03.02.2014

Dwadzieścia dziewięć

Aldero
Aldero zaklął i zerwał się na równe nogi. W pierwszym momencie zachwiał się, tracąc równowagę, ale odzyskał ją momentalnie, kiedy to przypadkiem uderzył o coś plecami, a na głowę posypały mu się kawałki gruzu. Natychmiast uskoczył, zaledwie na sekundę przed tym, jak drewniana deska zsunęła się z powstałej u jego boku hałdy i omal nie zmiażdżyła mu nóg. Pył wciąż unosił się w powietrzu, drażniąc gardło i płuca, i chociaż Aldero nie potrzebował oddechu, żeby normalnie funkcjonować, machinalnie wziął głęboki oddech, już w następnej sekundzie zmuszony do walki z nagłym atakiem kaszlu.
– Aldero? Cammy? – doszedł go znajomy głos. – Jesteście tutaj? – odezwała się raz jeszcze Esme, zaniepokojona.
– Mnie nic nie jest, babciu! – odkrzyknął, kiedy tylko był w stanie się odezwać. Szybko rozejrzał się dookoła, ale nie był w stanie dostrzec Esme w gruzach i pozostałościach tego, co kiedyś składało się na laboratorium. Super, znając wujka Rufusa, takie atrakcje były do przewidzenia. – Nie musisz się martwić. Jestem tak teoretycznie żywy, jak tylko teoretycznie może być to możliwe – zapewnił, próbując zabrzmieć dowcipnie, ale nie był pewny czy mu to wyszło.
– Dzięki Bogu – odetchnęła Esme. Wyczuł, że się poruszyła, ale najwyraźniej nie była w stanie się do niego dostać. – Co z Cammy'm?
– Cammy…
Aldero poczuł się trochę tak, jakby ktoś zdzielił go czymś ciężkim po głowie – dosłownie i w przenośni. Pośpiesznie przytrzymał się tego, co znajdowało się najbliżej, mając jedynie nadzieję, że konstrukcja okaże się stabilna i że przypadkiem nie zrzuci im na głowy jeszcze większej części sufit; wtedy mama jak nic dostałaby furii, a to stanowiło dość niepokojącą perspektywę na przyszłość, skoro miał w planach przeżyć.
Doskonale widział nad sobą szarość wieczornego nieba. W duchu czuł ulgę, że słońce zdążyło zajść, bo w innym wypadku to niekoniecznie Isabeau byłaby jego największym zmartwieniem. Wzdrygając się na samo wspomnienie tego, jak zwykle czuł się w okolicach świtu, szybko zaczął się przemieszczać, uważnie rozglądając się dookoła, szukając wzrokiem brata. Miał wrażenie, że podłoga pod jego stopami drży niebezpiecznie, zupełnie jakby zamierzała się zarwać, ale starał się o tym nie myśleć, wołać koncentrować się całym sobą na myśli o tym, że jednak wytrzyma.
– Al? – odezwała się ponownie Esme. – Dlaczego przestałeś się odzywać? Pytałam się, co z Cameronem i… – Raptownie nabrała powietrza do płuc. – O nie! Coś jest nie tak, prawda?
Wszystko, pomyślał, ale wątpił, żeby takie stwierdzenie uspokoiło Esme. Westchnął jedynie i zrobił jeszcze kilka niepewnych kroków w głąb laboratorium, wzdrygając się za każdym razem, kiedy grunt pod jego stopami wydawał się protestować. To zdecydowanie mu nie pomagało, poza tym coraz bardziej irytowało go to, że jego brata nigdzie nie było widać. Kto jak kto, ale Cameron miał swoisty talent do ukrywanie swojej obecności, Aldero jednak nie wierzył w to, żeby jego bratu tak nagle zebrało się ja zabawę w chowanego – i to na dodatek w takich warunkach.
– Nic się nie dzieje. Możesz wyluzować, babciu – odezwał się po chwili zastanowienia, przypominając sobie o tym, że Esme wciąż czeka na jego odpowiedź. Starał się brzmieć beztrosko i pewnie, ale coś podpowiadało mu, że idzie mu to marnie; a wampirzyca i tak wie swoje. Ha, jakby mało było kłopotów, teraz na dodatek próbował oszukać ten słynny „instynkt macierzyński”, cokolwiek to znaczy. – Po prostu nigdzie nie widzę Cammy'ego, ale zaręczam, że musi gdzieś tutaj być.
Esme jęknęła, jasno dając mu do zrozumienia, że jego zapewnienia wcale jej nie uspokoiły.
– To niedobrze. – Nie był pewien dlaczego, ale coś w tonie jej głosu sprawiło, że niepokój zaczął mu się udzielać. – Bardzo niedobrze, kochanie, bo…
– Mam go!
Wampirzyca natychmiast zamilkła, podobnie jak i Aldero zaskoczona głosem Dimitra. Oboje natychmiast ruszyli w odpowiedzią stronę, dziwnie zaniepokojeni. Al miał wrażenie, że umknęło mu coś istotnego, ale nie potrafił stwierdzić co takiego. Wciąż był zdezorientowany, a już wystarczającej uwagi wymagało bezpieczne lawirowanie między odłamkami, podczas gdy wszystko wkoło wydawało się gotowe do tego, żeby runąć.
Aldero nachylił się, żeby przejść pod zwaloną belką, wiążącą ukośnie mniej więcej metr nad ziemią. W tym samym momencie czyjąś dłoń chwyciła go za ramię, chcąc mu pomóc. Zaskoczony wzdrygnął się i machinalnie wyprostował, z impetem uderzając czubkiem głowy w drewno.
– Ej! – zaoponował; przed oczami zatańczyły mu kolorowe plamy i dopiero po chwili zdołał skupić spojrzenie na Esme.
– Przepraszam – zreflektowała się, lekko speszona. Westchnął i spróbował wziąć się w garść, wołać nie ryzykować, że kobieta zacznie się obwiniać. – Nic ci nie jest? Ja chciałam…
– W porządku – przerwał jej, odrobinę zniecierpliwiony. Szybko wyprostował się i walcząc z zawrotami głowy, spróbował odszukać wzrokiem Dimitra.
– Jesteśmy tutaj – odezwał się król, jakby czytając mu w myślach. – Poczekajcie tam chwilę, dobra? – dodał, próbując znaleźć bezpieczną drogę, żeby do nich dotrzeć.
Aldero rzucił niespokojne spojrzenie Esme, ale ta wpatrywała się w miejsce z którego wydawał się dochodzić głos Dimitra. Sam również spojrzał w tamtą stronę, zaledwie sekundę przed tym, jak wampir w końcu pojawił się w zasięgu ich wzroku. Już w następnej chwili dosłownie zmaterializował się u ich boku, pokryty pyłem, ale cały – w końcu komuś takiemu jak on nie dało się tak po prostu zaszkodzić. Aldero poczuł ulgę na jego widok, bo na swój sposób traktował Dimitra niczym zastał ego ojca, uczucie to jednak zniknęło niemal natychmiast, kiedy dostrzegł, że król trzyma na rękach nieprzytomnego Camerona.
No tak, mógł się domyślić. Więź między bliźniętami zawsze była silna, zwłaszcza kiedy na dodatek w grę wchodziła telepatia. Zawsze dzielili ze sobą skrajne emocje, takie jak strach albo euforię. Podobnie było z bólem, ale w oszołomieniu Aldero nie zdawał sobie sprawy z tego, że zawroty głowy niekoniecznie muszą oznaczać, że to tylko z nim jest coś nie tak.
– O cholera… – wyrwało mu się. Jedynie na tyle było go stać w tamtym momencie.
-Po pierwsze, nigdy nie przeklinaj przy kobiecie, zwłaszcza jeśli nie masz powodu – upomniał go opanowanym głosem Dimitr, kiwając z szacunkiem w stronę zaniepokojonej Esme. – A po drugie, spróbujcie nie panikować, bo to nam nie pomaga. Powinniśmy stąd wyjść i zabrać stąd Camerona, a potem…
– Przecież nic mu nie będzie – przerwał wampirowi Aldero, wciąż skoncentrowany na bracie. – Już nie krwawi, prawda? – Zerknął na rubinowe drobinki, które dostrzegł w jasnych włosach brata, więcej niż pewien, że po ranie nie ma już ani śladu. – Na nas wszystko goi się ot tak – pstryknął palcami – więc nic mu nie będzie… – powtórzył, ale podświadomie szukał jakiegokolwiek potwierdzenia, chcąc upewnić się, że ma rację. W końcu to było laboratorium Rufusa, więc istniała szansa, że coś jednak poszło nie tak.
Spojrzenie Dimitra było niemal łagodne.
– Jasne. W wasze zdolności nie wątpię – zapewnił pospiesznie. – Ale i tak moglibyśmy go zabrać do szpitala, skoro jest nieprzytomny. Theo na pewno będzie mógł powiedzieć ci więcej.
Dopiero wzmianka o Theo otrzeźwiła go na tyle, żeby zainteresował się sytuacją. Raz jeszcze rozejrzał się po laboratorium – albo raczej tym, co z niego zostało – z niedowierzaniem uświadamiając sobie, że są zaledwie we czwórkę; prócz jego, nieprzyjemnego Camerona, Esme i Dimitra, w okolicy wydawało się nie być nikogo.
– Zaraz, zaraz… A co z resztą? – zapytał natychmiast, sztywniejąc i dosłownie wwiercając spojrzenie w Dimitra. Chciał wiedzieć, co się dzieje, szok zaś pozwolił mu przynajmniej na moment przestać martwić się o brata. – Co tutaj się właściwie stało?
Dimitr i Esme wymienili krótkie spojrzenia. Żadne z nich nie odpowiedziało tak od razu, wampirzyca zaś zdobyła się jedynie na tyle, żeby podejść bliżej przybranego wnuka i przeczesać jego jasne włosy palcami. Niepokój dodawał jej lat, chociaż z wyglądu wciąż była zdecydowanie zbyt młoda, żeby być babcią, a tym bardziej prababcią.
– Zawaliły się sufit i podłoga – wyjaśnił w końcu Dimitr, wzdychając cicho. – O ile się nie mylę, pozostali są w…
– Tunele – uświadomił sobie z niedowierzaniem Aldero. Potrząsnął głową, próbując jakoś nad sobą zapanować i spróbować uporządkować sobie to, co się dzieje. W głowie wciąż mu wirowało, ale sam już nie był pewien czy to od nadmiaru emocji, czy z winy stanu Camerona. – O bogini, więc co robimy? Rufus pewnie ich wyprowadzi, ale jeśli coś się komuś stało…
– Nawet tak nie mów! – zaoponowała natychmiast Esme, zaskakująco pewnym głosem. Spojrzała na niego z błyskiem w oczach, zdeterminowana jak nigdy. – Nikomu nic się nie stało. Zabierzemy stąd Camerona, a kiedy już będzie bezpieczny, wrócimy i… Po prostu zrobimy coś, żeby im pomóc.
Aldero popatrzył na nią z powątpieniem, ale ostatecznie skinął głową. Miał złe przeczucie, jednak wolał dodatkowo nie martwić Esme. Sam nie był pewien skąd brały się wątpliwości, ale nie był w stanie pozbyć się wrażenia, że coś jest nie tak. W pamięci wciąż miał ogromne nasilenie telepatycznej mocy, którą wyczuł na chwile przed tym jak wszystko eksplodowało. Nie miał pojęcia, co powinien o tym sądzić, ale zdecydowanie mu się to nie podobało.
– Na pewno coś wymyślimy – obiecał pośpiesznie Dimitr, chcąc przerwać panującą ciszę. Jego głos był kojący, ale Al wyczuł w nim swego rodzaju podenerwowanie, które psuło efekt.
– Ale…? – dopowiedział, spoglądając wyczekująco na króla. W końcu zawsze było jakieś „ale”.
Dimitr jęknął i skrzywił się.
– Aldero… – Znów jęknął, bo i Esme spojrzała z niepokojem w jego stronę. – No dobrze. Po prostu nie mam pewności, czy to będzie takie łatwe, skoro laboratorium wygląda tak, jakby zaraz miało całkiem zrównać się z ziemią. Mam wrażenie, że jeśli tylko spróbujemy coś ruszyć, jedynie dodatkowo im zaszkodzimy – przyznał, już nie próbując udawać entuzjazmu.
– Co chcesz przez to powiedzieć? – zapytała nerwowo Esme. Gdyby była człowiekiem, prawdopodobnie byłaby jeszcze bledsza niż teraz. – Chyba nie masz na myśli tego, że nie jesteśmy w stanie im pomóc, prawda? – dodała, ale po minie Dimitra widać było, że dokładnie do tego zmierzał.
– Nie wiem. Na pewno tego tak nie zostawię – zapewnił pospiesznie. Co do tego nie było najmniejszych wątpliwości, tym bardziej, że w grę wchodziło między innymi życie Isabeau. – Mam jedynie wątpliwości co do tego, czy uda nam się to zrobić szybko. Może trochę potrwać zanim coś wymyślimy, a do tego czasu może się wydarzyć dosłownie wszystko.
Żadne z nich nie zapytało, co takiego miał na myśli. Aldero nie miał pewności, ale podejrzewał, że nawet pozbawieni telepatycznych zdolności Dimitr i Esme wyczuli uderzenie mocy i zrozumieli, że wybuch niekoniecznie miał związek z urządzeniem Rufusa. To był atak, którego skutków wciąż nie znali, a które mogły okazać się tragiczne, chociaż starał się o tym nie myśleć. Co prawda oszukiwaniem się również nie było najlepszym pomysłem, ale przynajmniej pozwalało mu zachować względny spokój.
– Więc może powinniśmy spróbować wejść do tuneli od innej strony – zaproponował, mając dość wątpliwości. Chciał zresztą zrobić cokolwiek, byleby Esme nie wyglądała na tak wystraszoną; jej niepokój jedynie mu się udzielał. – Przecież te tunele są wszędzie. W laboratorium nie znajdowało się jedyne wejście, więc możemy spróbować poszukać ich gdzie indziej – nalegał, coraz bardziej przekonany, jeśli chodziło o własne słowa; przecież nie mogli przez cały czas siedzieć bezczynnie!
– Aldero, mówisz tak, jakby to było takie proste. – Dimitr spojrzał na niego w ten irytujący sposób, który przypomniał Aldero o tym, że w oczach większości jest po prostu niedoświadczonym dzieckiem. No dobrze, może miał zaledwie tych siedem lat, ale to przecież jeszcze nie znaczyło, że był głupi! – Tunele to labirynt. Poza tym jedynie Rufus przynajmniej częściowo zna te korytarze, dlatego nie sądzę, żebyśmy komukolwiek pomogli, jeśli się zgubimy. Ja nie zamierzam pozwolić na to, żeby ktokolwiek błąkał się po korytarzach, jeśli możemy tego uniknąć – uciął nieznoszącym sprzeciwu tonem. – I nie kłóć się ze mną, proszę – dodał łagodniej, widząc, że chłopak ma ochotę zacząć protestować. – Muszę pomyśleć. Miej do mnie o to pretensje, ale w pierwszej kolejności zamierzam się stąd wydostać i zabrać stąd was oraz twojego brata. Dopiero kiedy stąd wyjdziemy, zastanowię się nad tym, co robić dalej, ale na razie…
– Na razie ich tutaj zostawiamy, tak? – przerwał, nie mogąc się powstrzymać. Oschły ton własnego głosu zaskoczył go.
– Jeśli tak chcesz to ująć… – Dimitr wciąż pozostawał nieznośnie spokojny, chociaż oczywiste było, że to jedynie pozory. W rzeczywistości wampir musiał przeżywać to w niemniejszym stopniu niż pozostali, jeśli nie bardziej. Oczywiste było, że martwił się najbardziej o Isabeau, chociaż nie tylko. – Idziemy.
Aldero spojrzał na niego z powątpieniem.
– Poczekaj chwilę – zaoponował. Dimitr westchnął, ale skinął głową. – Chciałbym czegoś spróbować. Minutka, dobra? – poprosił, ale prawda była taka, że nie zamierzał czekać na przyzwolenie.
Wciąż czując na sobie zaciekawione spojrzenia Esme i Dimitra, odsunął się odrobinę. Jeszcze zanim zamknął oczy, żeby się skoncentrować, dostrzegł w postawie dwójki wampirów zrozumienie i swego rodzaju… nadzieję? Tak, to zdecydowanie było coś pozytywnego, co dodało mu pewności siebie. Zadowolony, że jednak wpadł na coś, co mogło okazać się przydatne, mocniej zacisnął powieki i spróbował wyrównać oddech. Nigdy nie był dobry, jeśli chodziło o relaksowanie się, ale tym razem był zdeterminowany – i to do tego stopnia, że bez wahania spróbował przywołać w pamięci wszystkie rady Isabeau. Wcześniej uważał ćwiczenia relaksacyjne za brednie, ale tym razem musiał przyznać, że nawet podstawy jogi albo medytacji mogą okazać się przydatne – zwłaszcza te, które dotyczyły kontrolowania oddechu i panowania nad emocjami.
Jeśli chodziło o wykorzystywanie mocy, to zawsze przychodziło mu z łatwością. Dobrze wiedział, co takiego chce zrobić, dlatego nie musiał się zbytnio wysilać, by wypchnąć moc poza obręb umysłu, decydując się sięgnąć dalej. Natychmiast ogarnęło go znajome uczucie wolności i pewności siebie, kiedy ciało przestało go obejmować, przynajmniej teoretycznie. Wrażenie było trochę podobne do podróżowania poza ciałem, chociaż nie tak intensywne, od dzieciństwa zresztą ani razu nie udało mu się opuścić cielesnej powłoki. Mógł co najwyżej wyostrzyć zmysły i spróbować samym tylko umysłem odszukać każdego, kto znajdował się w okolicy.
Sondująca myśl rozeszła się na wszystkie strony, ale Aldero był zbyt niecierpliwy, żeby czekać na odpowiedź. Natychmiast wysłał kolejną, a potem jeszcze jedną, za każdym razem koncentrując się na innym z miejsc. Doskonale czuł obecność Dimitra, Esme i swojego brata – cała trójka przypominała trzy świetliste punkty, które majaczyły gdzieś na granicach jego świadomości – ale to nie to było jego celem. Szukał dalej, powoli zwiększając zakres poszukiwań i szykując się do tego, żeby spróbować przeczesać umysłem znajdujące się tuż pod nimi korytarze. Nie był pewien, czego powinien oczekiwać, ale najistotniejsze było dla niego to, żeby przynajmniej upewnić się, że pozostali gdzieś tam są. Może wtedy poczułby się pewien albo…
Wrażenie było takie, jakby zderzył się z betonową ścianą. Uderzył w nią impetem, nagle wyrwany z transu i wybity z równowagi. Zachwiał się, potknął o własne nogi i niewiele brakowało, żeby upadł, gdyby Esme w porę nie chwyciła go za ramię. Była zaniepokojona; jej topazowe oczy lśniły intensywnie, rozszerzone i pełne sprzecznych emocji.
– Aldero? Aldero, co się stało? – zapytała natychmiast, nieświadomie z jeszcze większą siłą zaciskając dłoń na jego ramieniu. Miał wrażenie, że za moment przez przypadek połamie mu kości.
– Nie wiem – jęknął. Potrząsnął głową, próbował zapanować nad zawrotami głowy i dojść do siebie. – Cholera, nie wiem. Co jest nie tak z tymi cholernymi tunelami?! – jęknął, dając upust narastającej frustracji.
Esme i Dimitr tylko na niego popatrzyli, oboje jeszcze bardziej bezradni od niego. Poczucie beznadziejności zaczynało doprowadzać go do szału, ale użalanie się nad sobą raczej nie miało w niczym pomóc, dlatego spróbował wziąć się w garść. Nie był pewien czy mu to wyszło i co takiego wyrażała jego twarz, ale na pewno musiał się skrzywić, bo Esme natychmiast go puściła, z opóźnieniem uświadamiając sobie, co takiego robi.
– Przepraszam – zreflektowała się. – Kochanie, co się dzieje? Widziałeś coś? Czy…? – Zawahała się, woląc nie kończyć myśli.
– Nic nie widziałem i właśnie to jest problem! – jęknął. – Coś mnie odpycha. Nie mam pojęcia dlaczego, ale nie jestem w stanie wykorzystać mocy, żeby dowiedzieć się, co takiego dzieje się na dole – oznajmił, coraz bardziej rozeźlony.
– Jesteś pewien? – Jedynie skinął głową, poirytowany pytaniem Dimitra. Oczywiście, że był pewien. – W takim razie tym bardziej powinniśmy stąd iść. Nie traćmy czasu… Zresztą im szybciej stąd wyjdziemy, tym szybciej będziemy w stanie coś zdziałać – stwierdził z przekonaniem i pewnością, której sam wydawał się nie podziela.
– Ale…
Dimitr westchnął.
– Aldero, proszę, wyjątkowo nie mam nastroju na jakiekolwiek sprzeczki. Martwię się równie mocno co i ty, poza tym próbuję wymyśli coś sensownego, a w ten sposób naprawdę mi nie pomagasz. – Wampir rzucił mu udręczone spojrzenie. – Przynajmniej spróbuj mi zaufać, dobrze?
Aldero nie odpowiedział. Uciekł wzrokiem gdzieś w bok, uparcie nie chcąc patrzeć na kogokolwiek, zwłaszcza na Dimitra. Nie rozumiał dlaczego czuł się tak zdenerwowany, ale nie zamierzał się nad tym zastanawiać.
Dimitr jedynie westchnął i bez słowa się oddalił, wciąż trzymając Camerona na rękach. Esme zawahała się, ale ostatecznie ruszyła za nim.
Świetnie. Tylko ja przynajmniej nie próbuję udawać, że wszystko jest w porządku, przeszło Aldero przez myśl. Był zły, chociaż sam nie był pewien dlaczego, bo przecież zdawał sobie sprawę z tego, że Dimitr robił to, co wydawało mu się słuszne. W istocie pośpiech mógł okazać się zgubny, a ktoś z tak poważnymi obowiązkami jak Dimitr na pewno o tym wiedział, ale to i tak nie było w stanie sprawić, żeby Aldero poczuł się jakkolwiek lepiej. Chciał zrobić cokolwiek, nawet jeśli miałoby się to okazać bezsensowne. Wszyscy zawsze narzekali, że był nadpobudliwy i zwykle wpierw robił, a później myślał, ale nie dbał o to; w końcu miła to po rodzicach – zarówno Isabeau, jak i Drake w młodości byli istną plagą Miasta Nocy, więc nikt nie powinien być zdziwiony, że ich syn był z charakteru równie nieprzewidywalny.
No dobrze, ale co zrobisz?, pomyślał, kiedy w końcu zmusił się do tego, żeby posłusznie ruszyć za Dimitrem i Esme. Świeże nocne powietrze trochę go otrzeźwiło, ale nawet na zewnątrz nie był w stanie się uspokoić, w miarę jak zbliżali się do centrum miasta czując, że zwłoka jest czymś niewskazanym. Być może był po prostu oszołomiony, pewnie zresztą powinien się cieszyć, że udało mu się wydostać, ale nawet to nie było w stanie sprawić, żeby poczuł się lepiej. Miał złe przeczucia, poza tym nade wszystko chciał znaleźć jakieś rozwiązanie – cokolwiek byleby na coś się przydać. Bezczynność sprawiała mu niemal fizyczny ból, stopniowo doprowadzając go do szaleństwa.
Przecież musieli coś zrobić…
Z tym, że istniały kwestie, których nie dało rozwiązać się samymi chęciami – i to chyba była właśnie jedna z nich.

1 komentarz:

  1. Zaczynam coraz bardziej lubić Aldero ;D taki pogodny chłopak. Podobało mi się to, że nawet w takiej ponurej sytuacji potrafi żartować, albo chociaż starać się zachować mniej poważniej niż powinien. Mam nadzieję, że Cammy'emu nic się nie stanie i wszystko będzie w porządku. Esme, Esme, Esme ona zawsze się martwi. Nawet jeśli komuś krzywda stać się nie może, ale to przecież Esme. Jej się zmienić nie da ;) Skąd ja wiedziałam, ze Dimitr będzie się zastanawiał co dzieje się z Isabeau? ;P hah, dalej mam nadzieję, że będą razem w sensie, że wezmą ślub itp.. ;)
    Rozdział bardzo mi się podobał. Przepraszam, że tak krótko, ale dzisiaj nie mam dosłownie na nic czasu ;c
    Gabrysia, ;*

    OdpowiedzUsuń




After We Fall
stories by Nessa