
Ariel
Aaron
wciąż milczał. Ariel wbił wzrok w stół, jedynie kątem oka obserwując jak
mężczyzna ponownie wsuwa ciemne okulary. Odkrycie, którego dokonał, wciąż na
swój sposób mu ciążyło, tym bardziej, że nawet do głowy mu nie przyszło, iż coś
podobnego mogłoby mieć w ogóle miejsce. Niewidomy wilkołak? Na ogrody
pięknej bogini Selene, przecież dzieci księżyca były niemal równie doskonałe co
i wampiry, przynajmniej pod względem fizycznym!
Natychmiast odczuł potrzebę zadania dziesiątek wręcz pytań,
ale zdawał sobie sprawę z tego, że to najgłupsza rzecz, jaką mógłby
zrobić. Skoro Aaron był przewrażliwiony na punkcie swojego kalectwa –
a sądząc po sugestii Victora, jak najbardziej był – jedynie kompletny idiota
zaryzykowałby nawet subtelną próbę dowiedzenia się czegokolwiek. Poza tym nie
po to tutaj przyszedł i musiał o tym pamiętać, zwłaszcza, że
w twierdzy łatwo było stracić poczucie czasu, chociaż ten wciąż płynął
nieubłaganie.
W panującej ciszy było coś nienaturalnego, zwłaszcza, że
chwilę wcześniej dookoła panował istny chaos, na swój sposób równie irytujący,
co i sympatyczny. Kiedy instynktownie uniósł głowę, przekonał się, że
znamienita większość wspomnień utkwiona jest w nim, może pomijając wciąż
czającą się w cieniu Katherine, która w absolutnym skupieniu
obserwowała swoje stopy albo zakurzoną podłogę – ciężko było jednoznacznie
stwierdzić.
– No dobrze, kto umarł? – odezwał się Aaron i Ariel aż
uniósł brwi, słysząc jego cichy, ale zdecydowany głos. – Od kiedy to potraficie
siedzieć tak cicho, hm?
– Och, po prostu dajemy Lilii czas na odrobinę relaksu.
Chyba tego potrzebuje, bo zachowuje się trochę tak, jakby przez pomyłkę
połknęła kij od szczotki – odparł natychmiast Victor i chociaż Ariel na
niego nie patrzył, był pewien, że się uśmiecha. Usłyszał ciche skrzypnięcie,
kiedy mężczyzna ponownie zaczął kołysać się na krześle. – No, Lilio, może
udowodnisz nam, że jeszcze potrafisz się uśmiechać?
Dziewczyna przeniosła na niego swoje lodowate,
hipnotyzujące spojrzenie. Lekko zmrużyła stalowoszare oczy, nie kryjąc
niechęci.
– Uśmiechnę się, kiedy jakaś cudowna siła sprawi, że
utracisz głos, Victorze – powiedziała aksamitnym szeptem, niczym namiętna
kochanka, zwracająca się do swojego wybranka.
– Uroczo… – Vick rzucił jej krzywe spojrzenie. – Niestety,
na razie musisz obejść się smakiem.
– Fakt. To Isabella ma większą szansę na to, żeby się czymś
zakrztusić, kiedy już zrobicie nam te przyjemność i zaszyjecie się
w jakimś słabo oświetlonym kącie. – Uniosła brwi, po czym wzruszyła
ramionami. – W zasadzie nie powinnam się dziwić. Kto z kim przystaje…
– mruknęła, rzucając wymowne spojrzenie w stronę nie tylko Victora, ale
pozostałych wilkołaków.
– Chyba bella Isabella powinna uznać to za komplement – stwierdził
Richard, szczerząc się do samej zainteresowanej. – Przynajmniej ona wie, co to
znaczy dobra zabawa. No i z kim najlepiej się zadawać – dodał, ale mina Lilii sugerowała, że ma na
ten temat zupełnie odmienne zdanie.
– Nie wątpię – prychnęła.
W jednej chwili wszystko wróciło do normy, zupełnie jakby
cisza i napięcie wywołane pojawieniem się Aarona nie miało miejsca. Znów
się przekomarzali, znów żartowali i jedynie Lilia ze swoim chłodem
i charakterem wydawała się próbować za wszelką cenę doprowadzić do tego,
by popsuć atmosferę. Ariel nie miał pojęcia, jaki miała w tym cel, ale
przynajmniej oczywistym stała się wyraźna niechęć, którą już wcześniej
wychwycił, kiedy temat rozmowy schodził na wilkołaczycę. Jej imię wciąż nie
dawało mu spokoju, zwłaszcza, że wydawała się z nich wszystkich
najbardziej oddalona i okrutna, ale próbował o tym nie myśleć. To
musiał być przypadek, a to, że zachowywała się jak zwykła suka… Cóż,
takich istot było sporo, a Lilia bez wątpienia nie była jedyną kobietą,
która lubiła zniechęcać do siebie innych – i która z przeciągłym
westchnieniem przyjmowała dość wyszukane żarty płci przeciwnej.
Carl mruknął pod nosem coś, przez co Richard i Marcus
dostali nagłego ataku kaszlu, a Victor omal nie zsunął się z krzesła
na kamienną posadzkę. Isabella bezceremonialnie uderzyła głową w blat
stołu, ukrywając głowę w ramionach, żeby ukryć niemal histeryczny śmiech;
ciemne włosy tworzyły wokół jej głowy lśniącą aureolę, falując lekko przy
każdym jej ruchu.
– Uważa, Carl. – Aaron uśmiechnął się chłodno, jedynie lekko
unosząc kąciki ust ku górze. – Tym razem nie zamierzam powstrzymywać Lilii,
kiedy zdecyduje się dobrać ci się do skóry.
– Och, dziękuję bardzo! To zbytek łaski, Aaronie – żachnęła
się dziewczyna, zaciskając dłonie na krawędzi blatu. Wyglądała tak, jakby sama
nie była pewna, co takiego robi w tym towarzystwie.
Carl jedynie się roześmiał.
– Poradzę sobie z Lilią – stwierdził
z prowokującym uśmiechem, nie zauważając albo celowo ignorując to, że
kobieta wcale nie sprawiała wrażenia kogoś, kto podziela jego poczucie humoru.
– Tak jak ostatnim razem, kiedy… – zaczął uprzejmym tonem
Richard, czego omal nie przypłacił szturchnięciem łokcia pod żebrami.
– To było dawno i nieprawda, a jeśli jeszcze raz
o tym wspomnisz, przysięgam, że postaram się dostać nagłego zaniku
pamięci, kiedy nadejdzie pełnia, Dick.
– Niemniej nie da się ukryć, że nasza lodowa księżniczka
całkiem ładnie cię urządziła – nalegał Richard, wywróceniem oczu zbywając
złowróżbny ton swojego towarzysza. – Wcześniej nawet nie zdawałem sobie sprawy z tego,
że potrafisz wyciągnąć takie niskie dźwięki, a jednak… Hej!
Rozległ się huk, a potem ciche przekleństwo, kiedy
Richard wraz ze swoim krzesłem wylądował na podłodze. Carl zerwał się
z miejsca tak szybko, jakby jakimś cudem potrafił się teleportować, po
czym rzucił się na brata z pięściami. Już po chwili obaj zamienili się
w kotłowisko kończyn, okładając się wzajemnie, przy akompaniamencie
nieprzyjemnych trzasków, przyprawiających o dreszcze wilgotnych plaśnięć
i tak wymyślnych wiązanek przekleństw, że to, co zdarzało się nie raz
słyszeć Arielowi, wydało się nagle niezwykle urokliwą poezją, godną Byrona.
– Taa… – Marcus zerwał się z miejsca i bez
pośpiechu wycofał, rzucając walczącym obojętne spojrzenie.
– Chcę wiedzieć? – zapytał ze swojego miejsca Aaron,
niewidzącym wzrokiem wpatrując się w miejsce, skąd dochodziły dźwięki.
– Nie – stwierdził pogodnie Victor, przeciągając się
leniwie. – Ja przynajmniej bym nie chciał.
Kolejny pełen rezerwy uśmiech.
– Nogi ze stołu, Vick – powiedział nieznoszącym sprzeciwu
głosem. – W tej chwili.
– Nie mam pojęcia o co ci chodzi, mamo – mruknął
niewinnym tonem, pośpiesznie prostując się na swoim miejscu.
– No oczywiście… Czasami naprawdę nie mam do was
cierpliwości. – Aaron zetknął ze sobą końce palców, po czym nachylił się do
przodu. – A czy teraz, z łaski swojej, mógłbyś w końcu
powiedzieć mi coś o naszym gościu?
Ariel zesztywniał, zaskoczony. Co prawda nie miał
wątpliwości co do tego, że Aaron doskonale zdawał sobie sprawę z jego
obecności, jednak to było coś innego niż to, iż nagle zdecydował się przejść do
rzeczy. Teraz wyraźnie czuł na sobie spojrzenie tych niewidzących oczu, co
jeszcze bardziej utrudniało mu zapanowaniem nad własnym wzrokiem. Cholera,
przecież ten facet był wielki, niezwykły, a na dodatek ślepy – jak mógł
oczekiwać tego, że nikt nie będzie zwracał na niego uwagi?
Aż zabrakło mu tchu, kiedy Victor – najpewniej
z przyjacielskimi zamiarami – z całej siły uderzył go dłonią po
plecach.
– A, że Ariel? – Wyszczerzył zęby w uśmiechu. – Bardzo
przyjazne stworzenie – stwierdził, co równie dobrze mogło zabrzmieć jak
komplement, co i w niezwykle żenujący sposób.
– Nie o to mi chodziło – westchnęła Aaron, stukając
palcami w blat stołu. Zamyślił się na moment, po czym zdecydował się
zignorować Victora i skoncentrować bezpośrednio na Arielu. – Jesteś
z Miasta Nocy. – To nie było pytanie, ale i tak wydawał się oczekiwać
odpowiedzi.
– Tak. – O bogini, czuł się naprawdę żałośnie, poza
tym wciąż ledwo łapał oddech z powodu Victora. Jeśli on traktował go jak
dzieciaka, czego mógł oczekiwać od Aarona. – To znaczy…
Aaron westchnął, po czym skinął głową w stronę swojego
brata.
– Czym ty go tak zestresowałeś? – zapytał
z przeciągłym warknięciem. – Czuję nerwy na kilometr.
– Hm? Niczym szczególnym… – Victor najwyraźniej świetnie
się bawił.
Och, wilczy chłopcze, dlaczego wciąż tutaj jesteś?
Victor mówił coś jeszcze, ale ten melodyjny głos na pewno
nie należał do niego. Ariel podświadomie go wyczekiwał, dlatego udało mu się
nawet nie skrzywił, kiedy ponownie rozległ się w jego głowie. Był pewien,
że tak właśnie jest – że to nie są prawdziwe słowa, ale coś, co zostało
zaszczepione bezpośrednio do jego głowy. Jeszcze kilka lat wcześniej pewnie
pomyślałby, że jest szalony, jednak teraz sytuacja była inna, a jego
zdolność pojmowania obejmowała nieco szerszy zakres.
Jego wzrok machinalnie powędrował w stronę Katherine,
ale ta wciąż stała na swoim miejscu pod ścianą z rękami zaplecionymi
zapleczami. Obojętnie rozglądała się dookoła, sprawiając wrażenie
skoncentrowanej przede wszystkim na Richardzie i Carlu, którzy
najwyraźniej dopiero się rozkręcali, choć przynajmniej przestali ze sobą
walczyć. Teraz przypominało to bardziej jakieś braterskie poszturchiwanie,
a Ariel był przekonany, że jeszcze przed końcem zebrania sami już nie będą
pamiętać o co właściwie mieli do siebie pretensje. Cóż, to było aż nadto
męskie, poza tym widział to nie raz, kiedy przebywał ze swoimi. Masz problem?
Rozwiąż go pięścią i będzie sprawa załatwiona!
Tak czy inaczej, czy możliwym było, że to jej zasługą były
te wszystkie dziwne myśli? Jak to w ogóle było możliwe? Wilkołaki nie
dysponowały nadzwyczajnymi zdolnościami, nie tak jak wampiry czy hybrydy. Kim
ona była i czy w istocie słyszał jej myśli, czy może jednak to sobie
wyobraził? Żadna z tych możliwości nie wydawała się ani prawdopodobna, ani
zachęcająca, jednak starał się o tym nie myśleć.
Nie powinno cię tutaj być…
Dlaczego? Dlaczego ciągle miał wrażenie, że jest tutaj
niechciany? Podobne słowa słyszał, kiedy próbował dostać się do środka
i im częściej je powtarzała (ona?), tym bardziej zaczynały go irytować.
Było blisko pełni, a on był zmęczony, przez co coraz częściej do głosu
zaczynała dochodzić jego wilcza natura – zwierzę, które zostało uwięzione
w jego wnętrzu i teraz domagało się przynajmniej chwili uwagi.
Dotychczasowe oszołomienie i ostrożność, którą wolał zachować w tym
miejscu, nagle zeszły na dalszy plan, wyparte przez rozdrażnienie
i autentyczną determinację, która nakazywała mu zrobienie na przekór tym
wszystkim myślom.
W końcu tutaj przyszedł, chociaż to wydawało się od samego
początku szalone i nieprawdopodobne. Miał plan, a teraz
najważniejszym było to, by doprowadzić go do końca – póki był jeszcze czas.
– Jestem z Miasta Nocy, ale nie przysłał mnie Dimitr –
powiedział stanowczo, chyba wchodząc w słowo Vick’owi, ale nie obchodziło
go to. Aaron zresztą nie wydawał się rozeźlony, a wręcz zaintrygowany,
jakby zdążył już zwątpić w to, czy Ariel zdecyduje się odezwać. – Niemniej
nie mam złych zamiarów, a król przesyła pozdrowienia.
– Przekaż mu i moje, kiedy już wrócisz do siebie –
powiedział, ostrożnie dobierając słowa. – Nie mamy przyjaznych kontaktów
z wampirami. Aczkolwiek odkąd Miastem Nocy zarządza Dimitr, możemy mówić
o… neutralności – wyjaśnił, wyczuwając wahanie Ariela.
– Wampiry i wilkołaki nigdy nie były ze sobą blisko –
wtrąciła Isabella. – Wydaje mi się, czy krwiopijcy zrobili sobie z was
pieski na posyłki, co Ariel?
Spojrzała na niego z błyskiem w oczach, bardziej
zainteresowana niż chętna do tego, żeby go zdenerwować. Lekko przekrzywiła głowę,
aż ciemne włosy opadły jej na policzek, długie i poplątane.
– Mój… Mój ojciec – powiedział niechętnie – jest idealnym
przykładem tego, że wampiry mają tylko pozorną władzę. Postępujemy tak, jak nam
jest wygodnie.
– Jednak nie rządzicie. Macie nad sobą wampira – nalegała,
prostując się na krześle.
– Współegzystujemy ze sobą, żeby zachować równowagę –
odparł, siląc się na cierpliwość. – Pokój jest kruchy, niemniej lepszy od tego,
co mogłoby się wydarzyć, gdyby doszło do wojny – zauważył.
Isabella powoli skinęła głową.
– Och, tak. Słyszeliśmy.
Wiedział, co takiego miała na myśli, a przynajmniej
tak mu się wydawało. Walka sprzed lat, kiedy to doszło do pierwszego od lat
poważniejszego konfliktu pomiędzy wampirami a wilkołakami – za sprawą
potomków tej pierwszej strony, jakby tego było mało. To była tylko jedna noc,
ale to wystarczyło, żeby wszystko zostało zniszczone, więc tym bardziej nie
chciał do tego wracać.
– Nie przyszedłem tutaj po tym, żeby przekonywać
kogokolwiek do tego, czy wilkołaki i wampiry mogą współistnieć –
zniecierpliwił się. – Jeśli chodzi o Miasto Nocy…
– Nie śmielibyśmy podważyć znaczenia Miasta Nocy – przerwał
mu Aaron. – Ono i to miejsce istnieją odkąd pamiętam, a i na
Mieście Nocy opiera się nasza historia… A ta od początku była związana
z wampirami. Chcemy czy nie, wszyscy jesteśmy dzieci nocy, czyż nie?
Nie był pewien dlaczego, ale z w odpowiedzi na
jego słowa przeszedł go nieprzyjemny dreszcz. Legenda o kamiennym stole,
o Isobel… Lilii.
O pierwszych wilkołakach, jakby nie patrzeć posłusznych
właśnie istocie, która z założenia była ich naturalnym wrogiem. Wiele
czynników zmusiło dzieci księżyca do wycofania się, między innymi polowania
i rzezie, które urządzali Volturi, ale to i tak nie zmieniało tego,
iż wampiry i wilkołaki miały ze sobą dużo wspólnego.
– Przyszedłem, bo mam nadzieję, że będziecie mogli mi pomóc
– podjął, żeby odpędzić od siebie niechciane myśli. Serce biło mu jak szalone,
zdradzając wszystkie emocje, które nim targały. – A właściwie komuś, kto
jest dla mnie bardzo ważny.
Zły pomysł. Nie powinieneś tego robić, wilczy chłopcze, usłyszał, kiedy mentalny głos ponownie rozległ się
w jego głowie. Tracisz tutaj czas. A wkrótce możesz stracić coś
więcej.
Och, zamknij się!
Nie miał pojęcia, czy ktokolwiek mógł go w ten sposób
usłyszeć, ale liczył, że tak. Korciło go, żeby zerknąć na Katherine
i ocenić, czy jej reakcje były jakkolwiek podejrzane, jednak powstrzymało
go napięcie w głosie Aarona:
– Mów dalej.
Powstrzymał się przed gwałtownym zaczerpnięciem powietrza
do płuc. Do diabła, to jeszcze niczego nie musiało znaczyć, a to, że
zechcieli go wysłuchać, miało związek jedynie z tym, że był jednym
z nich. Nic ponad to…
A jednak nie mógł nie pozwolić sobie na odrobinę nadziei.
– Czy… Zastanawiałem się – spróbował raz jeszcze, ignorując
ostrzegawczy głosik w swojej głowie – czy istnieje sposób na to, by pomóc
komuś, kto został ugryziony. Zatrzymać…
– Dlaczego miałbyś chcieć powstrzymać przeistoczenie? –
przerwał mu Aaron. – Skoro to ktoś dla ciebie ważny – ciągnął, a jego
spojrzenie zdradzało, iż zrozumiał wszystko, przynajmniej w miarę
możliwości – chyba powinieneś się cieszyć, że będzie taka jak ty. Czyż
w tym przypadku nie powinniśmy się pokusić o stwierdzenie, że to
niezwykłe zrządzenie losu? Prawdziwe szczęście?
Ariel wstrzymał oddech, czując się trochę jak przekuty
balon z którego właśnie ulatywało powietrze. Mimo ostrzeżeń Victora, które
wciąż dźwięczały w jego głowie, spojrzał wprost w skryte za okularami
oczy Aarona; w lśniących, czarnych szkłach dostrzegł wyłącznie swoje
odbicie.
Mężczyzna w żaden sposób nie dał po sobie poznać, że
wychwycił na sobie jego spojrzenie i że czuje się z tym jakkolwiek
źle. Przez dłuższą chwilę czekał, zanim nieśpiesznym ruchem sięgnął
i ściągnąwszy okulary, obdarzył Ariela niewidzącym spojrzeniem wyblakłych,
onieśmielających tęczówek.
– Milczysz. Dlaczego?
Ariel nie odpowiedział, coraz bardziej podenerwowany. Aaron
czekał, najwyraźniej nie zamierzając odpuścić i dopiero Victor znaczącym
chrząknięciem zdecydował się spróbować jakoś rozluźnić atmosferę.
– Z tego co się zorientowałem, chłopak ma mały problem
z zaakceptowanie klątwy – powiedział, starannie akcentując ostatnie słów.
– Klątwa… – Aaron wyprostował się na krześle, ze świstem
wypuszczając powietrze. Teraz jego twarz wydawała się niemal łagodna
i odrobinę zmęczona. – Ach, tak.
– Zdarza się. Ty też kiedyś taki byłeś. Swoją drogą, mam
wrażenie, że jesteście podobni – ciągnął Victor, przynajmniej raz sprawiając
wrażenie nie tyle rozbawionego, co skoncentrowanego na tym, co mówi. – No
i pewnie tak jak ty, dzieciak jeszcze z czasem się wyrobi.
Ariel zamrugał z niedowierzaniem. Podobni? Chyba sobie
żartował. Aaron mógł zgnieść go jedną ręką, poza tym ciężko było mu sobie
wyobrazić, żeby ten mężczyzna potrafił poczuć przynajmniej w niewielkim
stopniu to, co od wielu lat go dręczyło. Aaron miał za sobą całe wieki
doświadczenia, podczas gdy on… No cóż, podczas gdy on czuł się zagubiony
i niepewny.
Vick pokręcił głową, zerkając na nieruchomą twarz brata.
Nie odpowiedział niczego, ale kąciki jego ust nieznacznie się uniosły.
– Może masz rację – zgodził się. – Niemniej ta prośba... –
Jego ton sugerował, że sam nie był pewien, jak powinien się zachować.
– Sorry, młody – wtrącił się Victor – ale podobnie jak
i my musisz zdawać sobie sprawę z tego, że to dożywotni wyrok. Jak
raz w to wejdzie, to już koniec. – Miał taki wyraz twarzy, że można było
prawie uwierzyć, iż w istocie jest mu przykro.
Tylko przykro.
Spodziewał się, że może tak być – w końcu sam
wiedział, a podążanie za tropem z książek od początku wydawało się
błędem – ale i tak prawda uderzyła w niego z siłą rozpędzonego
pociągu. Wręcz chciało mu się wyć z rozpaczy, ale nawet to wydawało się
pozbawione sensu, bo i tak nie miało niczego zmienić. Do końca liczył na
to, że jednak powiedzą mu coś innego – zwłaszcza, że przecież zdecydowali się
rozmawiać i mówić, a jednak…
No i była tutaj Katherine – Katherine z Lille, bo
jak mogłoby być inaczej? Była tutaj, ta dziwna i tajemnicza istota,
a jednak kiedy na nią spojrzał, przekonał się, że już nie ma jej
w cieniu. Nie zauważył, żeby wychodziła, ale drzwi były nieznacznie
uchylone, chociaż mógłby przysiąc, że po wejściu jej i Aarona zatrzasnęły
się; sam widział, że były zamknięte.
– Ona umrze – powiedział, zanim zdążył się nad tym
zastanowić. – Nawet jeśli przetrwa przemianę, umrze.
– Bywa – stwierdził Victor takim tonem, jakby to nic nie
znaczyło. Może i tak było, skoro śmierć stanowiła stały element
wieczności, ale i tak zapragnął go za to uderzyć. – Tak też się zdarza…
Czy z twoją wybranką jest coś nie tak? – zapytał po chwili, zerkając na
Ariela z zainteresowaniem.
Uważaj, wilczy chłopcze.
Ostrzegawcze słowa znowu pojawiły się w jego głowie,
zupełnie jakby ktoś stał tuż obok niego i cicho szeptał mu do ucha. Miał
ochotę warknąć, że przecież nie jest idiotą i doskonale zdaje sobie sprawę
z tego, jak wiele może powiedzieć.
– Ona… Alessia nie jest taka, jak zwykli ludzie –
powiedział w końcu, dochodząc do wniosku, że to właściwie nie odbiegła od
prawdy. Ali po części była człowiekiem.
– Co to znaczy? – zapytał Aaron. – Czy twoja wybranka jest
chora?
– Hm… W zasadzie można tak powiedzieć. – Czy wampiryzm
tak właściwie był chorobą?
Twarz mężczyzny nie wyrażała żadnych konkretnych emocji,
ale wszystko wydawało się wskazywać, iż takie wyjaśnienia mu wystarczają. Ariel
odetchnął w duchu, przynajmniej częściowo i to jedynie dlatego, że
gdyby powiedział prawdę, mógłby wpakować się w kłopoty. No cóż,
przynajmniej próbował, ale najwyraźniej pozostało mu wrócić do Alessi,
a później modlić się o to, żeby przetrwała na tyle długo, wymogli
spróbować wynaleźć jakiekolwiek inne rozwiązanie.
Właśnie wtedy poczuł, że ktoś go obserwuje. Lilia milczała
od momentu, kiedy rozpoczęło się zamieszanie, ale mimo obojętności musiała
namiętnie chłonąć każde słowo.
Teraz z kolei najwyraźniej zamierzała zareagować.
– Kim ona jest? – zapytała, ale zdecydowane spojrzenie
stalowoszarych tęczówek sugerowało, że się domyśla. Pochyliła się do przodu,
wspierając obie dłonie na stole. – Kim jest twoja partnerka, Arielu? –
ponagliła, wydając się smakować na ustach jego imię.
Wilczy chłopcze…,
usłyszał.
Ale tym razem nawet mentalny głos nie miał mu do
powiedzenia niczego, co mogłoby się okazać pomocne.
Nie spodziewałam się tego, że Aaron będzie ślepy ._. No... zaskoczyłaś mnie. Myślałam, że może będzie miał jakąś nieprzyjemną bliznę na twarzy, albo hm.. coś okropnie wyglądającego na twarzy lub po prostu jest brzydki i ma kompleksy xD a jak się okazało Aaron jest niewidomy.
OdpowiedzUsuń... zastanawiam się jakim to cudem jest możliwe - przecież wilkołaki są doskonałe. Hm, może po prostu jakiś nieszczęśliwy wypadek... Isabella i Victor są dla mnie parą idealna. A ja chyba już pisałam, że im kibicuje :D
Te myśli, które ktoś podsyłam Arielowi... mam wrażenie, że to robi Katherine. Bo Lilia była zajęta dokuczaniem Isabelli xD
podobało mi się to jak Ariel prowadził rozmowę z Aaeonem - mówił zagadkami i to było fajne ^-^ jesteś ciekawa jak wszyscy zareagują na wiadomość, że Alessia jest pół wampirzycą :3 och, no i najważniejsze czy im pomogą *-* chociaż po prologu mam dziwne wrażenie, że albo nie zdążą jej pomóc lub odmówią mu pomocy. Różne bywa ;/
niecierpliwie czekam na następny rozdział! ♡
Pozdrawiam,
Gabi.
nie spodziewałam się, że rozmowa
OdpowiedzUsuńAriela z Aaronem będzie przebiegała w tak intrygujący sposób xD było
sporo zagadek i to było moim zdaniem po prostu super :) czyżby Katherine
podsyłała Arielowi te myśli? no raczej tak, bo kto inny mógłby to
robić? na pewno żaden z kłócących się gdzieś tam wikołaków, i na pewno
nie Lilia, która dokuczała Isabelii... Czyli praktycznie w 100% jest to
Katherine... Chyba, że nagle pojawi się ktoś, o kim jeszcze nie wiemy :p
No i jestem oczywiście bardzo ciekawa, jak zareagują wszyscy (no oprócz
Ariela oczywiście :p) na wiadomość, że Ali jest półwampirem... Na pewno
nie wszyscy tak samo, bo w końcu każdy może zareagować różnie...
czekam już z niecierpliwością na nn, aż opiszesz ich reakcje i dalszą
część (ewentualnej) rozmowy...
pozdrawiam i do napisania ;*
lilka24