09.03.2014

Sześćdziesiąt

Renesmee
Marco zaatakował, bez chwili wahania rzucając się w stronę Gabriela.
Zaklęłam i natychmiast zaczęłam wyrywać się Dimitrowi, który chwilę wcześniej pomógł mi się wydostać na zewnątrz. Zmrużyłam oczy w jasnym, chociaż wciąż mocno przytłumionym blasku wschodzącego słońca. Nie byłam pewna, która jest godzina, ale czułam się wykończona – a przynajmniej tak było do momentu, kiedy bieg przez korytarze, znalezienie wyjścia i kolejna walka mojego ukochanego z ojcem nie wytrąciły mnie z równowagi, dodając energii.
– Gabriel! – krzyknęłam, dobrze wiedząc, że nie będę w stanie w porę dotrzeć do niego i do Marco. Chciałam po prostu zrobić cokolwiek, żeby się opamiętali.
Gabriel uskoczył dosłownie w ostatnim momencie, jakby chcąc popisać się przed atakującym wampirem. Jego usta po raz kolejny wykrzywił szyderczy, pozbawiony radości uśmiech, kojarzący mi się z tym pobłażliwym gestem, który widywałam na początku naszej znajomości, gdy chłopak starał się trzymać mnie na dystans. Ta wersja była zdecydowanie gorsza, bo i intencje wobec Marco były inne, ale i tak mi się to nie spodobało.
Ojciec Gabriela warknął cicho, ale – co mnie zaskoczyło – nie zaatakował ponownie. Zatrzymał się w miejscu, w milczeniu wpatrując się w bruk pod swoimi stopami i jakby zastanawiając się nad tym, co robił w tym miejscu. Gabriel stał kilka metrów dalej, wyprostowany i zagniewany, z tą samą pewnością siebie i wyzwaniem w oczach spoglądając na Marco. Chciał go sprowokować; nie miałam co do tego najmniejszych wątpliwości.
– Czy naprawdę musimy to ciągnąć? – zapytał bezbarwnym tonem Marco, unikając spoglądania na Gabriela. Nie bał się go, nie wspominając o obecności któregokolwiek nieśmiertelnego na placu; jeśli już coś napawało go wątpliwościami, to tylko to, co mógł zrobić w pojedynkę. – Nie chcesz przekonać się do czego jestem zdolny, Gabrielu.
– Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, co potrafisz – odparł natychmiast mój mąż, robiąc stanowczy krok do przodu. Poruszał się powoli, ale to nie miało znaczenia. W każdym jego ruchu widziałam coś gniewnego i zwierzęcego, co przyprawiało mnie o dreszcze. – Właśnie dlatego sądzę, że jesteś tchórzem. Jesteś…
– Przestań – wymamrotał wampir, zaciskając obie dłonie w pięści. – Po prostu już przestań.
Z tym, że Gabriel nie miał takiego zamiaru.
– Tchórz – powtórzył raz jeszcze. – Pieprzony, tchórzliwy sukinsyn, któremu wydaje się, że jest silny tylko wtedy, kiedy może nad kimś dominować. Masz może ochotę mnie uderzyć, tak na przypomnienie starych, dobrych czasów, tatusiu?
– Powiedziałem ci: przestań! – powtórzył gniewnie Marco, w jednej chwili tracąc cierpliwość. Jego oczy zabłysły, ton głos podniósł się o oktawę, a mięśnie napięły się do tego stopnia, że przez moment byłam przekonana, że ponownie zdecyduje się na to, żeby Gabriela zaatakować.
– Przestańcie oboje!
Głos Layli był ostatnim, czego którykolwiek z nich się spodziewał. Sama również spojrzałam na szwagierkę, kiedy ta skoczyła do przodu, materializując pomiędzy bratem a ojcem. Jasne włosy miała w nieładzie, a mnie dosłownie opadła szczęka, kiedy dostrzegłam zaschniętą krew pokrywająca nie tylko ubranie, ale również skórę Layli. Oddychała szybko, zaś w oczach płonęły niezdrowe ogniki, zdradzające narastający gniew. Na moment spuściła wzrok, krótko obrzucając wzrokiem całą swoją postać, ale chociaż widok krwi sprawił, że nieznacznie pobladła, to i tak nie ukoił jej gniewu.
Nie byłam pewna, jak wiele osób obecnych było na placu, ale jakoś nie miałam wątpliwości co do tego, że wszyscy wpatrują się w dziewczynę. Za sobą czułam obecność Edwarda, Carlisle’a, Damiena i Isabeau, którzy wydostali się z tuneli krótko po mnie, ale praktycznie nie zwracałam na nich uwagi, nawet wtedy, kiedy tata zmaterializował się tak blisko mnie, że praktycznie ocieraliśmy się ramionami. Widziałam Rufusa, w milczeniu obserwującego swoją partnerkę; wzrok naukowca na moment powędrował w stronę Marco, a w oczach pojawiło się zrozumienie – w końcu podobieństwo wampira i Gabriela było uderzające. Widziałam również bliźniaki Beau, oszołomioną Allegrę, Dimitra, Alessię i dwójkę wampirów, w których dopiero po chwili rozpoznałam Benjamina i Tię. Widok Egipcjan mnie zastanowił, ale nie miałam teraz czasu i chęci na to, żeby roztrząsać powód obecności nietypowych znajomych dziadka. Sama nie byłam już pewna, co tutaj się dzieje; wiedziałam jedynie, że coś jest nie tak.
Layla wciąż stała na środku, błyszczącymi oczami spoglądając to na brata, to na ojca. W jej tęczówkach dostrzegłam czerwony błysk, ale najwyraźniej wciąż panowała nad sobą wystarczając, żeby się w tym gniewie nie zatracić. Wydawała mi się zmęczona, jakby sytuacja zaczynała ją przytłaczać, chociaż równie dobrze mogło mieć to związek z coraz wyraźniejszą pozycją słońca. Kątek oka zauważyłam nawet, jak Rufus niespokojnie spogląda w niebo i powoli zaczyna się wycofywać, wchodząc w cień rzucany przez najbliższy z budynków. Nie widziałam Isabeau, ale podejrzewałam, że ona, Aldero i Cameron również wyczuwając, że wkrótce będą musieli się ukryć.
Sis, kochanie… – odezwał się zaskakująco łagodnym tonem Gabriel, robiąc krok w stronę siostry. Wciąż był spięty, ale nie potrafił zaatakować kogoś, kto był mu aż tak bliski, jak jego bliźniaczka. – On już cię nie skrzywdzi. Na ogrody pięknej Selene, przysięgam ci, że on już cię nie skrzywdzi…
– Cicho. Wiem o tym, Gabrielu – przerwała mu Layla nieco oschłym tonem. – Nie potrzebuję, żebyś mnie chronił. Poradzę sobie – dodała i zabrzmiało to bardziej tak, jakby chciała przekonać samą siebie niż jego.
– Oczywiście, że tak – wtrącił Marco. – Nie musisz się nawet specjalnie wysilać, skoro niczego nie robię. Do cholery, ja przecież…
– Ty też się zamknij. – Layla zacisnęła usta. – Powiedziałam wam już.
Brwi Marco powędrowały ku górze, ale ostatecznie usłuchał. Layla wzięła kilka głębszych wdechów, obojętna na liczne spojrzenia, które spoczęły na niej. W roztargnieniu przeczesała jasne słowy palcami, próbując doprowadzić się do porządku, przynajmniej w miarę możliwości. Gniew zaczął powoli z niej ulatywać, chociaż wciąż zdawała się być na granicy wybuchu niczym aktywna bomba, czekająca na sygnał.
Wyczułam jakieś zamieszanie i to rozproszyło mnie na tyle, żeby w końcu zdołała obejrzeć się za siebie. Pomiędzy budynkami zauważyłam postać szybko zmierzającego w naszą stronę Yves’a. Cudownie, jeszcze tylko jego tutaj brakowało, usłyszałam mentalny głos Isabeau, ale nie odpowiedziałam jej, podejrzewając, że podesłała mi te słowa nieświadomie. Wilkołak szybko podszedł bliżej, w milczeniu lustrując wzrokiem scenę na placu, ale nie komentując jej ani słowem.
Co ciekawe, jego przybycie otrzeźwiło nie tylko mnie. Alessia w jednej chwili ruszyła się z miejsca, po czym podbiegła do mnie. Machinalnie otoczyłam ją ramionami, ledwo powstrzymując westchnienie ulgi. Teraz mogłam sobie na to pozwolić, zwłaszcza, że przez cały czas martwiłam się głównie o Ali, nie mając pojęcia, czy mojej córce przypadkiem nie stało się nic złego.
– Laylo, czy mogę? – odezwał się Dimitr, najwyraźniej dochodząc do wniosku, że to jemu wypada przejąć kontrolę nad sytuacją. Król wyglądał na spokojnego, jednak w czarnym stroju i z błyszczącymi, rubinowymi oczami, wydawał się groźny i niezwykle poważny.
– Rób co chcesz, Dimitrze, jeśli tylko powstrzymasz ich od walki – zgodziła się dziewczyna, wzruszając ramionami.
Yves prychnął cicho. Mrużąc oczy, niedbale opierał się o ścianę, obserwując nas w taki sposób, jakby oglądał kolejny dramatyczny odcinek jakiejś nużącej go telenoweli. Doskonale znałam stosunek wilkołaków do wampirów, zresztą kilka razy zdążyłam się już przekonać, że dowódca straży Dimitra nie jest zachwycony z konieczności ingerowania w sprawy, które nie dotyczyły jego rasy. Co prawda darzył Falcone niezwykłym szacunkiem, ale poza tym nie było żadnego powodu, dla którego miałby którekolwiek z nas więcej niż tolerować.
– Kolejny Licavoli, co? Dzień dobry, Marco – mruknął, leniwie przeciągając sylaby. Nie byłam jakoś specjalnie zdziwiona tym, że go znał.
– Spieprzaj, Yves – warknęła milcząca do tej pory Isabeau. – Nikt cię tutaj nie zapraszał, wątpię zresztą, żebyś był tutaj potrzebny. Sytuacja jest pod kontrola – mruknęła, ale bez przekonania.
– To prośba, droga kapłanko, czy polecenie służbowe? – Yves natychmiast się wyprostował. Widziałam, jak jego mięśnie napinają się pod materiałem czarnej koszuli, którą miał na sobie. Jego spotkania z Beau nigdy nie przebiegały spokojnie, a fakt, że na swój sposób byli sobie równi, jedynie wszystko pogarszał. - Wydawało mi się zresztą, że moim zadaniem jest chronienie króla i miasta. Co więcej, właśnie staram się to robić – dodał z naciskiem.
Isabeau nie odpowiedziała, krzywiąc się mimowolnie, kiedy spróbowała zrobić krok do przodu i zaraz cofnęła się, nieufnie spoglądając na plamę światłą słonecznego, które rozjaśniło bruk. Miasto powoli nabierało kolorów, kiedy szarość zaczęła ustępować blaskowi poranka.
Usta Yves’a na moment wykrzywił blady uśmiech. Taki stan rzeczy jak najbardziej mu odpowiadał, nie wspominając o możliwości bezkarnego grania na nerwach najmłodszej siostry Gabriela.
– Na razie jesteś zbędny, Yves – wtrącił Dimitr, rzucając wilkołakowi ostrzegawcze spojrzenie.
– Jak sobie życzysz, mój królu – ustąpił tamten niechętnie.
Skłonił się nieznacznie, ale zarówno w jego słowach jak i gestach było coś, czego nie potrafiłam zidentyfikować, a co wydawało mi się czystą kpiną. W przypadku Yves’a takie zachowanie było czymś normalnym, na Dimitrze zresztą już dawno przestało robić jakiekolwiek wrażenie. Wiedziałam, że tolerował wilkołaki jedynie dlatego, że były skuteczne, chociaż od dnia zdrady i tego, jak część stanęła po stronie Drake’a, król nie ufał im nawet w najmniejszym stopniu.
Dimitr odczekał aż wilkołak zniknie mu z oczu, dopiero wtedy zwracając się na powrót w stronę Layli, Marco i Gabriela. Emocje trochę opadły, przynajmniej względnie i wszystko wskazywało na to, że jednak nie dojdzie do rękoczynów…
Miejmy nadzieję.
Coś poruszyło się za moimi plecami. I bez odwracania wiedziałam, że to Damien, dlatego wypuściłam Alessię, żeby móc pozwolić chłopakowi na to, żeby objął siostrę. Nie on jedyny otrząsnął się z szoku, więc chwilę później pojawiła się przy nas Esme, aż rwąc się do tego, żeby rzucić się Carlisle’owi w ramiona. Dopiero wtedy babcia pozwoliła sobie na to, żeby się rozluźnić, chociaż i tak wcześniej musiała przynajmniej objąć każdego z nas, żeby się upewnić, iż jesteśmy sami.
Zdecydowałam się podejść do Gabriela, ledwo Esme wypuściła mnie ze swoich ramion. Zdawałam sobie sprawę z tego, że to ryzykowne – zbliżanie się do rozgniewanego nieśmiertelnego nigdy nie było dobrym pomysłem, niezależnie od relacji, które nas łączyły – ale miałam dość biernego obserwowania i czekania na to, co w każdej chwili mogło się wydarzyć. Usłyszałam, że Edward wypowiada moje imię, chcąc mnie zatrzymać, ale nie zareagowałam, zbyt zdeterminowana, żeby dostać się do męża. Gabriel drgnął, kiedy dotknęłam jego ramienia, ale wyczułam, że pod moim dotykiem jego mięśnie rozluźniły się nieznacznie.
– Masz na imię Renesmee, prawda? – usłyszałam i cała zesztywniałam, kiedy Marco bez ostrzeżenia zwrócił się w moją stronę. Mimowolnie uniosłam głowę, żeby spojrzeć mu w twarz. – Jesteś moją synową? – zapytał.
– Ja… – Zawahałam się, wytrącona z równowagi jego pytaniem. Wpatrując się w kogoś tak łudząco podobnego do Gabriela, po prostu nie byłam w stanie wyobrazić sobie, że mam przed sobą kogoś okrutnego, zdolnego do krzywdzenia własnych dzieci. – Tak.
Wzrok Marco przesunął się po mojej twarzy, ostatecznie zatrzymując się na oczach, chociaż na ułamek sekundy zerknął na zdobiący mój serdeczny palec pierścionek zaręczynowy. Nie miałam najmniejszych wątpliwości, że rozpoznał „Oczki Gabrielli”, zwłaszcza, że kamień należał do jego żony.
– Jesteś piękna – stwierdził z uznaniem, a ja cała spąsowiałam. Cholera, nie chciałam żeby prawił mi komplementy.
– Dziękuję – odparłam machinalnie.
Marco zrobił krok do przodu, wciąż nie spuszczając mnie z oczu. Zesztywniałam, bo wampir zrobił taki gest, jakby chciał chwycić mnie za rękę.
Gabriel w jednej chwili zesztywniał, po czym pociągnął mnie do tyłu, tak, że znalazłam się za jego plecami. Kiedy spojrzał na ojca, jego oczy ciskały błyskawice.
– Trzymaj się od niej z daleka – doradził chłodno. – Od niej i od całej mojej rodziny – dodał, wraz ze mną cofając się do tyłu, żeby mieć swobodny dostęp do Alessi i Damiena, gdyby zaszła taka potrzeba.
Przez twarz jego ojca przemknął cień.
– Po prostu próbuję poznać moją synową i wnuki – żachnął się, mrużąc oczy i dosłownie taksując Gabriela wzrokiem. – Co w tym złego?
– To, że najchętniej bym cię zabił – syknął mój mąż. Czułam, że drży od nadmiaru emocji, chociaż moja obecność w jakiś dziwny sposób powstrzymywała go od podjęciem pochopnych decyzji.
– Gabrielu… – szepnęła Allegra, odzywając się po raz pierwszy od momentu, w którym ją zobaczyłam. Była nienaturalnie blada i spięta, jeszcze bardziej niż wtedy, kiedy Licavoli omawiali ewentualne kroki, kiedy stało się jasne, że Marco powtórzył. – Proszę, zastanów się nad tym, co robisz – poprosiła; jakoś panowała nad głosem, siląc się na rzeczowy ton, ale doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że jest zaniepokojona.
Nie widziałam twarzy Gabriela, ale za to dostrzegłam błysk w rubinowych oczach Marco. Kiedy spojrzał na Allegrę, w wyrazie jego twarzy coś się zmieniło, chociaż nie potrafiłam tego opisać. Jego spojrzenie było podobne do tego, którym czasem obdarzał mnie Gabriel, sprawiając, że czułam się, jakbym była największym cudem, jaki zdarzało mu się widzieć w życiu. To zawsze mnie peszyło, ale Allegra najwyraźniej nie dostrzegła tego zachwytu we wzroku Marco albo po prostu takie spojrzenie nie robiło na niej żadnego wrażenia, zwłaszcza w tej sytuacji. Swoją drogą, w takim wydaniu wampir był jeszcze bardziej podobny do syna, co wcale nie ułatwiało mi koncentracji.
– Dziękuję, Allegro – odezwał się cicho, kiwając jej głową. Jego głos nie zdradzał nawet połowy tego, co mówiły oczy.
– Nie robię tego dla ciebie – żachnęła się natychmiast, ale ja wcale nie byłam tego taka pewna. Dla obojga ponowne spotkanie było trudne, a skoro nawet chłodna i opanowana Allegra miała problem z panowaniem nad emocjami, to coś musiało być na rzeczy. – Nie chcę po prostu, żeby dzieci mojej siostry posunęły się do mordu z twojego powodu.
Marco zacisnął usta, ale przyjął jej słowa z zaskakującą wręcz pokorą. Nie jestem pewna, jak wyobrażałam sobie swojego teścia, słuchając wszystkich tych historii na temat tego, jak traktował swoje dzieci w przeszłości, ale pewnie nawet jakbym miała jakieś wyobrażenie, to i tak byłoby ono dalekie od prawy. Sądziłam, że stanie przede mną potwór, a jednak w Marco było coś, co nie pozwalało mi się go obawiać. Muszę wręcz przyznać, że z jakiegoś powodu chciałam go poznać.
Jakby nie patrzeć, był ojcem Gabriela. Zły czy nie, zachowywał się tak, jakby i jemu zależało na tym, żeby się do nas zbliżyć. Mimo wszystkich wątpliwości, na pewno nie potrafiłam życzyć mu śmierci i to stanowiło największy problem.
– Allegra ma rację – odezwał się Dimitr, ostrożnie dobierając słowa. – Czego ode mnie oczekujecie? – dodał, zwracając się do Licavolich. – On nie złamał naszych zasad, a przynajmniej żadne z nas nie złapało go za rękę. Obawiam się, że to sprawa między wami. Daję wam wolną rękę, chociaż gdyby to zależało ode mnie… – Zacisnął usta. – Gabrielu? Laylo?
– Ja chcę jego śmierci – odpowiedział bez chwili wahania Gabriel. Allegra jęknęła cicho, ale nie próbowała protestować. – Już dość zrobił, Dimitrze. Nie pozwolę mu zniszczyć jeszcze więcej.
Gabrielu…, pomyślałam z niepokojem, ale nie odezwałam się na głos. Mocno wbiłam palce w ramię chłopaka, w nadziei na to, że jakoś nad nim zapanuję, chociaż to i tak okazało się problematyczne. Czułam, że mięśnie Gabriela rytmicznie napinają się i rozluźniają, a chłopak aż rwie się do tego, żeby zaatakować. Nigdy nie widziałam ukochanego w takim stanie, nawet podczas jedynej wizyty w jego domu, kiedy opowiadał mi historię swojej rodziny i ta świadomość napawała mnie niepokojem.
Gabriel był zdolny do tego, żeby zabić – ta jedna kwestia nie pozostawiała najmniejszych wątpliwości. Rozumiałam to, ale z jakiegoś powodu zwłaszcza teraz nie potrafiłam takiego rozwiązania zaakceptować.
– Rób co chcesz, Gabrielu – odezwała się Layla, nagle materializując się tuż przed bratem – ale ja nie pozwolę ci go nawet tknąć – oświadczyła.
Mój mąż wzdrygnął się, jakby poraził go prąd.
– Słucham? – zapytał z niedowierzaniem, spoglądając na Laylę tak, jakby widział ją po raz pierwszy. – O czym ty mówisz, Lay?
– Powiedziałam, że nie pozwolę ci go zabić – powtórzyła tym samym tonem, zakładając obie ręce na piersi. Brudna i blada, wyglądała jak przysłowiowe siódme nieszczęście, ale widoczna w jej oczach determinacja miała w sobie coś, co robiło wrażenie nawet na Gabrielu. – Nie chcę tego, braciszku. I ty również nie powinieneś chcieć.
– Nie pozwolę, żeby on jeszcze kiedykolwiek skrzywdził ciebie albo kogoś z mojej rodziny – zaoponował Gabriel, robiąc krok w stronę siostry. Bez trudu oswobodził się z mojego uścisku, po czym nachylił się do Layli tak bardzo, że wyglądali tak, jakby za moment mieli się pocałować. – Laylo, czy już zapomniałaś, że…?
– Ja nigdy nie zapomnę. Nie jestem głupia, braciszku – przypomniała mu z nutką goryczy. Chłopak jedynie westchnął, ale Layla jeszcze nie skończyła: – Już powiedział, że nic nam nie zrobić. Myśl sobie co chcesz, ale ja w to wierzę. Miał przynajmniej dziesięć okazji do tego, żeby zabić mnie, Alessię czy Carlisle’a, a jednak tego nie zrobił. Co więcej, pomógł nam się wydostać. Uratował mnie, uratował twoją córkę. – Layla spojrzała wprost w ciemne oczy brata. – Gabrielu…
– Co? – warknął. Obie dłonie zacisnął w pięści, ledwo panując nad drżeniem mięśni. – Powiedz mi wprost, co masz do powiedzenia. Nie chcesz go zabić, bo zapomniałaś o przeszłości, bo się go boisz, czy może jakimś cudem mu wybaczyłaś, co Laylo?
Layla poruszyła się niespokojnie, w popłochu cofając się o krok. Pytanie brata sprawiło, że zachowywała się tak, jakby Gabriel co najmniej spróbował ją spoliczkował, chociaż nie wyobrażałam sobie, że chłopak mógłby kiedykolwiek przynajmniej spróbować podnieść na nią rękę.
Zastygły w bezruchu Marco spojrzał wprost na Laylę. Milczał, ale i bez jakichkolwiek słów widać było, że czeka na odpowiedź córki. Chociaż jego oczy nie wyrażały żadnych emocji, czułam przenikające powietrze napięcie i podenerwowanie nie tylko wampira, ale również samego Gabriela.
– Ja nie wiem. – Layla ze świstem wypuściła powietrze. – Nie wiem co czuję. W głowie mam mętlik, a to wszystko… Wszystko dzieje się zbyt szybko, Gabrielu. Mówisz o wybaczeniu, ale ja nie mam pojęcia, czy jestem na to gotowa. Ale na pewno wiem, że nie chcę niczyjej śmierci – powiedziała z naciskiem. – Gabrielu, posłuchaj mnie przez moment. Wszyscy jesteśmy zmęczeni, ty również… Powinniśmy odpocząć, a później na spokojnie porozmawiać. Gabrielu…
Jeszcze kiedy mówiła, chłopak zaczął potrząsać głową.
– Nie wierzę, że to właśnie ty mówisz mi takie rzeczy – powiedział cicho. Jego głos był tak zimny i bezbarwny, że chyba jedynie cudem nie zamrozi wszystkiego wokół. – Nie rozumiem cię, Laylo. On pojawia się po latach, obojętny na wszystko, co nam zrobił, a ty… Ale ty już zapomniałaś, prawda? Nie pamiętasz swoich krzyków. Nie pamiętasz jak zrywałaś się w nocy i jak krzyczałaś, jak niejednokrotnie szlochałaś w moich ramionach…
– Gabriel…
– … przekonana, że on za moment znowu cię znajdzie i skrzywdzi – ciągnął, nieczuły na to, że próbowała mu przerwać. – Przez tyle lat go nienawidziliśmy, przez tyle lat… A teraz on zjawia się tutaj, a ty z radością przystajesz na to, żeby bawić się w szczęśliwą rodzinę?
– To nie tak! – Oczy zaszły jej mgłą. Jeszcze nie płakała, ale była tego bliska. – Gabrielu, na litość bogini…
– Życzę powodzenia – powiedział cicho, cofając się o krok i unosząc obie ręce w poddańczym geście. – Róbcie co chcecie, ale na mnie nie liczcie. I nie, do cholery, nie chcę żadnego z was widzieć na oczy – dodał, obracając się na pięcie.
Już w następnej sekundzie puścił się biegiem, zostawiając oszołomioną Laylę na środku placu.

1 komentarz:

  1. Teraz rozumiem co miałaś na myśli mówiąc, że Gabriel będzie na Laylę zły. Wydaje mi się czy przesadził? - zdecydowanie. Zachowała się chamsko, ale cóż to jest Gabriel, a Gabriel to Gabriel. On zawsze mówi co myśli. Myślałam, że już się obaj pozabijają, ale jak się okazało jednak nie. Zdziwiło mnie to, że Lay wkroczyła między tą dwójkę. Mogłoby być całkiem zabawie, gdyby tak sobą pomiatali na oczach wszystkich. Dobra - przebaczyła czy nie jestem na nią zła. Jak dla mnie zbyt szybko mu zaufała. Ej, no gość pojawia się na pięć minut, a ona tak jakby wszystko zapomina. Szkoda, że nie stara się go zabić ;<
    Rozdział pełen napięcia, akcji czyli to co mi się podoba :D
    Czekam na następny^^

    OdpowiedzUsuń




After We Fall
stories by Nessa