11.03.2013

Trzydzieści sześć

Esme
Sunny spała jak zabita. Esme obserwowała ją w absolutnym milczeniu, wciąż odrobinę rozczulona, jak zwykle zresztą, kiedy miała okazję obserwować albo zajmować się tym uroczym dzieckiem. Mała zasnęła już kiedy wracali do rezydencji, wymęczona przede wszystkim wyrywaniem się Carlisle’owi i płaczem, dlatego nawet nie próbowali jej budzić. Nie przebrała się i wciąż miała na sobie błękitną sukienkę od Isabeau, złociste włosy zaś tworzyły wokół jej głosy złocistą aureolę, która jeszcze bardziej upodabniała Sunny do anioła czy równie uroczego stworzenia z którym zawsze kojarzyła się Esme.
Wampirzyca westchnęła i w końcu oderwała spojrzenie od dziecka. Gdyby nie uparła się, żeby zanieść Sunny do swojego tymczasowego pokoju, prawdopodobnie oszalałaby z samotności, miejsce to bowiem – wręcz komnata, co nieprzyjemnie kojarzyło jej się z wizytą we Włoszech, chociaż Dimitr był całkowitym przeciwieństwem Aro i jego braci – wydawało się jej zdecydowanie zbyt duże i zimne dla jednej osoby.
No cóż, jedynym plusem było to, że pokój przynajmniej sprawiał wrażenie jasnego. Raz jeszcze zerknęła na pogrążoną we śnie Sunny, po czym ostrożnie wsunęła się za jedną z zaciągniętych zasłon i wyślizgnęła się na balkon. Był środek, nocy, ale na dworze było stosunkowo jasno, dzięki tysiącom srebrzystych gwiazd i ogromnemu, jedynie w jednej czwartej przyciętemu z racji czasu, który minął po pełni, księżycowi.
Jej skóra dziwnie reagowała na światło księżyca. W słońcu lśniła niczym zdobiona diamentami, teraz zaś jedynie połyskiwała subtelnie; w tym oświetleniu wydawała się wręcz srebrna i Esme mogła się założyć, że teraz musiała wyglądać niczym prawdziwa wampirzyca. Uśmiechnęła się na tę myśl, bo jeśli komuś w tym momencie było dalej do łaknącego krwi potwora, to właśnie jej – krew w żyłach Sunny chociażby zupełnie jej nie kusiła.
Oczywiście nie mogła zapomnieć o tym, że już raz zabiła i w każdej chwili mogła zrobić to znów, ale liczył się sam fakt tego, że w tej chwili była swojej samokontroli absolutnie pewna. Poza tym gdyby była bezduszną istotą, która występowała w tych wszystkich legendach, które od wieków przekazywali sobie ludzie, chyba nie czułaby wyrzutów sumienia ani nie próbowała walczyć ze swoją naturą, prawda?
Uniosła głowę i skrzywiła się nieznacznie. W nocnym niebie było coś kojącego, ale jak na złość częściowo przysłaniały je splątane gałęzie sędziwego dębu, który rósł tuż przy rezydencji i prawie całkowicie ją przewyższał. Patrząc na solidne drzewo, przypomniała sobie te wszystkie momenty, kiedy jako dziecko, a później nastolatka, w jakimś stopniu uprzykrzała swojej matce życie, nie zachowując się jak „dama” i non stop wspinając się gdzie tylko się dało.
Aż się uśmiechnęła, tym bardziej, że momentalnie jej myśli powędrowały do Carlisle’a i ich pierwszego spotkania. Miała wtedy szesnaście lat i spadła z drzewa na tyle nieszczęśliwie, że złamała nogę. Carlisle akurat wtedy zaczynał pracę w szpitalu w Columbus – zastępował miejscowego lekarza, którego znała Esme – i się nią zajmował. Starała nie dawać nic po sobie poznać, ale spotkanie z wampirem wywarło na niej tak wielkie wrażenie, że przez długi okres nie była w stanie sobie znaleźć partnera, podświadomie sugerując się tym, że żaden z nich nawet w niewielkim stopniu nie przypominał widzianego jedynie raz doktora Cullena.
Oczywiście nikomu nie wspomniała nawet słowem o swoim zauroczeniu. Nikt by nie zrozumiał, poza tym pewnie zostałaby dodatkowo wyśmiana i skarcona za to, że podąża za mrzonkami. Jak można było się w kimkolwiek zakochać, widząc go zaledwie raz? Dziecinne zauroczenie, nic więcej – a o takim trzeba jak najszybciej zapomnieć i zająć się własnym życiem. Mogła sobie wręcz wyobrazić, jak jej matka wypowiada te słowa, zupełnie jakby stała tuż obok niej i jak zwykle dyrygowała jej, co powinna robić, żeby nie przynieść rodzinie wstydu.
W końcu – jakby nie patrzeć – Esme była na tyle „złą córką”, że ostatecznie to ojciec musiał znaleźć dla niej męża. A kiedy Esme dla świętego spokoju zgodziła się wyjść na Charlesa i rozpoczęło się prawdziwe piekło, matka w jakże pomocny sposób kazała jej siedzieć cicho i być dobrą żoną. No cóż, teraz, kiedy o tym myślała, dochodziła do wniosku, że „dobra żona” raczej nie skoczyłaby z klifu po śmierci ukochanego dziecka, nie stała się wampirzycą i nie była absolutnie zakochana w kimś, kto był równie nierealną istotą, co teraz ona sama. Gdyby jej matka wiedziała, prawdopodobnie dostałaby zawału – o ile oczywiście po prostu by Esme nie wyklęła. Swoją drogą, chyba nawet chciałaby, żeby do tego doszło i jej rodzina wiedziała, że dopiero wtedy, gdy zaczęła odpowiadać sama za siebie, stała się naprawdę szczęśliwa.
Wciąż skupiona na wspomnienia, pod wpływem impulsu wybiła się w górę i uchwyciła jednej z bardziej solidnych gałęzi dębu, który przysłaniał jej niebo. Bez większego problemu podciągnęła się i tak, jakby urodziła się właśnie po to, żeby wpinać się po drzewach, dostała się na solidny konar, po czym bezpośrednio z niego przeskoczyła na dach rezydencji.
Czyjaś dłoń pochwyciła jej nadgarstek i pomogła podciągnąć się wyżej.
– Dobry wieczór – padło gdzieś z góry i chociaż słabo znała ten głos – słyszała go zaledwie jeden czy dwa razy – udało jej się rozpoznać głos Michaela.
Pomógł jej wejść na dach, po czym zaraz ją puścił i wygodnie rozdział się na dachu. Srebrne refleksy tańczyły w jego czarnych, zaskakująco gęstych włosach, intensywnie rubinowe tęczówki zaś uważnie obserwowały każdy jej ruch; bez wątpienia musiał niedawno polować, chociaż nie miała pewności – po tym dziwnym wampirze można było się spodziewać wszystkiego.
Nie dało się ukryć, że na widok Michaela, jej martwe od kilku miesięcy serce omal nie podeszło jej do gardła – i to nie tylko dlatego, że znajomy Isabeau był niezwykle przystojny, nawet jak na nieśmiertelnego. Obawiała się raczej tego, że skoro zdecydował się do nich pofatygować, może to oznaczać kłopoty – do tej pory zawsze pojawiał się w takich właśnie momentach, chociażby wtedy, gdy Renesmee omal nie zabiła człowieka albo po zdradzie Layli, kiedy wszystkie tajemnice zaczęły wychodzić na jaw.
Momentalnie pomyślała o chorych Nessie i Alessi, i właśnie z pogorszeniem ich stanu skojarzyła sobie pojawienie się Michaela. W tym momencie nade wszystko chciała się mylić.
– Ja… – Spojrzała na wampira speszona. – Dziękuję, Michaelu – powiedziała w końcu, po czym zapadła niezręczna cisza, bo nie odważyła się zadać mu żadnego pytania.
Westchnął i wywrócił oczami, jakby czytał jej w myślach.
– Nie jestem posłańcem ani wysłannikiem śmierci, więc przestań się patrzeć na mnie tak, jakbym zaraz miał przyczynić się do tego, że z żalu skoczysz z tego dachu – mruknął z nutą sarkazmu i znów westchnął.
Zmrużyła oczy, zastanawiając się, czy celowo wspomniał o żalu i skokach z wysokości. Jego słowa bynajmniej mu się nie spodobały.
– Nie jestem desperatką – obruszyła się, chcąc jednocześnie zwrócić jego uwagę na to, że niezbyt trafnie dobiera słowa.
Kolejny uśmiech, tym razem pełen kpiny.
– Powiedziała niedoszła samobójczyni – prychnął, po czym wbił wzrok w gwieździste niebo. – Nie mnie kogokolwiek oceniać. Ja po prostu obserwuję – rzucił dość tajemniczo.
Miała ochotę zapytać go, co ma na myśli, ale dobrze wiedziała, że i tak by nie odpowiedział, więc sobie darowała. Zaczynała żałować, że w ogóle zebrało jej się na wspinaczka; obecność Michaela sprawiała, że czuła się równie speszona, co czasami przy Carlisle'u, chociaż uczucie to trochę się różniło od tego, którego doświadczała przy doktorze. W przypadku Michaela bynajmniej nie chodziło to, że darzy go jakimkolwiek uczuciem – on po prostu sam w sobie sprawiał, że w jego towarzystwie można było poczuć się niezręcznie, może wręcz głupio.
Momentalnie zapragnęła znów zeskoczyć na balkon i wrócić do pokoju, ale nie mogła się do tego zmusić – gdyby zostawiła go bez powodu, tym samym udowodniłaby, że wręcz się Michaela boi, a tego nie chciała – coś ją blokowało, chociaż nigdy nie była dumna. Pozostawało jej czekać na przebudzenie Sunny albo jakiś inny pretekst, a to mogło potrwać…
Albo niekoniecznie.
– Esme? – Gdzieś z dołu doszedł ją cichy szept Carlisle'a; on też nie chciał obudzić Sunny. – Jesteś tutaj? – upewnił się.
Wahała się nad odpowiedzią, ale Michael już niekoniecznie; jedynie wzruszył ramionami, po czym lekko rzucił:
– Jesteśmy na dachu.
Spojrzała na niego z niejaką urazą. Może była przewrażliwiona, ale odniosła wrażenie, że przesadnie zaakcentował „my”, jakby chcąc ich wszystkich podrażnić i najwyraźniej świetnie się bawiąc. W tym momencie był trochę jak Isabeau, lubujący się w sianiu zamętu i to właściwie bez powodu – co najwyżej z nudów.
– Co właściwie…? – Carlisle był co najmniej zdziwiony odpowiedzią i tym, że to nie ona mu jej udzieliła, ale nie zastanawiał się długo. Kiedy bez większego problemu dostał się na górę i znalazł się tuż obok niej, Esme zaczęła dochodzić do wniosku, że zaczyna być zbyt tłoczno; jak zwykło się mawiać, troje to już tłok… – Och, witaj Michaelu – rzucił z niejaką rezerwą, wyraźnie zaskoczony widokiem wampira.
Jego spojrzenie powędrowało najpierw na Michaela, a później na nią i jeden z nielicznych razów miała prawdziwy problem ze stwierdzeniem, co doktor właściwie sobie myśli. Zwykle w jego przypadku całkiem łatwo wychodziło jej rozpoznawanie emocji, ale teraz – kiedy najbardziej jej na tym zależało – absolutnie nie była wstanie.
W zasadnie była zdecydowanie przeciwna emocji, ale pomyślała, że wyjątkowo mogłaby zrobić wyjątek i zepchnąć przyjaciela Isabeau z dachu – to było raptem kilka metrów, a nieśmiertelnemu nic nie mogło się stać, ale przynajmniej ona poczułaby się lepiej.
– Czy coś się stało? – zaniepokoił się nagle Carlisle, najwyraźniej dochodząc do tych samych wniosków, co Esme na początku. – Jeśli… – zaczął.
Michael wyglądał, jakby ledwo powstrzymywał się od grymasu.
– Na litość bogini, czy za każdym razem, kiedy się pojawiam, musi znaczyć to, że świat się kończy, a z założenia martwi jednak okazują się żywi? – żachnął się. – I tak z gwoli ścisłości: nie, nie mam jak na razie żadnych rewelacji. Lawrence gdzieś się zapodział, reszta rodziny liczebnie się nie zmieniła, a słońce wciąż wstaje na wschodzie.
Carlisle zignorował tę złośliwość, wyraźnie uspokojony. Nie zmieniało to faktu, że chcieli jak najszybciej wrócić do domu i kontrolować sytuację, ale póki mieli pewność, że nic się nie zmieniło, zwłoka była znośna.
– W takim razie co tutaj robisz? – zapytał spokojnie, ale Esme nie mogła pozbyć się wrażenia, że znów spojrzał na nią niepewnie.
Twarz Michaela nagle rozjaśnił uśmiech.
– Oglądamy gwiazdy, rozprawiamy o desperacji i rozważamy skoki z wysokości… – odparł takim tonem, jakby mówił o pogodzie. Chociaż pytanie dotyczyło jedynie jego, mimochodem przeszedł na liczbę mnogą i Esme zaczęła dziękować opatrzności za to, że jako wampirzyca nigdy więcej się nie zarumieni. – Hm, chociaż z drugiej strony zaczynam dochodzić do wniosku, że to raczej monolog. Ona coś nie jest zbyt rozmowna, a szkoda – westchnął.
Carlisle popatrzył na nią pytająco, więc jedynie wzruszyła ramionami. Na całe szczęście musiał się zorientować, że najwyraźniej są co najwyżej obiektem żartu, bo już nie czuła się, jakby przyłapywał ją na nieistniejącej zdradzie – o ile oczywiście miała prawo się tak czuć, skoro oficjalnie wciąż nic sobie nie zadeklarowali.
Zaczęła się zastanawiać, czy Isabeau i Michael przypadkiem się nie zmówili. Czasami miała wrażenie, że siostra Gabriela szuka jedynie powodu, żeby ich ku sobie popchnąć, chociaż czasami jej metody były naprawdę dziwne. Chociażby próba wywołania zazdrości wydawała się być jak najbardziej w stylu dziewczyny, nawet jeśli Esme nie wyobrażała sobie, żeby Carlisle…
No cóż, jej momentalnie zdarzało się być zazdrosną – chociażby wtedy, kiedy patrzyła na Aquę – ale naprawdę nie pomyślałaby, żeby Carlisle…
– To Isabeau cię wezwała? – zapytała, żeby zająć czymś myśli i pewne rzeczy ustalić. Skupianie się na rozmowie wydawało się całkiem dobrą alternatywą.
Michael zerknął na nią i uniósł obie brwi ku górze.
– Och, jednak nie onieśmielam cię do tego stopnia, żebyś nie była w stanie mówić – stwierdził z uśmiechem. – Nie. Niby dlaczego miałbym się stawić na jej wezwanie po tym, jak ostatnio mnie potraktowała? – zapytał szczerze zdziwiony i nie było żadnych wątpliwości co do tego, że w tym momencie nie kłamie.
Jego słowa trochę ją zaniepokoiły, kiedy zaś spojrzała na Carlisle’a, zorientowała się, że nie jest w tym uczuciu odosobniona. Wymienili krótkie spojrzenia, po czym znów spojrzeli na odrobinę zdenerwowanego Michaela; po jego wyluzowanej pozie nie było już nawet śladu, wampir zaś siedział wyprostowany niczym struna i spoglądał na nich niemal gniewnie, chociaż jego złość była raczej wymierzona w nieobecną Isabeau.
– Pokłóciliście się z Beau? – upewnił się Carlisle. Mina Michaela była dostateczną odpowiedzią i zdecydowanie nie wymagała komentarza. – Nie wspomniała nam o tym, ale to już nawet mnie nie dziwi. Tak przy okazji, nie miałem szansy podziękować za to, jak pomogłeś Nessie z Anną. Gdybyś nie zjawił się w porę, prawdopodobnie wszyscy mielibyśmy kłopoty.
Zmiana tematu była całkiem dobrym pomysłem, nawet jeśli Esme zdawała sobie sprawę z tego, że sporo Carlisle’a kosztuje. Niechętnie wracał pamięcią do ostatniego spotkania z Michaelem – swojego jedynego zresztą – kiedy to wampir zmaterializował się na środku ich salonu akurat chwilę po tym, jak okazało się, że Lawrence Cullen życie i swoi za wszystkimi złymi rzeczami, jakie działy się w ostatnim czasie. Wydarzenia w Volterze też zresztą nie były czymś, co wspominali chętnie, ale Michael przynajmniej trochę się uspokoił.
– Zrobiłem co musiałem – odparł lakonicznie, przeciągając się odrobinę. – Mówiłem już Isabeau nie raz, że nie ingeruję, jeśli nie ma po temu powodów. Wolno mi obserwować, ale nie zmieniać przyszłość – przypomniał.
– A jednak to zrobiłeś – zauważył przytomnie Carlisle. – Kiedy przeniosłeś Nessie, coś musiało się zmienić – dodał.
Przez twarz Michaela przemknął cień.
– Owszem. O tym też wam nie powiedziała, co? – zauważył i roześmiał się nieco gorzko. – O tak, jeśli ktoś jest najlepszym manipulantem i kłamcą, z pewnością musi nosić nazwisko Licavoli – stwierdził.
Esme powoli pokręciła głową, niedowierzając tego, co słyszy. Wiedziała, że Isabeau czasami pewne rzeczy przemilczy, ale to chyba były zdecydowanie zbyt mocne słowa na opisanie jej charakteru. Poza tym nie wyobrażała sobie, żeby po tym wszystkim dziewczyna zdecydowała się przemilczeć przed nimi coś istotnego. Przeszłość była jednym, ale ze słów Michaela wynikało, że mogło chodzić o coś więcej.
Spojrzała na niego pytająco.
– Nie bardzo rozumiem…
Jedno jego ostre spojrzenie wystarczyło, żeby zamilkła. Chociaż na dachu nie było zbyt wiele miejsca, przesunęła się nieznacznie w stronę Carlisle’a, uświadamiając to sobie dopiero wtedy, kiedy przypadkiem ich uda otarły się o siebie. Zerknęła na niego nieco speszona i chciała się odsunąć, ale ten w tym samym momencie objął ją ramieniem i przyciągnął jeszcze bliżej siebie.
Michael przyglądał im się w milczeniu.
– Może i lepiej – stwierdził. – Może i lepiej, żebyście nie wiedzieli… O pewnych sprawach czasami lepiej nigdy się nie dowiedzieć…
Przeciągnął się ponownie, chociaż oczywiste było, że jako wampirowi nie może mu być niewygodnie. Zanim którekolwiek z nich zdążyło o cokolwiek zapytać, stanął na równe nogi i bez trudu chwyciwszy równowagę, spojrzał krótko na usłane gwiazdami niebo.
– No cóż, miło było, ale obowiązku wzywają – stwierdził spokojnie. – Nowonarodzone bywają strasznie czasochłonne, a przy tym są niecierpliwe. Chyba sami o tym coś wiecie – zauważył, zerkając na nich z ukosa.
A potem, jakby było to czym najnaturalniejszym i spotykanym na co dzień, po prostu zeskoczył z dachu. Esme wiedziała, że nic nie może sobie zrobić, poza tym wcześniej sama wahała się nad zepchnięciem go, a jednak kiedy to zrobił, wychyliła się do przodu, żeby się przekonać, czy wyjdzie z tego samo.
Oczywiście wyszedł, nigdy bowiem nie dotknął nawet ziemi – po prostu rozpłynął się w powietrzu, nagle wtapiając w otaczający wszystko mrok. Zniknął równie niespodziewanie, co zazwyczaj się pojawiał i Esme miała niejasne wrażenie, że kiedy znów przyjdzie, tym razem jednak będzie zwiastunem naprawdę poważnych kłopotów.
Wyprostowała się powoli, po czym niepewnie spojrzała na Carlisle’a. Wcześniej zachwycała się swoją skórą, nietypowa w blasku księżyca, jeszcze lepiej jednak było patrzeć się na kogoś innego – zwłaszcza kiedy coś się do niego czuło. A Carlisle w tym oświetleniu wyglądał chyba jeszcze lepiej niż ona, tym bardziej przy swoich złocistych włosach, które teraz wydawały jej się idealnie srebrne.
Michael zniknął, więc miała okazję do tego, żeby się odsunąć – wcześniej zrobiłaby to bez wahania – ale nagle doszła do wniosku, że ta bliskość jej odpowiada. Więcej: że wciąż są trochę zbyt daleko, chociaż przecież ich twarze dzieliło ich zaledwie pół metra i wciąż ocierali się o siebie. Było to ciekawe doświadczenie, chociaż jak zwykle w takich momentach nie miała bladego pojęcia, co powinna o tym wszystkim myśleć.
Milczeli, ale to był inny rodzaj ciszy niż ta niezręczna, która zapadła, kiedy siedziała speszona przy Michaelu, szukając wymówki do tego, żeby czym prędzej się oddalić. Ta cisza była… przyjemna i jak najbardziej jej odpowiadała.
W atmosferze coś się zmieniło, chociaż ciężko było jej sprecyzować co. Wiedziała jedynie, że czuje się zaskakująco lekko i pewnie, kiedy zaś spojrzała na Carlisle’a, mogłaby przysiąc, że on czuje to samo albo przynajmniej coś podobnego. Była tego niemal pewna, chociaż przecież nie potrafiła czytać my w myślach; chyba nawet by nie chciała, nawet jeśli w niektórych momentach telepatia sporo by ułatwiała.
Nie musiała jednak posiadać parapsychologicznych zdolności, żeby mieć pewność co do tego, czego sama chce. Nagle wróciło do niej wspomnienie tego, jak kilka dni temu (teraz, poznaczone wspomnieniami ciągnącej się grypy i wyprawy do tego dziwnego miejsca, wydawało się to całą wiecznością) zostali sami w salonie. Wtedy również w powietrzu było coś trudnego do zidentyfikowania, ale zdecydowanie przyjemnego – i doprowadziło to do jednego z najwspanialszych momentów, kiedy Carlisle w końcu ją pocałował.
Teraz sama tego chciała, co ją zaskoczyło i jednocześnie sprawiło, że zapragnęła roześmiać się na głos. Ledwo się powstrzymała, wiedziała jednak, że na jej ustach błąka się delikatny uśmiech i że on go dostrzega; również się uśmiechnął, chociaż nie miała pewności, czy potrafi stwierdzić, co wprawiło ją w tak dobry nastrój.
To zresztą nie miało w tym momencie żadnego znaczenia. Wahała się jeszcze przez moment, po czym bardzo ostrożnie przysunęła się jeszcze bliżej, chociaż wydawało się to trudne, skoro dzieliło ich tak niewiele. Spojrzał na nią zaskoczony, ale ostatecznie nie zaprotestował; wręcz przeciwnie – nie była pewna kiedy ani jak, ale nagle znalazła się u niego na kolanach. To było dziwne, zwłaszcza przez wzgląd na miejsce w którym się znajdowali, ale nie bała się, że spadnie; czuła się bezpieczna, co chyba nigdy nie zdarzało jej się przy Charlesie i co jak najbardziej jej odpowiadało.
Teraz już nie miała żadnych oporów przed tym, żeby spełnić swoją zachciankę. Rzadko czegoś pragnęła tak mocno, ale tym razem chciała pocałunku i nie zamierzała tego sobie odpuścić. Nie czekała, żeby się przekonać, czy podobnie jak wtedy w salonie, Carlisle w końcu się zdecyduje – tym razem sama to zrobiła, dając się ponieść wszystkim emocjom, które od jakiegoś czasu czuła.
A potem już tylko całowali się i Esme mogła wprost stwierdzić, że wbrew wszystkiemu jest naprawdę szczęśliwa.

1 komentarz:

  1. hmmm ciekawe jak to będzie dalej ?
    mam nadzieję że następny będzie z perspektywy Isabeau.
    Anja : *

    OdpowiedzUsuń




After We Fall
stories by Nessa