
Ariel
Miał
ochotę ją uderzyć. Nie wyobrażał sobie, że kiedykolwiek najdzie go tak nieodparte
pragnienie, żeby podnieść rękę na jakąkolwiek kobietę, a jednak
w przypadku Lilii tak właśnie było. Czuł na sobie jej spojrzenie, widział
sposób w jaki wygięła usta, nawet nie próbując ukryć samozadowolenia,
które odczuwała, kiedy tylko wychwyciła sposób na to, by uprzykrzyć mu życie,
i naprawdę zapragnął zetrzeć jej ten uśmieszek z twarzy, niezależnie
od możliwych konsekwencji.
Oddech mu przyśpieszył, choć jakaś część jego
podświadomości podpowiadała mu, iż należy zachować spokój, jeśli… Och, nie było
już „jeśli”! Czuł na sobie spojrzenie nie tylko Aarona i Victora, ale
również Isabelli i pozostałych, nawet Richarda i Carla, którzy już
zdążyli skończyć rzucanie się na siebie z pięściami i skoncentrowali
się na rozmowie, podświadomie wychwytując, że atmosfera się zmieniła. Ariel
odniósł nagle wrażenie, że powietrze jest gorące i gęste, zupełnie jakby
wypełniała je woda albo jakiś inny płyn, który przy każdym wdechu wdzierał się
do jego płuc, drażnił gardło i ostatecznie zalegał w klatce
piersiowej, utrudniając swobodne oddychanie.
To jeszcze nie musiało niczego znaczyć, prawda? Powiedzieli
mu, że nie ma sposobu, więc nawet gdyby wyznał prawdę, nie mogłoby być gorzej,
skoro i tak nie mogli mu odmówić pomocy, bo żadne rozwiązanie nie
istniało. Teraz już nic nie miało znaczenia, bo i tak nie pozostało mu nic
innego, jak wyjść i modlić się o to, żeby wrócić do Alessi na tyle
szybko, żeby czuwać przy niej już do samego końca. Jeśli cokolwiek jeszcze dało
się zdziałać, to nie wilkołaki z Lille za to odpowiadały, ale co najwyżej
on, Ali i wszyscy ci, którzy z jakiegokolwiek powodu zobowiązani byli
do pomocy. Podjął decyzje pochopnie i pod wpływem emocji, a teraz
musiał za to zapłacić, boleśnie świadom tego, iż popełnił błąd. Nic, co miał powiedzieć,
nie miało odmienić sytuacji; nie mógł oczekiwać nagłego cudu, nadnaturalnego
rozwiązania, które spłynęłoby z nikąd, przynosząc upragnione ukojenie.
Prawda już i tak nie miała niczego zmienić… prawda?
Wiedział o tym, a jednak czuł się tak, jakby jego
ramiona przygniatał ogromny ciężar – świadomość niebezpieczeństwa, które
towarzyszyło mu od momentu, w którym zdecydował się przekroczyć próg
twierdzy, podejmując ryzyko na które zdecydował się już kilka dni temu, jeszcze
zanim Michael go poprowadził. W głowie wciąż słyszał ten bezcielesny głos,
szepcący do niego i podsuwający ostrzeżenia, które do tej pory ignorował,
niepotrzebnie jak się okazało. Głos już zamilkł, ale wspomnienie było żywe
i to zwłaszcza teraz, gdy naprawdę był gotów zrobić wszystko, byleby znaleźć
jakieś rozwiązanie; chociaż podpowiedź tego, czy wszystko jest w porządku.
– No, chłopaku – odezwała się Lilia naglącym tonem.
Zmrużyła oczy, wpatrując się w niego tymi swoimi stalowoszarymi oczami
w sposób, który sprawił, że krew zawrzała mu w żyłach. Miał wrażenie,
że ona doskonale zdaje sobie sprawę z tego, w jaki sposób na niego
działa i że czerpie z tego przyjemność, prowokując go
i sprawdzając jak wiele w stanie jest znieść, zanim emocje wezmą nad
nim kontrolę. – Powiesz to, czy ja mam to zrobić? – warknęła, wspierając obie
dłonie na stole i napinając mięśnie w taki sposób, jakby jedynie
resztki cierpliwości powstrzymywały ją od zerwania się z miejsca.
– O czym ona mówi? – zapytał cicho Aaron. Choć jego
głos zdradzał przede wszystkim konsternację, Ariel wyczuł wyraźną, ostrzegawczą
nutę.
– O… niczym – powiedział, zły sam na siebie za to, że do
tego stopnia pozwolił wytrącić się z równowagi. Kłamał i było to po
nim słychać, co jedynie potęgowało irytację. – Nie mam pojęcia, co ona ma na
myśli. I tak nie jesteście w stanie mi pomóc, dlatego nie widzę
powodu, dla którego mielibyśmy rozmawiać o Alessi – dodał łagodnie, tym
razem zdecydowanie spokojniej.
Patrzenie na Aarona nie miało sensu, dlatego skoncentrował
się na Victorze, bez chwili zastanowienia spoglądając w ciemne oczy
tamtego. Poczuł się dziwnie, kiedy odwrócił się bokiem do Lilii, chociaż sam
nie był pewien dlaczego. Czy mogła go zaatakować? Nawet nie brał tego pod
uwagę; była złośliwa, nie szalona, a wariactwem bez wątpienia byłoby
rzucenie się na niego bez powodu, zwłaszcza na oczach wszystkich zebranych – no
i w obecności kogoś takiego jak Aaron.
Nie był pewien, czego powinien oczekiwać, ale to nie miało
znaczenia. Może był naiwny, jednak wciąż istniała nadzieja na to, że jego
rozmówcy odpuszczą albo zdecydują się zignorować gadanie Lilii. To było słowo
przeciwko słowu, a przynajmniej miał taką nadzieję, bo dziewczyna
przewyższała go nie tylko doświadczeniem i wiekiem, ale również zajmowała
znacznie wyższą pozycję w hierarchii. Lubiana czy nie, była jedną
z nich, podczas gdy on… Był obcy. Pojawił się znikąd, na dodatek
z szaloną prośbą i problemem z zaakceptowaniem samego siebie, co
dla tych wszystkich istot stanowiło prawdziwą abstrakcję albo – paradoksalnie –
szaleństwo. To stawiało go na straconej pozycji, nawet jeśli w Victorze
albo Isabelli wzbudził coś, co można było określić mianem albo sympatii, albo
przynajmniej rozbawienia.
– Doprawdy? – Lilia uśmiechnęła się chłodno i już
wiedział, że wszystkie jego podejrzenia były słuszne. – A mnie się wydaje,
że to jednak istotne. Nie chcielibyście posłuchać czegoś więcej o naszym gościu?
– ciągnęła, najwyraźniej dopiero zaczynając się nakręcać.
– Przestań, Lilia – mruknęła Isabella, ale nie zabrzmiało
to szczególnie pewnie. Wsparła brodę na splecionych dłoniach, rzucając
towarzyszce niechętne spojrzenie. – Ciebie to bawi?
– Zaczyna. – Kolejny pełen rezerwy, pozbawiony autentycznej
wesołości uśmiech. – Być może znasz bardziej… wyszukane – podjęła bezlitośnie –
formy rozrywki, ale dla mnie równie dobrze może być to interesująca rozmowa.
Zwłaszcza, że jeśli się nie pomyliłam, to nie tylko dość interesująca sytuacja,
ale swoisty problem.
Isabella wyglądała, jakby zamierzała zaprotestować, ale coś
w wyrazie twarzy Lilii musiało ją powstrzymać. Jedynie wzruszyła ramionami
i odwróciła głowę, unikając spoglądania i na wilkołaczycę, i na
Ariela. Spuściła wzrok, wyraźnie zażenowana i rozdarta.
– Suka – mruknął pod nosem Victor, co prawda na żadną
z nich nie patrząc, ale oczywistym wydawało się, że ma na myśli Lilię. –
Ariel, słuchaj…
– Może i suka – wtrąciła się kobieta, nie dając mu
dojść do głosu. – Swoją droga, nie było to zbyt twórcze, Vick, bo ja faktycznie
okazyjnie biegam na czterech łapach. Ty swoją drogą również – dodała,
spoglądając na niego pobłażliwie. – Tak czy inaczej, to zdecydowanie lepsze niż
bycie krwiopijcą, tak jak zapewne urocza przyjaciółka Ariela.
Nie był pewien czy to z powodu wilka w swoim
wnętrzu i zbliżającej się pełni, czy może taki był urok Lilii, ale
poderwał się z miejsca tak gwałtownie, że krzesło z przyprawiającym
o ból głowy piskiem przejechało kilka metrów, ostatecznie z hukiem
lądując na posadzce. Prawie tego nie usłyszał, dosłownie rzucając się na
wpatrzoną w niego dziewczynę. Uderzył brzuchem o krawędź blatu tak
intensywnie, że aż zabrakło mu tchu, ale to nie powstrzymało go przed dostaniem
się do Lilii i próbą instynktownego zaciśnięcia obu dłoni na jej
odsłoniętym gardle.
Wilkołaczyca prychnęła i odsunęła się
w pośpiechu, rzucając mu pełne wyższości spojrzenie. Nie zniechęciło go
to, ale kiedy spróbował przedostać się na drugą stronę stołu i rzucić na
nią, wykonała kolejny unik i zamachnąwszy się z całej siły uderzyła
go w twarz. Ostre, przypominające szpony paznokcie rozorały mu skórę na
policzku, siła uderzenia zaś wystarczyła, by przekoziołkował i zaległ
ciężko na plecach, wcześniej uderzając tyłem głowy o kamienną posadzkę. Na
ułamek sekundy wszystko pojaśniało, zaraz jednak pociemniało mu przed oczami,
grożąc pozbawieniem przytomności. Jęknął cicho, oszołomiony uderzeniem oraz
słodyczą własnej krwi, jak na razie niedoścignione przez ból z powodu
krążącej w jego żyłach adrenaliny.
– Młode pokolenia – parsknęła Lilia takim tonem, jakby
chwilę wcześniej nie wydarzyło się nic szczególnego. Kiedy z trudem
podniósł głowę, dostrzegł jej lekko zamazaną postać, wiedzącą z gracją na
krawędzi stołu. Prawie nie widział jej twarzy, a jedynie bladą skórę,
mocno kontrastującą z jej czarnymi, zmierzwionymi włosami; zimne,
stalowoszare oczy obserwowały go z uwagą, wydając się jarzyć jak
u kota. – Kobiety nawet kwiatem… Mówi ci to coś, Arielu? – dodała,
wypowiadając jego imię w śpiewny, nieco pogardliwy sposób.
Znów się w nim zagotowało, ale kiedy spróbował się
podnieść i zrobić kolejną głupią rzecz, dosiągł go stanowczy sprzeciw,
jakże różny od targających nim emocji. Zaraz po tym pojawiły się kolejne słowa,
równie ostre i niemal gniewne, tak intensywne, jakby ktoś wypalił je
w jego umyśle.
Nie walcz z nią! Nikt nigdy nie wygrywa z Lilią. Ona cię zabije, zanim
w ogóle zorientujesz się, iż popełniłeś błąd!
Bzdura! Chciał zaprotestować, chciał jakoś te słowa
zignorować, ale gniew i determinacja już zaczęły zanikać, pozostawiając za
sobą wszechogarniające zmęczenie oraz zniechęcenie. Leżał na plecach, dysząc
ciężko i czując, jak krew powoli spływa mu po twarzy i brodzie,
ostatecznie wsiąkając w koszulkę. Oddech wciąż miał płytki i urywany,
wrażenie zaś było takie, jakby na jego piersi zaległ olbrzymi ciężar – i, do
diabła!, był w stanie przysiąc, że wrażenie to powodowało samo tylko spojrzenie
wpatrzonej w niego Lilii.
Policzek pulsował bólem, podobnie jak i głowa, choć to
wydawało się niczym w porównaniu z gniewem oraz upokorzeniem, które
odczuwał. Znowu okazał się słabszy, znowu ktoś nad nim górował. Do tej pory był
to wyłącznie Yves czy Riddley – ten drugi zaledwie próbował, ale jednak – teraz
z kolei padło na Lilię.
I to teraz, akurat teraz, kiedy od powodzenia zależało
wszystko. Ta świadomość go dobijała, podświadomie popychając do wali, ale nie
potrafił się zdobyć na to, by podjąć jakąkolwiek decyzję.
Martwy nikomu i do niczego się nie przydarz, wilczy
chłopcze.
Cholera, jakby tego było mało, te głosy w głowie
naprawdę zaczynało go niepokoić.
– Hej, dzieciaku, żyjesz? – usłyszał i tym razem głos
zdecydowanie był prawdziwy, zupełnie różny od tego aksamitnego szeptu
w jego umyśle.
Kiedy zatrzepotał powiekami i w końcu otworzył
oczy, dostrzegł nad sobą ogromną, znajomą postać, którą dopiero po chwili
zidentyfikował jako Victora. Twarz mężczyzny nie zdradzała żadnych konkretnych
emocji i chociaż sposób, w jaki założył obie ręce na kark sugerował
całkowite rozluźnienie, coś w spojrzeniu ciemnych oczu wilkołaka
zaprzeczało takiemu stanowi ducha.
– O bogini, ale ty jesteś wielki… – Zwłaszcza
z poziomu posadzki robiło to wrażenie.
– Taa, to faktycznie zabrzmiało rozsądnie. – Brwi Victora
powędrowały ku górze, niemal zrównując się z linią włosów. –
Zaryzykowałbym uraz głowy. Wstrząśnienie mózgu…?
– Bardzo zabawne – żachnął się, powstrzymując pragnienie,
by teatralnie uderzyć głowa o posadzkę, ot tak dla lepszego efektu.
Vick zacisnął usta, bynajmniej nie rozbawiony. Choć kąciki
jego ust uniosły się nieznacznie, uśmiech nie objął oczu. Nawet mowa ciała
sugerowała, że najchętniej znalazł by się zupełnie gdzieś indziej,
w zupełnie innej sytuacji – i bynajmniej nie był w tym
pragnieniu odosobniony.
– Zabawne? Byłoby, gdybym miał rację. Zabawnych jest wiele
rzeczy, łącznie z roześmianiem się Lilii w twarz, skoro opowiada
takie bzdury… Bo to są bzdury, prawda? – dodał po chwili zastanowienia.
– Ale co? – Z obserwowania takich przypadków, jak
chociażby Patrick, zdążył już się zorientować, że udawanie idioty bywa dobrą
taktyką w niektórych sytuacjach.
Nie tym razem.
– O cholera – westchnął, potrząsając energicznie
głowa. – Cholera…
– I cholera – podsunął usłużnie, wspierając się na
łokciach. Tym razem się udało, więc tym bardziej błogosławił fakt, iż
umięśniona sylwetka Victora znacznie ogranicza jego widoczność, skutecznie
zasłaniając mu widok stołu oraz siedzącej na nim Lilii. – Nie trafiłem.
– Cholera… Jasna cholera!
– Tak, to już ustaliliśmy – mruknął, ale doprowadził
jedynie do tego, że mężczyzna rzucił mu z góry zagniewane spojrzenie.
– Przestań – zirytował się – i lepiej mi powiedz, co
jest grane. W co ty z nami pogrywasz, co Ariel?
Victor był w jakiś pokrętny sposób sobą, co samo
w sobie wydawało się równie dobre, co i… Cóż, nie potrafił tego określić.
Tak czy inaczej, to bezpośrednie zachowanie i charakter miały w sobie
coś, co wybiło mu z głowy próbę kłamstwa i dalszego odwlekania nie ma
sensu.
Westchnął i wzruszył ramionami.
– Przestanę, kiedy ona – kiwną głową w stronę, gdzie spodziewał się zauważyć
Lilię – w końcu się zamknie.
– Nie pieprz, tylko przejdź do rzeczy. Całkiem ci się już
w głowie poprzewracało?
Poważny i zdenerwowany Victor? Dobrze, to już było coś
nowego.
– Och, to bardzo możliwe – przyznał w przypływie
szczerości. – Podobno miłość zwykle ma w sobie coś ogłupiającego.
Stąpał po cienkim lodzie i doskonale zdawał sobie
z tego sprawę, ale jakie inne miał wyjście? Zaprzeczanie nie wchodziło
w grę, zwłaszcza, że jego atak na Lilię był niczym jedno, wielkie
potaknięcie.
Vick wypuścił powietrze ze świstem, jednocześnie zaciskając
obie dłonie w pięści.
– Cholera jasna, chłopaku… – Pokręcił
z niedowierzaniem głową, po czym rzucił Arielowi takie spojrzenie, jakby
widział go po raz pierwszy w życiu. – Wampirzyca… Wampirzyca?! – powtórzył głośniej; najwyraźniej jego reakcja
wystarczyła, by wyrazić wszystko to, co myśleli sobie inni i nakłonić ich
do milczącego obserwowania sytuacji.
Ariel przygryzł dolną wargę niemal do krwi, rozważając
odpowiedź. Coraz bardziej ciążyło mu to, że leżał i że ktokolwiek miał nad
nim aż tak znaczącą przewagę, ale nie ufał sobie na tyle, by próbować się
podnieść.
– Wampir nie zareagowałby na ugryzienie wilkołaka –
zauważył zmęczonym głosem. Westchnął cicho, po czym przeczesał włosy palcami,
z ulgą odkrywając, że pod palcami nie czuje krwi – nie robił głowy, choć
pewnie dopiero miał przekonać się, co to znaczy prawdziwa migrena. – Alessia
jest po części człowiekiem, a to różnica.
– O kurczę, faktycznie! Gdzie ja miałem głowę, zadając
tak idiotyczne pytanie? W końcu ona aż w jednej drugiej jest normalną
dziewczyną, a to, że okazyjnie chłepta sobie krew i jest naszym
naturalnym wrogiem tak naprawdę nie ma żadnego znaczenia. Taki tam drobiazg! –
sarknął Victor, drgając nerwowo, jakby ciężko było mu ustać w miejscu. –
A niech cię!
Mruczał coś jeszcze, ale już nie tak bardzo zdecydowanie
i ciszej, jakby tylko do siebie. Ariel sam już nie był pewien, co powinien
sądzić o jego zachowaniu, zwłaszcza, że Victor raz po raz oglądał się za
siebie, rzucając nieodgadnione spojrzenia w stronę miejsca – o ile
się orientował – które zajmował Aaron.
Usłyszał ciche skrzypnięcie, które bez trudu zidentyfikował
jako dźwięk nóg krzesła, szurających o kamienną posadzkę. W tym samym
momencie dłoń Victora zamachała mu przed twarzą, kiedy wilkołak jednak
zdecydował się pomóc mu wstać. Choć pełen wątpliwości, uchwycił ją, po czym
z trudem dźwignął się na równe nogi i odsunął, niepewny co do tego,
komu i w jakim stopniu powinien ufać.
– Naprawdę nie wierzę, że… Choć może nie powinienem się
dziwić – usłyszał nerwowy pomruk Victora. – Już nic mnie nie dziwi.
Cóż, mógł powiedzieć to samo, ale i tak poczuł się
urażony. Mimo wszystko miał nadzieję, że uda mu się przynajmniej w tym miejscu
od takich reakcji uciec. Już w Mieście Nocy wydawało się to wystarczająco
uciążliwe, a oni nawet nie znali Alessi!
Kątem oka spostrzegł ciemne włosy Lilii, ale powstrzymał
się od spoglądania w jej stronę. Było to o tyle trudne, że ona bez
wątpienia przez cały czas go obserwowała, co prawda milcząc, ale to było nawet
gorsze. Czuł pieczenie na twarzy w miejscu, w którym rozorała mu
paznokciami skórę, dlatego uniósł dłoń i musnął palcami ranę, krzywiąc się
nieznacznie. Jego palce natychmiast pokryła czerwień, więc jedynie otarł twarz
rękawem bluzy, próbując się uspokoić. Tamten głos miał rację,
a rozpoczynanie walki było idiotyczne, zwłaszcza, że kobieta bez wątpienia
była niebezpieczna – a pewnie nawet gdyby jakimś cudem udało mu się ją zdominować,
natychmiast pojawiłby się ktoś, kto z czystej solidarności miał spróbować
jej pomóc. To też nie było mu potrzebne, stanowiąc jeszcze jedną zbędną
komplikacje, która stanęła na drodze związku jego i Alessi.
Ali.
Musiał wracać. Już i tak nic nie trzymało go w tym
miejscu. Wcześniej myślał o tym, by spróbować porozmawiać
z Katherine, ale tej nigdzie nie było, ta zresztą już na początku dała mu
do zrozumienia, że za nim nie przepada. Irytowało go to, nawet bardzo, jednak
miał już dość szarpania się ze wszystkimi wkoło, a zwłaszcza
z dumnymi córami księżyca. Jedna Lilia wystarczyła za całe stado takich
kobiet, zresztą Katherine uciekła, kiedy tylko zeszło na temat powstrzymania
przemiany, dlatego nie miał co liczyć na to, że będzie chciała mu pomóc. Gdyby
coś wiedziała, powiedziałaby… Albo po prostu wolała milczeć, ale to na jedno
wychodziło.
– Lilia – usłyszał władczy głos Aarona i machinalnie
obejrzał się w jego stronę.
Aaron stał, dłonie zaciskając na krawędziach blatu
drewnianego stołu. Ariel sądził, że mężczyzna będzie chciał zareagować, ten
jednak sprawiał wrażenie zamyślonego i tak spokojnego, jakby żadne dziwne
wydarzenia nie miały miejsca… Ba! Jakby takie akcje z Lilią w roli
głównej miały miejsce na co dzień!
Niewidzące, skryte za szkłami okularów przeciwsłonecznych
oczy skierował w stronę siedzącej na stole dziewczyny. Lilia spojrzała na
niego chłodno, ale nie odezwała się ani słowem, a słysząc swoje imię
z gracją stanęła na równe nogi, spokojnym krokiem okrążając stół, by do
niego podejść. Obcasy jej butów były jednym dźwiękiem w sali, pomijając
liczne oddechy i rytmiczne uderzania serc.
– Czy mam zawołać Katherine? – zapytała tonem, który można
byłoby określić mianem uprzejmego zainteresowania.
– Nie. Ty mi pomożesz. – To była prawie prośba, jeśli nie
licząc naglącego gestu, jakim wyciągnął ramię w jej stronę. – Lilio –
powtórzył, bo nie od razu zareagowała.
Wydęła usta, ale nie zaprotestowała, bez chwili wahania
ujmując go pod ramię. Katherine u boku kogoś takiego jak Aaron wydawała
się krucha i drobna, ale Lilia w jakiś niezwykły sposób zdołała
zachować pewność siebie, wciąż emitując wokół siebie aurę tego nadnaturalnego
chłodu oraz niebezpieczeństwa. Napięła mięśnie, jakby czyjkolwiek dotyk napawał
ją obrzydzeniem, ale poza tym w żaden sposób nie okazała niechęci względem
prośby czy też raczej rozkazu Aarona. Wręcz przeciwnie – Ariel nie był pewien
skąd to przekonanie, ale był niemal całkowicie przekonany, że cała sytuacja ją
bawi.
O co tutaj chodzi?,
pomyślał, choć nie oczekiwał odpowiedzi. Być może powinien był wdzięczny za to,
że pomijając rozdrażnienie Victora, nikt nawet słowem nie zareagował na wieść
o tym, kim jest Alessia, ale mimo wszystko… Nie tego się spodziewał.
A już na pewno nie sądził, że Aaron jak gdyby nigdy nic wyjdzie, nawet słowem
nie komentując tego, co się wydarzyło – tak, jakby to nie miało żadnego
znaczenia, choć po jego wcześniejszym zachowaniu i minie Ariel był pewien
tego, że miało…
– Aaron – odezwał się cicho Victor, obserwując brata, kiedy
on i Lilia ruszyli w stronę drzwi, którymi jakiś czas wcześniej
wyszła Katherine.
Przystanął, zmuszając dziewczynę do tego samego. Nie
obejrzał się, ale przecież nie musiał, bo przynajmniej z jego punktu
widzenia musiało być to co najwyżej zbędnym wysiłkiem.
– Możecie iść – mruknął cicho, wręcz łagodnie. – Do tej
pory dobrze zajmowałeś się naszym gościem, więc poradzisz sobie z tym
i teraz... Sądzę, że Ariel chętnie zostanie z nami, powiedzmy… do
pełni?
Zaraz po tym wyszedł, zupełnie jak gdyby nigdy nic, nie
dając Arielowi nawet okazji na to, żeby mógł się zastanowić. Dopiero po kilku
sekundach w pełni dotarło do niego to, co właśnie usłyszał – i że
właśnie w subtelny sposób zostało mu dane do zrozumienia, że chcąc nie
chcąc został nie tylko gościem, ale i więźniem.
Musiał iść, ale nie mógł – bo nikogo tak naprawdę nie
obchodziło to, jak wiele zależało od powrotu.
Co by tu dodać? Zapraszam na dodatek numer III..
OdpowiedzUsuńhttp://lost-in-the-time.blogspot.com/p/leda-i-abedz.html
Nessa.
Rozdział
OdpowiedzUsuńmeeega :) Jednak nie rozumiem, dlaczego wszyscy aż tak bardzo oburzyli
się na wiadomość, że Ali jest w połowie wampirem... W końcu serce nie
sługa, nie zna, co to pany... Czy jakoś tak to brzmiało... Niedawno
oglądałam na polskim "Pana Tadeusza" i właśnie ten cytat mi się nasunął,
czytając ten rozdział...
A Katherine gdzie wywiało? Sądzę, że to ona podsuwała mu te myśli,
jednak nie rozumiem, dalczego nie chce pomóc Arielowi... Przecież sama
przez to przeszła, tak?
No i nie widzę powodów, przez które, poniekąd Ariel stał się ich
więźniem... To, że jest z Miasta Nocy i szuka pomocy dla swojej
ukochanej, która jest pół wampirem, to nie jest powód do więzienia
kogoś...
Czekam na nn :) pozdrawiam i do napisania ;*
lilka24
PS. Przepraszam, że dzisiaj troszkę krócej, ale już zabieram się za
czytanie dodatku extra :)
Przepraszam, że dopiero teraz komentuje, ale miałam taki... dziwny weekend.
OdpowiedzUsuńWidziałam, że Lila to suka, ale żeby być aż taką idiotką... no, ale co się dziwić.
Myślałam, że gorzej zareagują na wieść, że Ali jest pół wampirem. No, ale ta reakcja tez nie była wymarzona. Aaron dał mu szybko do zrozumienia, że nie ma tu czego szukać. Może nawet się nad nim zlitował, bo kazał mu tu zostać do pełni czyli przegapi przemianę Alessi - a przynajmniej jej początek.
dziwi mnie nagle zniknięcie katherine, ale miała powód.
Rozdział był świetny i bardzo szybko mi się go czytało. Przepraszam raz jeszcze, że tak późno skomentowałam. :)
pozdrawiam,
Gabi.