
Ariel
Ciche
pukanie do drzwi wyrwało ją z letargu. Alessia zamrugała
i skoncentrowała wzrok na suficie, czekając aż wszystko nabierze ostrości,
a ona wróci do siebie. Było jej gorąco, poza tym miała wrażenie, że głowa
za moment pęknie jej na dwoje, ale mimo zmęczenia, jak na ironię nie była
w stanie zasnąć – na to zdecydowanie było za gorąco, zwłaszcza, że ciągle
męczyły ją skoki temperatury. Poza tym martwiła się, już nie tylko
o siebie czy Ariela, ale i o Laylę, a to zdecydowanie nie
ułatwiało zebrania myśli.
– Ali? – Rozpoznała głos mamy i to pozwoliło jej dojść
do siebie. – Mogę wejść?
Nie odpowiedziała, ale nie musiała, bo Renesmee i tak
nie czekała na przyzwolenie. Drzwi uchyliły się, a dziewczyna wślizgnęła
się do środka, starannie zamykając je za sobą.
– Czy coś się stało? – zapytała sennie, zmuszając się do
podniesienia na łóżku; wsparła głowę na ręce, żeby lepiej widzieć mamę, choć
prawie natychmiast włosy opadły jej na twarz, ograniczając widoczność.
– Oczywiście, że nie – uspokoiła ją natychmiast, ale jej
oczy wydawały się temu zaprzeczać. Była zmartwiona, a to zdecydowanie nie
było dobre w jej stanie. – Nie mogę spać… Poza tym chciałam sprawdzić, czy
dobrze się czujesz.
– To tylko zależy od tego, jak powinnam rozumieć pojęcie
„dobrze”.
Renesmee westchnęła, ale nie skomentowała tego ani słowem.
Ali ponownie opadła na plecy, przymykając oczy i mając świadomość tego, że
mama przez cały czas ją obserwuje.
Czuła się rozczarowana, choć już pewnie powinna zacząć
oswajać się z myślą, że coś poszło nie tak. Kolejne dni mijały,
a Ariela nie było, co samo w sobie było gorsze nawet od świadomości
tego, co wydarzy się, kiedy nadejdzie pełnia. Ach, już nawet nie chodziło o znalezienie
rozwiązania! Mijały dni, a ona czuła się coraz gorzej, nie tylko
w sensie fizycznym, ale przede wszystkim psychicznym. Te wszystkie objawy
były nieprzyjemne, ale do zniesienia, poza tym nawet Carlisle musiał przyznać,
że jej nie zagrażają, zwłaszcza, że doktor doskonale zdawał sobie sprawę
z tego, jakie jest ich źródło i że nie jest w stanie ich
wyleczyć. Nie była chora, nie tak zwyczajnie, więc jej zdrowie było jedynie
swego rodzaju utrudnieniem, ale nie powodem do prawdziwego zmartwienia.
Przynajmniej tak miało być jeszcze przez najbliższe dwa
dni, które zostały do wzejścia księżyca w całej okazałości… A nawet
mniej, bo na zewnątrz już zaczynało jaśnieć, zapowiadając nadejście świtu, ale
o tym starała się nie myśleć, zbyt przerażona, żeby dodatkowo się katować.
Nie rozumiała, dlaczego nieobecność Ariela się przedłużała, a z jej
perspektywy dni paradoksalnie się ciągnęły, nawet mimo wrażenia, iż czas płynie
w zawrotnym tempie. Kolejne godziny mijały, przepełnione niepokojem i wątpliwościami,
niosąc ze sobą rozczarowanie, zwłaszcza, że chłopak już dawno powinien być przy
niej.
Potrzebowała go. Nie tylko po to, by zachować zdrowe
zmysły. Nie zdawała sobie sprawy z tego, że Ariel zajął aż tak ważną rolę
w jej życiu. Żałowała, że pozwoliła mu odejść, zwłaszcza, że jego
nieobecność wydawała się być dowodem na to, jak bardzo płonne były ich
nadzieje, gdy zdecydowali się zaryzykować wyprawę do Lille. Poszukiwanie
rozwiązania od początku było skazane na niepowodzenie, a jednak Arielowi
udało się przekonać ją, że powinni spróbować i że wszystko jakoś się
ułoży. Chciała w to wierzyć i przez pewien czas nawet jej się to
udawali, ale teraz już niczego nie potrafiła przewidzieć. Ariel zabrał jej
pewność siebie ze sobą, podobnie jak i wiarę w to, że kiedykolwiek
wszystko wróci do normy, a ona poczuje się bezpieczna – nie tylko
w Mieście Nocy, ale i we własnym ciele.
Skrzywiła się i skuliła, czując jak w odpowiedzi
na jej słowa, wilk w jej wnętrzu zaczyna wiercić się i skomleć, po
raz wtóry przypominając jej o swojej obecności.
Wyczuła ruch, a chwilę później materac ugiął się
nieznacznie, kiedy mama usiadła przy niej, muskając palcami jej policzek.
– Wszystko będzie w porządku – usłyszała i choć
brzmiało to pięknie, nie potrafiła zmusić się do tego, żeby jej uwierzyć. – Ja
też się martwię, ale zobaczysz, że będzie dobrze.
– Tyle, że ja nie martwię się o siebie – zaoponowała,
wzdychając cicho. – Nie podoba mi się to, że wciąż nie ma Ariela… I nie,
nie mówi mi, że on wróci, bo to marne pocieszenie – dodała, pośpiesznie
siadając i prostując się niczym struna. Mięśnie zaprotestowały, ale to
zignorowała. – Wcale nie chcę pocieszenia.
– Nie próbuję cię pocieszać. – Wzrok Renesmee wydawał się
szczery, mimo wszystko. – Mówię to, czego jestem pewna. A Ariel typem
takiego chłopaka, który nie odpuszcza, kiedy już podejmie jakąś decyzję.
Cóż, to też wydawało się brzmieć równie zachęcająco, co
i zbyt pięknie. Co prawda zdążyła już poznać Ariela, poza tym do tej pory
pamiętała stanowczość i desperację z jaką planował wyjazd, ale to
jeszcze o niczym nie musiało świadczyć. Podjęcie decyzji nie równało się
jej wypełnieniu, a ona coraz mnie wierzyła w to, że chłopakowi uda
się wrócić na czas.
Kiedy nadejdzie pełnia, będzie z tym sama. Nie mogła
pozwolić, by którekolwiek z jej bliski było obok, gdy zacznie się
przemieniać, nie tylko dlatego, że istniała szansa, iż mogłaby nie przetrwać
i umrzeć na ich oczach. Już samo to wydawało się nie do przyjęcia,
a jednak istniała jeszcze gorsza możliwość, którą przejmowała się
w stopniu zdecydowanie większym niż śmiercią. Zdecydowanie bardziej
przerażająca wydawała się perspektywa tego, że przejdzie przemianę
i stanie się wilkołaczycą – a potem straci kontrolę
i w pełni posłuszna instynktowi, zaatakuje każdego, kto stanie na jej
drodze.
Nie, to nie wchodziło w grę. Pamiętała reakcję Ariela,
a jeszcze lepiej pamiętała cierpienie, które doświadczał, kiedy jego ciało
zaczęło się przeistaczać. Nie zamierzała pozwolić, by ktokolwiek obserwował ją,
kiedy się zacznie, a jeśli istniała jakakolwiek osoba, która byłaby
w stanie ją zrozumieć i choć pozornie ułatwić czekające ją męczarnie,
w tym momencie pozostawała całkowicie nieosiągalna.
– Nie wydaje mi się, żeby to było takie łatwe – westchnęła
chmurnie, potrząsając głową, żeby odgonić od siebie przykre myśli. – A ty
nie możesz tego wiedzieć, mamo – dodała.
– Och, mogę. – Uniosła brwi, słysząc słowa Renesmee. – Wiem
z doświadczenia.
– Doprawdy?
Tym razem doczekała się szczerego uśmiechu.
– Znam ten typ chłopaka – powiedziała stanowczo. – Co
prawda Ariel wydał mi się inny, bardziej... ludzki, ale to niczego nie zmienia.
Jest skryty, ale zdeterminowany, a to wystarczy, żeby zrobił najbardziej
szaloną rzecz, jeśli wyda mu się to słuszne.
– Inny… Inny od kogo? – zapytała, coraz bardziej
zaintrygowana. – Co ciebie wiąże z wilkołakami, mamo? – dodała wprost,
w końcu decydując się poruszyć temat, który od początku wydawał jej się
istotny.
Nie była pewna, czego powinna się spodziewać, ale nie dbała
o to. Już dawno odniosła wrażenie, że Renesmee potrafiłaby odnaleźć się w jej
sytuacji lepiej niż mogłaby podejrzewać. Niejednokrotnie widziała pośród
biżuterii mamy niepozorną, drewnianą figurkę w kształcie wyjątkowo
dokładnego, rdzawo brązowego wilka, nigdy jednak nie przyszło jej do głowy
o to, by dowiedzieć się czegoś więcej. Dopiero kiedy pojawił się Ariel,
a kwestia jej związku wyszła na jaw, przyszło jej do głowy, iż mogła
popełnić błąd, unikając rozmowy z Nessie – ona by zrozumiała, dokładnie
tak, jak przekonywała ją po fakcie, kiedy Damien sprowokował ją do wyznania prawdy.
Posunęła się nieznacznie, chcąc zrobić mamie trochę więcej
miejsca. Łóżko było duże, więc bez trudu zmieściły się na nim oby dwie, co
skojarzyło jej się z tymi wszystkimi razami, kiedy jako dziecko
przychodziła do sypialni rodziców, żeby spędzić noc pomiędzy nimi. Wiedziała,
że nie zawsze wybierała sobie najlepszy moment na taką wizytę, ale też nigdy
jej nie odtrącili, a już na pewno nie okazali niezadowolenia, nawet jeśli
mieli po temu powody. Teraz stęskniła za tym całą sobą, podobnie jak i za
znajomymi objęciami mamy, które dawały jej poczucie bezpieczeństwa.
Jakby w odpowiedzi na jej myśli, Renesmee usadowiła
się tak, by znalazły się naprzeciwko siebie, po czym ujęła obie jej ręce
w sobie. Siedziała po turecku, na sobie mając jakiś czarny, prześwitujący
kawałek materiału, który musiał służyć jej za koszulę nocną i jak nic był
prezentem od cioci Isabeau. Zważywszy na upał, nie było w tym niczego
dziwnego, kreacja zresztą idealnie uwypuklała jej brzuch, ukazując, że jej
sylwetka jednak się zmieniła – tylko nieznacznie, dla człowieka prawie
niezauważalnie, ale z wyostrzonymi zmysłami była w stanie to
zauważyć.
– Wilkołaki pierwszy raz poznałam w Mieście Nocy –
wyjaśniła pogodnie mama. – Jeśli już, mam wiele wspólnego ze
zmiennokształtnymi, ale w tym jednym przypadku różnica jest niewielka, bo
ci również przybierali kształt wilków. Ja i Jacob… Pamiętasz Jacoba? –
zapytała, nagle niepewna tego, ile powinna wyjaśnić.
– Och, chyba pamiętam. – Alessia zmarszczyła brwi, próbując
pobudzić umysł do współpracy. – To ten chłopak, któremu tak bardzo zależało na
tym, żeby cię od nas zabrać – powiedziała niemal z pretensją, krzywiąc się
demonstracyjnie.
Renesmee roześmiała się, choć Ali wcale nie widziała
w tym niczego zabawnego. Do tej pory pamiętała tamten dzień, jakże dawno
temu, kiedy płakała i prosiła mamę, przekonana, że ta za moment odejdzie.
I jeszcze te słowa Damiena, który jako pierwszy zrozumiał
intencje Indianina oraz to, co mówił Michael… „Mamo, zostawiasz nas?”. Obrazy
stanowiły zamazaną mieszankę, ale tę jedną wypowiedź pamiętała aż nazbyt
dobrze.
– Byłaś malutka – stwierdziła w zamyśleniu. –
A Jacob… Brzmisz tak, jakbyś nadal miała do niego pretensje – zauważyła.
– Bo mam. – Słowa zabrzmiały nader dziecinnie, ale Alessia
nie zamierzała się tym przejmować. Do diabła, miała prawo zachowywać się
irracjonalnie, skoro wisiała nad nią śmierć. – Wyglądał na bardzo
zdesperowanego, kiedy cię przekonywał. Niewiele już pamiętam, ale mniejsza
z tym – dodała niechętnie, wzruszając ramionami.
– Dla Jake’a cała ta sytuacja była niemal równie trudna, co
i dla mnie – zauważyła przytomnie, próbując jakoś chłopaka usprawiedliwić.
– Tak czy inaczej, on był zmiennokształtnym. I bardzo wiele dla mnie
znaczył, a może i znaczy do tej pory. Był chyba nawet taki okres,
kiedy… – Zamilkła i pokręciła głową. – To było zanim poznałam Gabriela.
Ali uśmiechnęła się pod nosem, rzucając jej wymowne
spojrzenie. Och,
doprawdy…?, pomyślała z przekąsem.
W tę jedną rzecz akurat nie wątpiła, bo jakoś nie mieściło jej się
w głowie, by mama była w stanie spojrzeć na kogokolwiek innego
w taki sposób, jak na tatę. Dobrze, może i była naiwna, skoro
wierzyła w prawdziwą, niezachwianą miłość, ale patrząc na rodziców
naprawdę miała nadzieję, że coś takiego istnieje, choć może to było naiwnym
tokiem rozumowania. Wiele przykrych rzeczy się zdarzało, a szczęście nigdy
nie trwało wiecznie – sama się o tym przekonała, a jednak wciąż nie
potrafiła zaakceptować tego jako reguły.
– Dlaczego mam wrażenie, że nie mówisz mi wszystkiego? –
zapytała, lekko unosząc brwi i wciąż przypatrując się Renesmee.
– Hm… A o co konkretnie mnie pytasz?
Zastanowiła się, choć sama nie była pewna, dlaczego to
wydawało się jej takie ważne. Może gdyby mama w istocie była zakochana
w Jacobie, najlepiej ze wzajemnością, byłoby łatwiej. Co prawda nie byli
ze sobą (nie żeby się z takiego stanu rzeczy nie cieszyła!), ale
przynajmniej nabrałaby pewności na to, że ona i Ariel wcale nie są takim
niewłaściwym wyjątkiem, jak do tej pory jej się wydawało.
– Nie wiem – przyznała niechętnie. – Niczego już nie jestem
pewna.
– Ali…
Westchnęła i rozluźniła się nieznacznie, pozwalając
żeby mama otoczyła ją ramionami. Poczuła się pewniej, a przynajmniej
częściowo bezpieczniej, chociaż nawet obecność najbliższych nie była
w stanie spowodować, by poczuła się naprawdę dobrze. Chyba jedynie Ariel
miał szanse na to, żeby tego dokonać, ale jego nie było, a ona nie miała
nikogo, komu mogłaby się zwierzyć.
Dobrze, miała rodziców, ale to nie było to samo. Mama była
w ciąży, więc denerwowanie jej nie wchodziło w grę. Tata… Cóż, nie
mogła oprzeć się wrażeniu, iż jest w dość specyficznym nastroju – morderczym, można by
wręcz powiedzieć – zwłaszcza od chwili, w której coś złego zaczęło dziać
się z ciocią Laylą i był zmuszony zostawić ją pod opieką wujka
Rufusa. W efekcie nie tylko on, ale i ta dwójka odpadali, choć Lay
mogłaby sprawdzić się jako ewentualna partnerka do rozmowy. Była jeszcze
Isabeau, ale ta również nie wyglądała na skłonną do słuchania czyichkolwiek
zwierzeń, więc… Aldero i Cameron? Cammy może i jeszcze, ale tylko pod
warunkiem, że nie przebywałby z bratem, a natknięcie się na nich
osobno graniczyło z cudem. Cullenowie również, choć bynajmniej nie
dlatego, że im nie ufała – po prostu potrzebowała kogoś bardziej neutralnego,
najlepiej przyjaciela.
Jednak przyjaciół również nie miała – już nie. Zoe wciąż
bała się o Quinna i nic nie wskazywało na to, żeby w najbliższym
czasie miał się obudzić. O Hayley nawet nie było co wspominać, bo wszystko
wskazywało na to, że dziewczyna otwarcie ją znienawidziła.
No i Damien. Najbardziej bolało ją to, że nie mogła
liczyć nawet na niego – i to w sytuacji, kiedy tak bardzo
potrzebowała brata.
Wyczuła coś ciepłego na policzku i w oszołomieniu
uświadomiła sobie, że płacze. Natychmiast wyprostowała się niczym struna,
gniewnymi ruchami próbując osuszyć oczy. Starała się zrobić to na tyle
dyskretnie, by nie zaalarmować Renesmee, ale jej próby były z góry skazane
na niepowodzenie, zwłaszcza, że obejmująca ją mama musiała doskonale czuć
drżenie wstrząsanego szlochem ciała.
– Cii… Wszystko jest w porządku – usłyszała. –
Alessia, kochana… – Zakołysała nią lekko, zupełnie jakby czas się cofnął,
a Ali znów była małą dziewczynką.
Jęknęła i energicznie potrząsnęła głową, niemal siłą
próbując zmusić się do zapanowania nad emocjami.
– Przepraszam – westchnęła, walcząc o oddech
i coraz szybciej mrugając, by pozbyć się łez. Jak na złość, w miejsce
jednych, natychmiast pojawiały się nowe, dodatkowo potęgując irytację. – Ja
nie… Nic mi nie jest, ale… – Zamilkła, czując się bezradną i pokonaną.
– Dlaczego przepraszasz mnie za to, że płaczesz? –
usłyszała, ale nie potrafiła znaleźć odpowiedzi na to pytanie.
Renesmee przygarnęła ją mocniej, więc ostatecznie się jej
poddała, w końcu dając upust całej swojej frustracji. Przez pewien czas
miała ochotę coś powiedzieć – chociażby to, jak bardzo się bała i jak
denerwowało ją to, że Ariela nie było przy niej – ale formułowanie sensownych
słów i zdań okazało się trudne, dlatego zdecydowała się odpuścić.
W gardle czuła narastającą gulę, która utrudniała jej oddychanie, całkiem
uniemożliwiając jej wydobycie z siebie głosu. Czuła się słaba, wykończona
i już sama nie była pewna, jak wiele zostało w niej z tej
dziewczyny, którą była. Wraz z upływem dni, ta obca natura coraz częściej
dawała o sobie znać, potęgując strach i poczucie porażki, jakby
ciągła gorączka i przeszywający jej ciało ból, który towarzyszył jej przy
niemal każdym ruchu, nie stanowiły wystarczająco wymownej podpowiedzi.
Szloch cichł, choć przy tym wcale nie była w stanie
nad nim zapanować. Oddychała ciężko, bardziej wykończona niż uspokojona; nie
była pewna, jak wiele łez mogła uronić, ale najwyraźniej sporo i nic nie
wskazywało na to, by w najbliższym czasie miały się wyczerpać. Płakała,
szukając ukojenia, które nie nadchodziło, a mam pozwalała jej na to, co
mimo wszystko było lepsze od duszenia tego wszystkiego w sobie. Płacz był
dobry… Wiedziała o tym, a jednak podświadomie chciała przestać,
przekonana o tym, iż traci czas; że jedynie wszystko pogarsza, bo…
Ale właściwie co mogła zrobić?
Wzięła jeszcze kilka głębszych wdechów, próbując wyrównać
oddech i oczyścić gardło. Poczuła się trochę lepiej, ale to wciąż nie było
to, czego mogłaby oczekiwać. No cóż, nie oczekiwała cudów, ale mimo wszystko
byłoby lepiej, gdyby jakiś jednak się wydarzył.
– Twój brzuch… – wymruczała nieco niewyraźnie, próbując
jakoś oswobodzić się z objęć mamy.
– Wszystko jest w porządku – ucięła tamta stanowczo,
ale pozwoliła jej się odsunąć. – Nie jestem aż taka krucha – dodała
z przekonaniem, machinalnie muskając dłonią dolną część swojego ciała.
Alessia pokiwała głową, po czym z zaciekawieniem
spojrzała na kryjące się pod czarną koronką zaokrąglenie. Kiedy ciocia Layla
jeszcze nosiła pod sercem dziecko, zmianę w jej sylwetce było widać na
odległość, więc tym dziwniej podchodziła do tego, co działo się
z Renesmee. Gdyby jej nie znała, naprawdę nie zorientowałaby się, że mama
nieznacznie przytyła – co najwyżej kilka centymetrów; nic dziwnego, gdyby była
człowiekiem, ale w przypadku pół-wampirów takie rzeczy się nie zdarzały.
Coś w istocie było na rzeczy i badania to potwierdziły, jednocześnie
wykluczając, by cokolwiek było z dzieckiem albo z ciążą nie tak.
– Dalej prawie niczego nie widzę – poskarżyła się,
instynktownie decydując się na zmianę tematu.
Mama spojrzała na nią krótko, ale znacząco, ostatecznie
jednak zdecydowała się zachowywać tak, jakby nic się nie wydarzyło.
– Ja też nie – przyznała i mimo wszystko wydawała się
zmartwiona. – Ale czuję. Nie jestem pewna, jak to rozumieć, ale jest zupełnie
inaczej niż w przypadku twoim i Damiena.
– No tak… Z nami było gwałtowniej – mruknęła
z udawanym entuzjazmem.
– Powinnam być bliska rozwiązania – wyjaśniła
w zamyśleniu. – Tym razem jest zdecydowanie wolniej, niemal… Czy ja wiem?
Na pewno przytyłam – uśmiechnęła się blado – ale to nie jest to samo. Ciągle
nie czuję ruchów, ale zmęczenie już tak. Gabriel mówi, że zaczynam być
apatyczna. – Wywróciła oczami. – No i czasami mnie boli, ale…
Alessia zachłysnęła się powietrzem.
– Że co? – pisnęła, czując narastającą panikę. Jedna
tragedia rodzinna wystarczyła na przynajmniej wiek, a ona nawet się nie
zorientowała! – Mamo, co ty mówisz? Czy dziadek…
– Och, nie! Źle mnie zrozumiałaś – zreflektowała się,
wyraźnie speszona. – Nie mówię o brzuchu. Z dzieckiem wszystko jest
w porządku.
Spojrzała na nią z powątpiewaniem, niepewna, co takiego
powinna o tym sądzić. Ale mama naprawdę wyglądała na spokojną, więc może
w istocie nie widziała powodów, żeby się martwić.
– No dobrze. Ale w takim razie co…?
Wzruszyła ramionami, nagle zażenowana. Miedziane włosy opadły
jej na policzki, kiedy pochyliła głowę i ciasno objęła się ramionami,
zakrywając biust.
– Po prostu czasami czuję się… obco – wyjaśniła, a Ali
zapragnęła roześmiać się histerycznie. – Nie powodów, żebyś się przejmowała.
Właściwie wcale nie powinnaś się zadręczać – dodała, ale to nie zabrzmiało
pewnie.
– Chyba dobrze wiem, co masz na myśli. – Jeśli chodziło
o wrażenie obcości ciała, znała je aż nazbyt dobrze.
Mama nie odpowiedziała, ale Alessia tego nie oczekiwała.
W zamian jedynie przytuliła się do niej raz jeszcze, bardziej stanowczo,
wtulając twarz w jej włosy i wdychając znajomy zapach, który od
dziecka przynosił jej ulgę oraz poczucie bezpieczeństwa. Tym razem nie
zadziałało aż tak, ale i tak było przyjemne.
Poczuła muśnięcie ciepłych warg na czole i mimowolnie
zadrżała.
– Powinnam chyba sprawdzić, czy wszystko jest
w porządku. Może Gabriel wie, czy z Layla wróciła albo… – zaczęła,
ale takim tonem, że gdyby Ali chciała, mogłaby ją zatrzymać.
– Jasne – powiedziała pośpiesznie. – Kocham cię, mamo.
Renesmee zawahała się, ale ostatecznie ześlizgnęła się
z łóżka, powoli ruszając w stronę drzwi.
– Ja ciebie też – powiedziała na odchodne, stojąc już
w progu. – Pamiętaj o tym.
Alessia zmarszczyła brwi, skonsternowana. Dlaczego jej
słowa zabrzmiały trochę tak, jakby było ostrzeżeniem albo… prośbą?
Aww, bardzo spodobał mi się ten rozdział. Jest w nim dużo Ali i Renesmee i stwierdzam, że to mi się podoba :) Jest na swój sposób uroczy, pomijając tą sytuację z Alessią. Nie myślałaś może, aby kiedyś tam, w przyszłości napisać więcej takich rozdziałów? No jeśli Ali przeżyje oczywiście, a nie ukrywam, że mam nadzieję, iż się tak stanie :)
OdpowiedzUsuńTrochę zastanawia mnie fakt baardzo powolny rozwój drugiej ciąży Renesmee, biorąc pod uwagę szybki przebieg pierwszej, kiedy spodziewała się Ali i Damiena... Gdyby ktoś nie wiedział, że jest pół wampirzycą, to mógłby nawet stwierdzić, że rozwija się w ludzkim tempie... Ja na miejscu Renesmee zaczęłabym się troszkę niepokoić, dlaczego przebiega ona tak wolno, ale jak widać, nie ma na razie powodów do obaw... Mam nadzieję, że niedługo to, dlaczego druga ciąża Nessie przebiega wolniej od pierwszej, wyjaśni się :)
No i oczywiście cały czas zastanawiam się, czy Al przeżyje tą przemianę w wilkołaka... Cóż, zostały tylko niecałe dwa dni do pełni. Wtedy wszystko się wyjaśni ;)
Pozdrawiam ciepło i do napisania <3
lilka24