29.01.2014

Dwadzieścia pięć

Gabriel
Coś cicho kliknęło, a potem korytarz rozjaśnił się jaskrawym światłem szalejących płomieni. Gabriel miał zaledwie ułamek sekundy na to, żeby w panice odskoczyć do tyłu, zanim zmierzające ze wszystkich możliwych stron wiązki ognia skrzyżowały się ze sobą, tworząc coś na kształt płonącej kraty. Widok był w istocie piękny, a raczej byłby, gdyby nie świadomość, że przynajmniej sekundowe opóźnienie mogłoby go kosztować życie.
Dysząc ciężko, szybko wycofał się o jeszcze kilka kroków. Wpadł na ścianę i wzdrygnął się, mając wrażenie, że w kamiennej konstrukcji jest coś od czego zdecydowanie lepiej trzymać się z daleka. Czuł się oszołomiony jak nigdy dotąd, a niemal paranoiczne wrażenie tego, że coś jest nie tak, nie opuszczało go praktycznie przez cały czas, powoli doprowadzając do szaleństwa. Gabriel sam nie rozumiał dlaczego tak się dzieje, ale z drugiej strony… Cóż, ciężko było trzymać nerwy na wodzy, kiedy nie miało się pojęcia, co takiego się dzieje, a chwile wcześniej omal się nie zginęło – i to dosłownie.
Teoretycznie mógł przewidzieć, że wizyta a laboratorium Rufusa nie skończy się dobrze. Niejednokrotnie miał okazję się przekonać, że wampir sam w sobie jest jednym wielkim problemem dla innych; bywał albo niebezpieczny, albo nieprzewidywalny, co w efekcie tak czy inaczej kończyło się z tym, że w kłopoty wpadał nie tylko on, ale i ci, którzy znajdowali się w pobliżu. Już przy pierwszej wizycie w laboratorium, Rufus omal nie zabił jego żony, a później – podczas jednego z ataków – był bliski tego, żeby pokusić się o próbę zabicia Gabriela. Aż strach było wspominać, jak wiele razy zdarzało mu się zaatakować Laylę, oczywiście zawsze nieświadomie , ale to niczego nie usprawiedliwiało. Tak przynajmniej sądził Gabriel, ale starał się jakoś przymknąć oko na fakt, że jego siostra jest po uszy zakochana w kimś takim. No i nie miał wątpliwości, że naukowiec jego siostrę kochał.
No tak, ale to zdecydowanie nie był powód, żeby mu ufać. Gabriel nie potrafił zmusić się do tego, żeby w pełni uznać partnera swojej siostry. Łatwiej też było zwalić na Rufusa całą odpowiedzialność za wszystko to, co się wydarzyło (Gabriel wiedział od Dimitra, że co któryś wynalazek naukowca kończył się niewypałem albo wybuchał), ale przecież doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że tym razem wina leży gdzieś na zewnątrz. To była moc, potężna telepatyczna energia, której zdecydowanie nie odważyłoby się wykorzystać żadne z nich. Gabriel nie miał pewności, ale coś podpowiadało mu, że gdyby ktokolwiek stanął na drodze fali, która została wymierzona w urządzenie Rufusa, zginąłby na miejscu – oczywiście pomijając wampiry. Sam odłamek mocy był w stanie powalić ich na kolana, więc lepiej było nie wiedzieć, co mogłoby się wydarzyć, gdyby przy wybuchu energia nie została rozproszona.
Dość marne pocieszenie, skoro teraz znalazł się w ciemności, całkowicie odcięty od świata. Nie miał wątpliwości, że teraz znajduje się w tunelach, ale na tym jego wiedza ostatecznie się kończyła. Nic zresztą nie niepokoiło go tak bardzo, jak brak jakiejkolwiek świadomości, jeśli chodziło o stan pozostałych. Kiedy maszyna eksplodowała, a podłoga i sufit ostatecznie się poddały, wszyscy było rozproszeniu po całym laboratorium, więc ewentualne skutki dla każdego z nich mogły być różne.
Gabriel miał to szczęście, że udało mu się wyjść z upadku praktycznie bez szwanku. Co prawda oberwał, a samo uderzenie było bolesne, ale mogło być zdecydowanie gorzej, gdyby w porę się nie ewakuował. Przywykł do bólu, a kilka siniaków nie robiło na nim żadnego wrażenia. Prawdziwy problem pojawił się dopiero później, kiedy – tuż po uświadomieniu sobie, co takiego się wydarzyło – próbował wykorzystać moc, żeby skontaktować się z pozostałymi, a najlepiej z Renesmee. Był tak zaniepokojony i zdeterminowany, żeby upewnić się, co takiego działo się z jego żoną, że omal nie przypłacił tego życiem, kiedy stało się coś naprawdę dziwnego. Spodziewał się wielu rzeczy, ale na pewno nie tego, że jego moc zwróci się przeciwko niemu; energia po prostu nie była w stanie przeniknąć przez ściany, w zamian odbijając się od nich rykoszetem i omal w niego nie uderzając. Przez kolejnych kilkanaście sekund zmuszony był uważać, żeby przypadkiem nie oberwać, a finalnie nie pozostało mu nic innego, jak rzucić się do ucieczki, kiedy energia naruszyła strukturę tunelu, sprawiając, że już i tak naruszony z powodu eksplozji strop ostatecznie się poddał.
– A teraz, tak dla równowagi, właściwie bez powodu coś usmażyłoby mnie żywcem – mruknął pod nosem, sarkazmem decydując się zamaskować zdenerwowanie.
Cudownie, właśnie o tym marzył – o pieprzonych kłopotach, jakby wieść o powrocie ojca nie okazała się wystarczającym ciosem.
Gabriel wziął kilka głębszych wdechów, po czym powoli osunął się po ścianie, żeby znaleźć się bliżej ziemi. Na oślep zaczął badać palcami podłożę, póki nie natrafił na kilka większych kamyków. Zaciskając dłoń wokół największego z nich, cisnął odłamek przed siebie.
Efekt był natychmiastowy. Płomienie pojawiły się na nowo, rozjaśniając korytarz i kolejny raz tworząc fantazyjny wzór, który w najgorszym wypadku mógł okazać się jego końcem. Piękna śmierć. Jeśli coś takiego istniało, ogień mógł spokojnie zaliczać się do tej kategorii – a przy okazji do tej, która odpowiadała za największe katusze.
Gabriel zamrugał pospiesznie, chcąc przyzwyczaić oczy do światła i zobaczyć cokolwiek, zanim znów załamują ciemności. Czuł bijący od płomieni żar, ale wystarczająco wiele razy miał do czynienia z darem Layli, żeby gorąco robiło na nim jakiekolwiek wrażenie. Teraz zaczął żałować, że jego bliźniaczki nie ma nigdzie w pobliżu, bo gdyby z nim była, przejście na drugi koniec korytarza byłoby dziecinną igraszką.
– Przysięgam, że jeśli to twoje dzieło, Rufusie… – Nie skończył groźby, ale dźwięk własnego głosu sprawił, że poczuł się lepiej.
Znalazł jeszcze jeden kamień. Obracając go w palcach, powoli podniósł się z klęczka i wbił wzrok w to, co miał przed sobą. Nie był pewien, jak działał cały mechanizm, ale musiał reagować na ruch. Płomienie atakowały zarówno z lewej i prawej, jak i góry i dołu, tworząc dość niebezpieczną sieć, która zamykają przejście w głąb korytarza. Z założenia musiało to znaczyć, że wejście do tej części tunelów nie jest najlepszym pomysłem, ale Gabriel nie sądził, żeby miał jakąkolwiek lepszą perspektywę. Cześć korytarza była zawalona, więc miał tylko jeden kierunek, w którym mógł się poruszać, a przez całą drogę nie natknął się na ani jedno rozwidlenie. To była jedyna droga, oczywiście pod warunkiem, że nie zamierzał siedzieć tutaj przez resztę wieczności.
Całkiem już oszalałem, stwierdził, w pamięci starając się odtworzyć układ i zasięg płomieni. O ile się nie pomylił, miał do pokonania odcinek mniej więcej dziesięciu metrów. Szczeliny między pionowymi snopami ognia były wąskie, poza tym musiałby uważać na ogień na wysokości kolan i głowy, ale gdyby reagował wystarczająco szybko…
Nie, to nie mogło się udać.
Ale musiało.
Nie dał sobie szansy na to, żeby się rozmyślić. Dłuższe zastanawianie się nie miało sensu, wiedział zresztą, że im dłużej będzie rozważał różne możliwości, tym bardziej prawdopodobne było, że w którymś momencie popełni błąd i na własne życzenie zakończy życie. Co prawda taka możliwość była również teraz bardziej niż tylko prawdopodobna, ale po cichu liczył na to, że jeśli zareaguje szybko i pozwoli sobie na instynktownie działanie, będzie miał jakiekolwiek szanse na to, żeby przedostać się na drugą stronę. Plan był zresztą dziecinnie prosty i sprowadzał się do ciągłego biegu – i tego, żeby nie dać się usmażyć.
Już wcześniej zdążył się zorientować, że coś jest nie tak nie tylko z jego mocą, ale również zmysłami i tymi zdolnościami, które upodabniały go do wampira. Nie miał pojęcia, co powinien o tym myśleć, ale to odkrycie go niepokoiło, nie wspominając już o tym, że znacznie ograniczało jego możliwości. Wampirzy refleks był podstawą, a gdyby nagle go zawiódł… Wolał nawet nie myśleć o tym, co wtedy by się wydarzyło. Chyba i tak powinien był błogosławić, że mimo wszystko i tak był znacznie szybszy i sprawniejszy od człowieka, a przynajmniej taką miał nadzieję. Gdyby było inaczej, pewnie już dawno coś by mu się tutaj stało, prawda?
Być może, ale to wciąż było zbyt mało, żeby nieść ze sobą jakiekolwiek pocieszenie.
Gabriel rzucił się do przodu, instynktownie kierując się w stronę miejsca, w którym – a przynajmniej miał taką nadzieję – zwykle pojawiała się wolna przestrzeń. Płomienie pojawiły się prawie natychmiast, zaskakując go i motywując do tego, żeby spróbować przyśpieszyć. W porę uskoczył, próbując trzymać się jak najdalej od szalejącego żywiołu, ale i tak czuł bijący żar oraz napierające ze wszystkich stron gorąco. Serce natychmiast mu przyśpieszyło, kiedy zaś tuż przed nim pojawił się znikąd kolejny snop ognia, ledwo zdołał uskoczyć. Błyskawicznie ruszył dalej, starając się wyczuć rytm pojawiania się ognia i wytyczyć najlepszą możliwą drogę, ale ciężko było mu się skoncentrować, zwłaszcza, że przejście między płomieniami bez szwanku wydawało się czymś niemożliwym. Wiedział, że musiał się poparzyć; skóra piekła, ale i tak ból był przytłumiony przez adrenalinę, która krążyła w jego żyłach, działając niczym idealny środek pobudzający i znieczulający. Dobrze znał ten stan, podobnie jak i ból oparzeń, bo niejednokrotnie miał styczność z darem Layli. Myśl o tym sprawiła, że omal się nie uśmiechnął, ale jakikolwiek entuzjazm wydawał się czymś nieprawidłowym w sytuacji, kiedy śmierć była tak niepokojąco blisko. Jeden fałszywy krok mógł skończyć się dużo gorzej niż tylko poparzeniami, a to zdecydowanie nie była perspektywa, której miał ochotę doświadczyć.
W którymś momencie zauważył pewną prawidłowość. To było niczym przełom, który pozwolił mu na trochę większą pewność siebie. Starając się nie zwalniać, raz po raz wskakiwał w szczeliny między kolejnymi ognistymi wzorami, próbując zrobić wszystko, byleby nie narażać się na kontakt z żywiołem. Ogień był wszędzie, a droga zdawała się ciągnąć w nieskończoność (czy to możliwe, że się pomylił, a odcinek był znacznie dłuższy niż tylko dziesięć metrów?), ale możliwość ruchu, a nawet ból, skutecznie dawały mu do zrozumienia, że wciąż żyje. Teraz tylko pozostawało metodycznie powtarzać dokładnie te same ruchy, a może wtedy…
Pewność siebie okazała się zgubna. Gabriel zaklął, kiedy przy kolejnym skoku wybił się zbyt mocno, omal nie wpadając wprost w szalejące płomienie, które wyrosły tuż przed nim. W ostatniej chwili uskoczył, stracił równowagę i musiał ratować się szybkim przewrotem w przód, chyba jedynie cudem prześlizgując się między kolejnymi skrzyżowanymi wiązkami. Z trudem wsparł się na rękach, wybił w powietrze i praktycznie na oślep skoczył przed siebie, ciężko lądując na lekko ugiętych nogach. Uderzenie przeszyło całe jego ciało, sprawiając, że osunął się na kolana i dysząc ciężko, zaległ na ziemi, całkowicie pozbawiony jakiejkolwiek motywacji do dalszego ruchu. Jakąś cząstką siebie czekał na ból i kolejne płomienie, tym razem mające go dosięgnąć, ale wraz z upływem kolejnych sekund nic się nie działo, a jego przejęła niepokojąca i nieco idiotyczna myśl, że być może już był martwy. Co prawda nie przypominał sobie samego umierania, nigdy też nie zastanawiał się nad tym, czy plotki o życiu po śmierci są prawdziwe, ale być może coś w tym było.
Mocno zaciskając powieki, spróbował zapanować nad oddechem i własnym ciałem. Nie, zdecydowanie nie było mowy o śmierci, skoro czuł się tak bardzo zesztywniały, a skóra w wielu miejscach pulsowała bólem. Dopiero teraz zaczynał tak naprawdę odczuwać działanie ognia, zwłaszcza na twarzy i ramionach. Zacisnął dłonie w pięści, po czym zamrugał i otworzył oczy – z tym, że nawet wtedy nic się nie mieniło. Dookoła panowała nieprzenikniona ciemność, na swój sposób kojąca, chociaż wciąż nienaturalnie nieprzystępna. Mrok doprowadzał go do szału, ale jednocześnie uświadomił jedno: udało się. Nie wiedział jakim cudem, poza tym ulga mogła być zaledwie chwilowa, ale jeśli się nie pomylił, naprawdę musiało się udać.
Bał się poruszyć, w pamięci wciąż mając to, że ogień reagował na ruch, ale przecież nie po to tyle się męczył, żeby teraz tkwić w ciemnościach. Ostrożnie przesunął się do przodu, a kiedy nic się nie wydarzyło, dla pewności odczołgał się jeszcze kilka metrów, przysuwając się do ściany i z westchnieniem opierając o nią plecami. Wciąż mrugając pośpiesznie, ze świstem wypuścił powietrze z płuc i rozluźnił się, boleśnie świadom każdej komórki swojego ciała. Ból był dobry, bo świadczył o życiu, ale to chyba nie znaczyło, że powinien był odkryć w sobie masochistyczne skłonności.
Sam nie był pewien, jak wiele czasu minęło, zanim zdecydował się zmusić do wstania i ruszenia w dalszą drogę. W tunelach czas zdawał się płynąć inaczej albo stać w miejscu, przemieszczanie się zresztą było utrudnione przez ból i instynktowną ostrożność, która nakazywała mu uważać na każdy kolejny krok. Nie mógł mieć pewności, że w dalszej części korytarza nie czekają go kolejne przykre niespodzianki; nie widział niczego, wątpił zresztą, żeby nawet odrobina światła pozwoliła mu przewidzieć, kiedy powinien zachować ostrożność.
Rozwiązanie przyszło samo, kiedy omal nie potknął się o coś w ciemności. To musiał być kolejny kamień albo coś w tym rodzaju, ale idealnie nadawało się do tego, żeby kopać je przed sobą, w ten sposób sprawdzając teren. Jeśli cokolwiek znajdowało się przed nim, wtedy bez wątpienia dowiedziałby się o tym zanim zdążyłoby stać mu się coś złego… A przynajmniej miał taką nadzieję. Ciągła niepewność była okropna i powoli doprowadzała go do obłędu, ale zmuszał się do tego, żeby iść dalej. Nie miał pojęcia, jaki to właściwie miało sens, ale wszystko wydawało się lepsze od ciągłego stania w miejscu. Co więcej, musiał znaleźć pozostałych – Renesmee, bliźnięta, swoje siostry… To oni byli dla niego najważniejsi, chociaż martwił się również o rodzinę dziewczyny i… No dobrze, niech już będzie, że trochę przejmował się Rufusem. Nie żeby życie naukowca jakkolwiek go obchodziło, ale gdyby coś mu się stało, Layla byłaby załamana, a w życiu wycierpiała już dość. Poza tym w swoich najmroczniejszych wizjach Gabriel zakładał, że to właśnie on kiedyś w afekcie coś wampirowi zrobi, a to byłoby dość problematyczne, gdyby Rufus był martwy już teraz.
Chyba zaczyna mi się udzielać charakter Isabeau, przeszło mu przez myśl. Wzdrygnął się mimowolnie i zaraz tego pożałował, bo świeże oparzenia dały o sobie znać. O tak, to zdecydowanie jest charakter Isabeau…
Coś stuknęło, kiedy wraz z kolejnym kopnięciem kamień odbił się do czegoś i wrócił, lekko uderzając Gabriela w kolana. Chłopak zmarszczył brwi i zrobił krok do przodu, wyciągając obie ręce przed siebie, żeby móc zbadać przestrzeń przed sobą. Przed oczami do tej pory tańczyły mu kolorowe plamy wywołane blaskiem ognia, wzrok zresztą okazał się w tunelach najmniej przydatnym ze zmysłów. Już więcej podpowiadał mu dotyk, kiedy zaś wyczuł pod palcami coś twardego i chropowatego, nie miał wątpliwości, że dotarł do końca korytarza. Instynktownie przesunął się w lewo, żeby przekonać się, że z tego miejsca odchodzi kolejna odnoga, równie ciemna i poza zasięgiem jego wzroku. Dla pewności cofnął się i ruszył w prawo, również i tam odkrywając przejście. Musiał znajdować się na rozwidleniu i po raz pierwszy miał do dyspozycji dwie drogi, ale to wcale nie sprawiło, że poczuł się pewniej. Nie miał nastroju na podejmowanie decyzji, poza tym po niespodziance z ogniem, obawiał się, że może trafić już tylko gorzej.
– Cudownie… – mruknął pod nosem. Jego głos odbił się echem od ścian korytarza, zwielokrotniony i nieprzyjemnie głośny.
Gabriel westchnął teatralnie i raz jeszcze rozejrzał się dookoła. Jego oczy stopniowo zaczynały przyzwyczajać się do ciemności, ale wciąż widział niewiele. Co prawda rozróżniał już niewyraźne kontury ścian, ale to wciąż było zbyt mało, skoro pozostawał bezbronny. Zwłaszcza teraz, kiedy każdy krok przypominał katusze, brak wzroku wydawał się jeszcze bardziej uciążliwy.
Cichy szelest sprawił, że Gabriel natychmiast zesztywniał i odwrócił się na pięcie w stronę – tak mu się wydawało – prawego korytarza. Zamarł w nasłuchiwaniu, po kilku sekundach będąc w stanie uchwycić jakiś cichy dźwięk, który po chwili zastanowienia rozróżnił jako niepewne kroki. Ktokolwiek to był, skradał się w jego stronę, stopniowo zbliżając się do miejsca, którym stał Gabriel. Niewiele myśląc, chłopak przywarł plecami do ściany i zamarł w oczekiwaniu, gotowy do ataku, kiedy tylko nadarzy się po temu okazja. Niewiele widział w ciemności, ale wydało mu się, że widzi szybko powiększający się kształt, czyjąś sylwetkę…
Reakcja była instynktowna i właściwie nie był w stanie nad nią zapanować. Z cichym warknięciem skoczył do przodu, powalając potencjalnego wroga na ziemię i w szybkim czasie unieruchamiając go. Wciąż czuł ból, ale zdołał go zignorować i zachowując się tak, jakby w istocie był w pełni sił, nachylił się nad próbującą z nim walczyć postacią.
– Kim jesteś? – wydyszał. W jego głosie pobrzmiewało zmęczenie, chociaż sam się o nie nie podejrzewało; to odkrycie na moment go rozproszyło, ale nie na tyle, żeby pokusił się o poluzowanie uścisku. – Odpowiadaj, bo…
Postać pod nim nagle się rozluźniła, całkiem nieruchomiejąc.
– Tata? Tato, to ja! Puść mnie – jęknął w proteście Damien. Jego głos zaskoczył Gabriela do tego stopnia, że dopiero po chwili był w stanie wszystko sobie uporządkować i zmusić do jakiejkolwiek reakcji.
– Damien…? Na ogrody pięknej Selene, przepraszam. Ja… – Gabriel natychmiast zerwał się na równe nogi. – O bogini… Nic ci nie jest? Myślałem…
– Szczerze powiedziawszy, ja też. – W głosie Damiena pobrzmiewała niewysłowiona ulga. Gabriel natychmiast nachylił się, żeby pomóc mu wstać, jednocześnie instynktownie obejmując syna ramieniem. – Co ci jest? – zapytał natychmiast. Damien nie potrzebował wzroku, żeby wyczuć cierpienie.
Gabriel westchnął i jedynie pokręcił głową, dopiero po chwili uświadamiając sobie, że to bez sensu, bo Damien i tak nie może go zobaczyć.
– Tutaj jest niebezpiecznie – powiedział jednie, raptownie poważniejąc. – Powiedzmy, że dopiero co omal nie zostałem usmażony żywcem. Nie wiem co o tym sądzić, ale miotacze płomieni w ścianach to raczej nie jest normalna sprawa.
– Brzmi trochę jak fantazja wujka Rufusa, nie? – Gabriel poczuł, jak pulsujące ciepłem dłonie chłopaka zaciskając się na jego ramieniu. Natychmiast poczuł się lepiej, świadom tego, że Damien robi wszystko, żeby przynajmniej pobieżnie go uleczyć. – Lepiej? – upewnił się, chociaż pytanie było zbędne, skoro sam musiał doskonale wiedzieć.
– O niebo. – Westchnął cicho. – Tobie nic nie jest? – upewnił się. Damien jedynie cicho prychnął; nawet gdyby coś mu się stało, rana natychmiast by się zasklepiła. – Martwię się. Czy Alessia albo…
– Nie widziałem nikogo. Próbowałem skontaktować się z Ali, ale… – odparł cicho Damien, po czym wymownie zwiesił głos. Gabrielowi wydało się, że zadrżał, chociaż pewnie za nic nie przyznałby się do słabości. Mimo łagodnego charakteru, który upodabniał go do Carlisle’a, dumę jak nic odziedziczył po nim. – To chyba przez ściany. Jest w nich srebro.
Kiwając w zamyśleniu głową, niezbyt zainteresowany techniczną stroną tego, dlaczego tunele były takie dziwne. Machinalnie zacisnął palce na ramieniu Damiena, woląc trzymać chłopaka blisko siebie. Wciąż czuł się oszołomiony, ale teraz przynajmniej dzięki obecności syna miał mniej powodów, żeby się zadręczać.
– W takim razie musimy ich poszukać… Chodź, trzymaj się blisko mnie. Coś mi tutaj nie gra i wcale nie mam na myśli tylko tego wybuchu.

2 komentarze:

  1. Kurcze, mam nadzieje, że reszcie nic nie jest i jakoś znajdą drogę ucieczki.Jak na razie to tylko dwie osoby przychodzą mi do głowy, które mogłyby za tym stać.Kiepska sprawa z tymi ścianami i jeszcze te pułapki, ale z drugiej strony to miła odmiana kiedy nie mogą używać swoich mocy i są zdani tylko i wyłącznie na siebie.Oby wkrótce wszystko się wyjaśniło.Rozdział jak zwykle boski:)
    Weny,
    Renesmee:3

    OdpowiedzUsuń
  2. Jezu... Trochę niepokojące. Mam wrażenie, że za tym stał ten, jak mu tam, yyyyy.... Marco? W każdym razie, sukinsyn za to odpowiedzialny powinien ponieść konsekwencje. Czekam na to, mówiąc szczerze. Tak, więc, nie przedłużając, życzę weny i pozdrawiam.
    Twoja Aleks.

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa