20 czerwca 2014

Sto czterdzieści pięć

Ariel
Aaron wciąż milczał. Ariel wbił wzrok w stół, jedynie kątem oka obserwując jak mężczyzna ponownie wsuwa ciemne okulary. Odkrycie, którego dokonał, wciąż na swój sposób mu ciążyło, tym bardziej, że nawet do głowy mu nie przyszło, iż coś podobnego mogłoby mieć w ogóle miejsce. Niewidomy wilkołak? Na ogrody pięknej bogini Selene, przecież dzieci księżyca były niemal równie doskonałe co i wampiry, przynajmniej pod względem fizycznym!
Natychmiast odczuł potrzebę zadania dziesiątek wręcz pytań, ale zdawał sobie sprawę z tego, że to najgłupsza rzecz, jaką mógłby zrobić. Skoro Aaron był przewrażliwiony na punkcie swojego kalectwa – a sądząc po sugestii Victora, jak najbardziej był – jedynie kompletny idiota zaryzykowałby nawet subtelną próbę dowiedzenia się czegokolwiek. Poza tym nie po to tutaj przyszedł i musiał o tym pamiętać, zwłaszcza, że w twierdzy łatwo było stracić poczucie czasu, chociaż ten wciąż płynął nieubłaganie.
W panującej ciszy było coś nienaturalnego, zwłaszcza, że chwilę wcześniej dookoła panował istny chaos, na swój sposób równie irytujący, co i sympatyczny. Kiedy instynktownie uniósł głowę, przekonał się, że znamienita większość wspomnień utkwiona jest w nim, może pomijając wciąż czającą się w cieniu Katherine, która w absolutnym skupieniu obserwowała swoje stopy albo zakurzoną podłogę – ciężko było jednoznacznie stwierdzić.
– No dobrze, kto umarł? – odezwał się Aaron i Ariel aż uniósł brwi, słysząc jego cichy, ale zdecydowany głos. – Od kiedy to potraficie siedzieć tak cicho, hm?
– Och, po prostu dajemy Lilii czas na odrobinę relaksu. Chyba tego potrzebuje, bo zachowuje się trochę tak, jakby przez pomyłkę połknęła kij od szczotki – odparł natychmiast Victor i chociaż Ariel na niego nie patrzył, był pewien, że się uśmiecha. Usłyszał ciche skrzypnięcie, kiedy mężczyzna ponownie zaczął kołysać się na krześle. – No, Lilio, może udowodnisz nam, że jeszcze potrafisz się uśmiechać?
Dziewczyna przeniosła na niego swoje lodowate, hipnotyzujące spojrzenie. Lekko zmrużyła stalowoszare oczy, nie kryjąc niechęci.
– Uśmiechnę się, kiedy jakaś cudowna siła sprawi, że utracisz głos, Victorze – powiedziała aksamitnym szeptem, niczym namiętna kochanka, zwracająca się do swojego wybranka.
– Uroczo… – Vick rzucił jej krzywe spojrzenie. – Niestety, na razie musisz obejść się smakiem.
– Fakt. To Isabella ma większą szansę na to, żeby się czymś zakrztusić, kiedy już zrobicie nam te przyjemność i zaszyjecie się w jakimś słabo oświetlonym kącie. – Uniosła brwi, po czym wzruszyła ramionami. – W zasadzie nie powinnam się dziwić. Kto z kim przystaje… – mruknęła, rzucając wymowne spojrzenie w stronę nie tylko Victora, ale pozostałych wilkołaków.
– Chyba bella Isabella powinna uznać to za komplement – stwierdził Richard, szczerząc się do samej zainteresowanej. – Przynajmniej ona wie, co to znaczy dobra zabawa. No i z kim najlepiej się zadawać – dodał, ale mina Lilii sugerowała, że ma na ten temat zupełnie odmienne zdanie.
– Nie wątpię – prychnęła.
W jednej chwili wszystko wróciło do normy, zupełnie jakby cisza i napięcie wywołane pojawieniem się Aarona nie miało miejsca. Znów się przekomarzali, znów żartowali i jedynie Lilia ze swoim chłodem i charakterem wydawała się próbować za wszelką cenę doprowadzić do tego, by popsuć atmosferę. Ariel nie miał pojęcia, jaki miała w tym cel, ale przynajmniej oczywistym stała się wyraźna niechęć, którą już wcześniej wychwycił, kiedy temat rozmowy schodził na wilkołaczycę. Jej imię wciąż nie dawało mu spokoju, zwłaszcza, że wydawała się z nich wszystkich najbardziej oddalona i okrutna, ale próbował o tym nie myśleć. To musiał być przypadek, a to, że zachowywała się jak zwykła suka… Cóż, takich istot było sporo, a Lilia bez wątpienia nie była jedyną kobietą, która lubiła zniechęcać do siebie innych – i która z przeciągłym westchnieniem przyjmowała dość wyszukane żarty płci przeciwnej.
Carl mruknął pod nosem coś, przez co Richard i Marcus dostali nagłego ataku kaszlu, a Victor omal nie zsunął się z krzesła na kamienną posadzkę. Isabella bezceremonialnie uderzyła głową w blat stołu, ukrywając głowę w ramionach, żeby ukryć niemal histeryczny śmiech; ciemne włosy tworzyły wokół jej głowy lśniącą aureolę, falując lekko przy każdym jej ruchu.
– Uważa, Carl. – Aaron uśmiechnął się chłodno, jedynie lekko unosząc kąciki ust ku górze. – Tym razem nie zamierzam powstrzymywać Lilii, kiedy zdecyduje się dobrać ci się do skóry.
– Och, dziękuję bardzo! To zbytek łaski, Aaronie – żachnęła się dziewczyna, zaciskając dłonie na krawędzi blatu. Wyglądała tak, jakby sama nie była pewna, co takiego robi w tym towarzystwie.
Carl jedynie się roześmiał.
– Poradzę sobie z Lilią – stwierdził z prowokującym uśmiechem, nie zauważając albo celowo ignorując to, że kobieta wcale nie sprawiała wrażenia kogoś, kto podziela jego poczucie humoru.
– Tak jak ostatnim razem, kiedy… – zaczął uprzejmym tonem Richard, czego omal nie przypłacił szturchnięciem łokcia pod żebrami.
– To było dawno i nieprawda, a jeśli jeszcze raz o tym wspomnisz, przysięgam, że postaram się dostać nagłego zaniku pamięci, kiedy nadejdzie pełnia, Dick.
– Niemniej nie da się ukryć, że nasza lodowa księżniczka całkiem ładnie cię urządziła – nalegał Richard, wywróceniem oczu zbywając złowróżbny ton swojego towarzysza. – Wcześniej nawet nie zdawałem sobie sprawy z tego, że potrafisz wyciągnąć takie niskie dźwięki, a jednak… Hej!
Rozległ się huk, a potem ciche przekleństwo, kiedy Richard wraz ze swoim krzesłem wylądował na podłodze. Carl zerwał się z miejsca tak szybko, jakby jakimś cudem potrafił się teleportować, po czym rzucił się na brata z pięściami. Już po chwili obaj zamienili się w kotłowisko kończyn, okładając się wzajemnie, przy akompaniamencie nieprzyjemnych trzasków, przyprawiających o dreszcze wilgotnych plaśnięć i tak wymyślnych wiązanek przekleństw, że to, co zdarzało się nie raz słyszeć Arielowi, wydało się nagle niezwykle urokliwą poezją, godną Byrona.
– Taa… – Marcus zerwał się z miejsca i bez pośpiechu wycofał, rzucając walczącym obojętne spojrzenie.
– Chcę wiedzieć? – zapytał ze swojego miejsca Aaron, niewidzącym wzrokiem wpatrując się w miejsce, skąd dochodziły dźwięki.
– Nie – stwierdził pogodnie Victor, przeciągając się leniwie. – Ja przynajmniej bym nie chciał.
Kolejny pełen rezerwy uśmiech.
– Nogi ze stołu, Vick – powiedział nieznoszącym sprzeciwu głosem. – W tej chwili.
– Nie mam pojęcia o co ci chodzi, mamo – mruknął niewinnym tonem, pośpiesznie prostując się na swoim miejscu.
– No oczywiście… Czasami naprawdę nie mam do was cierpliwości. – Aaron zetknął ze sobą końce palców, po czym nachylił się do przodu. – A czy teraz, z łaski swojej, mógłbyś w końcu powiedzieć mi coś o naszym gościu?
Ariel zesztywniał, zaskoczony. Co prawda nie miał wątpliwości co do tego, że Aaron doskonale zdawał sobie sprawę z jego obecności, jednak to było coś innego niż to, iż nagle zdecydował się przejść do rzeczy. Teraz wyraźnie czuł na sobie spojrzenie tych niewidzących oczu, co jeszcze bardziej utrudniało mu zapanowaniem nad własnym wzrokiem. Cholera, przecież ten facet był wielki, niezwykły, a na dodatek ślepy – jak mógł oczekiwać tego, że nikt nie będzie zwracał na niego uwagi?
Aż zabrakło mu tchu, kiedy Victor – najpewniej z przyjacielskimi zamiarami – z całej siły uderzył go dłonią po plecach.
– A, że Ariel? – Wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Bardzo przyjazne stworzenie – stwierdził, co równie dobrze mogło zabrzmieć jak komplement, co i w niezwykle żenujący sposób.
– Nie o to mi chodziło – westchnęła Aaron, stukając palcami w blat stołu. Zamyślił się na moment, po czym zdecydował się zignorować Victora i skoncentrować bezpośrednio na Arielu. – Jesteś z Miasta Nocy. – To nie było pytanie, ale i tak wydawał się oczekiwać odpowiedzi.
– Tak. – O bogini, czuł się naprawdę żałośnie, poza tym wciąż ledwo łapał oddech z powodu Victora. Jeśli on traktował go jak dzieciaka, czego mógł oczekiwać od Aarona. – To znaczy…
Aaron westchnął, po czym skinął głową w stronę swojego brata.
– Czym ty go tak zestresowałeś? – zapytał z przeciągłym warknięciem. – Czuję nerwy na kilometr.
– Hm? Niczym szczególnym… – Victor najwyraźniej świetnie się bawił.
Och, wilczy chłopcze, dlaczego wciąż tutaj jesteś?
Victor mówił coś jeszcze, ale ten melodyjny głos na pewno nie należał do niego. Ariel podświadomie go wyczekiwał, dlatego udało mu się nawet nie skrzywił, kiedy ponownie rozległ się w jego głowie. Był pewien, że tak właśnie jest – że to nie są prawdziwe słowa, ale coś, co zostało zaszczepione bezpośrednio do jego głowy. Jeszcze kilka lat wcześniej pewnie pomyślałby, że jest szalony, jednak teraz sytuacja była inna, a jego zdolność pojmowania obejmowała nieco szerszy zakres.
Jego wzrok machinalnie powędrował w stronę Katherine, ale ta wciąż stała na swoim miejscu pod ścianą z rękami zaplecionymi zapleczami. Obojętnie rozglądała się dookoła, sprawiając wrażenie skoncentrowanej przede wszystkim na Richardzie i Carlu, którzy najwyraźniej dopiero się rozkręcali, choć przynajmniej przestali ze sobą walczyć. Teraz przypominało to bardziej jakieś braterskie poszturchiwanie, a Ariel był przekonany, że jeszcze przed końcem zebrania sami już nie będą pamiętać o co właściwie mieli do siebie pretensje. Cóż, to było aż nadto męskie, poza tym widział to nie raz, kiedy przebywał ze swoimi. Masz problem? Rozwiąż go pięścią i będzie sprawa załatwiona!
Tak czy inaczej, czy możliwym było, że to jej zasługą były te wszystkie dziwne myśli? Jak to w ogóle było możliwe? Wilkołaki nie dysponowały nadzwyczajnymi zdolnościami, nie tak jak wampiry czy hybrydy. Kim ona była i czy w istocie słyszał jej myśli, czy może jednak to sobie wyobraził? Żadna z tych możliwości nie wydawała się ani prawdopodobna, ani zachęcająca, jednak starał się o tym nie myśleć.
Nie powinno cię tutaj być…
Dlaczego? Dlaczego ciągle miał wrażenie, że jest tutaj niechciany? Podobne słowa słyszał, kiedy próbował dostać się do środka i im częściej je powtarzała (ona?), tym bardziej zaczynały go irytować. Było blisko pełni, a on był zmęczony, przez co coraz częściej do głosu zaczynała dochodzić jego wilcza natura – zwierzę, które zostało uwięzione w jego wnętrzu i teraz domagało się przynajmniej chwili uwagi. Dotychczasowe oszołomienie i ostrożność, którą wolał zachować w tym miejscu, nagle zeszły na dalszy plan, wyparte przez rozdrażnienie i autentyczną determinację, która nakazywała mu zrobienie na przekór tym wszystkim myślom.
W końcu tutaj przyszedł, chociaż to wydawało się od samego początku szalone i nieprawdopodobne. Miał plan, a teraz najważniejszym było to, by doprowadzić go do końca – póki był jeszcze czas.
– Jestem z Miasta Nocy, ale nie przysłał mnie Dimitr – powiedział stanowczo, chyba wchodząc w słowo Vick’owi, ale nie obchodziło go to. Aaron zresztą nie wydawał się rozeźlony, a wręcz zaintrygowany, jakby zdążył już zwątpić w to, czy Ariel zdecyduje się odezwać. – Niemniej nie mam złych zamiarów, a król przesyła pozdrowienia.
– Przekaż mu i moje, kiedy już wrócisz do siebie – powiedział, ostrożnie dobierając słowa. – Nie mamy przyjaznych kontaktów z wampirami. Aczkolwiek odkąd Miastem Nocy zarządza Dimitr, możemy mówić o… neutralności – wyjaśnił, wyczuwając wahanie Ariela.
– Wampiry i wilkołaki nigdy nie były ze sobą blisko – wtrąciła Isabella. – Wydaje mi się, czy krwiopijcy zrobili sobie z was pieski na posyłki, co Ariel?
Spojrzała na niego z błyskiem w oczach, bardziej zainteresowana niż chętna do tego, żeby go zdenerwować. Lekko przekrzywiła głowę, aż ciemne włosy opadły jej na policzek, długie i poplątane.
– Mój… Mój ojciec – powiedział niechętnie – jest idealnym przykładem tego, że wampiry mają tylko pozorną władzę. Postępujemy tak, jak nam jest wygodnie.
– Jednak nie rządzicie. Macie nad sobą wampira – nalegała, prostując się na krześle.
– Współegzystujemy ze sobą, żeby zachować równowagę – odparł, siląc się na cierpliwość. – Pokój jest kruchy, niemniej lepszy od tego, co mogłoby się wydarzyć, gdyby doszło do wojny – zauważył.
Isabella powoli skinęła głową.
– Och, tak. Słyszeliśmy.
Wiedział, co takiego miała na myśli, a przynajmniej tak mu się wydawało. Walka sprzed lat, kiedy to doszło do pierwszego od lat poważniejszego konfliktu pomiędzy wampirami a wilkołakami – za sprawą potomków tej pierwszej strony, jakby tego było mało. To była tylko jedna noc, ale to wystarczyło, żeby wszystko zostało zniszczone, więc tym bardziej nie chciał do tego wracać.
– Nie przyszedłem tutaj po tym, żeby przekonywać kogokolwiek do tego, czy wilkołaki i wampiry mogą współistnieć – zniecierpliwił się. – Jeśli chodzi o Miasto Nocy…
– Nie śmielibyśmy podważyć znaczenia Miasta Nocy – przerwał mu Aaron. – Ono i to miejsce istnieją odkąd pamiętam, a i na Mieście Nocy opiera się nasza historia… A ta od początku była związana z wampirami. Chcemy czy nie, wszyscy jesteśmy dzieci nocy, czyż nie?
Nie był pewien dlaczego, ale z w odpowiedzi na jego słowa przeszedł go nieprzyjemny dreszcz. Legenda o kamiennym stole, o Isobel… Lilii.
O pierwszych wilkołakach, jakby nie patrzeć posłusznych właśnie istocie, która z założenia była ich naturalnym wrogiem. Wiele czynników zmusiło dzieci księżyca do wycofania się, między innymi polowania i rzezie, które urządzali Volturi, ale to i tak nie zmieniało tego, iż wampiry i wilkołaki miały ze sobą dużo wspólnego.
– Przyszedłem, bo mam nadzieję, że będziecie mogli mi pomóc – podjął, żeby odpędzić od siebie niechciane myśli. Serce biło mu jak szalone, zdradzając wszystkie emocje, które nim targały. – A właściwie komuś, kto jest dla mnie bardzo ważny.
Zły pomysł. Nie powinieneś tego robić, wilczy chłopcze, usłyszał, kiedy mentalny głos ponownie rozległ się w jego głowie. Tracisz tutaj czas. A wkrótce możesz stracić coś więcej.
Och, zamknij się!
Nie miał pojęcia, czy ktokolwiek mógł go w ten sposób usłyszeć, ale liczył, że tak. Korciło go, żeby zerknąć na Katherine i ocenić, czy jej reakcje były jakkolwiek podejrzane, jednak powstrzymało go napięcie w głosie Aarona:
– Mów dalej.
Powstrzymał się przed gwałtownym zaczerpnięciem powietrza do płuc. Do diabła, to jeszcze niczego nie musiało znaczyć, a to, że zechcieli go wysłuchać, miało związek jedynie z tym, że był jednym z nich. Nic ponad to…
A jednak nie mógł nie pozwolić sobie na odrobinę nadziei.
– Czy… Zastanawiałem się – spróbował raz jeszcze, ignorując ostrzegawczy głosik w swojej głowie – czy istnieje sposób na to, by pomóc komuś, kto został ugryziony. Zatrzymać…
– Dlaczego miałbyś chcieć powstrzymać przeistoczenie? – przerwał mu Aaron. – Skoro to ktoś dla ciebie ważny – ciągnął, a jego spojrzenie zdradzało, iż zrozumiał wszystko, przynajmniej w miarę możliwości – chyba powinieneś się cieszyć, że będzie taka jak ty. Czyż w tym przypadku nie powinniśmy się pokusić o stwierdzenie, że to niezwykłe zrządzenie losu? Prawdziwe szczęście?
Ariel wstrzymał oddech, czując się trochę jak przekuty balon z którego właśnie ulatywało powietrze. Mimo ostrzeżeń Victora, które wciąż dźwięczały w jego głowie, spojrzał wprost w skryte za okularami oczy Aarona; w lśniących, czarnych szkłach dostrzegł wyłącznie swoje odbicie.
Mężczyzna w żaden sposób nie dał po sobie poznać, że wychwycił na sobie jego spojrzenie i że czuje się z tym jakkolwiek źle. Przez dłuższą chwilę czekał, zanim nieśpiesznym ruchem sięgnął i ściągnąwszy okulary, obdarzył Ariela niewidzącym spojrzeniem wyblakłych, onieśmielających tęczówek.
– Milczysz. Dlaczego?
Ariel nie odpowiedział, coraz bardziej podenerwowany. Aaron czekał, najwyraźniej nie zamierzając odpuścić i dopiero Victor znaczącym chrząknięciem zdecydował się spróbować jakoś rozluźnić atmosferę.
– Z tego co się zorientowałem, chłopak ma mały problem z zaakceptowanie klątwy – powiedział, starannie akcentując ostatnie słów.
– Klątwa… – Aaron wyprostował się na krześle, ze świstem wypuszczając powietrze. Teraz jego twarz wydawała się niemal łagodna i odrobinę zmęczona. – Ach, tak.
– Zdarza się. Ty też kiedyś taki byłeś. Swoją drogą, mam wrażenie, że jesteście podobni – ciągnął Victor, przynajmniej raz sprawiając wrażenie nie tyle rozbawionego, co skoncentrowanego na tym, co mówi. – No i pewnie tak jak ty, dzieciak jeszcze z czasem się wyrobi.
Ariel zamrugał z niedowierzaniem. Podobni? Chyba sobie żartował. Aaron mógł zgnieść go jedną ręką, poza tym ciężko było mu sobie wyobrazić, żeby ten mężczyzna potrafił poczuć przynajmniej w niewielkim stopniu to, co od wielu lat go dręczyło. Aaron miał za sobą całe wieki doświadczenia, podczas gdy on… No cóż, podczas gdy on czuł się zagubiony i niepewny.
Vick pokręcił głową, zerkając na nieruchomą twarz brata. Nie odpowiedział niczego, ale kąciki jego ust nieznacznie się uniosły.
– Może masz rację – zgodził się. – Niemniej ta prośba... – Jego ton sugerował, że sam nie był pewien, jak powinien się zachować.
– Sorry, młody – wtrącił się Victor – ale podobnie jak i my musisz zdawać sobie sprawę z tego, że to dożywotni wyrok. Jak raz w to wejdzie, to już koniec. – Miał taki wyraz twarzy, że można było prawie uwierzyć, iż w istocie jest mu przykro.
Tylko przykro.
Spodziewał się, że może tak być – w końcu sam wiedział, a podążanie za tropem z książek od początku wydawało się błędem – ale i tak prawda uderzyła w niego z siłą rozpędzonego pociągu. Wręcz chciało mu się wyć z rozpaczy, ale nawet to wydawało się pozbawione sensu, bo i tak nie miało niczego zmienić. Do końca liczył na to, że jednak powiedzą mu coś innego – zwłaszcza, że przecież zdecydowali się rozmawiać i mówić, a jednak…
No i była tutaj Katherine – Katherine z Lille, bo jak mogłoby być inaczej? Była tutaj, ta dziwna i tajemnicza istota, a jednak kiedy na nią spojrzał, przekonał się, że już nie ma jej w cieniu. Nie zauważył, żeby wychodziła, ale drzwi były nieznacznie uchylone, chociaż mógłby przysiąc, że po wejściu jej i Aarona zatrzasnęły się; sam widział, że były zamknięte.
– Ona umrze – powiedział, zanim zdążył się nad tym zastanowić. – Nawet jeśli przetrwa przemianę, umrze.
– Bywa – stwierdził Victor takim tonem, jakby to nic nie znaczyło. Może i tak było, skoro śmierć stanowiła stały element wieczności, ale i tak zapragnął go za to uderzyć. – Tak też się zdarza… Czy z twoją wybranką jest coś nie tak? – zapytał po chwili, zerkając na Ariela z zainteresowaniem.
Uważaj, wilczy chłopcze.
Ostrzegawcze słowa znowu pojawiły się w jego głowie, zupełnie jakby ktoś stał tuż obok niego i cicho szeptał mu do ucha. Miał ochotę warknąć, że przecież nie jest idiotą i doskonale zdaje sobie sprawę z tego, jak wiele może powiedzieć.
– Ona… Alessia nie jest taka, jak zwykli ludzie – powiedział w końcu, dochodząc do wniosku, że to właściwie nie odbiegła od prawdy. Ali po części była człowiekiem.
– Co to znaczy? – zapytał Aaron. – Czy twoja wybranka jest chora?
– Hm… W zasadzie można tak powiedzieć. – Czy wampiryzm tak właściwie był chorobą?
Twarz mężczyzny nie wyrażała żadnych konkretnych emocji, ale wszystko wydawało się wskazywać, iż takie wyjaśnienia mu wystarczają. Ariel odetchnął w duchu, przynajmniej częściowo i to jedynie dlatego, że gdyby powiedział prawdę, mógłby wpakować się w kłopoty. No cóż, przynajmniej próbował, ale najwyraźniej pozostało mu wrócić do Alessi, a później modlić się o to, żeby przetrwała na tyle długo, wymogli spróbować wynaleźć jakiekolwiek inne rozwiązanie.
Właśnie wtedy poczuł, że ktoś go obserwuje. Lilia milczała od momentu, kiedy rozpoczęło się zamieszanie, ale mimo obojętności musiała namiętnie chłonąć każde słowo.
Teraz z kolei najwyraźniej zamierzała zareagować.
– Kim ona jest? – zapytała, ale zdecydowane spojrzenie stalowoszarych tęczówek sugerowało, że się domyśla. Pochyliła się do przodu, wspierając obie dłonie na stole. – Kim jest twoja partnerka, Arielu? – ponagliła, wydając się smakować na ustach jego imię.
Wilczy chłopcze…, usłyszał.
Ale tym razem nawet mentalny głos nie miał mu do powiedzenia niczego, co mogłoby się okazać pomocne.

2 komentarze:

  1. Nie spodziewałam się tego, że Aaron będzie ślepy ._. No... zaskoczyłaś mnie. Myślałam, że może będzie miał jakąś nieprzyjemną bliznę na twarzy, albo hm.. coś okropnie wyglądającego na twarzy lub po prostu jest brzydki i ma kompleksy xD a jak się okazało Aaron jest niewidomy.
    ... zastanawiam się jakim to cudem jest możliwe - przecież wilkołaki są doskonałe. Hm, może po prostu jakiś nieszczęśliwy wypadek... Isabella i Victor są dla mnie parą idealna. A ja chyba już pisałam, że im kibicuje :D
    Te myśli, które ktoś podsyłam Arielowi... mam wrażenie, że to robi Katherine. Bo Lilia była zajęta dokuczaniem Isabelli xD
    podobało mi się to jak Ariel prowadził rozmowę z Aaeonem - mówił zagadkami i to było fajne ^-^ jesteś ciekawa jak wszyscy zareagują na wiadomość, że Alessia jest pół wampirzycą :3 och, no i najważniejsze czy im pomogą *-* chociaż po prologu mam dziwne wrażenie, że albo nie zdążą jej pomóc lub odmówią mu pomocy. Różne bywa ;/
    niecierpliwie czekam na następny rozdział! ♡
    Pozdrawiam,

    Gabi.

    OdpowiedzUsuń
  2. nie spodziewałam się, że rozmowa
    Ariela z Aaronem będzie przebiegała w tak intrygujący sposób xD było
    sporo zagadek i to było moim zdaniem po prostu super :) czyżby Katherine
    podsyłała Arielowi te myśli? no raczej tak, bo kto inny mógłby to
    robić? na pewno żaden z kłócących się gdzieś tam wikołaków, i na pewno
    nie Lilia, która dokuczała Isabelii... Czyli praktycznie w 100% jest to
    Katherine... Chyba, że nagle pojawi się ktoś, o kim jeszcze nie wiemy :p
    No i jestem oczywiście bardzo ciekawa, jak zareagują wszyscy (no oprócz
    Ariela oczywiście :p) na wiadomość, że Ali jest półwampirem... Na pewno
    nie wszyscy tak samo, bo w końcu każdy może zareagować różnie...
    czekam już z niecierpliwością na nn, aż opiszesz ich reakcje i dalszą
    część (ewentualnej) rozmowy...
    pozdrawiam i do napisania ;*
    lilka24

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa