28.01.2014

Dwadzieścia cztery

Renesmee
Sama nie jestem pewna kiedy i dlaczego upadłam, ale kiedy zamrugałam, już nie widziałam Gabriela i pozostałych, a posadzkę. Poczułam ból, ale prawie nie byłam go świadoma, w oszołomieniu myśląc jedynie o istnym chaosie, który nagle zapanował w koło. Słyszałam trzaski, ktoś – być może Layla – krzyknął coś krótko, ale głos zaginął w kakofonii innych, przyprawiających o dreszcze dźwięków.
Trzęsienie ziemi, pomyślałam oszołomiona, czując jak posadzka drży; co prawda na również cała się trzęsłam, ale sama już nie byłam pewna czy to z własnego powodu, czy ma to związek z tym, co działo się dookoła. Łatwiej było zwalić mi winę na szok i panujące zamieszanie, jednak prawie natychmiast doszłam do wniosku, że trzęsienie ziemi jest idiotyczną teorią.
Wszystko trwało zaledwie ułamki sekund, ale wcale nie zniknęło, chociaż do końca miałam nadzieję, że to za moment będzie miało miejsce. Czułam, że coś jest w powietrzu, ale nie potrafiłam tego nazwać. Wiedziałam jedynie, że istnieje i z każdą sekundą rośnie, kumulując się i stopniowo nabierając mocy. Nie potrafiłam zmusić się do uwierzenia, że to telepatia – tak potężna energia, wielka moc… – nie było zresztą czasu na to, żeby zastanawiać się nad przyczyną zjawiska. Trzeba było uciekać, ale nawet gdybym była mniej oszołomiona i mogła sobie pozwolić na zwłokę, prawdopodobnie nie byłabym w stanie otrząsnąć się wystarczająco szybko, żeby zdążyć w porę ruszyć się z miejsca.
I nie zdążyłam.
Elektryzująca fala energii od której moje włosy skręcały się i falowały w powietrzu nagle osiągnęła swoje apogeum – a potem uderzyła i to z siłą wystarczającą, żeby sięgnąć celu. Podświadomie wiedziałam, co za moment się stanie, ale i tak było mnie stać jedynie na to, żeby paść płasko na posadzkę i zakryć głowę ramionami.
Huk był oszałamiający. Zacisnęłam powieki, kiedy kawałki metalu, śruby i wszystko to, co składało się na dziwaczny wynalazek Rufusa wystrzeliło na wszystkie strony. Słyszałam jak coś upada, obija się i drży, ale nie byłam w stanie skoncentrować się dostatecznie, żeby być w stanie powiedzieć cokolwiek więcej. Od nadmiaru wrażeń kręciło mi się w głowie, coś zresztą sprawiało, że sama miałam ochotę krzyczeć; kto wie, może nawet to robiłam, ale jeśli w istocie tak było, mój głos został skutecznie zagłuszony przez kakofonię innych, przenikliwych dźwięków.
Przez panujący chaos przebił się inny, niepokojący odgłos albo raczej chrupnięcie. Byłam pewna, że już gdzieś go słyszałam, ale dopiero po dłuższej chwili zdołałam wysilić pamięć na tyle, żeby go rozpoznać. Do głowy natychmiast przyszło mi wspomnienie sprzed niemal siedmiu lat, kiedy pierwszy raz znalazłam się w tym miejscu; wtedy Rufusowi całkiem puściły nerwy i w szale doprowadził do tego, że wszystko się zawaliło, a sufit poleciał nam na głowy.
Tym razem było podobnie, chociaż nie przewidziałam jednej rzeczy. Owszem, kawałki sufitu posypały się na ziemię, tworząc jeszcze większe zamieszanie i przywołując przykre wspomnienia, ale nie to było najgorsze.
Wraz z ogłuszającym trzaskiem, posadzka rozpadła się, ciągnąc mnie w dół. Fakt, że podłoga właśnie się zapadła, był ostatnią rzeczą jaką zarejestrowałam zanim straciłam przytomność.

Ocknąłem się obolała i oszołomiona. Dopiero po kilku sekundach uprzytomniłam sobie, że wstrzymuję oddech. Machinalnie nabrałam powietrza do płuc i zaraz tego pożałowałam; żebra pulsowały bólem, ale to była sprawa drugorzędna, skoro już na wstępie rozkaszlałam się, krztusząc powietrzem i wypełniającym je pyłem. Uświadomiłam sobie, że leżę na brzuchu, przyciskając policzek do ziemi (czułam ostre odłamki, które wbijały mi się w skórę), więc błyskawicznie uniosłam się na łokciach, wciąż kaszląc i starając się wypluć pył. Dopiero przeciągając się, uświadomiłam sobie jak bardzo byłam obolała, ale nagłe pojawienie się adrenaliny pozwoliło mi zignorować ból i zerwać się na równe nogi.
Szybko mrugając, rozejrzałam się dookoła. Natychmiast zaczęłam potrząsać głową, żeby wytrząsnąć z włosów odłamki i pył. Nie widziałam zbyt wiele, pomijając niewyraźne kształty, które majaczyły we wszechogarniającej ciemności. W powietrzu wciąż unosił się kurz, drażniąc oczy i płuca, ale przynajmniej zaczynałam dochodzić do siebie. Jak przez mgłę pamiętałam zamieszanie i to, co stało się później, ale Irak potrzebowałam dłuższej chwili, żeby uporządkować fakty.
Och nie… Serce natychmiast zabiło mi szybciej, jak zwykle zdradzając jak bardzo byłam zdenerwowana.
– Gabriel?! – zawołałam, a przynajmniej taki miałam zamiar, bo mój głos okazał się dziwnie przytłumiony. Odchrząknęłam i spróbowałam raz jeszcze, ale odpowiedziało mi tylko zwielokrotnione echo mojego głosu. – Ali? Damien? – Teraz już nawet nie próbowałam krzyczeć.
Pełna złych przeczuć, zamknęłam oczy (w panującej ciemności to i tak było zbędne, ale robiłam to już z przyzwyczajenia) i spróbowałam się skoncentrować. Przez lata nabrałam wprawy w używaniu mocy, więc nie tak trudno było mi dokonać tego, czego nauczyłam się od Licavolich. W pełni skoncentrowana, spróbowałam wyobrazić sobie płomień świecy albo jakiekolwiek inne źródło światła – cokolwiek, co pozwoliłoby mi rozproszyć ciemność. Wizualizacja w końcu mi wychodziła, chociaż i tak potrzebowałam więcej czasu niż zwykle, żeby zapanować nad emocjami i przynajmniej częściowo się skupić.
Moje starania zostały wynagrodzone niewielką srebrzystą kulą energii, która zawisła w powietrzu, rzucając wątłe światło na chropowate ściany w promieniu niecałego metra. Srebrny płomyk był niewiele większy od piłeczki pingpongowej i wyglądał tak, jakby za moment miał rozpłynąć się w powietrzu, ale i tak był lepszy niż nic. Przynajmniej tymczasowo musiał mi wystarczyć, ważne resztą było to, że w końcu mogłam cokolwiek zobaczyć.
Powoli wypuściłam powietrze z płuc i raz jeszcze rozejrzałam się dookoła. Srebrne światło przemieściło się za mną, kiedy tylko zrobiłam krok, nieco rozjaśniając to, co miałam przed sobą. Dla lepszego efektu i tak skierowałam moc do oczu, w nadziei, że to pomoże mi lepiej widzieć w ciemności, ale efekt był marny – a może po prostu nie było go wcale. No cóż, tak czy inaczej, Gabriel byłby zadowolony.
Nie potrzebowałam wzroku, żeby zorientować się, gdzie się znajduję. Tunele biegły pod całym miastem, a jedyna znana mi cześć znajdowała się właśnie pod laboratorium Rufusa. Wrażenie déja vu było wręcz oszałamiające, może pomijając fakt, że tym razem nie było ze mną nikogo, a ja nie miałam zielonego pojęcia, gdzie się znajduję. Cudownie, po prostu o tym marzyłam – zgubić się w labiryncie korytarzy, których nie znały nawet mieszkające tu od wieków wampiry. Nie mogłam powiedzieć, żebym czuła się jakkolwiek uspokojona.
W blasku światła dostrzegłam odłamki szkła, podłogi i ścian. Ciężko było mi zidentyfikować co jest czym, wszystko zresztą wchodziło w skład jednej, torującej drogę góry gruzu. Wraz z przejmującym uczuciem chłodu, zadarłam głowę, ale blask płomyka był zbyt słaby, żebym zdołała dostrzec sklepienie. Nie widziałam niczego prócz czerni; nawet blasku światła albo czegokolwiek, co świadczyłoby o obecności jakiegokolwiek wyjścia. Najwyraźniej nie tylko podłoga się zarwała, ale i sufit, który teraz skutecznie maskował ślady otworu, którym tutaj spadłam.
– Super – mruknęłam pod nosem. Chyba byłam w szoku, skoro wciąż pozostawałam tak nieznośnie spokojna, ale może tak było lepiej.
Wzdychając, raz jeszcze rozejrzałam się dookoła, chociaż zdawałam sobie sprawę z tego, że to niewiele da. Musiałam zacząć działać praktycznie i spróbować się wydostać, ale ciężko było cokolwiek zadecydować, skoro nie widziałam żadnego rozwiązania. Powinnam była się rozejrzeć, ale nie sądziłam, żeby ruszanie się z miejsca i dalsze zagłębianie w labirynt było dobrym pomysłem. Nie tylko dlatego, że się bałam (jasne, czułam strach, może nawet byłam przerażona, ale to jedynie mobilizowało mnie do działania), ale z przyczyn czysto praktycznych. To było tak, jak zgubić się w lesie – krążenie bez celu nic nie dawało, a jedynie zmniejszało szanse na to, że zostanie się odnalezionym.
Zamyśliłam się na moment, całkiem zadowolona z takiej analogii. Gdybym się zgubiła, co próbowałabym zrobić? Gdybym była sama i miała pewność, że nikt nie będzie mnie szukał, pewnie zaryzykowałabym iść przed siebie. Tym razem było inaczej, a przynajmniej miałam taką nadzieję. Byłam pewna, że Edwardowi, Carlisle'owi i Esme nic się nie stało. Podobnie jak i Dimitrowi. W końcu wszyscy byli wampirowi, a jedynym niebezpieczeństwem dla nich był ogień. Nie byłam pewna, co z pozostałymi, ale nie chciałam nawet myśleć o tym, że mogłoby spotkać ich cokolwiek złego. Wolałam raczej myśleć o tym, że gdzieś tam są – co najwyżej poobijani i równie zagubieni co ja, ale przy tym jak najbardziej żywi.
Niespokojnie zrobiłam kilka kroków w głąb korytarza, instynktownie woląc odsunąć się od niestabilnej ściany gruzu. Srebrzysta kula mocy posłusznie podążyła za mną, wyprzedzając mnie i oświetlając mi drogę. Ciasny tunel sprawiał, że momentalnie poczułam się jak w potrzasku. Wrażenie było niemal klaustrofobiczne, chociaż nie sądziłam, że jakikolwiek nieśmiertelny mógł narzekać na podobne dolegliwości. Najwyraźniej znów okazałam się ewenementem, co bynajmniej nie napawało mnie entuzjazmem. Przez cały czas czułam niepokój, który nasilał się z każdą kolejną sekunda, w miarę jak zagłębiałam się w tunel. Nie potrafiłam stwierdzić skąd bierze się to uczucie; strach po prostu był, a ja miałam wrażenie, że nachylone mu sobie ściany emitują czymś dziwnym, chociaż to wyrwało się idiotyczne.
W tych korytarzach po prostu coś było. Inaczej nie potrafiłam tego nazwać.
Mój wzrok machinalnie powędrował w stronę towarzyszącej mi kuli energii. Patrząc na nią z niedowierzaniem uświadomiłam sobie, że najlepsze rozwiązanie miałam tuż na wyciągnięcie ręki. Miałam wręcz ochotę roześmiać się histerycznie, kiedy zorientowałam się, jak bardzo byłam głupia. Jak mogłam nie pomyśleć o telepatii?
Natychmiast zatrzymałam się (kula posłusznie zastygła w miejscu) i oparłszy o jedną ze ścian, znów zaczęłam się koncentrować. Komunikowanie się w myślach przychodziło mi równie naturalnie, co i oddychanie albo wykorzystywanie daru; jedynym wyzwaniem było znalezienie kogoś, kto mógł mnie usłyszeć, ale odszukanie Gabriela zawsze było dla mnie aż nazbyt prostym zadaniem. Wystarczyło, że tylko się skoncentrowałam, a potem…
– Renesmee, nie!
Głos Isabeau zabrzmiał w panującej ciszy jak wystrzał. Natychmiast otworzyłam oczy, wyrwana z transu. Usłyszałam jakoś huk, a potem poczułam jak energia – myśl, którą przed przybyciem Beau zdążyłam sformułować – wystrzela przed siebie i odbija się rykoszetem od ścian korytarza. Krzyknęłam, kiedy jakiś ciężar nagle powalił mnie na ziemi, chroniąc przed spotkaniem z własną telepatyczną siłą. Srebrny blask zgasła momentalnie, a tunel po raz kolejny pogrążył się w ciemności. Słyszałam jedynie świst mocy, która odbiła się jeszcze kilka razy, póki nie rozproszyła się i nie rozpłynęła w powietrzu.
Zapadła cisza, przerywana przez mój przyśpieszony oddech i całą wiązankę przekleństw, które pod nosem mamrotała Isabeau. Dziewczyna stoczyła się ze mnie i legła płasko na plecach, wpatrując się w sufit.
– O bogini… O jasna cholera – jęknęła. Postanowiłam nie mówić jej, że to niezbyt dobre połączenie; „bogini” i „cholera” na pewno nie komponowały się ze sobą. – Nic już nie rób. Po prostu… – Zamilkła, koncentrując się na oddychaniu.
– Isabeau…? – Zawahałam się. Powoli usiadłam, po czyn z oporem poderwałam się na równe nogi. – Beau, nic ci nie jest? – zapytałam machinalnie, zbyt oszołomiona jej pojawieniem się, żeby zdobyć się na cokolwiek więcej.
– Żyję – mruknęła. Właściwie bardziej wyczułam niż usłyszałam, że się podniosła. – Przynajmniej w teorii Och, nie używaj mocy, dobra?
Zacisnęłam usta w wąską linijkę, w pamięci wciąż rozpamiętując to, co wydarzyło się chwilę wcześniej. Nie, to zdecydowanie nie było normalne.
– Nie mam takiego zamiaru – zapewniłam, chociaż wszczęcie mówiąc zawahałam się. W końcu światło udało mi się stworzyć bez żadnych problemów, a trochę blasku bez wątpienia by się nam przydało. – Isabeau, co się tutaj dzieje. Dlaczego…
– To srebro – przerwał mi nowy głos. Rufus pojawił się znikąd, a ja omal nie dostałam zawału, uświadamiając sobie, że wampir nie wiadomo kiedy znalazł się tuż obok mnie. – W ścianach jest między innymi srebro. Konstrukcja zresztą czyni z tego jedną wielką klatkę Faradaya, która blokuje telepatyczne zdolności. Moc zostanie wewnątrz, ale nie przeniknie przez ściany – wyjaśnił rzeczowym tonem, ale wcale nie brzmiał tak pewnie jak zwykle, kiedy cokolwiek nam wyjaśniał. Miałam wrażenie, że Rufus jest niemniej oszołomiony od nas.
– Wielkie dzięki za wykład, doktorku – warknęła na niego Isabeau. Powoli zaczynało mnie irytować to, że żadnego z nich nie widzę. – Lepiej nam powiedz, co tutaj się dzieje! – zaproponowała; jej głos odbił się echem od ścian korytarza, zwielokrotniony.
– Po pierwsze, przestań krzyczeć, jeśli nie chcesz, żebyśmy zostali pogrzebani żywcem. Już raz umarłem, podobnie zresztą jak i ty, i wolałbym więcej tego nie powtarzać, tym bardziej, że tym razem nie mam co liczyć na powtórne przebudzenie– odezwał się oschle naukowiec. – Po drugie, byłbym wdzięczny za trochę światła. Na tyle możecie sobie pozwolić, tak zresztą będzie łatwiej rozmawiać.
Isabeau mruknęła coś pod nosem, ale ostatecznie westchnęła, co chyba miało oznaczać kapitulację. Usłyszałam cichy szelest, kiedy dziewczyna przemieściła się w głąb tunelu, a chwile później poczułam jak powietrze wypełnia się energią. Mimowolnie napięłam mięśnie, gotowa na kolejny błyskawiczny unik, ale podobnie jak i w moim przypadku srebrny blask pojawił się bez żadnych przeszkód i teraz majaczył, zawieszony nad ziemią. Poczułam niejaką ulgę i satysfakcję, kiedy przekonałam się, że płomyk wytworzony przez Isabeau nie jest ani większy, ani mocniejszy od tego, który przywołałam sama. Co prawda zdawałam sobie sprawę z tego, że to prawdopodobnie dlatego, że Isabeau bała się pozwolić sobie na więcej w obecnej sytuacji, ale zawsze było to jakąś pociechą.
Chociaż anemiczne, światło dawało przynajmniej względne wrażeni tego, że wszystko jest na swoim miejscu. W takim oświetleniu Isabeau wydawała mi się jeszcze bledsza niż w rzeczywistości; jej skóra wychwytywała każde załamanie światła, upodobniając dziewczynę do upiora albo i zjawy. W kontraście z ciemnymi włosami, sprawiała wrażenie eterycznej i kruchej, byłam zresztą przekonana, że prezentuje się dużo lepiej ode mnie – i to nie tylko dlatego, że na mój widok nieznacznie się skrzywiła.
– Co? – zapytałam albo raczej westchnęłam, czując narastające poczucie beznadziejności. Sama już nie byłam pewna, co powinnam o tym wszystkim myśleć.
– Nic, po prostu… – Westchnęła i wzruszyła ramionami. – Trochę oberwałaś – przyznała w końcu.
Nie byłam jakoś specjalnie zdziwiona jej słowami, bo skutki spowodowanego eksplozją upadku czułam niemal całym ciałem, ale dla pewności i tak uniosłam rękę, żeby odgarnąć włosy z czoła. Czując pod palcami coś lepkiego i wilgotnego, wyzbyłam się jakichkolwiek wątpliwości co do tego, jak muszę się prezentować.
– Ach… Nic mi nie jest – mruknęłam, siląc się na obojętność. Podobno rany głowy zawsze mocno krwawiły, a ja nawet nie czułam, żebym gdziekolwiek się przecięła.
Beau skinęła głową, nawet na mnie nie patrząc. Sama również odwróciłam głowę, przenosząc wzrok na Rufusa. Naukowiec również prezentował się nie najgorzej, ale kiedy uważniej mu się przyjrzałam, dostrzegłam krew na jego ubraniu. Zamierzałam go o coś zapytać, ale wtedy przypomniałam sobie, że na nim i na Isabeau wszystko goi się ot tak, dzięki czemu byli w o niebo lepszej sytuacji ode mnie.
– Nie chcesz wiedzieć – stwierdził, podchwyciwszy mój wzrok. – O ile nie jest ci niedobrze albo nam tutaj nie zemdlejesz, raczej nie mamy się czym martwić – dodał, ale i tak bez ostrzeżenia doskoczył do mnie.
Instynktowni odskoczyłam, wpadając plecami na ścianę. Rufus wywrócił oczami, ale nie odsunął się i nawet mnie o nic nie pytając, bezceremonialnie zacisnął palce na krawędzi mojej bluzki. Spojrzałam na niego z niedowierzaniem, a Isabeau zrobiła taki ruch, jakby zamierzała go uderzyć, ale nie dał nam czasu na reakcję. Wszystko zresztą stało się jasne, kiedy szybkim ruchem oderwał spory mas materiału i wcisnął mi go w ręce.
– Nie patrz tak na mnie. Po prostu przyciśnij to do czoła i stąd chodźmy – doradził, rzucając mi nieodgadnione spojrzenie. Nagle poczułam się bardzo speszona własną reakcją, tym bardziej, że miałam wrażenie, iż nasze relacje już dawno się unormowały.
– Chodźmy dokąd? – zapytała natychmiast Isabeau, zakładając obie ręce na piersi. – To tunele, tak? Będziesz potrafił nas stąd wyprowadzić?
Rufus roześmiał się, ale bez wesołości.
– Sama dopiero co powiedziałaś, że to tunel, Isabeau. Znam je, ale najpierw musiałbym się zorientować w którym miejscu jesteśmy, a to raczej trudne w obecnej sytuacji – zauważył przytomnie. – Na razie zresztą i tak nie mamy innej perspektywy, jak tylko iść prosto. Do tego nie trzeba przewodnika.
– Mamy stąd iść? – upewniłam się, spoglądając na kawałek materiału, który wcisnął mi Rufus. Ostatecznie usłuchałam jego rady i zaraz syknęłam, dopiero wtedy uświadamiając sobie, że jednak musiałam się uderzyć. – A co z resztą? Jak ich znajdziemy, poza tym… – Obejrzałam się na ścianę, stając tak blisko, że omal nie dotykałam jej całym ciałem. Tym bardziej zaskoczyła mnie reakcja Rufusa, który bezceremonialni chwycił mnie za ramiona i odciągnął do tyłu. Zaskoczona zachwiałam się i praktycznie wpadłam mu w ramiona. – Co?
– Trzymajcie się od tych ścian z daleka, dobra? Zwłaszcza ty, Isabeau, chociaż nawet nie powinienem ci tego mówić. Chyba dobrze wiesz, jak działa na nas srebro – zauważył przytomnie. – Jeśli chodzi o ciebie – dodał, zwracając się do mnie – to nawet jej nie dotykaj, zwłaszcza, że się pokaleczyłaś. Chyba, że masz ochotę na infekcję… A wierz mi, nie chciałabyś przez to przechodzić – szepnął mi do ucha i dopiero wtedy mnie puścił. Nie byłam pewna dlaczego, ale coś w jego dotyku i głosie przyprawiało mnie o dreszcze.
– No dobrze, ale… – zaczęłam, jednak nie dał mi dokończyć. W zamian rzucił mi udręczone spojrzenie, jakby rozdrażniony tym, że nie siedziałam cicho.
– Ale co? Pośpiesz się, dziecko.
Naprawdę nie rozumiałam, czym sobie zasłużyłam na taki oschły ton, ale coś wątpiłam, żeby Rufus zamierzał mi na to pytanie odpowiedzieć.
– Nie mów tak na mnie – żachnęłam się; wiedziałam, że i tak mnie nie posłucha. – Co z pozostałymi? Skoro my tutaj jesteśmy, reszta pewnie też.
– Och, ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że gdzieś tutaj są – zapewnił, ale w jego słowach nie było niczego krzepiącego. – I nie tylko oni, ale o tym pogadamy później. Prawda jest taka, że to jeden wielki labirynt, śmiertelna pułapka. Ktokolwiek może znajdować się w równoległym korytarzu tuż za tą ścianą, ale szanse na to, że jakkolwiek do niego dotrzemy… Cóż, są marne. Telepatia jest ograniczona, nasze zdolności też. Nie wiem, czy zdajecie sobie z tego sprawę, ale srebro nie bez powodu występuje w połowie legend o nieśmiertelnych, podobnie zresztą jak i żelazo. W małych ilościach to żaden problem, ale w takich jak w tych korytarzach… To dlatego nie jestem za tym, żeby ich używać. Niektórych odcinków tak, ale prawda jest taka, że za każdym razem, kiedy tutaj jesteśmy, na własne życzenie czynimy się bezbronnymi. To miejsce skonstruowano tak, żeby ostatecznie zniewolić i to nie tyle człowieka, co właśnie nieśmiertelnego i taka jest prawda.
Patrzyłyśmy na niego w milczeniu, oszołomione. Wciąż nie pojmowałam pełnego sensu jego słów, skoncentrowana wyłącznie na tym, że Gabriel albo moje dzieci mogą znajdować się dosłownie na wyciągnięcie ręki, a ja nie jestem w stanie do nich dostrzec. Coś sprawiało, że miałam ochotę rzucić się na najbliższą ścianę z pięściami i jedynie resztki zdrowego rozsądku powstrzymały mnie przed tak idiotycznym zachowaniem.
Isabeau raptownie pobladła, chociaż zdawało się to niemożliwe. Instynktownie chwyciła wampira za ramię i nie puściła nawet wtedy, kiedy cały zesztywniał, niezadowolony.
– Co ty właśnie próbujesz nam powiedzieć?
Rufus wydął usta.
– Mniej więcej to, co już powiedziałam. To miejsce, te ściany… Tylko mi nie mówcie, że nie czujecie się tutaj nieswojo. Srebro w takich ilościach wpływa bezpośrednio nie tylko na nas, ale i prawdziwe wampiry. Ogranicza siłę, szybkość, zmysły… Innymi słowy, w tym momencie jesteśmy równie bezradni, co i ludzie, a to bardzo, bardzo niedobrze.
Nie musiał dodawać nic więcej. Wszyscy zdawaliśmy sobie sprawę, że wybuch nie nastąpił z powodu błędu Rufusa, ale mocy – mnóstwa telepatycznej mocy, którą każde z nas doskonale wyczuło, nawet jeśli nie wszyscy dysponowaliśmy odpowiednimi zdolnościami.
Rufus nie powiedział tego wprost, ale wychodziło na to, że był przekonany o tym, iż sprawca całego zamieszania gdzieś tutaj jest. A może – chociaż nie byłam pewna skąd taka pewność – naukowiec wiedział znacznie więcej niż raczył nam przyznać.
Tak czy inaczej, jedno było pewne – było bardzo, bardzo źle…

1 komentarz:

  1. Ajć, musiało boleć. Jednak cieszę się, że nic im nie jest^^a przynajmniej Beau, Ness i Rufusowi. Głowa mi pęka i nie wiem co napisac ;c ogółem podoba mi się ten pomysł ze srebrem i to, że sa tacy bezbronni. To jest najlepsze w tej całej sytuacji. Oraz to, że nie mogą używać telepatii^^ Wydaje mi się czy to sprawka Marco? O-O miałam napisać wcześniej, ale zapomniałam Tak, więc myślę, że to on ;)
    Rozdział cacy. Beau powala tekstami^^ Jak zwykle.
    Weny, i przepraszam za taki komentarz, ale ból rozsadza mnie od środka ._.
    Gabrysia ;**

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa