08.03.2014

Pięćdziesiąt dziewięć

Layla
– Layla, zaczekaj chwilę. – Rufus zaczynał coraz bardziej się niecierpliwić. – Dokąd właściwie biegniemy?
Dziewczyna westchnęła, ledwo powstrzymując się przed tym, żeby na niego warknąć. Oczywiście, była zachwycona tym, że w końcu miała go przy sobie, ale te ciągłe pytania zaczynały doprowadzać ja do szaleństwa. Próbowała koncentrować się na tym, gdzie miała biec… Ba! Gdzie musiała biec! Próbowała, ale to wcale nie było takie łatwe, skoro Rufus przez cały czas ją rozpraszał.
– Do wyjścia – odpowiedziała po prostu, rzucając mu przelotne spojrzenie. – No co? Pośpiesz się! – dodała, zniecierpliwiona tym, że spojrzał na nią z niedowierzaniem.
– Skąd możesz wiedzieć, że…?
Layla warknęła, sfrustrowana.
– Nie wiem, może to objawienie. Tak czy inaczej, w końcu pozwól mi biegnąć – powiedziała z naciskiem, przyśpieszając. – Może później mi to wyjaśnisz, a nawet jeśli nie… Ja po prostu wiem, że gdzieś tam jest wyjście. Ja…
– Ciocia Layla? – usłyszała znajomy głos. – Layla, jesteś tutaj? – powtórzyła Alessia, coraz bardziej podekscytowana.
Usłyszała ciche westchnienie Rufusa, ale zignorowała go. Tym razem obecność Ali napawała ją entuzjazmem, zwłaszcza, że odpowiedzenie bratanicy nie wiązało się we wciągnięciem jej w poważne kłopoty, w które wpadła, kiedy ostatnim razem był przy niej Marco.
– Tutaj jesteśmy, Ali! – zawołała, nie przestając biec. – Czekaj, gdzie ty jesteś? Najlepiej się nie ruszaj, a my zaraz do ciebie dojdziemy – zapewniła, uświadamiając sobie, że głos Alessi dochodzić z głębi korytarza, którym biegli.
– Nie zamierzam się nigdzie stąd ruszać – żachnęła się Alessia. Tak, zdecydowanie była podekscytowana. – No i „my”? Nic wam się nie stało? – upewniła się, najwyraźniej wciąż przekonana, że Layla była w towarzystwie Carlisle’a i Marco. – Zresztą nieważne. Znalazłam wyjście, a przynajmniej tak mi się wydaje! – oznajmiła, dając upust radości, którą odczuwała.
Co ty nie powiesz?, pomyślała Layla, odrobinę tylko rozczarowana. A więc jednak miała rację! Nie podobało jej się to, że to Alessia jako pierwsza dotarła na miejsce, ale to chyba nie był czas na to, żeby czegokolwiek komukolwiek zazdrościć. Najważniejsze było to, że mieli rację i że wyjście gdzieś tam było. Obecność korytarzy i panującego w nich mroku zaczynała działać na nią klaustrofobicznie, sprawiając, że Layla była gotowa zrobić wszystko, byleby w końcu wydostać się na zewnątrz.
Layla krótko obejrzała się na Rufusa, uśmiechając się tryumfalnie. Wywrócił oczami – wyczuła to nawet mimo tego, że nie była w stanie dostrzec jego twarzy – i w żaden sposób nie skomentował tego, że miała rację. Layla miała wrażenie, że był podenerwowany, być może czekając, że w każdej chwili będzie gotowa do tego, żeby rzucić mu się do gardła, wściekła z powodu tego, co wydarzyło się w tunelach. Co prawda nawet słowem nie wspomniała o Dylanie i innych uwięzionych wampirach, a tym bardziej o tym, że zdawała sobie sprawę z tego, iż to jego sprawka, ale Rufus nie był głupi, zresztą w jakiś niezwykły sposób potrafił określić jej stan emocjonalny. Byli ze sobą nierozerwalnie związani, a to sprawiało, że ukrywanie czegokolwiek stanowiło dość problematyczne zadanie, chociaż – jak Rufus już miał okazję jej udowodnić – nie niemożliwe.
Z drugiej strony, jego milczenie mogło mieć związek z tym, jak emocjonalni zachowała się przy ich spotkaniu. Na samo wspomnienie Laylę przeszedł gorący dreszcz, ale udało jej się zapanować nad pożądaniem. Bardziej była podekscytowana obecnością Alessi i wyjścia, żeby się tym przejmować.
Wraz z kolejnym korytarzem, zachciało jej się tańczyć i śpiewać, zwłaszcza, że podmuch świeżego, rześkiego powietrza rozwiał jej włosy. Obecność wiatru była niczym upragniona ziemia obiecana, czy coś równie zwykłego, co jednak przez długi okres czasu wydawało jej się abstrakcyjne. Poczuła, że Rufus drgnął, równie poruszony co i ona, chociaż jak zwykle zapanował nad sobą, nie zamierzając okazać żadnych emocji, nawet gdyby od tego zależało jego życie. Oczywiście, jego pieprzona duma i fakt, że był geniuszem sprawiały, że uważał fascynowanie się czymś tak przyziemnym za czysty idiotyzm, ale Laylę to nie obchodziło. Co złego było w czerpaniu radości z życia? Nic, ale nie miała nic przeciwko temu, że to ona była powodem, dla którego najczęściej się uśmiechał.
Czuła, że świt zbliża się wielkimi krokami, dlatego machinalnie przyśpieszyła, wcześniej chwytając Rufusa za rękę. Dla niej blask słonecznego światła był co najwyżej nieprzyjemny, ale nie niebezpieczny, naukowiec jednak mógł mieć niemały problem, gdyby zrobiło się zbyt jasno. Nie chciała pozwolić, żeby kolejnych kilka godzin spędził w tym miejscu, kryjąc się przed słońcem; nawet gdyby był do tego zmuszony, zostałaby z nim, chyba, że jakimś cudem Rufus zorientowałby się w którym miejscu są i znalazł jakąś inną drogę, tym razem prowadzącą bezpośrednio do wyjścia.
Alessia czekała na nich w miejscu, gdzie korytarz zaczął łagodnie zakręcać. Wysoko uniosła głowę, zwracając się w kierunku z którego nadchodziły podmuchy świeżego powietrza. Pozwalała, żeby wiatr bawił się jej ciemnymi włosami, złakniona czegokolwiek, co miało związek z prawdziwym życiem i tym, co działo się na górze.
– Nic ci nie jest – odetchnęła na widok Layli. Jej czarne oczy zabłysły, kiedy z lekką dezorientacją spojrzała na Rufusa. – Cześć, wujku – dodała, szczerząc się w uśmiechu.
– Nie jestem twoim… – Wampir zazgrzytał zębami, po czym westchnął zrezygnowany. – Zresztą nieważne. Będziemy tutaj tak stali?
– Nagle ci się śpieszy? – zapytała z rozbawieniem Layla, ale ruszyła przed siebie, wcześniej biorąc pod rękę Alessię. – Nawet mnie nie pytaj. Pewnie nic im nie jest, a przynajmniej mieli się dobrze, kiedy ostatnim razem sprawdzałam. Lepiej mi powiedz, co z tobą – upewniła się, szybko zmieniając temat tak, żeby nie musieć tłumaczyć się z tego, co stało się po tym, jak rozdzielili się w korytarzu.
Wyczuła, że Alessia jest co najmniej zaintrygowana jej słowami, ale przynajmniej dotarło do niej, że zadawanie jakichkolwiek pytań jest pozbawione sensu. Czuła słodki zapach krwi bratanicy oraz emitującą od niej radość, mocno kontrastujących z nagłego zakłopotania, które pojawiło się w odpowiedzi na słowa Layli. Dziewczyna lekko zmarszczyła brwi, zaintrygowana, bo chociaż Ali prawie natychmiast nad sobą zapanowała, coś zdecydowanie było na rzeczy.
– Miałam problem z jedną, szaloną wampirką, ale jakoś sobie poradziłam – odparła wymijająco Alessia. Westchnęła cicho, mrucząc pod nosem coś, co zabrzmiało jak „cholerny dupek”, chociaż Layla nie miała pojęcia, co to miało do rzeczy. I chyba nie chciała wiedzieć. – A zaraz po tym przyplątałam się tutaj.
– Cóż za szczęśliwy zbieg okoliczności – mruknął Rufus, znacząco przeciągając sylaby. W jego głosie pobrzmiewała sarkastyczna nuta, ale Alessia nie dała wytrącić się z równowagi.
Obecność wiatru i świeżego powietrza stawały się coraz bardziej wyraziste, w miarę jak zbliżali się do jego źródła. Kiedy ciemność zaczęła powoli się rozjaśniać, serce Layli zabiło szybciej. Dalej czuła się tak, jakby podążała za jakimś świetlistym śladem – za nicią, która łączyła ją z czymś albo kimś, kogo nie mogła zobaczyć – chociaż już nie słyszała głosu, który do tej pory ją prowadził.
A przynajmniej tak jej się wydawało, bo kiedy ponownie rozległ się ten sam ton, był czymś zdecydowanie więcej niż tylko mentalnym wspomnieniem czy jej wyobrażeniem.
– Laylo? – usłyszała i aż zachłystnęła się powietrzem. Głos był jak najbardziej prawdziwy, poza tym – co najważniejsze – dochodził gdzieś z góry. – Laylo, czy mnie słyszysz?
W panice spojrzała najpierw na Rufusa, a później na Alessię. Dopiero ich miny ją uspokoiły, uświadamiając jej, że jednak nie zwariowała – oni również słyszeli.
– Jesteśmy tutaj! – odpowiedziała natychmiast. – Cholerka, kimkolwiek jesteś, wiedz, że już cię kocham! – dodała ze śmiechem, nie mogąc się powstrzymać.
Odpowiedział jej cichy chichot, pomieszany z warknięciem, które – jak sobie z satysfakcją uświadomiła – wyrwało się z gardła Rufusa. Co prawda wampir udawał, że nic się nie dzieje, ale dyskretnie przesunął się w jej stronę, uważnie ją obserwując. Jego czekoladowe oczy błyszczały, wręcz chłonąc zarys jej sylwetki. „Moja!” – zdawało się mówić jego spojrzenie, a Layla bynajmniej nie zamierzała z takim stwierdzeniem dyskutować.
Głos nie odezwał się znów tak od razu, a przynajmniej Layla tego nie zauważyła, zbyt podekscytowana tym, co nagle przykuło jej wzrok. Jak na zawołanie wystrzeliła do przodu, biegiem pokonując kilka ostatnich metrów, dzielących ją od szczeliny, którą nagle dostrzegła tuż nad głową, a przez którą do korytarza wlewało się łagodne światło poranka. Było to zaledwie blade, anemiczne światło – słońce dopiero zaczynało pojawiać się na horyzoncie – ale dla niej wrażenie było takie, jakby patrzyła wprost w najczystszą, cudowna jasność. Brakowało jeszcze anielskiego chóru i jakiegoś tłustego dzieciaka ze skrzydłami, a poczułaby się jak w niebie.
– Jesteś tam jeszcze? – zapytała, zadzierając głowę. Mrużyła oczy, żeby uchronić swoje odwykłe od jasności oczy, ale i tak widziała wyłącznie odcinającą się na tle ciemności szczelinę.
– A powinno mnie nie być? – odpowiedział głos, wyraźnie z siebie zadowolony. – Ej, chyba się udało! – dodał, zwracając się do kogoś.
Och, więc było ich więcej!
– Od zawsze wiedziałem, że jestem genialny – usłyszała i z zadowoleniem rozpoznała pełen samozadowolenia głos Aldero. – Hej, Layla!
– Wiesz co Al? Chyba nigdy tak się nie cieszyłam, słysząc twój anielski głos – stwierdziła, czując, jak zalewa ją przyjemne ciepło, tym razem nie mające żadnego związku pożądaniem czy jej darem.
– Uznam to za komplement i… – Nagle urwał i jęknął. – No co? Niech żyje król i tak dalej, ale czy mógłbyś się na mnie nie pchać? – żachnął się chłopak.
Dimitr z wielką przyjemnością go zignorował.
– Aldero, zmykaj i daj Benjaminowi trochę przestrzeni – westchnął z rezygnacją wampir. Ach, więc dlatego głos wydawał jej się równie obcy, co i znajomy! Co prawda nie wiedziała, skąd znajomy Carlisle’a nagle wziął się w Mieście Nocy, ale to nie miało największego znaczenia, a przynajmniej nie w tym momencie. – Layla? Layla, poczekajcie tam chwilę. Zaraz będziecie mieli wyjście.
– Tak jest, szefie! – zawołała; niewiele brakowało, żeby mu zasalutowała.
Jedynie uśmiechnęła się w odpowiedzi, chociaż Dimitr nie był w stanie tego dostrzec. Czekanie nie było zbytnio wymagającym zadaniem, bo do tej pory nie robiła właściwie niczego innego, a kilka minut raczej nie miało ich zbawić. Wpatrzona w szczelinę, podrygiwała nerwowo, zachowując się trochę jak radosny psiak, który wyczekuje, aż ktoś wypuści go na zewnątrz, żeby mógł pobiegać. Aż rwała się do tego, żeby zacząć podskakiwać, zniecierpliwiona i podekscytowana jednocześnie.
Ramiona Rufusa bezceremonialnie owinęły się wokół niej, odciągając ją do tyłu. Layla pozwoliła mu na to, jednocześnie wzdrygając się, chociaż sama nie była pewna czy to reakcja na dotyk wampira, czy ogłuszający trzask i fakt, że na ziemię posypały się odłamku sklepienia. Wraz z kolejnym trzaskiem, pęknięcie poszerzyło się, a potem spory kawałek ziemi runął na ziemię, spadając dokładnie w miejscu, w którym stała. W powietrze – lśniąc w słabym blasku poranka – wzbiły się drobinki kurzu i kamiennych odłamków, dlatego machinalnie zmrużyła oczy.
– Przepraszam! – jęknął cicho Benjamin. – Wszystko gra? – upewnił się, a Layla w końcu dostrzegła bladą, ale niezwykle przystojną twarz Egipcjanina; jego oczy, chociaż rubinowe, lśniły w przyjazny sposób.
Chwilę później tuż obok chłopaka pojawił się wyraźnie spięty Dimitr. Krótko obrzucił spojrzeniem ją, Rufusa i Alessię, po czym westchnął cicho i odwrócił wzrok, starając się ukryć rozczarowanie. Kiedy Layla wytężyła wzrok i słuch, zorientowała się, że nieśmiertelni nie są sami i że gdzieś tam – prócz Aldero, a więc i Camerona – są Allegra i Esme. No i ktoś jeszcze, ale nawet nie próbowała ich rozpoznawać, oszołomiona.
To Dimitr nachylił się, zachęcająco wyciągając rękę w stronę Alessi. Dziewczyna uśmiechnęła się w odpowiedzi, ale zanim podskoczyła, starając się uchwycić dłoń króla, krótko obejrzała się przez ramię, szukając kogoś wzrokiem. W jej ciemnych oczach pojawił się dziwny błysk niepokoju, który równie dobrze mógł być wrażeniem, ale Layla miała wrażenie, że jej bratanicę coś dręczy.
– No, mam cię – wymruczał uspokajającym tonem Dimitr, podnosząc Alessię tak lekko, jakby była niewiele cięższa od puchu. Jednym szybkim ruchem podciągnął dziewczynę wyżej, po czym objął ją w pasie i zniknął, żeby móc postawić dziewczynę na ziemi. – Layla? – zaproponował, kiedy tylko pojawił się ponownie.
– Och, no proszę… – żachnął się Rufus, rzucając wampirowi rozdrażnione spojrzenie.
Zanim Layla zdążyła się zastanowić, została poderwana ku górze. Pisnęła cicho i na moment zbrakło jej tchu, kiedy Rufus porwał ją na ręce, jednocześnie wybijając się ku górze. Już ułamek sekundy później dosłownie zachłysnęła się świeżym powietrzem, oszołomiona łagodnym blaskiem światła, mocną doznań oraz tym, że już nie znajdowali się pod ziemią. Mrugając pośpiesznie, rozejrzała się dookoła; widok placu w samym centrum Miasta Nocy wydał jej się najcudowniejszy na świecie, chociaż przecież widziała go wielokrotnie.
Wciąż lekko oszołomiona, spróbowała się wyprostować, ale to okazało się trudne, skoro Rufus wciąż trzymał ją na rękach. Zadarła w głowę, żeby spojrzeć w ciemne oczy naukowca i przekonać się, że wampir bynajmniej nie śpieszy się do tego, żeby ją puścić.
Wolność.
To jedno słowo upajało niczym najlepsza krew albo wino – albo najlepiej mieszanka tych dwóch składników, dokładnie taka, jaką lubił Gabriel.
Nareszcie byli wolni…
Marco
Marco próbował być cierpliwy. Do cholery, naprawdę próbował być cierpliwy. To zdecydowanie o czymś świadczyło, skoro do tej pory zwykle wybuchał, kiedy tylko zmuszony był próbować znosić zwłokę. Teraz był z siebie niemal dumny, skoro do tej pory nie wpadł w szał, poirytowany tym, że wszyscy traktowali go jak potwora (nie, żeby sobie na to nie zasłużył, ale chyba istniały ważniejsze priorytety niż ciągłe biczowanie go za błędy, które popełnił w przeszłości), wszystko miało jednak jakieś granice – a Gabriel był coraz bliższy tego, żeby je przekroczyć. Takie postępowanie zdecydowanie nie miało doprowadzić do czegoś dobrego, zwłaszcza, że Marco naprawdę bał się zrobienia czegoś, czego musiałby żałować, ale w obecnej sytuacji…
Cóż, może powinien być dumny – w końcu ten niezdrowy upór, cięty język i charakter syn jak nic odziedziczył po nim. Niezwykła moc i to, jak wręcz rwał się do walki… Chociaż minęły całe wieki, Marco wciąż dostrzegał w tym swoją szkołę, chociaż nie przypuszczał, że kiedykolwiek będzie musiał stawać naprzeciwko kogoś, kto jest mu tak bliski i na dodatek znał każdą jego słabość i zdolności. Gabriel był dobrym uczniem, a popychające go do przodu żal i gniew czyniły go tym bardziej niebezpiecznym i nieprzewidywalnym.
Zdecydowanie powód do dumy.
Oczywiście pod warunkiem, że wcześniej nie puszczą mu nerwy i jednak porządnie chłopakowi nie przyłoży, żeby w końcu się opamiętał.
– Gabrielu, po prostu odpuść! – jęknął, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że pół-wampir jest tuż za nim. Czuł jego obecność i determinacje; chyba powinien błogosławić fakt, że Gabriel jeszcze nie posunął się do telepatycznego ataku, który w tym miejscu mógłby skończyć się różniej. – Teraz naprawdę nie ma czasu na…
– Nie będziesz mi mówił, co takiego powinienem teraz robić – odparował Gabriel. – A skoro już mowa o odpuszczaniu, to zatrzymaj się w końcu! Na litość bogini, chociaż ten jeden raz daj mojej siostrze spokój!
– Próbuję ją znaleźć – westchnął zmęczonym tonem. Cudownie, więc wampir jednak może się zmęczyć.
Gabriel warknął, wyraźnie poirytowany. Marco starał się trzymać go na dystans, cierpliwie koncentrując się na biegu przed siebie i próbach odnalezienia słabego tropu córki. Dobra, Gabriel zdecydowanie miał prawo do obiekcji, zwłaszcza kiedy chodziło o Laylę, ale – Bóg, Selene czy jakaś inna niematerialna siła, która nad nimi czuwała, byli tego świadkiem – nawet przez myśl mu nie przyszło, żeby zrobić cokolwiek złego któremuś ze swoich dzieci. Pięćset lat było mnóstwem czasu, a on się zmienił, chociaż nie sądził, żeby ktokolwiek mu uwierzył, zwłaszcza rozgoryczony Gabriel.
Dla postronnego obserwatora, sytuacja musiała być co najmniej dziwna. Biegł korytarzem, wyglądając jakby uciekał, chociaż w rzeczywistości próbował zrobić coś pożytecznego, jednocześnie starając się utrzymać Gabriela na dystans, żeby chłopak nie zrobił czegoś głupiego. Gdyby tylko syn zechciał go wysłuchać, mogliby przynajmniej chwilowo zawrzeć jakieś przymierze, ale na to najwyraźniej nie mógł jak na razie liczyć. Jedynym rozsądnym rozwiązaniem wydawał się bieg, nawet jeśli po głębszym zastanowieniu Marco doszedł do wniosku, że to dość upokarzające.
Gdzieś za sobą – prócz Gabriela – czuł również obecność innych, ale prawie nie zwracał uwagi na Isabeau, Carlisle’a czy reszty nieśmiertelnych na których wpadli. Co ciekawe, jedna z dziewcząt była jego synową, chociaż po minie dziewczyny zdążył się zorientować, że raczej nie rwała się do tego, żeby go poznać. Tak czy inaczej, liczył się fakt, że prócz Gabriela tak naprawdę nikt nie próbował Marco zaszkodzić. Swoją drogą, jakimś pocieszeniem była świadomość tego, że wszyscy i tak pozwalali mu prowadzić, chociaż raczej nie do końca w ten sposób wyobrażał sobie próby znalezienia wyjścia z tych piekielnych tuneli.
Światło pojawiło się znikąd, całkiem go dezorientując. Łagodny, ale jasny blask, sączył się z sufitu, wabiąc i kusząc, zwłaszcza w połączeniu z podmuchem świeżego powietrza. Usłyszał, że biegnący za nim Gabriel na moment stracił rytm, zaskoczony, zaraz jednak wziął się w garść, ponownie rzucając się za nim w pogoń. Marco zaklął pod nosem, po czym przyśpieszył, nie spuszczając wzroku z otworu, który miał okazać się wybawieniem dla nich wszystkich, nawet jeśli myśl o tym wciąż nie przynosiła ulgi, jakiej mógłby się spodziewać. No cóż, ciężko było czuć się dobrze, kiedy na górze na pewno znajdowało się kilka osób, które zachowają się niewiele lepiej od Gabriela.
Szybko odrzucając od siebie przykre myśli, Marco wyskoczył w górę, bez chwili wahania zamierzając wykorzystać szanse na to, żeby się wydostać. Nie minęła sekunda, jak zmaterializował się w samym centrum Miasta Nocy, skupiając na sobie zaskoczone spojrzenia obecnych, ale nie miał czasu na to, żeby koncentrować się na twarzach i próbować je rozpoznać. Mimochodem zauważył jedynie Alessię oraz Laylę, tę drugą u boku mężczyzny, którego nie znał. Gdzieś z boku mignęły mu złociste pukle i anielska twarz, które mógłby rozpoznać wszędzie, ale nawet widok Allegry – pierwszy raz od wieków – nie był w stanie na dłużej przykuć jego uwagi.
Zwłaszcza, że wtedy tuż za sobą usłyszał głos Gabriela, który wydostał się na powierzchnię zaledwie ułamek sekundy po nich.
– Tchórz.
To jedno słowo było niczym fizyczny atak, jeśli i nie gorsze. Marco zatrzymał się, czując się tak, jakby jakaś niewidzialna siła sparaliżowała całe jego ciało, omal nie wtrącając go z równowagi. Pod wpływem impulsu zacisnął obie dłonie w pięści, z taką siłą, że chyba jedynie cudem nie połamał sobie kości. Usłyszał pełne furii, dzikie warknięcie i dopiero po chwili uświadomił sobie, że wyrwało się z głębi jego gardła.
Cholera. Przecież już dawno ustalił, że nawet jego cierpliwość ma swoje granice – i właśnie zaczynała się kończyć.
W ułamku sekundy odwrócił się na pięcie, gniewnie spoglądając wprost w stronę Gabriela. Chłopak właśnie podnosił się z klęczka, nie spuszczając z niego wzroku. Jego ciemne oczy ciskały błyskawice, twarz jednak okazała się wyjątkowo spokojna. Pół-wampir wyprostował się, wysoko unosząc głowę i wpatrując się w Marco w tak wyzywający sposób, że jego wzrok wydawał się wręcz namacalny.
– Co ty właśnie do mnie powiedziałeś? – zapytał cicho, dając synowi szansę na to, żeby jeszcze się wycofał.
– Powiedziałem, że jesteś tchórzem – powtórzył usłużnie Gabriel.
A potem się uśmiechnął.

1 komentarz:

  1. Nareszcie! Chwała Benjaminowi i temu, że wyprowadził Laylę z tuneli. Już myślałam, że się tego nie doczekam, ale się doczekałam. Kurde, dzisiaj znowu nie mam pomysłu na komentarz. Cieszę się, że już wyszli w połowie z tych tuneli. Ach, uśmieszek Gabriela musiał wytrącić Marco z równowagi :D
    Dobra, nie będę się wysilać, bo to nic nie da :3 czekam na następny, i weny ;**

    OdpowiedzUsuń




After We Fall
stories by Nessa