachowuje się tak, jakby była pierwszą lepszą dziwką.
Okej, zaczyna się robić niezręcznie…
Ariel pokręcił z niedowierzaniem głową, po czym w końcu ruszył się z miejsca, szybko okrążając stół i starając się nie rozglądać na boki – a już na pewno nie spoglądać w stronę Lilii. Pozwolił sobie na krótkie spojrzenie dopiero wtedy, gdy już zajął wskazane mu przez Victora miejsce pomiędzy nim a jakimś innym mężczyzna, mając nadzieję, że wygląda to bardziej naturalnie niż gdyby obserwował wilkołaczycę bez powodu z drugiego końca sali.
Kobieta zdążyła już znieruchomieć i usiadłszy sztywno na krześle, beznamiętnym wzrokiem wpatrywała się w jakiś punkt w przestrzeni, wyraźnie niezainteresowana tym, co działo się wokół niej.
– Milusia, czyż nie? – mruknął Victor, nadal zagniewany.
– Mhm… – Miał nadzieję, że zabrzmiało to na tyle wymijająco, żeby nie zwrócić uwagi samej zainteresowanej. – A gdzie jest twój brat? – zmienił temat.
– Jeszcze się nie pojawił – rzucił obojętnie, ale przynajmniej przestał taksować Lilię wzrokiem. – Ach, znasz już Marcusa? – Skinął głowa w prawo, w końcu będąc w stanie wysilić się na uśmiech. – Na Marcusa można liczyć… A te dwa młotki to właśnie Richard i Carl. Na nich liczy się trochę mniej. – Pomachał i przybrał niewinny wyraz twarzy, żeby trochę złagodzić swoją wypowiedź.
Ariel sam już nie wiedział czy powinien się śmiać, czy płakać, dlatego ostatecznie przybrał neutralny wyraz twarzy i podążył wzrokiem za wzrokiem Victora, odwracając się w stronę mężczyzny po swojej lewej. Tuż za nim dostrzegł dwoje kolejnych synów księżyca, tak do siebie podobnych, że nawet gdyby wiedział który z nich jest Richardem, a który Carlem, pewnie i tak by się pomylił.
– Oj, Vick, ty naprawdę się prosisz… – Ten, który bez wątpienia był Marcusem, wywrócił oczami. – Jego się nie słucha. On zwykle gada, co mu ślina na język przyniesie – wyjaśnił, wspierając brodę na dłoni i rzucając Arielowi porozumiewawcze spojrzenie.
– Postaram się zapamiętać – obiecał, obrzucając Marcusa uważnym spojrzeniem; w rozpiętej pod szyją koszuli, opinającej szeroki tors, wyglądał równie korzystnie, co i groźnie.
Victor prychnął.
– No tak, nastawiaj dzieciaka przeciwko mnie…
– Bawisz się w niańkę czy przewodnika? – zapytał jeden z tych pozostałych mężczyzn, Carl albo Richard.
– Spadaj, Dick* – żachnął się Victor, uśmiechając się krzywo.
Richard gestem pokazał mu, co takiego o nim sądzi.
Och, zapowiadał się naprawdę przyjemny dzień.
– Hej, Ariel, wspominałeś już, co cię tutaj przywiało? – zagaił Carl, klepnięciem w ramię sugerując bratu (musieli być braćmi!), żeby się uspokoił.
– Mam pewną sprawę – odparł machinalnie, bo już wcześniej zdążył ułożyć sobie w głowie odpowiedź na to pytanie. Instynktownie zwiększył czujność, świadom tego, że najdrobniejszy błąd grozi niepowodzeniem. – Dlatego chciałbym porozmawiać z Aaronem – dodał, mając nadzieję, że w ten sposób uniknie drążenia tematu, Carl jednak nie wyglądał na kogoś, kto potrafi przyjąć do wiadomości coś tak abstrakcyjnego, jak prywatność.
– To naprawdę dużo mówi – prychnął, wywracając oczami. – Masz sprawę… Jasne, że masz. Kto do nas zagląda w celach towarzyskich?
A ktoś zagląda?, zapragnął zapytać, ale ugryzł się w język. Wciąż czuł się jak intruz w samym sercu czegoś zamkniętego, w co zdecydowanie nie powinien się mieszać. W końcu cale to miejsce zdawało się krzyczeć, że obcy nie są mile widziani, przynajmniej nie zazwyczaj.
– Ktoś bardzo dla mnie ważny potrzebuje pomocy – mruknął, siląc się na oschły ton.
Cholera, gdzie był ten cały Aaron, do tego stopnia wyjątkowy, że nawet w patrzeniu na niego należało zachować ostrożność?
Carl mruknął coś pod nosem, ale przynajmniej pojął, że niczego więcej nie uda mu się od Ariela wyciągnąć. Ariel wykorzystał to, by raz jeszcze rozejrzeć się dookoła, oczywiście starannie omijając wzrokiem miejsce, gdzie siedziała Lilia.
Teoretycznie wszystko było w porządku, nawet pomijając liczne potyczki słowne, bo to niewiele różniło się od tego, czego doświadczał w Mieście Nocy. Gdyby miał oceniać, może nawet pokusiłby się o stwierdzenie, że to towarzystwo jest zdecydowanie przyjemniejsze, a Victor nawet wydawał się go lubić. Co prawda ta sympatia mogła brać się z tego, że Ariel go bawił i intrygował, ale tak czy inaczej liczył się efekt, a przynajmniej pozorne wsparcie któregokolwiek z nich mogło jedynie pomóc, choć usiłował nie oczekiwać zbyt wiele. Co do pozostałych, ciężko było określić ich intencje; dobrym było jedynie to, że poza Lilią, nikt otwarcie nie dał mu do zrozumienia, że nie jest w tym miejscu mile widziany, poza tym...
Och!
Omal nie spadł z krzesła, słysząc w głowie ciche, zaskoczone westchnienie. Natychmiast rozpoznał ten głos i wrażenie tego, że do jego umysłu wkradła się jakaś obca myśl. To było dokładnie to samo, czego doświadczył, kiedy jeszcze znajdował się na zewnątrz twierdzy, bezskutecznie próbując znaleźć wejście. Zaraz po tym pojawiła się tamta dziewczyna, a później Victor i Isabella, niemniej to bez wątpienia był ten głos.
Zamrugał pospiesznie, po czym zerknął w stronę drzwi, jednak niczego ani nikogo nie dostrzegł. Katherine… Czy to była Katherine? Prawie o niej zapomniał, skoncentrowany na tych wszystkich obcych i tym, co zamierzał powiedzieć, kiedy już będzie musiał przejść do rzeczy, a przecież to ona powinna być najważniejsza. Nadal nie udało mu się ustalić, czy przypadkiem nie tracił czasu, kiedy zdecydował się do tego miejsca przyjść, nie wspominając o odkryciu imienia tajemniczej nieznajomej sprzed twierdzy. Czy istniała szansa na to, że ona i Katherine to ta sama osoba? W końcu Victor powiedział mu, że w twierdzy są trzy kobiety, ale przecież nie dało się wykluczyć tego, że mógł kłamać. Co prawda Ariel nie wiedział, jaki cel miałby w tym mieć, ale zasada ograniczonego zaufania sprawdzała się zawsze i nie zamierzał z niej rezygnować.
– Och, no nareszcie – skomentował Victor, jeszcze bardziej odchylając się na krześle. Patrzył w przestrzeń, ale nie w stronę drzwi, którymi wraz z Arielem weszli do sali, tylko na coś na drugim końcu pomieszczenia. – Pamiętaj, co ci powiedziałem, dobra? On będzie wiedział. Poza tym strasznie go to drażni, chociaż nie rozumiem dlaczego – dodał pogodnie, westchnieniem komentując dziwactwo własnego brata.
– Co właściwie…?
Victor wzruszył ramionami, więc urwał. Dopiero kiedy podążył za jego spojrzeniem, dostrzegł skryte w cieniu jeszcze jedne, tym razem boczne drzwi, które wcześniej umknęły jego uwagę.
Zawiasy skrzypnęły lekko, a potem do środka weszły dwie osoby. Ariel omal nie zakrztusił się powietrzem, bez trudu rozpoznając jedną z nich – tę drobniejszą i pełną wdzięku. Ciemnowłosa nieznajoma sprzed twierdzy na ułamek sekundy się zawahała, po czym bez pośpiechu ruszyła przed siebie, trzymając pod rękę jeszcze jedną, zdecydowanie większą od niej postać. Towarzyszący ją mężczyzna trzymał się tak blisko niej, że niemal ginęła w jego ramionach i Ariel w pierwszym odruchu pomyślał, że są parą albo przynajmniej kochankami.
Zamrugał, po czym w końcu oderwał wzrok od kobiety, koncentrując się na mężczyźnie. Aaron okazał się równie wysoki i umięśniony, co jego brat, a może nawet bardziej, chociaż to wydawało się niemożliwe. Lśniące, długie do ramion włosy, miał rozpuszczone i poplątane, zupełnie jakby dopiero co wstał z łóżka. W rysach jego twarzy było coś surowego, być może z powodu zakrywających sporą jej część okularów przeciwsłonecznych – idiotyczny pomysł, tym bardziej, że cała twierdza pogrążona była w ciemności. Czyżby aż do tego stopnia drażniło go światło?
Był dobrze, chociaż nieprzesadnie umięśniony, a jego ramiona i nogi wydawały się nienaturalnie wydłużone. Poruszał się pewnie, przez co Ariel nie od razu zorientował się, że mężczyzna nie tyle obejmuje, co korzysta z pomocy trwającej u jego boku brunetki, żeby się przemieszczać.
Kiedy tylko kobieta podprowadziła go do stołu, puścił ją, wyciągnął rękę i odsunąwszy krzesło, opadł na nie ciężko.
– Dziękuję ci, Katherine – powiedział cichym, aksamitnym głosem.
– Oczywiście. – Dygnęła lekko i wycofała się w pośpiechu.
Ariel obserwował ją z bijącym sercem, nie mogąc się powstrzymać. Katherine… Więc jednak! Tylko dlaczego nie chciała usiąść? Bał się, że zdecyduje się wyjść i jednak nie weźmie udało w spotkaniu, ale ona tylko ostrożnie przesunęła się w stronę drzwi, przystając w cieniu; teraz widział wyłącznie jej lśniące oczy w tym samym niezdecydowanym kolorze zieleni i błękitu, co zdążył zapamiętać.
Aaron poruszył się, ponownie zwracając na siebie jego uwagę. Spojrzał na niego, starając się uniknąć tego, przed czym ostrzegał go Victor, ale wcale nie dostrzegał powodu, dla którego miałby posunąć się do tego, by się na mężczyznę gapić. Chodziło o te okulary? Dobrze, to było dziwne, ale nie aż do tego stopnia. Słysząc słowa Vick’a, spodziewał się raczej jakiegoś defektu, chociażby blizny albo zniekształcenia na twarzy, ale tak…
Mężczyzna westchnął cicho, po czym zsunął ciemne okulary i pochyliwszy się lekko do przodu, pomasował skrzydełka nosa. Czarne włosy opadły mu na twarz, ale nie zwrócił na to uwagi, dopiero po chwili prostując się i odrzucając je na ramiona. Miał podkrążone oczy, poza tym wyglądał na zmęczonego, ale nie zdenerwowanego, a już na pewno nie było w niczego, co mogłoby wzbudzać jakąkolwiek niezdrową ciekawość. Był przystojny i trzeba było mu to przyznać.
Właśnie wtedy otworzył oczy i Ariel po raz pierwszy zobaczył jego tęczówki – blade, niemal całkowicie zlewające się z otaczającymi je białkami.
W jednej chwili zrozumiał, a ostrzeżenia Victora stały się aż nazbyt jasne.
Aaron nie tylko był dziwny i ważny dla tych, którzy zamieszkiwali twierdzę.
On był niewidomy.
*Gra słowna. „Dick” z angielskiego to albo skrót od imienia Richard, albo wulgarne określenia męskiego członka.

1 komentarz:

  1. czyli
    teraz wracamy do rozdziałów o Arielu i po części Ali... niecierpliwie
    czekam już na moment, kiedy Ariel znajdzie rozwiązanie (o ile istnieje,
    jednak ja sądzę, że na pewno istnieje)... Ta Katherine to ta Katherine, o
    której napisano w książkach czytanych przez Ariela, tak? Pewnie tak i
    mam nadzieję, że powie Arielowi, jak pomóc Alessi...
    Bardzo spodobała mi się postać Lilii... Jest tak bardzo... bezpośrednia i
    mówi prosto z mostu to, co sądzi na dany temat i to mi się podoba :)
    Coś czuję, że ona w najbliższym czasie odegra bardzo znaczącą rolę w
    opowieści...
    Jak kilka rozdziałów temu przeczytałam ostrzeżenie Victora,
    zastanawiałam się, o co chodzi z tym, że Ariel ma nie patrzeć na
    Aarona... Teraz już wszystko zrozumiałam! Choć zastanawia mnie fakt, jak
    wilkołak może stracić wzrok... No nic, coś czuję, że to niedługo się
    również wyjaśni :)
    pozdrawiam i do napisania ;*
    PS. dziękuję bardzo za komentarz na moin blogu :) biorę rady do siebie i
    postaram się więcej nie popełniać tych samych błędów

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa