21 czerwca 2014

Sto czterdzieści sześć

Ariel
Miał ochotę ją uderzyć. Nie wyobrażał sobie, że kiedykolwiek najdzie go tak nieodparte pragnienie, żeby podnieść rękę na jakąkolwiek kobietę, a jednak w przypadku Lilii tak właśnie było. Czuł na sobie jej spojrzenie, widział sposób w jaki wygięła usta, nawet nie próbując ukryć samozadowolenia, które odczuwała, kiedy tylko wychwyciła sposób na to, by uprzykrzyć mu życie, i naprawdę zapragnął zetrzeć jej ten uśmieszek z twarzy, niezależnie od możliwych konsekwencji.
Oddech mu przyśpieszył, choć jakaś część jego podświadomości podpowiadała mu, iż należy zachować spokój, jeśli… Och, nie było już „jeśli”! Czuł na sobie spojrzenie nie tylko Aarona i Victora, ale również Isabelli i pozostałych, nawet Richarda i Carla, którzy już zdążyli skończyć rzucanie się na siebie z pięściami i skoncentrowali się na rozmowie, podświadomie wychwytując, że atmosfera się zmieniła. Ariel odniósł nagle wrażenie, że powietrze jest gorące i gęste, zupełnie jakby wypełniała je woda albo jakiś inny płyn, który przy każdym wdechu wdzierał się do jego płuc, drażnił gardło i ostatecznie zalegał w klatce piersiowej, utrudniając swobodne oddychanie.
To jeszcze nie musiało niczego znaczyć, prawda? Powiedzieli mu, że nie ma sposobu, więc nawet gdyby wyznał prawdę, nie mogłoby być gorzej, skoro i tak nie mogli mu odmówić pomocy, bo żadne rozwiązanie nie istniało. Teraz już nic nie miało znaczenia, bo i tak nie pozostało mu nic innego, jak wyjść i modlić się o to, żeby wrócić do Alessi na tyle szybko, żeby czuwać przy niej już do samego końca. Jeśli cokolwiek jeszcze dało się zdziałać, to nie wilkołaki z Lille za to odpowiadały, ale co najwyżej on, Ali i wszyscy ci, którzy z jakiegokolwiek powodu zobowiązani byli do pomocy. Podjął decyzje pochopnie i pod wpływem emocji, a teraz musiał za to zapłacić, boleśnie świadom tego, iż popełnił błąd. Nic, co miał powiedzieć, nie miało odmienić sytuacji; nie mógł oczekiwać nagłego cudu, nadnaturalnego rozwiązania, które spłynęłoby z nikąd, przynosząc upragnione ukojenie. Prawda już i tak nie miała niczego zmienić… prawda?
Wiedział o tym, a jednak czuł się tak, jakby jego ramiona przygniatał ogromny ciężar – świadomość niebezpieczeństwa, które towarzyszyło mu od momentu, w którym zdecydował się przekroczyć próg twierdzy, podejmując ryzyko na które zdecydował się już kilka dni temu, jeszcze zanim Michael go poprowadził. W głowie wciąż słyszał ten bezcielesny głos, szepcący do niego i podsuwający ostrzeżenia, które do tej pory ignorował, niepotrzebnie jak się okazało. Głos już zamilkł, ale wspomnienie było żywe i to zwłaszcza teraz, gdy naprawdę był gotów zrobić wszystko, byleby znaleźć jakieś rozwiązanie; chociaż podpowiedź tego, czy wszystko jest w porządku.
– No, chłopaku – odezwała się Lilia naglącym tonem. Zmrużyła oczy, wpatrując się w niego tymi swoimi stalowoszarymi oczami w sposób, który sprawił, że krew zawrzała mu w żyłach. Miał wrażenie, że ona doskonale zdaje sobie sprawę z tego, w jaki sposób na niego działa i że czerpie z tego przyjemność, prowokując go i sprawdzając jak wiele w stanie jest znieść, zanim emocje wezmą nad nim kontrolę. – Powiesz to, czy ja mam to zrobić? – warknęła, wspierając obie dłonie na stole i napinając mięśnie w taki sposób, jakby jedynie resztki cierpliwości powstrzymywały ją od zerwania się z miejsca.
– O czym ona mówi? – zapytał cicho Aaron. Choć jego głos zdradzał przede wszystkim konsternację, Ariel wyczuł wyraźną, ostrzegawczą nutę.
– O… niczym – powiedział, zły sam na siebie za to, że do tego stopnia pozwolił wytrącić się z równowagi. Kłamał i było to po nim słychać, co jedynie potęgowało irytację. – Nie mam pojęcia, co ona ma na myśli. I tak nie jesteście w stanie mi pomóc, dlatego nie widzę powodu, dla którego mielibyśmy rozmawiać o Alessi – dodał łagodnie, tym razem zdecydowanie spokojniej.
Patrzenie na Aarona nie miało sensu, dlatego skoncentrował się na Victorze, bez chwili zastanowienia spoglądając w ciemne oczy tamtego. Poczuł się dziwnie, kiedy odwrócił się bokiem do Lilii, chociaż sam nie był pewien dlaczego. Czy mogła go zaatakować? Nawet nie brał tego pod uwagę; była złośliwa, nie szalona, a wariactwem bez wątpienia byłoby rzucenie się na niego bez powodu, zwłaszcza na oczach wszystkich zebranych – no i w obecności kogoś takiego jak Aaron.
Nie był pewien, czego powinien oczekiwać, ale to nie miało znaczenia. Może był naiwny, jednak wciąż istniała nadzieja na to, że jego rozmówcy odpuszczą albo zdecydują się zignorować gadanie Lilii. To było słowo przeciwko słowu, a przynajmniej miał taką nadzieję, bo dziewczyna przewyższała go nie tylko doświadczeniem i wiekiem, ale również zajmowała znacznie wyższą pozycję w hierarchii. Lubiana czy nie, była jedną z nich, podczas gdy on… Był obcy. Pojawił się znikąd, na dodatek z szaloną prośbą i problemem z zaakceptowaniem samego siebie, co dla tych wszystkich istot stanowiło prawdziwą abstrakcję albo – paradoksalnie – szaleństwo. To stawiało go na straconej pozycji, nawet jeśli w Victorze albo Isabelli wzbudził coś, co można było określić mianem albo sympatii, albo przynajmniej rozbawienia.
– Doprawdy? – Lilia uśmiechnęła się chłodno i już wiedział, że wszystkie jego podejrzenia były słuszne. – A mnie się wydaje, że to jednak istotne. Nie chcielibyście posłuchać czegoś więcej o naszym gościu? – ciągnęła, najwyraźniej dopiero zaczynając się nakręcać.
– Przestań, Lilia – mruknęła Isabella, ale nie zabrzmiało to szczególnie pewnie. Wsparła brodę na splecionych dłoniach, rzucając towarzyszce niechętne spojrzenie. – Ciebie to bawi?
– Zaczyna. – Kolejny pełen rezerwy, pozbawiony autentycznej wesołości uśmiech. – Być może znasz bardziej… wyszukane – podjęła bezlitośnie – formy rozrywki, ale dla mnie równie dobrze może być to interesująca rozmowa. Zwłaszcza, że jeśli się nie pomyliłam, to nie tylko dość interesująca sytuacja, ale swoisty problem.
Isabella wyglądała, jakby zamierzała zaprotestować, ale coś w wyrazie twarzy Lilii musiało ją powstrzymać. Jedynie wzruszyła ramionami i odwróciła głowę, unikając spoglądania i na wilkołaczycę, i na Ariela. Spuściła wzrok, wyraźnie zażenowana i rozdarta.
– Suka – mruknął pod nosem Victor, co prawda na żadną z nich nie patrząc, ale oczywistym wydawało się, że ma na myśli Lilię. – Ariel, słuchaj…
– Może i suka – wtrąciła się kobieta, nie dając mu dojść do głosu. – Swoją droga, nie było to zbyt twórcze, Vick, bo ja faktycznie okazyjnie biegam na czterech łapach. Ty swoją drogą również – dodała, spoglądając na niego pobłażliwie. – Tak czy inaczej, to zdecydowanie lepsze niż bycie krwiopijcą, tak jak zapewne urocza przyjaciółka Ariela.
Nie był pewien czy to z powodu wilka w swoim wnętrzu i zbliżającej się pełni, czy może taki był urok Lilii, ale poderwał się z miejsca tak gwałtownie, że krzesło z przyprawiającym o ból głowy piskiem przejechało kilka metrów, ostatecznie z hukiem lądując na posadzce. Prawie tego nie usłyszał, dosłownie rzucając się na wpatrzoną w niego dziewczynę. Uderzył brzuchem o krawędź blatu tak intensywnie, że aż zabrakło mu tchu, ale to nie powstrzymało go przed dostaniem się do Lilii i próbą instynktownego zaciśnięcia obu dłoni na jej odsłoniętym gardle.
Wilkołaczyca prychnęła i odsunęła się w pośpiechu, rzucając mu pełne wyższości spojrzenie. Nie zniechęciło go to, ale kiedy spróbował przedostać się na drugą stronę stołu i rzucić na nią, wykonała kolejny unik i zamachnąwszy się z całej siły uderzyła go w twarz. Ostre, przypominające szpony paznokcie rozorały mu skórę na policzku, siła uderzenia zaś wystarczyła, by przekoziołkował i zaległ ciężko na plecach, wcześniej uderzając tyłem głowy o kamienną posadzkę. Na ułamek sekundy wszystko pojaśniało, zaraz jednak pociemniało mu przed oczami, grożąc pozbawieniem przytomności. Jęknął cicho, oszołomiony uderzeniem oraz słodyczą własnej krwi, jak na razie niedoścignione przez ból z powodu krążącej w jego żyłach adrenaliny.
– Młode pokolenia – parsknęła Lilia takim tonem, jakby chwilę wcześniej nie wydarzyło się nic szczególnego. Kiedy z trudem podniósł głowę, dostrzegł jej lekko zamazaną postać, wiedzącą z gracją na krawędzi stołu. Prawie nie widział jej twarzy, a jedynie bladą skórę, mocno kontrastującą z jej czarnymi, zmierzwionymi włosami; zimne, stalowoszare oczy obserwowały go z uwagą, wydając się jarzyć jak u kota. – Kobiety nawet kwiatem… Mówi ci to coś, Arielu? – dodała, wypowiadając jego imię w śpiewny, nieco pogardliwy sposób.
Znów się w nim zagotowało, ale kiedy spróbował się podnieść i zrobić kolejną głupią rzecz, dosiągł go stanowczy sprzeciw, jakże różny od targających nim emocji. Zaraz po tym pojawiły się kolejne słowa, równie ostre i niemal gniewne, tak intensywne, jakby ktoś wypalił je w jego umyśle.
Nie walcz z nią! Nikt nigdy nie wygrywa z Lilią. Ona cię zabije, zanim w ogóle zorientujesz się, iż popełniłeś błąd!
Bzdura! Chciał zaprotestować, chciał jakoś te słowa zignorować, ale gniew i determinacja już zaczęły zanikać, pozostawiając za sobą wszechogarniające zmęczenie oraz zniechęcenie. Leżał na plecach, dysząc ciężko i czując, jak krew powoli spływa mu po twarzy i brodzie, ostatecznie wsiąkając w koszulkę. Oddech wciąż miał płytki i urywany, wrażenie zaś było takie, jakby na jego piersi zaległ olbrzymi ciężar – i, do diabła!, był w stanie przysiąc, że wrażenie to powodowało samo tylko spojrzenie wpatrzonej w niego Lilii.
Policzek pulsował bólem, podobnie jak i głowa, choć to wydawało się niczym w porównaniu z gniewem oraz upokorzeniem, które odczuwał. Znowu okazał się słabszy, znowu ktoś nad nim górował. Do tej pory był to wyłącznie Yves czy Riddley – ten drugi zaledwie próbował, ale jednak – teraz z kolei padło na Lilię.
I to teraz, akurat teraz, kiedy od powodzenia zależało wszystko. Ta świadomość go dobijała, podświadomie popychając do wali, ale nie potrafił się zdobyć na to, by podjąć jakąkolwiek decyzję.
Martwy nikomu i do niczego się nie przydarz, wilczy chłopcze.
Cholera, jakby tego było mało, te głosy w głowie naprawdę zaczynało go niepokoić.
– Hej, dzieciaku, żyjesz? – usłyszał i tym razem głos zdecydowanie był prawdziwy, zupełnie różny od tego aksamitnego szeptu w jego umyśle.
Kiedy zatrzepotał powiekami i w końcu otworzył oczy, dostrzegł nad sobą ogromną, znajomą postać, którą dopiero po chwili zidentyfikował jako Victora. Twarz mężczyzny nie zdradzała żadnych konkretnych emocji i chociaż sposób, w jaki założył obie ręce na kark sugerował całkowite rozluźnienie, coś w spojrzeniu ciemnych oczu wilkołaka zaprzeczało takiemu stanowi ducha.
– O bogini, ale ty jesteś wielki… – Zwłaszcza z poziomu posadzki robiło to wrażenie.
– Taa, to faktycznie zabrzmiało rozsądnie. – Brwi Victora powędrowały ku górze, niemal zrównując się z linią włosów. – Zaryzykowałbym uraz głowy. Wstrząśnienie mózgu…?
– Bardzo zabawne – żachnął się, powstrzymując pragnienie, by teatralnie uderzyć głowa o posadzkę, ot tak dla lepszego efektu.
Vick zacisnął usta, bynajmniej nie rozbawiony. Choć kąciki jego ust uniosły się nieznacznie, uśmiech nie objął oczu. Nawet mowa ciała sugerowała, że najchętniej znalazł by się zupełnie gdzieś indziej, w zupełnie innej sytuacji – i bynajmniej nie był w tym pragnieniu odosobniony.
– Zabawne? Byłoby, gdybym miał rację. Zabawnych jest wiele rzeczy, łącznie z roześmianiem się Lilii w twarz, skoro opowiada takie bzdury… Bo to są bzdury, prawda? – dodał po chwili zastanowienia.
– Ale co? – Z obserwowania takich przypadków, jak chociażby Patrick, zdążył już się zorientować, że udawanie idioty bywa dobrą taktyką w niektórych sytuacjach.
Nie tym razem.
– O cholera – westchnął, potrząsając energicznie głowa. – Cholera…
– I cholera – podsunął usłużnie, wspierając się na łokciach. Tym razem się udało, więc tym bardziej błogosławił fakt, iż umięśniona sylwetka Victora znacznie ogranicza jego widoczność, skutecznie zasłaniając mu widok stołu oraz siedzącej na nim Lilii. – Nie trafiłem.
– Cholera… Jasna cholera!
– Tak, to już ustaliliśmy – mruknął, ale doprowadził jedynie do tego, że mężczyzna rzucił mu z góry zagniewane spojrzenie.
– Przestań – zirytował się – i lepiej mi powiedz, co jest grane. W co ty z nami pogrywasz, co Ariel?
Victor był w jakiś pokrętny sposób sobą, co samo w sobie wydawało się równie dobre, co i… Cóż, nie potrafił tego określić. Tak czy inaczej, to bezpośrednie zachowanie i charakter miały w sobie coś, co wybiło mu z głowy próbę kłamstwa i dalszego odwlekania nie ma sensu.
Westchnął i wzruszył ramionami.
– Przestanę, kiedy ona – kiwną głową w stronę, gdzie spodziewał się zauważyć Lilię – w końcu się zamknie.
– Nie pieprz, tylko przejdź do rzeczy. Całkiem ci się już w głowie poprzewracało?
Poważny i zdenerwowany Victor? Dobrze, to już było coś nowego.
– Och, to bardzo możliwe – przyznał w przypływie szczerości. – Podobno miłość zwykle ma w sobie coś ogłupiającego.
Stąpał po cienkim lodzie i doskonale zdawał sobie z tego sprawę, ale jakie inne miał wyjście? Zaprzeczanie nie wchodziło w grę, zwłaszcza, że jego atak na Lilię był niczym jedno, wielkie potaknięcie.
Vick wypuścił powietrze ze świstem, jednocześnie zaciskając obie dłonie w pięści.
– Cholera jasna, chłopaku… – Pokręcił z niedowierzaniem głową, po czym rzucił Arielowi takie spojrzenie, jakby widział go po raz pierwszy w życiu. – Wampirzyca… Wampirzyca?! – powtórzył głośniej; najwyraźniej jego reakcja wystarczyła, by wyrazić wszystko to, co myśleli sobie inni i nakłonić ich do milczącego obserwowania sytuacji.
Ariel przygryzł dolną wargę niemal do krwi, rozważając odpowiedź. Coraz bardziej ciążyło mu to, że leżał i że ktokolwiek miał nad nim aż tak znaczącą przewagę, ale nie ufał sobie na tyle, by próbować się podnieść.
– Wampir nie zareagowałby na ugryzienie wilkołaka – zauważył zmęczonym głosem. Westchnął cicho, po czym przeczesał włosy palcami, z ulgą odkrywając, że pod palcami nie czuje krwi – nie robił głowy, choć pewnie dopiero miał przekonać się, co to znaczy prawdziwa migrena. – Alessia jest po części człowiekiem, a to różnica.
– O kurczę, faktycznie! Gdzie ja miałem głowę, zadając tak idiotyczne pytanie? W końcu ona aż w jednej drugiej jest normalną dziewczyną, a to, że okazyjnie chłepta sobie krew i jest naszym naturalnym wrogiem tak naprawdę nie ma żadnego znaczenia. Taki tam drobiazg! – sarknął Victor, drgając nerwowo, jakby ciężko było mu ustać w miejscu. – A niech cię!
Mruczał coś jeszcze, ale już nie tak bardzo zdecydowanie i ciszej, jakby tylko do siebie. Ariel sam już nie był pewien, co powinien sądzić o jego zachowaniu, zwłaszcza, że Victor raz po raz oglądał się za siebie, rzucając nieodgadnione spojrzenia w stronę miejsca – o ile się orientował – które zajmował Aaron.
Usłyszał ciche skrzypnięcie, które bez trudu zidentyfikował jako dźwięk nóg krzesła, szurających o kamienną posadzkę. W tym samym momencie dłoń Victora zamachała mu przed twarzą, kiedy wilkołak jednak zdecydował się pomóc mu wstać. Choć pełen wątpliwości, uchwycił ją, po czym z trudem dźwignął się na równe nogi i odsunął, niepewny co do tego, komu i w jakim stopniu powinien ufać.
– Naprawdę nie wierzę, że… Choć może nie powinienem się dziwić – usłyszał nerwowy pomruk Victora. – Już nic mnie nie dziwi.
Cóż, mógł powiedzieć to samo, ale i tak poczuł się urażony. Mimo wszystko miał nadzieję, że uda mu się przynajmniej w tym miejscu od takich reakcji uciec. Już w Mieście Nocy wydawało się to wystarczająco uciążliwe, a oni nawet nie znali Alessi!
Kątem oka spostrzegł ciemne włosy Lilii, ale powstrzymał się od spoglądania w jej stronę. Było to o tyle trudne, że ona bez wątpienia przez cały czas go obserwowała, co prawda milcząc, ale to było nawet gorsze. Czuł pieczenie na twarzy w miejscu, w którym rozorała mu paznokciami skórę, dlatego uniósł dłoń i musnął palcami ranę, krzywiąc się nieznacznie. Jego palce natychmiast pokryła czerwień, więc jedynie otarł twarz rękawem bluzy, próbując się uspokoić. Tamten głos miał rację, a rozpoczynanie walki było idiotyczne, zwłaszcza, że kobieta bez wątpienia była niebezpieczna – a pewnie nawet gdyby jakimś cudem udało mu się ją zdominować, natychmiast pojawiłby się ktoś, kto z czystej solidarności miał spróbować jej pomóc. To też nie było mu potrzebne, stanowiąc jeszcze jedną zbędną komplikacje, która stanęła na drodze związku jego i Alessi.
Ali.
Musiał wracać. Już i tak nic nie trzymało go w tym miejscu. Wcześniej myślał o tym, by spróbować porozmawiać z Katherine, ale tej nigdzie nie było, ta zresztą już na początku dała mu do zrozumienia, że za nim nie przepada. Irytowało go to, nawet bardzo, jednak miał już dość szarpania się ze wszystkimi wkoło, a zwłaszcza z dumnymi córami księżyca. Jedna Lilia wystarczyła za całe stado takich kobiet, zresztą Katherine uciekła, kiedy tylko zeszło na temat powstrzymania przemiany, dlatego nie miał co liczyć na to, że będzie chciała mu pomóc. Gdyby coś wiedziała, powiedziałaby… Albo po prostu wolała milczeć, ale to na jedno wychodziło.
– Lilia – usłyszał władczy głos Aarona i machinalnie obejrzał się w jego stronę.
Aaron stał, dłonie zaciskając na krawędziach blatu drewnianego stołu. Ariel sądził, że mężczyzna będzie chciał zareagować, ten jednak sprawiał wrażenie zamyślonego i tak spokojnego, jakby żadne dziwne wydarzenia nie miały miejsca… Ba! Jakby takie akcje z Lilią w roli głównej miały miejsce na co dzień!
Niewidzące, skryte za szkłami okularów przeciwsłonecznych oczy skierował w stronę siedzącej na stole dziewczyny. Lilia spojrzała na niego chłodno, ale nie odezwała się ani słowem, a słysząc swoje imię z gracją stanęła na równe nogi, spokojnym krokiem okrążając stół, by do niego podejść. Obcasy jej butów były jednym dźwiękiem w sali, pomijając liczne oddechy i rytmiczne uderzania serc.
– Czy mam zawołać Katherine? – zapytała tonem, który można byłoby określić mianem uprzejmego zainteresowania.
– Nie. Ty mi pomożesz. – To była prawie prośba, jeśli nie licząc naglącego gestu, jakim wyciągnął ramię w jej stronę. – Lilio – powtórzył, bo nie od razu zareagowała.
Wydęła usta, ale nie zaprotestowała, bez chwili wahania ujmując go pod ramię. Katherine u boku kogoś takiego jak Aaron wydawała się krucha i drobna, ale Lilia w jakiś niezwykły sposób zdołała zachować pewność siebie, wciąż emitując wokół siebie aurę tego nadnaturalnego chłodu oraz niebezpieczeństwa. Napięła mięśnie, jakby czyjkolwiek dotyk napawał ją obrzydzeniem, ale poza tym w żaden sposób nie okazała niechęci względem prośby czy też raczej rozkazu Aarona. Wręcz przeciwnie – Ariel nie był pewien skąd to przekonanie, ale był niemal całkowicie przekonany, że cała sytuacja ją bawi.
O co tutaj chodzi?, pomyślał, choć nie oczekiwał odpowiedzi. Być może powinien był wdzięczny za to, że pomijając rozdrażnienie Victora, nikt nawet słowem nie zareagował na wieść o tym, kim jest Alessia, ale mimo wszystko… Nie tego się spodziewał. A już na pewno nie sądził, że Aaron jak gdyby nigdy nic wyjdzie, nawet słowem nie komentując tego, co się wydarzyło – tak, jakby to nie miało żadnego znaczenia, choć po jego wcześniejszym zachowaniu i minie Ariel był pewien tego, że miało…
– Aaron – odezwał się cicho Victor, obserwując brata, kiedy on i Lilia ruszyli w stronę drzwi, którymi jakiś czas wcześniej wyszła Katherine.
Przystanął, zmuszając dziewczynę do tego samego. Nie obejrzał się, ale przecież nie musiał, bo przynajmniej z jego punktu widzenia musiało być to co najwyżej zbędnym wysiłkiem.
– Możecie iść – mruknął cicho, wręcz łagodnie. – Do tej pory dobrze zajmowałeś się naszym gościem, więc poradzisz sobie z tym i teraz... Sądzę, że Ariel chętnie zostanie z nami, powiedzmy… do pełni?
Zaraz po tym wyszedł, zupełnie jak gdyby nigdy nic, nie dając Arielowi nawet okazji na to, żeby mógł się zastanowić. Dopiero po kilku sekundach w pełni dotarło do niego to, co właśnie usłyszał – i że właśnie w subtelny sposób zostało mu dane do zrozumienia, że chcąc nie chcąc został nie tylko gościem, ale i więźniem.
Musiał iść, ale nie mógł – bo nikogo tak naprawdę nie obchodziło to, jak wiele zależało od powrotu.

3 komentarze:

  1. Co by tu dodać? Zapraszam na dodatek numer III..
    http://lost-in-the-time.blogspot.com/p/leda-i-abedz.html

    Nessa.

    OdpowiedzUsuń
  2. Rozdział
    meeega :) Jednak nie rozumiem, dlaczego wszyscy aż tak bardzo oburzyli
    się na wiadomość, że Ali jest w połowie wampirem... W końcu serce nie
    sługa, nie zna, co to pany... Czy jakoś tak to brzmiało... Niedawno
    oglądałam na polskim "Pana Tadeusza" i właśnie ten cytat mi się nasunął,
    czytając ten rozdział...
    A Katherine gdzie wywiało? Sądzę, że to ona podsuwała mu te myśli,
    jednak nie rozumiem, dalczego nie chce pomóc Arielowi... Przecież sama
    przez to przeszła, tak?
    No i nie widzę powodów, przez które, poniekąd Ariel stał się ich
    więźniem... To, że jest z Miasta Nocy i szuka pomocy dla swojej
    ukochanej, która jest pół wampirem, to nie jest powód do więzienia
    kogoś...
    Czekam na nn :) pozdrawiam i do napisania ;*
    lilka24
    PS. Przepraszam, że dzisiaj troszkę krócej, ale już zabieram się za
    czytanie dodatku extra :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Przepraszam, że dopiero teraz komentuje, ale miałam taki... dziwny weekend.
    Widziałam, że Lila to suka, ale żeby być aż taką idiotką... no, ale co się dziwić.
    Myślałam, że gorzej zareagują na wieść, że Ali jest pół wampirem. No, ale ta reakcja tez nie była wymarzona. Aaron dał mu szybko do zrozumienia, że nie ma tu czego szukać. Może nawet się nad nim zlitował, bo kazał mu tu zostać do pełni czyli przegapi przemianę Alessi - a przynajmniej jej początek.
    dziwi mnie nagle zniknięcie katherine, ale miała powód.
    Rozdział był świetny i bardzo szybko mi się go czytało. Przepraszam raz jeszcze, że tak późno skomentowałam. :)
    pozdrawiam,

    Gabi.

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa