06.11.2013

Sto cztery

Renesmee
Pierwsze takty marsza weselnego podziałały niczym niepisany znak, którego każdy podświadomie wyczekiwał. Przez kilka pierwszych sekund po prostu słuchałam, trwając w bezruchu i zachwycając się grą taty, zanim przypomniałam sobie, że mam coś ważniejszego do zrobienia. Tanya musiała pociągnąć mnie za rękę, żebym zajęła odpowiednie miejsce, po jej lewej stronie. Tuż za nami znajdowały się Kate i Irina, Esme zaś nie miała wyboru, jak zająć miejsce przed nami i przygotować się do tego, żeby nareszcie wyjść i zrobić to na co tak długo czekała, a co jednocześnie ją przerażało.
Miałam wrażenie, że minęła cała wieczność, zanim babcia zdecydowała się zrobić pierwszy krok. Poruszała się lekko i z gracją, nawet mimo zdenerwowania będąc w stanie trzymać się wyznaczonego przez melodię rytmu. W dłoniach kurczowo ściskała kwiatową wiązankę, która bez wątpienia łączyła w sobie wszystkie niezwykłe kwiaty, którymi mogła pochwalić się Allegra. Sama starałam się nie wypaść z taktu i dostosować prędkość do Esme oraz Denalek, ale okazało się to zaskakująco trudnym zadaniem. Raz po raz patrzyłam pod nogi, mając wrażenie, że za moment popiszę się genami po mamie i najzwyczajniej w świecie potknę się, psując wszystko. Nie wybaczyłabym sobie tego, ale świadomość ta jedynie jeszcze bardziej mnie dekoncentrowała, zamiast podziałać mobilizująco.
Nocne powietrze miało w sobie coś kojącego. Wzięłam kilka głębszych wdechów przesyconych zapachami lasu oraz kwiatów, co pomogło mi się rozluźnić. Poczułam się nieco pewniej i niemal z ulgą pokonałam metry, które dzieliły nas od klifu, a więc i od gości oraz altanki, która była celem Esme. Wkrótce pod stopami dostrzegłam pierwsze kwiatowe płatki, co jasno uprzytomniło mi, że już znajdujemy się w świetlistym kręgu, który skupiał w sobie wszystkich gości. Doszły mnie pierwsze szepty, bez wątpienia dotyczące Esme i z czystym sumieniem doceniłam to, że chociaż raz to nie ja znajduję się w centrum uwagi.
No dobrze, był ktoś, kto uparcie nie chciał oderwać mojego wzroku. Jeszcze zanim uniosłam głowę i wśród gości dostrzegłam Gabriela, wiedziałam, że to on mi się przypatruje. Podchwyciwszy moje spojrzenie, ukochany uśmiechnął się zawadiacko, mnie zaś nie pozostało nic innego, jak gest odwzajemnić. Obecność Gabriela dawała mi bardzo dużo, kiedy zaś dostrzegłam, że na rękach trzyma Alessię, a tuż obok niego stoi zaciekawiony sytuacją Damien, poczułam się zdecydowanie lepiej i prawie zapomniałam, dlaczego właściwie idę tym kwiatowym dywanem.
Edward wciąż grał. Skoncentrowałam się przede wszystkim na muzyce, jednocześnie starając się określić jak spory kawałek pozostał nam do pokonania. Kiedy uniosłam głowę, zorientowałam się, że altanka jest na wyciągnięcie ręki. Momentalnie dostrzegłam nieco oszołomionego, oczarowanego wyglądem Esme Carlisle'a, któremu wyraźniej ulżyło na widok wampirzycy. Zauważyłam również jeszcze jednego wampira, który miał być odpowiedzialny z przeprowadzenie ceremonii, a którego imienia za żadne skarby nie mogłam sobie przypomnieć. Być może powinnam się tego zawstydzić, skoro odgrywał tak ważną rolę, ale tożsamość nieśmiertelnego nie była dla mnie aż tak istotna, bo bardziej koncentrowałam się na swoich dziadkach i tym, co sama musiałam zrobić.
Muzyka zmieniła się i zaczęła cichnąć, dlatego przystanęłam instynktownie, po czym dołączyłam do stojących najbliżej gości. Z ulgą zauważyłam, że Denalki zachowały się dokładnie tak samo. Rozluźniona świadomością, że dobrze odegrałam swoją rolę i nie zrobiłam przy tym z siebie idiotki, przeniosłam wzrok na altankę, nareszcie w pełni mogąc skoncentrować się na ceremonii.
Według tradycji, to ojciec powinien poprowadzić pannę młodą do ołtarza, Esme jednak nie miała takiego szczęścia. Wiedziałam, że jej ojciec zmarł kilka lat temu i że bardzo to przeżyła, chociaż w obecnej sytuacji nie miało to żadnego znaczenia; dla rodziny była oficjalnie martwa – taka była cena wiecznego życia, które zostało jej przeznaczone w momencie, kiedy w rozpaczy rzuciła się z klifu. Na jej ustach dostrzegłam uśmiech, kiedy pewnym krokiem pokonała resztę wytyczonej przez kwiaty ścieżki, żeby nareszcie zając miejsce u boku swojego przyszłego męża. Wszelakie wcześniejsze wątpliwości zniknęły momentalnie, kiedy Carlisle wyciągnął dłoń w jej stronę, a ona ujęła ją z ufnością. Przez cały czas wpatrywała się w doktora, chociaż zauważyłam, że palcami dyskretnie musnęła medalion, który jej pożyczyłam i który ostatecznie zawisł na jej smukłej szyi. Dziadek również go zauważył, bo rzucił swojej partnerce zaciekawione spojrzenie, ta zaś jedynie uśmiechnęła się w odpowiedzi.
Edward ostatecznie przestał grać i zapadła niemal idealna cisza, przerywana jedynie oddechami i biciem serc tych, którzy mogli poszczycić się tym, że wciąż są żywi. Wiatr tańczył w koronach rosnących naprzeciwko drzew, a płomienie świec podrygiwały łagodnie, jakby w oczekiwaniu na to, co dopiero miało nadejść. Wampirzy pastor – ten, którego imienia wciąż nie potrafiłam sobie przypomnieć, chociaż bez wątpienia już wcześniej musiałam je słyszeć – powiódł wzrokiem po twarzach zgromadzonych, chcąc upewnić się, że może przejść do rzeczy i dopiero wtedy zdecydował się na to, żeby w końcu się odezwać.
– Zebraliśmy się tutaj, żeby połączyć tych dwoje świętym węzłem małżeńskim…
Słowa nieśmiertelnego swobodnie prześlizgiwały się przez mój umysł, w zasadzie mi obojętne. Całą uwagę koncentrowałam na Carlisle'u i Esme, oraz na myśli o tym, że swoim przybyciem jednak niczego nie popsułam. Od początku obawiałam się tego, że wraz z zakrzywieniem czasoprzestrzeni, coś bezpowrotnie zostanie zniszczone, a ja nie będę mogła zrobić nic, żeby naprawić przyszłość. Niepokoiłam się zwłaszcza wtedy, gdy oboje zachowywali się tak ostrożnie względem siebie, długo nie mogąc się zdecydować na jakikolwiek odważniejszy krok. Już kiedy zostali parą, byłam szczęśliwa, zaś decyzja o ślubie była dla mnie prawdziwym szokiem, ale i źródłem niewyobrażalnej ulgi. Kochałam ich oboje i wiedziałam, że są dla siebie stworzeni. Po prostu musieli być razem, a ja nie widziałam ich w żaden inny sposób, a właśnie jako małżeństwo. Już od samego początku, kiedy już poznali prawdę o mnie, traktowałam ich tak, jak przez te wszystkie lata, dlatego ta noc była dla mnie jedynie formalnością i scementowaniem tego, co dla mnie od początku było naturalne.
Nie od razu uprzytomniłam sobie, że wstęp ślubnej przemowy, obcy mi wampir ma już za sobą. Z zamyślenia wyrwały mnie dopiero słowa „własna przysięga” i cała zesztywniałam, podekscytowana tą perspektywą. Nie miałam pojęcia, kiedy Carlisle i Esme zdecydowali się odrzucić standardową ślubną formułę i zamienić ją na coś własnego, dlatego byłam przyjemnie zaskoczona.
Instynktownie przeniosłam wzrok na Carlisle'a, bo to on miał zacząć. Chyba nigdy nie widziałam go aż do tego stopnia spiętego i byłoby to nawet zabawne, gdyby nie powaga sytuacji. Przygryzłam dolną wargę i zamarłam w oczekiwaniu, podobnie jak i wszyscy inni czekając aż doktor się odezwie.
– Esme… – Jej imię w jego ustach brzmiało niczym najpiękniejsza melodia. Przez cały czas patrzył na wampirzycę i to w taki sposób, że nagle poczułam się jak intruz i ledwo powstrzymałam się od tego, żeby nie odwrócić wzroku. – Przez ponad dwieście lat nie spotkałem na swojej drodze nikogo, komu udałoby się poruszyć moje serce. Tobie się to udało i to już za pierwszym razem. Miałaś wtedy zaledwie szesnaście lat, a ja nawet nie brałem pod uwagi tego, że los mógłby być dla mnie do tego stopnia łaskaw, żeby kolejny raz postawić cię na mojej drodze. Być może zabrzmi to okrutnie, ale nie potrafię żałować tego, że tamtego dnia zdecydowałaś się odebrać sobie życie… – Zawahał się jedynie na moment, bo prawie natychmiast udało mu się zebrać myśli. – A teraz jesteś tutaj i nie mogę się pozbyć wrażenia, że to jednak było przeznaczenie. Zwłaszcza teraz, kiedy jestem świadom przewrotności losu bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. – Drgnęłam, bo chociaż nie spojrzał w moją stronę, wciąż zapatrzony w Esme, oczywiste było, że miał na myśli przyszłość, którą im przedstawiłam. – Esme, kochana, czy uczynisz mi ten zaszczyt i przyjmiesz mnie jako swego?
Chociaż oszołomiona, wampirzyca nawet sekundy nie zastanawiała się nad odpowiedzią:
– Tak.
Ledwo tylko wypowiedziała to słowo, Carlisle delikatnie ujął jej dłoń, żeby móc wsunąć na palec serdeczny złotą obrączkę, którą natychmiast rozpoznałam. Nie doradzałam przy wyborze sukni czy biżuterii, nie zamierzając narzucać im tego, co wiedziałam jedynie z opowieści czy zdjęć, ale coś podpowiadało mi, że krążek jest dokładnie taki sam jak ten, który niejednokrotnie widziałam u babci, jeszcze zanim Michael wywrócił moje życie do góry nogami. Los wiedział swoje i najwyraźniej niezależnie od zmian, których dokonała moja obecność, pewne rzeczy po prostu musiały się wydarzyć.
Obserwując Esme zauważyłam, że aż drży od nadmiaru emocji, wciąż pod wrażeniem usłyszanych słów. Każde z nich było piękne i szczere – to dało się wyczuć, poza tym nie miałam wątpliwości co do tego, że oboje kochali się nad życie. Teraz przynajmniej rozumiałam, dlaczego niektórzy płakali na ślubach; sama byłam bliska wzruszenia, ale na całe szczęście jakoś się powstrzymywałam.
Esme na moment przymknęła oczy, chcąc zebrać myśli i dojść do siebie po tym, co usłyszała. Chociaż jako wampirzyca nie musiała oddychać, widziałam, że jej klatka piersiowa regularnie unosi się i opada. Carlisle przez cały czas się jej przyglądał, a w jego oczach czaiła się czułość i bezgraniczna miłość. Czekał, ale nie był już tak spięty jak na początku – ze strony Esme „tak” już padło i chociaż oficjalna formułka nie została wypowiedziana, dla doktora stojąca u jego boku kobieta już była jego żoną.
Babcia powoli wypuściła powietrze z płuc i uniosła powieki. Coś w twarzy Carlisle'a musiało ją odmienić, bo momentalnie wzięła się w garść, nagle znajdując odpowiednie słowa.
– Szczerze powiedziawszy, nie mam pojęcia, jak powinnam ująć to, co do ciebie czuję, Carlisle – przyznała cicho. Jej szept był idealnie słyszalny w panującej ciszy. – Zakochałam się w tobie już tego pierwszego dnia, kilka lat temu.  Dopiero teraz widzę sens piekła, które przeszłam, zanim ponownie mogłam cię spotkać. Umarłam, ale jedynie po to, żeby naprawdę zacząć żyć. To brzmi niczym ironia, ale jest prawdziwe i jestem za to losowi wdzięczna. Mogłabym długo mówić na temat tego, co czuję, kiedy mnie dotykasz i kiedy jesteś przy mnie, ale to przecież tak naprawdę sprowadza się do zaledwie dwóch słów, które i tak wydają mi się nieidealne. Ale nie znam innych, więc muszą wystarczyć, dlatego nie pozostaje mi nic innego, jak kolejny raz powtórzyć ci, że cię kocham. – Zamrugała pośpiesznie. Nawet z tej odległości widać było, że jej oczy są suche. – Kocham cię i jestem gotowa spędzić z tobą wieczność. Pytanie tylko, czy ty…?
– Tak – przerwał jej, uśmiechając się łagodnie. Spojrzała na niego z wyraźną ulgą, wdzięczna za to, że dłużej nie musi już mówić. – Tak…
Esme ponownie zamrugała, po czym drżącymi dłońmi zajęła się obrączką Carlisle'a. Również i nad wyglądem tego pierścienia nie musiała się zastanawiać, bo znałam go doskonale.
Wampir – Quinn, jak nagle sobie przypomniałam – nie próbował nawet pytać o to, czy ktokolwiek jest przeciwny zawarcia małżeństwa. Po takich wyznaniach żaden argument nie byłby wystarczający, żeby obalić miłość, którą darzyli się moi dziadkowie, dlatego nie pozostało mu nic innego, jak dopełnić ceremonii słowami, które padały już tysiące razy wcześniej. Jeszcze zanim skoczył, Esme puściły nerwy i dosłownie rzuciła się na swojego świeżo poślubionego męża, żeby – w towarzystwie śmiechów i oklasków – móc nareszcie go pocałować. Mało kiedy Carlisle i Esme okazywali sobie uczucia publicznie, dlatego z tym większą przyjemnością patrzyłam na ich pocałunek, wreszcie całą sobą czując, że wszystko jest na swoim miejscu.
Początkowo niepewni, z czasem włożyli w pieszczotę więcej uczucia. Carlisle bardziej stanowczo przyciągnął do siebie swoją żonę, ta zaś zarzuciła mu obie ręce na szyję, chcąc znaleźć się jeszcze bliżej. Potrzeba bliskości  wręcz z nich emitowała, podobnie jak i łączące ich uczucia, których po prostu nie dało się opisać słowami. Chyba nawet zapomnieli o tym, gdzie się znajdując, skoncentrowani wyłącznie na sobie i na pocałunku, który w ich przypadku mógłby trwać nawet całą wieczność.
Carlisle wsunął palce w ciemne włosy swojej żony, a ta wygięła się wdzięcznie, jakby przeszedł ją dreszcz. Minęła dłuższa chwila, zanim oboje doszli do siebie i przypomnieli sobie o tym, gdzie się znajdują. Kiedy w końcu się od siebie odsunęli, oboje dyszeli ciężko, chociaż zmęczenie czy inne ludzkie słabości już od dawna były im obce. Chociaż w innym przypadku bez wątpienia byliby tym wybuchem czułości zawstydzeni, najwyraźniej tym razem nic nie było w stanie wyrwać ich z prywatnej otoczki szczęścia, która ich otaczała. To była ich noc i ich ślub, więc nie musieli się niczego wstydzić. Co więcej, emocje były wskazane, dlatego jakoś niespecjalnie zdziwiło mnie, że goście stanowczo zaczęli się domagać kolejnego pocałunku. Nie musieli zresztą długo prosić, a świeżo poślubieni małżonkowie z wyraźną przyjemnością spełnili oczekiwania zebranych, kolejny raz poddając się uczuciom i wzajemnym pragnieniom.
Wciąż poruszona i rozbawiona jednocześnie, ruszyłam się z miejsca, kiedy tylko goście zaczęli dążyć do tego, żeby dostać się do pary młodej i złożyć życzenia. Gabriel dołączył do mnie w ułamku sekundy i natychmiast otoczył mnie ręką w pasie. Pozwoliłam mu na to i razem – nie spuszczając przy tym oczu z bliźniąt – zaczęliśmy czekać na okazje do tego, żeby móc zamienić chociaż słowo z moimi dziadkami. Natychmiast wpadłam babci w ramiona, mocno ją przytulając i nie kryjąc wzruszenia.
– Nessie… Och, tylko nie zacznij mi płakać, bo nie wytrzymam – szepnęła mi do ucha, nie powstrzymując się od śmiechu.
Sama tez się zaśmiałam, chociaż wciąż coś ściskało mnie w gardle, nie pozwalając się odezwać. Byłam oszołomiona i jednocześnie szczęśliwa, tym bardziej, że jeszcze dwa tygodnie temu nawet przez myśl by mi nie przeszło, że wszystko mogłoby potoczyć się w tak pomyślny dla moich bliskich sposób. Przez nadmiar emocji ledwo byłam w stanie oddychać, nie wspominając o mówieniu, dlatego jedynie jeszcze raz uściskałam Esme, zanim zmuszona byłam wyplątać się z jej objęć, ponaglona znaczącym chrząknięciem Gabriela.
– Mnie też pozwól pogratulować – mruknął, mrugając do mnie porozumiewawczo.
Uśmiechnęłam się i zrobiłam mu miejsce, dla odmiany pozwalając, żeby to Carlisle mnie przytulił. Z nim nie miałam okazji zamienić nawet słowa, bo jednocześnie cały czas koncentrowałam się na tym, żeby nie spuścić z oczu Ali i Damiena, ale i tak byłam niezdolna do powiedzenia czegokolwiek, co zabrzmiałoby sensownie. Wątpiłam zresztą, żeby jakiekolwiek słowa były potrzebne w sytuacji, kiedy Carlisle i Esme i tak byli skoncentrowani wyłącznie na sobie oraz tym, że wreszcie są małżeństwem.
Wraz z Gabrielem wycofaliśmy się, pozwalając, żeby to inni goście otoczyli świeżo poślubionych małżonków. Odetchnęłam, kiedy znaleźliśmy skrawek wolnej przestrzeni; pamiętałam, że chociaż moment po uroczystości był fantastyczny, bo nic nie było w stanie zepsuć radości, którą odczuwało się w podobnej sytuacji, jednocześnie osaczenie ze wszystkich stron miało w sobie coś uciążliwego i bynajmniej nie żałowałam, że tym razem zamieszanie nie dotyczy mnie i Gabriela.
Ali pociągnęła mnie za rękę, domagając się mojej uwagi. Wzięłam ją na ręce i ucałowałam w czoło, co przyjęła z entuzjazmem.
– Ładnie wyglądasz – stwierdziła z dziecięcą szczerością. Chyba nie do końca rozumiała, dlaczego przez całą ceremonię spędziłem z dała od niej, Gabriela i Damiena. – Mamo, gdzie jest Beau? – dodała, wyginając się lekko w moich ramionach i próbując znaleźć swoją ukochaną ciotkę.
Pokręciłam głową, dając jej do zrozumienia, że nie mam pojęcia. Sama również zaczęłam się rozglądać za dziewczyną, ale to nie na pierwsza ją zauważyłam.
– Ciocia jest tam – stwierdził z entuzjazmem Damien, stając na palcach i spoglądając w stronę świątyni.
Isabeau bez pośpiechu zmierzała w naszą stronę, a poły jej czarnej sukni powiewały za nią niczym sztandar. Alessia momentalnie zaczęła wyrywać się do ciotki, dlatego postawiłam ją na ziemi, pozwalając żeby wpadła dziewczynie w ramiona. Beau uśmiechnęła się i z bratanicą przy boku, podeszła do nas, wyraźnie podekscytowana.
– Nawet cieszę się, że was widzę – stwierdziła, kiedy znalazła się bliżej. – Czy macie coś przeciwko temu, żebym pożyczyła na moment dzieci? – zapytała, chociaż po sposobie w jaki Ali ściskała jej rękę, jasne się stało, że w zasadzie nie mamy z Gabrielem nic do powiedzenia.
– To zależy – przyznał mój mąż, po czym parsknął śmiechem, widząc rozczarowanie na twarzy naszej córki. Ali wydęła usta, urażona. – Kolejny wielki występ, siostrzyczko? – dodał, szczerząc się w uśmiechu.
– Sami zobaczycie – zapewniła z przekonaniem, mimochodem oglądając się przez ramię, żeby w tłumie wypatrzeć moich dziadków. – Jak sądzicie, powinnam brutalnie pozbawić ich przyjemności całonocnego przebywania w centrum uwagi? – zapytała, uśmiechając się niewinnie.
Parsknęłam śmiechem, nie mogąc się powstrzymać.
– Wydaje mi się, że jeszcze będą ci za to wdzięczni – zapewniłam.
Isabeau uśmiechnęła się, odsłaniając dwa wydłużone kły. Mimowolnie wzdrygnęłam się, wciąż czując się nieswojo na ten widok, po czym odprowadziłam dziewczynę wzrokiem, tym bardziej, że ze sobą zabrała podekscytowanych Alessię i Damiena. Nie miałam najmniejszych wątpliwości co do tego, że dzieci są przy niej bezpieczne, ale i tak wciąż dręczyła mnie myśl o tym, że Isabeau nie zawsze jest sobą. Była inna i chociaż wcześniej nie zwracałam na to uwagi, teraz byłam tego świadoma.
Pośpiesznie odrzuciłam od siebie tę myśl, nie chcąc zachowywać się tak, jak wszyscy inni, kiedy chodziło o to, co nieznane. Co prawda po wyjaśnieniach Rufusa ciężko było nie zacząć zastanawiać się nad tym, czego możemy spodziewać się po tych „nowych” wampirach, ale Beau wciąż pozostawała Beau i nawet instynkt nie mógł sprawić, żebym nagle zmieniła w tej kwestii zdanie. Ufałam siostrze Gabriela całą sobą i chociaż momentami potrafiła być przerażająca, ja i tak zamierzałam ją traktować tak, jak zawsze. Chyba jedynie w ten sposób mogłam się do nowego stanu rzeczy przyzwyczaić, najważniejsze zresztą było to, że dziewczyna żyła i miała się dobrze.
Poczułam muśnięcie palców Gabriela, kiedy ukochany wciął mnie za rękę. Uśmiechnęłam się blado, zerkając w jego stronę z zaciekawieniem, kiedy poprowadził mnie przed siebie. Nie mogłam się pozbyć wrażenia, że wiedział więcej ode mnie, co takiego miało wydarzyć się na klifie albo że przynajmniej się tego domyślał. Chociaż zaciekawiona, zdecydowałam się nie pytać o nic i po prostu mu zaufałam, jednocześnie rozglądając się dookoła. Wciąż czułam się nieco przytłoczona liczbą gości i tym, że znamienita ich większość była mi obca, ale już tak bardzo mi to nie przeszkadzało, bo czułam się przy Gabrielu bezpieczna.
Zauważyłam, że Carlisle’owi i Esme udało się w końcu opędzić od osób, które wcześniej pragnęły złożyć im życzenia. Nie byłam pewna, czy nas zauważyli, zajęci sobą i tym, żeby znaleźć sobie jakieś bardziej odludne miejsce. Z tego wszystkiego dosłownie w ostatniej chwili zauważyłam linię utworzonych w świec granic i przeskoczyłam nad nimi, zanim zdążyłabym się potknąć i przypadkiem poparzyć. Bez trudu złapałam równowagę i zrównałam się z Gabrielem, zamierzając go zapytać, dokąd idziemy, kiedy odpowiedź pojawiła się sama.
Jak na zawołanie, w niebo wystrzeliły pierwsze płomienie, które mogły należeć wyłącznie do Layli; już w następnej sekundzie doszła mnie cicha muzyka, a potem noc ostatecznie została przejęta przez siostry Gabriela, Dimitra i Allegrę.
Ślub dobiegł końca, ale ceremonia ku czci Selene miała dopiero się rozpocząć – i właśnie to było fantastyczne.

5 komentarzy:

  1. Z dedykacją dla Eriss - za to, że tak bardzo tę dwójkę kocha =)

    Nessa.

    OdpowiedzUsuń
  2. *.* Popłakałam się, kochana... Dziękuję za dedykację. Nie mogę się wysłowić, tak bardzo mi się podobało. Wyobrażałam sobie Esme w pięknej sukni i Carlisle'a- "MŁODEGO BOGA". tO TERAZ POZOSTAJE IM NOC POŚLUBNA ;d hAHAHAHAHAHAHA ;* jESTEM CIEKAWA DALSZEJ CZĘŚCI. tAK POZA TYM, TO JA PŁACZĘ NA ŚLUBACH ^^ bO TO TAKIE ROMANTYCZNE, ŚLICZNE I CUDOWNE... tAKIE SŁODKIE ♥ dZIECI SIĘ NIE POŻYCZA ;p jESZCZE RAZ DZIĘKUJĘ ZA DEDYKACJĘ. bYŁO PIĘKNIE, TAK TRZYMAJ.

    OdpowiedzUsuń
  3. przepraszam za caps lock'a.
    Eriss

    OdpowiedzUsuń
  4. Jestem pod wrażeniem. Wzruszyłam się. Romantyczne i cudowne. Bardzo... nawet nie wiem jak to napisać. Wiem, że to jest niesamowite. Mówiłam ci już kilka razy, że jesteś zajebista. Utrzymuję moje zdanie.

    Nie pozostaje mi nic innego, niż życzyć weny, oraz czekać na kolejną notkę.

    Pozdrawiam,

    Aleks

    P.S. Ceremonia ku czci Selene.. Intrygujące.

    OdpowiedzUsuń
  5. Co to za końcówka? Kurde, dziewczyno - Rufus sie udziela xD - co to będzie. Pewnie jakieś wielkie widowisko, z udziałem dzieciaków, tak? Znaczy tak myśle po tym co mówiła Gabrielowi i Nessie Isabeau. Rozdział był świetny i aż sie nie mogę doczekać następnego. Zawsze jak wchodzę na bloga i widzę nowy rozdział to od razu mam lepszy humor. Esme musiała piekńie wyglądać w sukni ślubnej *,* zastanawia mnie tylko czy jak przyjdzie odpowiedni moment to przeprowadza sie do Rochester, gdzie mieszka nasza blondyneczka :3 aż, mnie skręca. Ale to chyba dopiero za dziesięć lat xD czy jakoś tak :p
    Popis Layli niezwykle widowisko. Dlaczego to tylko wyobrazńia xD
    Czekam na wiecej i życzę weny :*
    Gabi

    OdpowiedzUsuń




After We Fall
stories by Nessa