23 czerwca 2014

Sto czterdzieści osiem

Alessia
Pierwsze promienie słońca wdarły się do pokoju, nawet mimo zaciągniętych zasłon. Alessia westchnęła i skrzywiła się, uprzytomniając sobie, że przez całą noc nie zmrużyła oka nawet na chwilę.
Nadejście poranka wypełniło ją dość sprzecznymi uczuciami, przede wszystkim ulgą, ale i swego rodzaju niepokojem. Nie była pewna, która jest godzina, ale najprawdopodobniej było krótko po czwartej, bo o tej porze roku słońce wschodziło dość wcześniej. Jak zwykle przed świtem, czuła ten dziwny przenikliwy chłód oraz – paradoksalnie – niezwykłą jasność umysłu, jakże różną od ciągłego otępienia spowodowanego gorączką.
Jak wiele czasu minęło od momentu, w którym wyszła mama? Nie miała pewności, ale już krótko po tym, jak została sama, zaczęła żałować, że nie spróbowała jej zatrzymać. Samotność jej nie służyła, potęgując poczucie beznadziejności, które towarzyszyło jej praktycznie przez cały czas od chwili odejścia Ariela. On był gdzieś tam, narażając się dla niej, a ona wciąż tkwiła w tym pokoju, co najwyżej skutecznie psując wszystko, co miało dla niej jakiekolwiek znaczenie. Nie potrafiła nawet zmusić się do wstania i zejścia na dół, gdzie bez wątpienia natrafiłaby na kogokolwiek, kto pomógłby jej poradzić sobie z samotnością. Niebiańska Rezydencja zawsze tętniła życiem, a ona aż nazbyt dobrze wiedziała, gdzie powinna szukać. Biblioteka, gabinet Dimitra, ogrody, sypialnie sąsiadujące z jej własną…
Ale nie chciała. Sęk właśnie z tym, że sama już nie wiedziała, co tak naprawdę chciałaby zrobić.
Cienie na suficie wydłużyły się, a z czasem zaczęły skracać. Obserwowała, jak się przemieszczają, próbując zająć czymś umysł, ale to było trudne, a ona wcale nie czuła się dzięki temu lepiej. Wiedziała, że użalanie się nad sobą nie jest dobra, ale skoro już tkwiła w tym pokoju, co innego jej pozostało? Miała dość współczujących spojrzeń, bzdurnych zapewnień i niepewności. Och, poza tym była jeszcze ta niczym niezmącona świadomość, iż niemal wszyscy spoglądają na nią trochę tak, jakby była trędowata – i to wcale nie miało związku z tym, że przy najbliższej pełni miała zmienić się w wilkołaka albo umrzeć. Problem leżał tylko i wyłącznie w jej związku z Arielem, co doprowadzało ją do szaleństwa, bo przecież wyłącznie ich sprawą było to, czy chcieli być razem. Do diabła, dlaczego to musiało być takie trudne, zwłaszcza w takim miejscu jak Miasto Nocy?! Ludzie i wampiry albo wilkołaki i ludzie – to było w porządku, ale trochę bardziej skomplikowana kombinacja już nie?
Gniew, który dusiła w sobie już od dłuższego czasu, na ułamek sekundy przejął kontrolę, dodając jej energii. Usiadła pośpiesznie, po czym – właściwie nie zdając sobie z tego sprawy – zerwała się na równe nogi i zaczęła krążyć po pokoju, mimo towarzyszącej jej słabości oraz zawrotów głowy. Zamknęła oczy, żeby łatwiej nad sobą zapanować i wyrównać oddech, ale to nie pomogło, wręcz przynosząc ze sobą całkowicie odwrotny efekt. Wilk, który na dobre zdążył już zadomowić się w jej wnętrzu, zamruczał z zadowoleniem i przeciągnął się niczym jakieś udomowione zwierze, zachwycony jej skrajnymi emocjami, zwłaszcza tymi najbardziej negatywnymi. Wydawała się nimi napawać; pławić się w nich i zachwycać tym, że złość oddalała ją od tej ludzkiej cząstki, przybliżając do czystego instynktu, a więc i tego stanu, który dawał mu więcej swobody.
Właśnie to miało wydarzyć się podczas pełni. Alessia jeszcze nie potrafiła tego do końca zrozumieć, ale podejrzewała, iż wzejście księżyca w jakiś sposób stłamsi jej wolną wolę, zacierając to, co ludzkie. Nie raz słyszała o tym, jak pół-wampiry z SA (Syndromem Agresji, choć ta nazwa nadal ją bawiła) mówiły coś o tym, że mają wrażenie, iż zatracają to, co w nich najlepsze – człowieczeństwo. Cóż, teraz chyba zaczynała ich rozumieć, bo w jej przypadku działo się coś bardzo podobnego. A kiedy już ludzka cząstka całkiem się usuwała, zwierzę w jej wnętrzu w końcu miało dojść do głosu…
Przynajmniej tak by się stało, gdyby była zwyczajnym człowiekiem. W jej przypadku istniała jeszcze ta stricte wampirza cząstka, a to wszystko komplikowało. Nie potrafiła sobie tego wyobrazić, ale przewidzenie skutków konfliktu między dziećmi księżyca a ich naturalnymi wrogami było proste – i wcale nie napawało ją entuzjazmem.
Będzie cierpieć, nie tylko z powodu przemiany. A potem najprawdopodobniej umrze, choć jeszcze nie była pewna, jak długie katusze czekają ją przed tym.
Jeśli już miała przez to przechodzić, chciała, żeby skończyło się szybko. Na więcej nie śmiała liczyć, tak jak i zaczynała oswajać się z myśląc, że Ariela najprawdopodobniej wtedy przy niej nie będzie.
Głupia, on i tak nie byłby w stanie jakoś specjalnie ci pomóc, warknęła na siebie w myślach. Nie brała tego pod uwagę, ale przecież Ariel również podczas pełni przejdzie przemianę – kolejną, ale w jego przypadku było to najzupełniej naturalne. Ona wtedy mogła go przytulać i pocieszać, mogła zrobić cokolwiek, ale tym razem żadne z nich nie miało być do podobnego gestu zdolne.
Cóż, to i tak nie miało znaczenia. Ważniejsza była obecność, a przynajmniej do tego próbowała samą siebie przekonać. W pamięci wciąż majaczył jej ten dziwny sen, w którym to biegła wraz z Arielem pod postacią wilka oraz przyjemne emocje, które wywołało tamto doświadczenie. To tylko sen, pomyślała, ale naprawdę chciała uwierzyć w to, że mógłby się spełnić. Gdyby się udało, a ona jakoś oswoiłaby się z istnieniem dwóch obcych sobie natur, mogłaby być szczęśliwa. Może nawet mogliby razem z Arielem uciec gdzieś daleko, poza granice Miasta Nocy… O tak, póki ta możliwość nie wydawała się realna, branie pod uwagę ucieczki – nawet kosztem zostawienia najbliższych, również rodziców i brata – było aż nadto proste.
Westchnęła i przystanęła, po czym nieco nieprzytomnie spojrzała w stronę zasłoniętego okna. Zasłony kołysały się prawie niezauważalnie, bo okiennica była uchylona, ale nawet delikatne podmuchy gorącego powietrza nie były w stanie sprawić, by temperatura w pokoju stała się bardziej znośna. Alessia podeszła bliżej, po czym szybkim ruchem rozsunęła ciężkie kotary, mrużąc oczy w bladym świetle poranka i zastanawiając się, czy to jeden jej ostatnich, a w zasadzie przedostatni. Do pełni zostały niecałe dwie doby, a może nawet mniej niż jej się wydawało, bo teraz księżyc bywał widoczny nawet za dnia, kiedy dopiero zaczynało robić się ciemno.
Słońce i księżyc… Ciekawe, czy pomiędzy stanem nieba a przemianą w wilkołaka również istniała jakaś zależność?
Uchyliła okno szerzej, po czym bez chwili wahania wspięła się na parapet i nie odczuwając nawet grama strachu, wychyliła się na zewnątrz. Ciepły wiatr pogłaskał ją po policzku, rozwiewając włosy i przynosząc wyłącznie złudne poczucie bezpieczeństwa. Wdychała gorące powietrze, patrząc przed siebie, wprost na budzący się do życia, sprawiający wrażenie opustoszałego ogród, i całą sobą chłonąc nagle poczucie wolności. To było przyjemne, jakże różne od dotychczasowego przygnębienia.
Stała na parapecie, przynajmniej pięć metrów nad ziemią, ale nie bała się, że spadnie. Nawet gdyby straciła równowagę, taka odległość była niczym i pewnie nawet nie zastanawiałaby się specjalnie nad tym, jak powinna ułożyć stopy, żeby bezpiecznie wylądować. Ogarnięta nagłą pewnością siebie i pragnieniem przestrzeni, przemieściła się na tyle, by móc bezpiecznie odwrócić się i ustawić twarzą do gładkich ścian budynku. Balansując na krawędzi parapetu, uniosła głowę, po czym zaczęła szukać jakiegoś oparcia dla rąk i nóg, próbując podeprzeć się na tyle, by sięgnąć krawędzi dachu. Udało jej się znaleźć niewielkie wyżłobienie, dzięki czemu już chwilę później zdołała wybić się na tyle, by zacisnąć palce na ciemnych dachówkach, majaczących gdzieś nad jej głową. Czuła się słaba i obolała, ale wciąż na tyle silna, by bez żadnych przeszkód podciągnąć się wyżej, dlatego ostatecznie wczołgała się na lekko pochyły dach.
Uśmiechnęła się do siebie, po czym obróciła tak, by móc spuścić nogi w dół krzywizny dachu. Ułożyła się na plecach, zyskując idealny widok na jaśniejące niebo, a zwłaszcza na linie horyzontu, gdzie coraz wyraźniej widziała powoli wyłaniające się słońce. Chwilowo wszystko wydawało się składać na trzy barwy: biel, czerń oraz odcienie szarości, ale wiedziała, że to jedynie kwestia czasu i myśl o tym sprawiała jej przyjemność.
Cóż jest piękniejsze – wschód czy zachód słońca?, przywołała w pamięci głos Gabriela. Jego śpiew zawsze przynosił jej ukojenie, poza tym dobrze pamiętała ich ostatnią rozmowę na temat początków i końców, a zwłaszcza zależności pomiędzy nimi. Teraz nie była pewna na którym etapie jest sama, ale to nie miało znaczenia, poza tym sama nie była pewna, czy chce wiedzieć. Gdyby naprawdę chciała to przeanalizować, musiałaby przez samą przyznać, iż zbliża się ku końcowi – ostatnia prosta, jakby nie patrzeć – a to zdecydowanie nie byłoby dobrym sposobem na to, żeby poprawić sobie nastrój.
Leżąc na dachu i pozwalając, żeby pierwsze promienie słońca grzały jej odsłoniętą skórę, w końcu odniosła wrażenie, że gdyby chciała, mogłaby zasnąć. Kolejne sekundy mijały, a na nią ze wszystkich strona napierała niemal nieprzenikniona cisza. Słyszała swój oddech, bicie serca i to było dobre, poza tym to był inny rodzaj spokoju niż ten, którego doświadczała w dusznym pokoju. Co prawda nie chciała ryzykować, że mogłaby zasnąć w tym miejscu, ale…
Jakiś hałas wdarł się do jej podświadomości. W zasadzie był to cichy, prawie niesłyszalny dźwięk, ale w panującej ciszy nawet szept brzmiałby niczym wystrzał, dlatego usłyszała go doskonale. Momentalnie zesztywniała, nasłuchując i próbują określić skąd dochodził. Nie miała pewności, ale w dźwięku było coś znajomego i wydawało jej się, że to… kroki?
Nagle zaniepokojona, powoli usiadła i zesztywniała, nasłuchując. Teraz wyraźnie słyszała, że ktoś jest w pobliżu, nie tylko w Niebiańskiej Rezydencji, ale chyba nawet w jej pokoju. Serce zabiło jej szybciej, zaraz też poczuła przenikliwy strach, choć sama nie była pewna dlaczego. Przecież wiedziała, że ktoś regularnie do niej zaglądał – albo bliscy, najczęściej rodzice albo Carlisle, który wolał kontrolować jej strach, najwyraźniej nie do końca ufając zapewnieniom Ariela. Pewnie i tym razem było to któreś z nich, chcące się upewnić, czy wszystko jest z nią w porządku i czy przypadkiem nie potrzebuje pomocy albo czegoś innego.
Musiało tak być…
Więc dlaczego instynkt podpowiadał jej zupełnie coś innego, potęgując niepokój i strach, i sprawiając, że wszystko w niej aż rwało się do tego, by rzucić się do ucieczki?
Pełna sprzecznym emocji, powoli przesunęła się w stronę krawędzi dachu. Ułożyła się na nim płasko, wahając na wychyleniem poza krawędź i próbą zajrzenia przez okno do środka. Gdyby jednak spadła i poleciała na ziemię głowa w dół, mogłaby mieć problem, ale to nie perspektywa upadku najbardziej ją martwiła. >Głupia, przestań. Po prostu to zrób, przekonywała samą siebie, ale wciąż czułą wewnętrzny opór i już wiedziała – po porostu wiedziała – że ktokolwiek przechadzał się po zajmowanej przez nią komnacie, wcale nie był osobą, którą chciała zobaczyć.
Cholera, może całkiem już zwariowała. Przecież do Niebiańskiej Rezydencji nie dostałby się nikt, kto nie powinien. Dimitr o to dbał, dlatego mogła czuć się absolutnie bezpieczna. To musiał być ktoś jej bliski albo znajomy, na przykład Pavarotti albo sam Dimitr, albo…
Och, a jeśli ktoś przyszedł, żeby powiedzieć jej coś ważnego? Może chodziło o Laylę? Mama mówiła, że chce się czegoś dowiedzieć. A może Quinn albo…
Serce zabiło jej szybciej. Co jeśli właśnie wrócił Ariel?
Dziesiątki myśli przemykało przez jej umysł, ale żadna nie była w stanie sprawić, by ustąpił paraliżujący wręcz strach, nakazujący jej pozostać na swoim miejscu. Z opóźnieniem uprzytomniła sobie, że od dłuższej chwili wstrzymuje oddech, dlatego pośpiesznie nabrała powietrza do płuc, żeby nie ryzykować, że z braku tlenu nagle pociemnieje jej przed oczami. Próbowała myśleć racjonalnie, ale obawy wciąż wypływały na pierwszy plan i już nie była w stanie zrobić niczego, byleby jakoś im się przeciwstawić. Musiała pozostać w ukryciu albo – co bardziej sensowne – musiała spróbować inną drogą wrócić do środka i poszukać kogoś, kto zapewni jej poczucie bezpieczeństwa. Przecież lepiej było wyjść na kompletną idiotkę niż później żałować, zwłaszcza w sytuacji, kiedy...
Albo zacząć krzyczeć. Przecież mogła sprawdzić i w ostateczności zacząć krzyczeć.
Myśl była kusząca i na swój sposób logiczna, ale Alessia nadal nie potrafiła zmusić się do tego, by zmusić się do ruszenia się z miejsca. Zastygła w bezruchu, nasłuchiwała, czekając na jakikolwiek znak, że cokolwiek jest nie tak, kroki jednak ucichły i nabrała cichej nadziei na to, że ktokolwiek był tam na dole, w końcu postanowił się wycofać.
Odszedł. Musiał wyjść, więc było w porządku. Po prostu poszedł, ale…
Ale czy ona słyszała trzaśnięcie zamykanych drzwi?
Ledwo o tym pomyślała, usłyszała cichy szelest, a chwilę potem doszedł ją czyjś przyśpieszony oddech oraz przyśpieszone bicie serca. Rozpoznała je natychmiast, podobnie jak i słodki zapach krwi oraz głos – głos, którego nie spodziewała się więcej usłyszeć.
– Alessia? – Zamarła i omal nie zsunęła się z dachu, słysząc swoje imię. Już chwilę później ktoś z lekkością i gracją polującej pantery wskoczył na dach, lądując zaledwie metr od niej. – Ali… – powtórzył intruz, wprost na nią przenosząc spojrzenie bystrych, czekoladowych oczu.
– Och, nie… – wyszeptała, niezdolna do jakiejkolwiek bardziej sensownej reakcji.
Damienowi w końcu udało się ją odnaleźć.
Layla
Pukanie do drzwi było ciche, ale energiczne. Layla wciąż się trzęsła, poza tym wciąż miała wrażenie, że nawet najdelikatniejszy ruch odbija się echem w całym jej ciele i niewiele brakuje, by coś wytrąciło ją z równowagi.
Och, tak bardzo się niecierpliwiła i bała, i ekscytowała, i… Czy w ogóle możliwym było, żeby odczuwać tak wiele sprzecznych ze sobą emocji jednocześnie? Najwyraźniej tak, a może to z nią było coś nie tak. Niezależnie od przyczyny, miała wrażenie, że jeśli natychmiast nie zacznie działać, zostanie rozerwana na kawałeczki, a to zdecydowanie nie było czymś, czego zamierzała doświadczyć.
Drzwi w końcu się otworzyły, a ona z rozpędu omal nie straciła równowagi i nie wleciała do środka. W pośpiechu przywołała się do porządku, dając sobie zaledwie jedną setną sekundy na to, by rozpoznać wyraz zaskoczenia na twarzy Esme, zanim bezceremonialnie rzuciła się wampirzycy w ramiona.
– Layla? – usłyszała, ale jedynie potrząsnęła głową. Od różnicy temperatur momentalnie zrobiło jej się zimno, ale i to nie miało znaczenia. – Boże, Layla, co tutaj robisz? Jak się czujesz? – zapytała natychmiast Esme, ale i do odpowiadania na jakikolwiek pytania nie miała cierpliwości.
– Musimy porozmawiać – powiedziała nerwowo, wykorzystując zaskoczenie wampirzycy, by wyswobodzić się z jej objęć.
Esme zdążyła wciągnąć ją w głąb pokoju, który musiała tym czasowo dzielić razem z Carlisle’m. Layla całkiem zignorowała wystrój, zauważając jedynie, że dominowały tu jasne kolory – przede wszystkim biel i beż; wybór zdecydowanie nie był przypadkowy.
Zauważyła Carlisle’a, wampir zresztą prawie natychmiast zmaterializował się przy niej i przy swojej żonie.
– Co się stało? – zapytał, rzucając jej przenikliwe spojrzenie. – Wystraszyłaś nas, a jeszcze Rufus nie pozwolił nam się do ciebie zbliżyć…
– Tak, tak. Wiem wszystko – zniecierpliwiła się, ledwo powstrzymując od wywrócenia oczami. Czy była szalona, skoro tak bardzo doceniała upór Rufusa, jeśli chodziło o opiekę nad nią? – Już wszystko jest w porządku, ale… Co ja mówię? Sama nie jestem pewna, co jest w porządku, a co nie! – wybuchła, nagle tracąc nad sobą panowanie.
Esme i Carlisle popatrzyli na nią bezradnie. Nie dziwiła im się, bo w końcu zjawiła się po nocnej nieobecności, w samej tylko halce, a teraz zachowywała się co najmniej dziwnie. Wiedziała, że mówi od rzeczy, ale nie potrafiła się skoncentrować.
Ze świstem wypuściła powietrze, próbując jakoś nad sobą zapanować. Potrzebowała pomocy i to było teraz priorytetem.
– Możemy porozmawiać? – zapytała już spokojniej, zaplatając ramiona na brzuchu.
– Oczywiście, że tak – zapewnił ją Carlisle, wciąż uważnie lustrując wzrokiem jej twarz. – Chcesz usiąść?
Potrząsnęła głową. Czuła się zmęczona, ale przy tym tak pobudzona, że chyba dokonałaby samozapłonu, gdyby miała choć na chwile zastygnąć w bezruchu.
– Chcę tylko… Och, możecie powiedzieć mi jedną rzecz? – zapytała gorączkowo i nie czekając na odpowiedź, ciągnęła dalej: – Wtedy, w szpitalu…
– Och, kochanie – przerwała jej Esme – nie jestem pewna, czy powinniśmy o tym rozmawiać – wyjaśniła łagodnie, ostrożnie dobierając słowa.
Gdyby sytuacja była inna, Layla najprawdopodobniej przyznałaby jej racje, ale tym razem jedynie się zirytowała.
– To ważne! Ja po prostu… Zaufaj mi, że gorzej będzie, jeśli o tym nie porozmawiam – powiedziała z przekonaniem, energicznie potrząsając głową. – Mogę pójść do Theo, ale wtedy stracę czas, a tego nie chcę i…
– Cii… Rozumiemy, Laylo. – Carlisle zerknął krótko na swoją żonę, po czym podszedł bliżej, mimo wątpliwości decydując się wziąć Laylę za ręce. Uniosła brwi, ale przynajmniej ten gest sprawił, że zdoła skoncentrować na nim wzrok. – O co chciałaś zapytać? – dodał łagodnie.
– Ja… – Urwała, nagle pełna wątpliwości. Gdyby jednak się pomyliła… Ale przecież nie mogła! – Kiedy się obudziłam, powiedzieliście mi, że straciłam dziecko – powiedziała na wydechu, mimo uścisku w gardle starannie akcentując ostatnie słowa. – Straciłam?
Spojrzeli na nią w taki sposób, jakby była szalona i już to samo w sobie było nie do zniesienia. Zacisnęła usta, próbując powstrzymać się od krzyku frustracji i w duchu błagając o przynajmniej chwilę cierpliwości.
Zamknęła oczy, próbując przekonać samą siebie, że ta cisza tak naprawdę nic nie znaczy.
– Laylo…
– Tak czy nie? – zniecierpliwiła się, próbując wymóc na nich odpowiedź.
– Sama najlepiej wiesz, kochanie – stwierdził cicho Carlisle, ale w jego głosie wyczuła obawę, jakby zaczynał martwić się o to, czy wszystko w porządku jest z jej zdolnościami pojmowania. – Wiem, że jest ci przykro, ale…
– Dziecko – powtórzyła z naciskiem. – Cały czas była mowa o… dziecku? – Spojrzała na niego, mając wrażenie, że jej tęczówki rozszerzyły się do nienaturalnego rozmiaru.
Carlisle zmarszczył brwi.
– Tak – potwierdził, próbując nadążyć za tokiem jej rozumowania. – Dlaczego…?
– Do cholery, ja jestem Licavoli! – zawołała gniewnie, wyrywając się z jego uścisku i zaczynając krążyć w coraz bardziej nerwowy sposób. – Rozumiecie? Jestem… jestem Licavoli – powtórzyła, jakby to cokolwiek wyjaśniało.
Być może wyjaśniało, bo choć milczeli i patrzyli na nią tak, jakby widzieli ją po raz pierwszy, przynajmniej w oczach doktora nareszcie doszukała się czegoś na kształt konsternacji.
– Do czego zmierzasz? – zapytał w końcu, a ona omal nie osunęła się na ziemię, bo po jego tonie poznała, że traktuje ją poważnie.
– Chciałam iść do Rufusa, kiedy tylko zrozumiałam, ale nie jestem pewna… – Zamilkła i westchnęła cicho. – Nie zniosłabym, gdyby mi odmówił albo gdyby to on musiał powiedzieć, że nie mam racji. Nie znosiłabym, gdyby patrzył się na mnie i… Och, zbadasz mnie czy nie? – wyrzuciła na wydechu, w końcu będąc w stanie przejść do rzeczy.
Carlisle wciąż się na nią patrzył, ale nie w taki sposób, jakby się wahał czy miał wątpliwości.
– Będę potrzebował kilku rzeczy, a do tego i tak musiałbym pójść do domu. Miałem zresztą przynieść coś dla Alessi, gdyby coś poszło nie tak – wyjaśnił – więc gdybyś chwilę zaczekała…
– Ja pójdę – zaoferowała się Esme, nagle odzyskując głos. Jej oczy lśniły i Layla odniosła wrażenie, że jest bliska tego, by rozpłakać się w charakterystyczny dla wampirów sposób. – Wrócę zanim się obejrzycie – obiecała i nie czekając na odpowiedź, przysunęła się do męża, by wargami musnąć jego usta.
Nie minęła sekunda, jak zniknęła w mroku korytarza.

1 komentarz:

  1. Biedna
    Alessia. Do pełni zostało coraz mniej czasu, Ariel nadal nie wrócił, a
    ona nie wie, co o tym wszystkim myśleć. Ma pewnie totalny mętlik w
    głowie. Tyle pytań, a zero odpowiedzi... Damien ją znalazł. Zrozumiał
    swój błąd i zrezygnuzje z ubezwłasnowolnienia jej (o ile to możliwe? ).
    Albo czy specjalnie pojawił się w Niebiańskiej Rezydencji po to, aby ją
    zabrać? Isabeau powinna podjąć już decyzję w tej sprawie, prawda? Jeśli
    się nie mylę, to chyba minęły już trzy dni, od kiedy Damien poprosił o
    to Beau....
    Ach, powraca wątek Layli <3 Mam przed oczami obraz Carlisle, który
    się wahał, zanim odpowiedział Lay... Czyżby Esme domyśliła się, co miała
    na myśli Layla, kiedy ta powiedziała, że jest Licavoli? Coś czuję, że
    Esme miała się popłakać z radości. I przypuszczam, że zaoferowała się,
    że pójdzie do domu po potrzebne rzeczy tylko dlatego, że chciała ukryć
    przed Carlisle'm to, czego się domyśla...
    Czekam na ciąg dalszy, aż to wszystko się wyjaśni...
    Pozdtawiam ciepło i do napisania ;*****

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa