02.02.2014

Dwadzieścia osiem

Layla
Layla krzyknęła i chwiejnie cofnęła się o krok. Poczuła się trochę tak, jakby ktoś z całej siły kopnął ją w brzuch, sprawiając, że omal nie osunęła się na kolana. Serce natychmiast jej przyśpieszyło, trzepocąc się tak gwałtownie, jakby chciało jakimś cudem wyrwać się jej z piersi i uciec; doświadczenie było niemal bolesne, chociaż czyste przerażenie przysłaniało wszystkie emocje, również ten dziwny, wyimaginowany ból, który zupełnie nie miał związku z jej fizycznym stanem. Od dawna nie czuła czegoś podobnego i teraz intensywność własnych emocji przytłoczyła ją do tego stopnia, że nie była w stanie na nic innego prócz krzyku.
Uciekaj, nakazał jej instynkt. Cofnęła się o jeszcze jeden krok, ale nogi miała jak z waty i ledwo trzymała się na nogach. Od własnego krzyku, zwielokrotnionego przez echo w korytarzach, zaczynała ją boleć głowa, a wrażenie było takie, jakby dziesiątki szpilek wwiercało jej się w mózg. Pragnęła chwycić się za skronie albo w dziecinnym odruchu zasłonić uszy i zamknąć oczy, ale nawet gdyby to zrobiła, to i tak nie zmieniłoby prawdziwości tego, co właśnie się działo. Przeszłość po nią wróciła, ale tym razem nie miało to żadnego związku z przywołanymi wspomnieniami; tym razem wszystko działo się naprawdę, a ona nie była w stanie zrobić niczego, żeby jakoś się uwolnić albo uciec.
Pod plecami poczuła ścianę i to na moment ją zdezorientowało. W pierwszym odruchu zapragnęła odskoczyć od przeszkody, podświadomie wyczuwając zawarte w ścianach srebro, ale kiedy tylko się poruszyła, przypadkiem potknęła się o własne nogi. Niewiele brakowało, żeby wylądowała na ziemi, ale niemal w ostatniej chwili czyjeś silne dłonie chwyciły ją za ramiona, podrywając do pionu. Layla zesztywniała, natychmiast rozpoznając chłodny dotyk wampirzej skóry, zupełnie jakby ostatni raz doświadczyła go zaledwie wczoraj, a nie przeszło pięćset lat temu. W jednej chwili nerwy ostatecznie jej puściły, a z gardła wyrwał jeszcze bardziej przeszywający, mrożący krew w żyłach wrzask, który powinien był w stanie obudzić umarłego. Natychmiast spróbowała się szarpnąć, ale w odpowiedzi na jej gwałtowny, wręcz szaleńczy ruch, uścisk na ramionach jedynie się wzmocnił, kiedy trzymające ją dłonie spróbowały jakoś ją unieruchomić.
– Przestań krzyczeć. – Znajomy baryton był prawie niesłyszalny, ale i tak doskonale zrozumiała słowa. Nie zareagowała na nie, w odpowiedzi zaczynając jeszcze bardziej szarpać się, walczyć i drzeć w niebogłosy. Och, na litość bogini, dlaczego nikogo przy niej nie było?! – Laylo, w tej chwili…
– Rufus?! Gabriel?! Gabrielu, pomóż mi! – wrzasnęła, w jednej chwili wpadając w stan na pograniczu paniki i histerii. Czuła, że do oczu napływają jej łzy, ale prawie nie zwracała na nie uwagi, skupiona przede wszystkim na tym, jak bardzo chciała, żeby wszystko okazało się kolejnym okropnym koszmarem. Innym od wszystkich, ale wciąż po prostu snem… – Gabrielu! – zawołała raz jeszcze, ale zdawała sobie sprawę z tego, że nikt nie przyjdzie; najbardziej potrzebowała brata, swojego bliźniaka, ale istniejąca między nimi więź już dawno została wyparta przez uczucie, którym chłopak obdarzył Renesmee.
Zabrakło jej powietrza, więc zamilkła i spróbowała zaczerpnąć tchu, żeby znów zacząć krzyczeć, ale wtedy lodowata dłoń zakryła jej usta, skutecznie tłumiąc krzyk. W następnej chwili została przyciśnięta do ściany, przy okazji uderzając o nią tyłem głowy. Uderzenie na moment ją zdezorientowało, a przed oczami zatańczyły jej ciemne plamy, przez chwilę dając nadzieję na to, że może jednak w porę straci przytomność. Niestety, upragnione ukojenie nie nadeszło, a wręcz przeciwnie – czuła się jeszcze bardziej pobudzona, chociaż nie sądziła, że to w ogóle możliwe. Chciała odwrócić wzrok albo zamknąć oczy, ale nawet wtedy przed oczami miała obraz znajomej twarzy i krwistych tęczówek, idealnie wyryty w jej niezawodnej, wampirzej pamięci. Zapomnienie nigdy nie miało nadejść, na dodatek teraz, kiedy koszmar w każdej chwili mógł rozpocząć się na nowo.
Wciąż dysząc ciężko, zamrugała i w końcu odważyła się spojrzeć przed siebie. Dłoń wciąż zakrywała jej usta, ale Layla już przestała krzyczeć, więc i tak było jej wszystko jedno. Kolana omal się pod nią nie ugięły, kiedy w ciemności zamajaczyła jej para rubinowych, wpatrzonych w jej własne błękitne tęczówki oczu. Płomień, który stworzyła, wciąż tlił się łagodnie, zawieszony gdzieś w powietrzu, ale nawet bez światła byłaby w stanie odtworzyć rysy twarzy oraz sylwetkę przytrzymującego ją wampira. W końcu nieśmiertelni się nie starzeli, zresztą pewne cechy urody swojego ojca dostrzegała na co dzień w Gabrielu, a teraz również w Alessi i Damienie.
Marco Licavoli nie zmienił się ani trochę. Wciąż był niezwykle przystojny, nawet jak na wampira. Blada skóra idealnie kontrastowała z gęstymi, ciemnymi włosami i zdradzającymi włoskie pochodzenie, charakterystycznymi rysami twarzy. Czerwone oczy lśniły, podobnie jak i ich właściciel mając w sobie coś, co jednocześnie pociągało, co również napawało lękiem. Zwłaszcza w anemicznym blasku ognia, Marco wyglądał na jeszcze bardziej groźnego, a przy tym niezwykle eterycznego. W żadnym wypadku nie byłby w stanie udawać człowieka, pod każdym względem będąc całkowitym zaprzeczeniem ludzkiej normalności. Nie przypominał nawet typowego wampira, całym sobą zdradzając, że nawet jako nieśmiertelny jest niezwykły.
Drżąc i wciąż ciężko oddychając, Layla zmusiła się do tego, żeby oderwać wzrok od oczu ojca i – w miarę możliwości – zlustrować wzrokiem całą jego postać. Miał na sobie ciemne jeansy i idealnie dopasowany do lekko umięśnionej sylwetki czarny sweter, dodatkowo podkreślający jego niezwykle wyrazistą urodę. Layla nie musiała długo się zastanawiać, żeby być w stanie stwierdzić, iż wybór stroju nie był przypadkowy. To Marco uczył ich polować i ukrywać się, samemu będąc idealnym łowcą. Jeśli chciał pozostać niezauważonym, po prostu był w stanie tego dokonać – a nie było wątpliwości, że do tej pory jak najbardziej zależało mu na tym, żeby nikt nie zdawał sobie sprawy z jego obecności w Mieście Nocy.
Chociaż nie chciała, coś sprawiło, że raz jeszcze odważyła się spojrzeć wampirowi w twarz. Instynkt po prostu nakazywał jej widzieć nie tylko sylwetkę, ale również oczy swojego potencjalnego wroga, bo tak było łatwiej określić, czego mogła się spodziewać… A przynajmniej zazwyczaj tak było, bo Marco z niezwykłą wprawą powstrzymał się od okazywania jakichkolwiek emocji. Jedynym, co zwróciło jej uwagę, były właśnie oczy, bo to one odróżniały stojącego przed nią wampira od wspomnienia z dzieciństwa albo postaci ze snów. Nie raz widziała w oczach Marco pożądanie, gniew albo pogardę, ale tym razem nie dostrzegła żadnej z tych emocji – była po prostu pustka i niezwykły, przejmujący wręcz smutek.
To zresztą i tak nie miało żadnego znaczenia. Marco był tutaj, a ona po raz kolejny okazała się zbyt słaba, żeby cokolwiek zrobić, jakoś sobie pomóc. Wciąż drżała, nie będąc w stanie wykrzesać z siebie dość siły i energii, by znów zacząć się wyrywać albo jakkolwiek spróbować uciec. Nie chodziło już nawet o to, że zdawała sobie sprawy z przewagi siły, którą dysponował wampir – Layla najzwyczajniej w świecie poddała się bez walki, chociaż jakaś część jej stanowczo zabraniała jej to zrobić. Niestety, cała silna wola wyparowała za sprawą jednego spojrzenia ojca, jak zwykle przez te wszystkie lata.
Layla niejednokrotnie wyobrażała sobie ich kolejne spotkanie, chociaż jednocześnie miała nadzieję, że nigdy do niego nie dojdzie. Czasami, kiedy czuła się wyjątkowo pewna siebie, była przekonana, że gdyby ojciec nagle pojawił się na jej drodze, nawet by się nie zawahała. Ogień dodawał jej siły, sprawiając, że niemal wierzyła w to, że jakkolwiek się zmieniła – że już nie jest tą małą, bezbronną dziewczynką, która była zdana wyłącznie na nastroje ojca. Nawet Gabriel nie był w stanie zapewnić jej takiego poczucia bezpieczeństwa, które dawał jej ogień i świadomość tego, że teraz byłaby w stanie unicestwić Marco jednym ruchem. Przez lata obiecywała sobie, że już nigdy więcej nie pozwoli się ojcu skrzywdzić, że w razie potrzeby będzie w stanie się obronić…
Lata kłamstw.
Uświadomiła to sobie w jednej chwili, unieruchomiona pod ścianą i zdolna jedynie do tego, żeby patrzeć w te zimne, rubinowe oczy. W jednej chwili znów poczuła się tak, jak mała dziewczynka – przerażona, niewinna i pozbawiona jakichkolwiek możliwości obrony. Znów miała tych kilka lat, a ojciec bez większego wysiłku potrafił sprawić, żeby poczuła się nie tylko przerażona, ale i bezradna. Spróbowała wziąć się w garść, zaatakować albo zrobić cokolwiek innego, chociażby uciec, ale nie była w stanie się skoncentrować. Przeszył ją chłód, przenikliwe uczucie zimna, co w jej przypadku wydawało się irracjonalne; nigdy nie czuła zimna, zawsze mając temperaturę ciała o tych kilka stopni wyższą dzięki stałej obecności ognia. Jedynie raz poczuła coś podobnego, kiedy żywioł właściwie bez powodu ją opuścił, ale wierzyła, że podobna sytuacja nigdy więcej nie będzie miała miejsca. Tym razem miała pewność, że płomienie nie odeszły – wiedziałaby – ale jednocześnie czuła, że dar wymyka jej się spod kontroli. Uczucie chłodu wzmagało się z każdą kolejną sekundą, zupełnie jakby coś spychało jej umiejętności w głąb jej umysłu, aż do miejsca, gdzie już nie była w stanie ich dosięgnąć. To nie była telepatia ani sprawka Marco; była tego pewna, bo niezależnie od mocy jaką dysponował wampir, nie był w stanie zablokować jej daru. Jedyną przeszkodą był jej strach, ten paraliżujący, przenikliwy strach…
– Grzeczna dziewczynka – szepnął niemal łagodnym tonem wampir, spoglądając jej w oczy. – Nie krzycz, proszę. Nie krzycz, a wtedy wszystko będzie dobrze – obiecał, ale Layla mu nie uwierzyła; nic nie mogło być dobrze, skoro on tutaj był.
Marco odczekał jeszcze moment, żeby upewnić się, że znów nie zacznie się szarpać, po czym w końcu odsunął rękę od jej ust. Machinalnie zaczerpnęła powietrza, ale nie zaczęła krzyczeć, nie tyle z posłuszeństwa, co przez gulę, która nagle pojawiła się w jej gardle. Spróbowała przełknąć, ale w efekcie omal się nie zakrztusiła. Wciąż drżała, mając wrażenie, że każde miejsce, gdzie czuła lodowaty dotyk Marco, przenika ją chłodem, sięgając aż do samej duszy. Walczyła ze wspomnieniami, usiłując skoncentrować się nad tym, co było tu i teraz, ale jej ciało i tak było napięte do granic możliwości, jakby w oczekiwaniu na to, że za moment wydarzy się coś złego. Nawet jeśli w sposobie, w jaki wampir trzymał ręce na jej ramionach, nie było niczego niewłaściwego, Layla i tak podświadomie oczekiwała, że za kilka chwil coś się zmieni, a przed nią po raz kolejny pojawi się potwór, którego regularnie widywała przez całe dzieciństwo.
Nie potrafiła mu zaufać, niezależnie od sytuacji i tego, jakie były jego intencje. Co więcej, teraz całą sobą zapragnęła zrzucić na niego całą odpowiedzialność za wszystko, co wydarzyło się w laboratorium. To musiał być on, to musiała być jego moc i sposób na to, żeby ściągnąć ją do tego miejsca, żeby znów móc ją skrzywdzić i…
Och, dlaczego to brzmiało jak kłamstwo?!
– Nie… – Prawie nie była świadoma tego, że się odzywa. – Och, proszę, nie… Nigdy więcej, już nigdy więcej… – mamrotała gorączkowo; dopiero błysk w rubinowych oczach Marco uświadomił jej, że wypowiedziała te słowa na głos.
Wampir lekko zmarszczył brwi; zmartwienie w jego rubinowych tęczówkach dodatkowo się pogłębiło, a przynajmniej takie miała wrażenie. Lodowate dłonie zastygły na jej ramionach, teraz bardziej przypominając kawałki marmuru, ale nawet to nie było w stanie sprawić, żeby się uspokoiła. Wciąż zdawała sobie sprawę z tego, że ją trzymał i już samo to wystarczyło, bo poczuła się przerażona. Ten strach ją paraliżował, oszałamiał i nie pozwalał w żaden sposób się uwolnić. Jak mogłaby poczuć ukojenie albo znów nad sobą zapanować, skoro on tutaj był, a ona nie była zdolna do tego, żeby jakkolwiek go od siebie odepchnąć albo się uwolnić?
– Nigdy więcej co? – odezwał się Marco, wciąż uważnie mierząc ją wzrokiem. Głos miał lekko spięty i jakby drżący, chociaż równie dobrze mogło być to jedynie wrażeniem. – Uspokój się, skoro wszystko jest w porządku. To nie jest miejsce i czas na panikę.
Spojrzała mu w oczy, otwierając usta i zamierzając odpowiedzieć, ale odkryła, że nie jest w stanie wykrztusić z siebie chociaż słowa. Spróbowała raz jeszcze, w ostateczności bezradnie rezygnując i próbując uciec wzrokiem gdzieś w bok. Jak zwykle posłuszna i bezradna, przy nim czując się jak mała dziewczynka, którą już przecież od dawna nie była. Jakikolwiek sprzeciw wydawał się niemożliwy, a jej ciało broniło się przed nim równie instynktownie, co przed fizycznym atakiem. Z tym, że gdyby ktokolwiek inny w istocie ją zaatakował, nie wahałaby się ani sekundy przed obroną, podczas gdy w obecności Marco nie była zdolna nawet do tego, żeby swobodnie oddychać. Strach ją paraliżował, a jedynym, co nagle stało się dla niej priorytetem, było zrobienie wszystkiego, byleby wampira nie zdenerwować. Tego nauczyła się jeszcze w dzieciństwie, starając się być idealną córką, byleby nie dawać ojcu powodów do tego, żeby wpadał w szału – i żeby krzywdził ją albo Gabriela. Kiedyś wierzyła w to, że dzięki temu może ich ochronić, a wszystko to, co ją spotykało, było w istocie karą za jej nieposłuszeństwo i zarazem jej winą; dopiero później zrozumiała, że tutaj wcale nie chodziło o to, czy zachowywała się właściwie. Utrata niewinności zdecydowanie nie mogła być czymś na co sobie zasłużyła i na co miała wpływ.
Chciała zrobić wiele, ale w jednej chwili odkryła, że nie jest w stanie zrobić nic. Mogła co najwyżej stać, drżeć i zachowywać się tak, jakby minionych pięćset lat nie miało miejsca. Próbowała przywołać ogień, ale wciąż nie była do tego zdolna, zupełnie jakby zapomniała jak to się robi. Płomienie już nie były jej otuchą, już nie dodawały jej siły i pewności siebie. Jej jedyna broń – to, w czym przez lata pokładała największe nadzieje, przekonując samą siebie, że dzięki darowi już nigdy nie będzie cierpiała – ostatecznie okazała się całkowicie bezużyteczna, bo ona nie była w stanie jej wykorzystać.
Nie przeciwko Marco.
Nie przeciwko swojemu ojcu.
W głowie jej wirowało, ale już dawno straciła nadzieję na to, że nagle osunie się na ziemię bez przytomności. To byłoby zbyt łatwe, zresztą omdlenie mogłoby być gorsze od świadomości, bo wtedy nie miałaby pojęcia, co takiego się z nią dzieje. Nie, Marco nigdy nie gwałcił jej, kiedy spała albo nie była zdolna do tego, żeby kontaktować ze światem zewnętrznym i to mimo wszystko było z jego strony dobre. Chyba nie istniała rzecz gorsza od niepewności; od bezradności, którą czułaby, nagle znajdując się w sytuacji takiej, jaka przez kilkanaście okropnych godzin dręczyła Alessię. Myśl o bratanicy trochę ją otrzeźwiła, ale to wciąż było zbyt mało, a Layla pozostawała bezsilna i równie sparaliżowana strachem, co do tej pory.
Koszmar się sprawdzał – po tylu latach wątpliwości i podświadomego oczekiwania, ostateczne wracała do punktu wyjścia i to mając świadomość, że tak naprawdę nie zmieniła się wcale. Po prostu udawała silną i dorosłą, ale wystarczyła chwila, by ostatecznie wróciła do punktu wyjście. Gdzieś w pamięci zamajaczyło jej wspomnienie ostatniego koszmaru, a zwłaszcza słowa tamtego wyśnionego Marco, który wprost mówił jej, że do niczego się nie nadaje – zwłaszcza do tego, żeby być matką. Teraz miała potwierdzenie tych słów, na własne oczy widząc, że nie jest w stanie niczego zrobić – nawet się obronić. Mogła udawać, że jest inaczej, ale tak naprawdę doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że jest bezużyteczna.
Marco patrzył na nią uważnie przez jeszcze kilka sekund, po czym w końcu się odsunął. Machinalnie odetchnęła głębiej, omal nie krztusząc się przy tym powietrzem. Szybko wzięła się w garść, ale nie odważyła odsunąć się od ściany chociażby na milimetr, wciąż przywierając nań całym ciałem, wciąż w tej samej pozycji, chociaż było jej niewygodnie. Szorstka powierzchnia ściany obcierała jej policzek, poza tym obecność srebra była coraz bardziej uciążliwa, ale nawet to nie wystarczyło, żeby zmusiła się do wyprostowania i zmiany pozycji.
– Nic ci nie jest? – Wampir wciąż się jej przyglądał. Zaskoczyło ją to, że tak po prostu zapytał o jej samopoczucie, ale nie dała nic po sobie poznać. Wciąż milczała, zastygła w bezruchu i niezdolna do tego, żeby normalnie funkcjonować, a tym bardziej odpowiedzieć. – Musimy być bardzo cicho, Laylo. No i musimy się pośpieszyć… To miejsce mi się nie podoba, sądzę zresztą, że powinniśmy jak najszybciej spróbować wydostać się na zewnątrz.
Mówił, ale jego słowa brzmiały abstrakcyjnie; tak bardzo… obco. Nie miała pojęcia, co powinna o tym myśleć, to zresztą nie miało żadnego znaczenia. Była tutaj sama, a teraz na dodatek Marco dał jej do zrozumienia, że oczekuje, iż ona tak po prostu z nim pójdzie. Pragnęła zaprotestować, znów zacząć krzyczeć albo po prostu rzucić się do ucieczki, ale nie zrobiła żadnej z tych rzeczy, kolejny raz przekonując się, że po prostu nie jest do jakiegokolwiek ruchu albo podjęcia decyzji zdolna. Nie była w stanie się poruszyć, nie była w stanie nawet się odezwać; Marco miał nad nią przewagę i to bez jakiegokolwiek wysiłku. Co więcej, musiał zdawać sobie sprawę z tego, że tak będzie, skoro nawet się nie zawahał. Była jego córką – jego małą, posłuszną córeczką z którą bez jakichkolwiek skrupułów od zawsze mógł robić dokładnie to, co w danym momencie mu odpowiadało. A jego mała Layla nigdy się nie sprzeciwiała, bezużyteczna, a może zbyt głupia, żeby zdobyć się na chociaż odrobinę asertywności.
Gabrielu, Rufusie, gdzie jesteście?, pomyślała, chociaż nawet nie próbowała wysyłać tej myśli, dobrze zdając sobie sprawę z tego, że i tak nikt nie będzie w stanie jej usłyszeć. W tym miejscu telepatia była mocno ograniczona, Layla zresztą wątpiła, żeby jej brat albo partner dotarli do niej na czas. Gdyby byli w pobliżu – oni albo ktokolwiek inni – wtedy jej okrzyki już dawno by poskutkowały. Była zdana wyłącznie na siebie i to ostatecznie ją przerosło, jakby sama wieść o tym, że Marco wrócił nie była wystarczająco przerażająca.
Wciąż milczała, próbując walczyć z łzami, które samoistnie cisnęły jej się do oczu. Próbowała nie okazywać słabości, chociaż zdawała sobie sprawę z tego, że wampir doskonale czuje jej strach; musiałby być głupi, żeby nie być świadomym tego, jak musiała się czuć. Nie uważała, żeby czerpał z jej przerażenia jakąkolwiek przyjemność, ale na pewno to właśnie to, że się go bała, dawało mu jakąkolwiek przewagę nad nią. Gdyby było inaczej, na pewno nie ryzykowałby tego, skoro powinna być zdolna do tego, żeby zakończyć jego egzystencję jednym ruchem…
Powinna, ale nie była – i właśnie to było najgorsze.
– Laylo? – Marco odezwał się ponownie, być może nie po raz pierwszy, bo w jego głosie wyczuła coś na pograniczu irytacji i… zmartwienia? Musiała coś pomylić, chociaż zdecydowanie ważniejszym wydało jej się to, żeby na niego spojrzeć, zanim ostatecznie straci cierpliwość. – Czy ty mnie słuchałaś? Powiedziałem, że powinniśmy iść.
Dlaczego wróciłeś…?, pomyślała, jednak i tego pytania nie była w stanie zadać na głos. W zamian spuściła głowę, zacisnęła powieki i wypowiedziała jedyne słowa, która w tej sytuacji wydały jej się najbezpieczniejsze i najbardziej słuszne – a zarazem tak upokarzające, jak tylko mogłaby sobie w obecnej sytuacji wyobrazić.
– Tak, tato.

1 komentarz:

  1. Naczekałam się na nowy rozdział, ale było warto. Mam nadzieję, że z przeprowadzka się udała, albo zbliża się do końca ;3 Nawet nie wiesz jak się ucieszyłam, kiedy zobaczyłam nowy rozdział! Przeczytałam jednych tchem. Po prostu tak szybko go pochłonęłam, że aż się przestraszyłam. Biedna, biedna, biedna Layla ;c szkoda, że zgodziła się z nim gdziekolwiek iść, ale mam nadzieję, że po drodze wpadną na Rufusa, Beau i Nessie. Może Isabeau wygarnie mu to wszystko i sobie pójdzie -,- albo nie. Niech nie idzie, bo za bardzo ciekawi mnie ta postać. Czemu w tych głupich skałach musi być srebro? A, tak żeby Lay nie mogła użyć daru, ani telepatii, aby zawołać o pomoc. Nie podoba mi się to jak on się nią tak rządzi. Ona nie jest już tą samą Laylą jaką była pięć wieków temu! Zmieniła się i... i nie mam pomysłu. Kurde, mogę powiedzieć tylko tyle, że rozdział był po prostu zajebisty, a ja zastanawiam się tylko co będzie dalej. Nie mogę uwierzyć, że to już 28 rozdział i na dodatek pojawił się Marco... cudo ;D
    Weny, weny, weny <33

    Twoja, Gabi ;*

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa