08.03.2013

Trzydzieści cztery

Heath
Heath był blisko – i dosłownie w ostatniej chwili wszystko poszło nie tak. Wrażenie było takie, jakby czyjaś silna dłoń zacisnęła się na jego gardle i szarpnięciem odciągnęła go do tyłu. Pochodnia wypadła mu z rąk i zgasła, zanim zdążyłaby dotknąć ziemi, chociaż teoretycznie nie powinno być to możliwe. Podobnie zresztą jak to, że grunt nagle uciekł mu pod stopami i poczuł, że odrywa się od ziemi, trzymany przez jakaś nadnaturalna siłę, która dosłownie go dusiła.
Niewidzialne palce zaciskały się na jego szyi i chociaż szarpał się, próbując krzyczeć, walczyć i wierzgać nogami w powietrzu, za nic w świecie nie był w stanie się uwolnić. Usłyszał, że ktoś krzyczy i raz po raz powtarza jego imię i z opóźnieniem rozpoznał głos Sunny, akurat chwilę przed tym, jak tajemnicza siła cisnęła nim w ścianę pobliskiego budynku. Siła uderzenia sprawiła, że powietrze momentalnie uciekło z jego płuc i przez moment miał wrażenie, że popękały mu wszystkie kości.
Teraz Sunny już zawodziła na cały głos i musiał przyznać, że jak na dziecko, ma całkiem sporo siły. Zobaczył ją jak biegnie, raz po raz potykając się o tren nieco przydługiej, błękitnej sukienki. Nie miał pojęcia skąd ją wzięła i czy przypadkiem nie ma przywidzeń, jego siostra jednak nagle wydała mu się prawdziwym aniołem – złotowłosa i piękna, a do tego absolutnie niewinna.
– Heath! Heath... – zawodziła, a potem wpadła mu w ramiona, naruszając już i tak poobijane żebra. Był zbyt oszołomiony, żeby ją przytulić, ale również jej nie odepchnął, dochodząc do wniosku, że to przyjemny ból. Przynajmniej miał pewność, że Sunny jest cała. – Och nie, och... Co ty zrobiłeś? Dlaczego to zrobiłeś? – powtarzała niczym w transie, mocząc mu koszulę łzami.
Co zrobiłem?, pomyślał z nutką sarkazmu, którego nauczył się od Zila. W tym miejscu można był albo rozpaczać, albo być sarkastycznym – jeśli oczywiście nie było się Sunny. Przecież się nie udało, dodał z goryczą, w ciemności dostrzegając, że jego niedoszłej ofierze nic się nie stało; wampirzyca wciąż wyglądała na oszołomioną, chociaż może brało się to stąd, że jej złotowłosy towarzysz nagle znalazł się przy niej i wziął ją w ramiona.
Pomyślał, że teraz najprawdopodobniej go zabiją; to były bezduszne potwory, które nigdy nie wybaczały, a on omal nie zranił jednego z nich. No i miał ogień – coś zakazanego. Już samo to kwalifikowało go do tego, żeby skazać go na śmierć, co tu więc mówić teraz, po tym co zrobił – a raczej próbował zrobić. Z drugiej jednak strony, lepiej było zginąć tak jak matka jego i Sunny, buntując się przeciwko nim wszystkim, niż dać się złowić w jakimś innym, dogodniejszym dla zamieszkujących to miasto pasożytów. Jakby nie patrzeć, miał umrzeć w miarę spełniony i pogodzony z losem.
Ale co w takim razie z Sunny...?
Zil się nią zaopiekuje; nawet on i jego koledzy nie byli na tyle bezduszni, żeby pozwolić zginać małej dziewczynce, tym bardziej, że Heath miał umrzeć robiąc coś dla tej małej, skazanej na niepowodzenie grupy buntowników, którą z niejakim sarkazmem nazywali „Ciepłokrwistymi”. Próba zabicia wampira było czymś, co z pewnością miało odbić się echem i nie pozwolić, żeby ludzie – i nie tylko – tak szybko zapomnieli o tym, czego chciał dokonać Heath Marwin.
Drgnął i w końcu udało mu się objąć Sunny i mocno przyciągnąć ją do siebie, kiedy jeden z tych wampirów ruszył w jego stronę – nie kobieta, a ten mężczyzna o złotych włosach i... tego samego koloru oczach? Nie miał pojęcia, co powinien o tym myśleć, ale pal to licho: wampir to wampir, a dla Heatha przyjemności mogłoby się nawet okazać, że wyrosły im skrzydła. Kolor oczu niczego nie zmieniał, bo to wciąż byli urodzeni mordercy.
Odepchnął od siebie siostrę.
– Sunny, spadaj – ponaglił, próbując podnieść się, żeby popchnąć dziewczynkę w stronę najbliższej zacienionej uliczki. – W tej chwili mi stąd znikaj! – powtórzył głośniej, bo miał być może naiwna nadzieję, że krwiopijcy zadowolą się nim i zostawią jego młodszą siostrę w spokoju.
– Ale Heath, przecież ty nic nie rozumiesz... – zaczęła Sunny tym swoim lekko zarozumiałym tonem, który rezerwowała jedynie dla niego i który najwyraźniej odziedziczyła po matce. – Heath... – powtórzyła jego imię.
W jednej chwili stracił cierpliwość.
– Sunny, w tym momencie won do domu! – zawył. Zaskoczona Sunny, aż cofnęła się o krok, potknęła się o brzeg sukienki i byłaby upadła, gdyby momentalnie nie pochwycił jej wampir od którego Heath tak bardzo chciał ją odciągnąć. Poderwał się na równe nogi, nagle znajdując w sobie dawno zapomniane rezerwy siły. – Do diabła, w tym momencie zostaw moją siostrę! – zaprotestował i chciał zrobić coś głupiego, chociażby rzucając się na nieśmiertelnego, co byłoby jak samobójstwo, ale wtedy znów powróciła ta dziwna, tajemnicza siła; niewidzialne dłonie przycisnęły go z powrotem do ściany budynku.
Heath'owi chciało się wyć. Wiedział, że niektóre wampiry i ich hybrydy dysponują niezwykłymi zdolnościami, które określali mianem darów, dlatego nie powinno go dziwić to, co się działo. A więc ten nieśmiertelny miał jakieś nadzwyczajne zdolności?
A niech to wszystko diabli, niech to...
– Kiedy atakowałeś, wydawałeś się mniej skłonny do histeryzowania, Heath. – Głos, który nagle usłyszał całkowicie go zdezorientował, bo nie należał ani do jego siostry, ani do wampirów na których się skupiał, ani do złotowłosej Aquy, która stała z boku i obserwowała sytuację, a którą do tej pory całkowicie ignorował; prawie zapomniał o jej istnieniu. – Obawiam się, że masz poważne kłopoty, Marwin – stwierdził ten sam głos, a Heath uświadomił sobie, że bardzo się pomylił.
Wtedy bowiem ją zobaczył i nie miał już wątpliwości co do tego, kto dysponował tak potężnymi zdolnościami i powstrzymał go przed atakiem.
Stała wyprostowana i dumna, idealnie wtapiając się w mrok, zupełnie jakby była jego częścią. Czarne włosy spływały jej kaskadami po ramionach i plecach, mocno kontrastując z chorobliwie bladą skórą, która we wszechogarniającym mroku wydawała się lekko lśnić. To było jedynie złudzenie, ale w przypadku niezwykłych oczu nieśmiertelnej, nie miał najmniejszych wątpliwości, że te świecą w ciemności.
Nigdy nie widział takich tęczówek. Były tak jasne, że niemal srebrne, chociaż gdzieś przez ten niezwykły kolor przebijał się jasny błękit i... błysk czerwieni? To drugie zniknęło tak szybko, że równie dobrze mógł sobie ten błysk wyobrazić. Być może zaczynał już stracić zmysły, co raczej nie byłoby niczym dziwnym w tym okropnym miejscu.
Na idealnych ustach Isabeau Licavoli pojawił się niepokojący uśmiech, kiedy z beznamiętnym wyrazem twarzy, ruszyła wolno w jego kierunku.
Isabeau
Isabeau czuła krążącą w jej żyłach moc. Potężna energia była tak wyrazista, że dziewczyna miała wrażenie, że rozerwie ją od środka, jeśli natychmiast nie zostanie uwolniona. Widziała swoją aurę – silną, połyskującą i emitującą tak silny blask, że chyba nawet pozbawieni parapsychologicznych zdolności byli w stanie wyczuć wypełniającą powietrze moc.
Wpatrywała się w swojego podopiecznego, którego nie widziała od pięciu lat. Heath Marwin zmienił się z wystraszonego, nieporadnego dzieciaka w przystojnego i dobrze zbudowanego młodego mężczyznę, chociaż w gruncie dzieci wciąż był jedynie dzieckiem. W tym miejscu ludzie szybko musieli dorastać i Isabeau doskonale zdawała sobie z tego sprawę – wystarczało spojrzeć na Sunny – ale to przecież niego nie usprawiedliwiało.
Chciał zabić. Zabić kogoś, kto był dla Isabeau ważny i kogo dziewczyna była gotowa bronić – i teraz pragnęła się mścić. Kochała Esme na swój sposób, niekoniecznie jak matkę, którą ta próbowała się dla niej stać, ale to nie miało znaczenia – uczucie pozostawało uczuciem, a Beau zawsze broniła tych, którzy byli dla niej ważni. Zresztą czuła się silna i dumna nie tylko z powodu mocy, ale i czegoś więcej – to był jeden z nielicznych razów, kiedy okazała się dostatecznie silna i sprytna, żeby powstrzymać jedną ze swoich okropnych wizji.
A teraz pragnęła zabić. Ręce ją aż świerzbiły, żeby móc się na coś przydać – żeby naprawdę zacisnąć się na szyi skulonego pod najbliższym budynkiem chłopaka. To uczucie było jednocześnie pociągające i przerażające – dwie sprzeczne emocje, które odczuwały jakby dwie osobne cząstki osobowości Isabeau. To wewnętrzne rozdarcie nie miało dla niej sensu, ale nie zastanawiała się nad tym, zbyt pochłonięta jedna jedyna myślą – żeby zabić.
Była świadoma dosłownie wszystkiego – bicia serca, pulsowania krwi w żyłach. I pragnęła za wszelką cenę sprawić, żeby wszystko to, co gwarantowało życie tej marnej istoty, momentalnie zostało zatrzymane. Była w stanie tego dokonać jednym ruchem, musiała jedynie zdecydować jak chce to zrobić. Udusić go? A może raz jeszcze cisnąć o ścianę, tym razem zdecydowanie mocniej i z taką siłą, żeby nie tylko pogruchotać mu kości, ale wręcz rozpłaszczyć, zupełnie jakby był robakiem?
Albo najbardziej tradycyjnie – po prostu wgryzając się w jego szyję i spijając słodką, życiodajną i jakże pożądaną w tym miejscu krew… Krew, która przecież z racji dawanej ochrony i tak należała do niej…
Powoli zaczęła się zbliżać, nie przeszła jednak nawet połowy drogi, kiedy poczuła czyjąś dłoń na ramieniu. Zesztywniała i spróbowała się wyszarpnąć, ale przynajmniej ten gest zmusił ją do tego, żeby się zatrzymała i zastanawiała nad tym, co właściwie robi.
– Isabeau… – upomniał ją cicho Carlisle, jedną ręką wciąż trzymając całkowicie rozstrojoną i zapłakaną Sunny, która teraz wpatrywała się w Isabeau oczami wielkimi jak spodki i ledwo łapała oddech.
Nie tyle jej imię, wypowiedziane przez jak zawsze opanowanego doktora, ale to właśnie spojrzenie Sunny podziałało Isabeau tak, jak kubeł lodowatej wody. Poczuła się, jakby nagle zderzyła się z kamienną ścianą i otrząsnęła z jakiegoś transu; złość momentalnie ją opuściła i z opóźnieniem dotarło do niej, co właściwie chciała zrobić. Ta druga Isabeau – ta rozsądna, którą żądza mordu i to dziwne zachowanie wręcz przerażały – nagle doszła do głosu i dziewczyna momentalnie się opamiętała.
O bogini…, pomyślała w roztargnieniu, kręcąc z niedowierzaniem głową. Miała dla siebie doskonałe usprawiedliwienie – hormony oraz stres związany nie tylko z ciążą, ale z tymi wszystkimi problemami, które ciążyły nad nią w ostatnim czasie – wtedy jednak dotarło do niej, że to nie wystarczy.
A wystarczyło po prostu spojrzeć w oczy Sunny, które wpatrywała się w nią tak, jakby widziała Isabeau po raz pierwszy. To było spojrzenie łudząco podobne do tego, którym obdarzyła ją Alessia, kiedy Isabeau właściwie bez powodu na nią nakrzyczała. Nie musiała zresztą nawet zaglądać w myśli dziecka – wystarczyło jedynie spojrzeć na wyrazy twarzy Carlisle’a i wciąż nieco oszołomionej Esme, żeby się zorientować, że musiała wyglądać jak szalona.
– Już w porządku – mruknęła, całkiem dobrze udając, że nic się nie stało. – Troszeczkę mnie poniosło – zbagatelizowała i na podkreślenie własnych słów, machnęła lekceważąco ręką.
Wciąż jednak gdzieś w zakamarkach podświadomości kołatała jej się pewna myśl. Wspomnienie słów wypowiedzianych przez Dimitra uparcie nie chciało jej opuścić – o agresji, o szaleństwie, o czymś zdecydowanie gorszym od samej grypy, która mogła zabić jej ukochaną bratanicę i jej matkę.
To wszystko nagle wydało się tak bardzo prawdopodobne, ale wciąż nie potrafiła tak po prostu przyjąć do wiadomości, że…
– Co robimy? – Carlisle wyrwał ją z zamyślenia. – Szukaliśmy cię. Esme uparła się, żeby… – zaczął, ale Isabeau nie była zainteresowana wyjaśnieniami.
Teraz faktycznie mieli ważniejszy problem – pytanie o to, co robić. Bo coś zrobić było trzeba, nagle bowiem z pobliskich uliczek zaczęło wyłaniać się coraz więcej zainteresowanych wydarzeniem osób. Miały wyostrzone zmysły, część zresztą pewnie musiała obserwować wszystko z mroku, być może licząc na to, że jeśli Heath’owi stanie się krzywda, dostaną okazję skosztowania krwi jego albo któregokolwiek z obecnych na placu ludzi.
Wampiry, dhampira, wilkołaki, zmiennokształtni, niektórzy zainteresowani rozwojem sytuacji ludzie – pojawili się wszyscy, centrum miasta bowiem było miejscem całkowicie neutralnym i podział na rasy tu nie obowiązywał. Jak prawdopodobniej w każdym normalnym mieście, po wypadku albo napaści, pojawiali się gapie – po prostu obserwowali, zachowując całkowitą bierność i nie zamierzając ingerować. Możliwe, że część z nich powstrzymywał strach przed Isabeau, która zdążyła już pokazać swoją siłę, ale mimo wszystko liczył się efekt.
W krótkim czasie na placu pojawiło się ponad trzydzieści osób – przedstawicieli różnych ras, mniej i bardziej spokojnych. Najłatwiej było rozluźnić wampiry i ludzi; te pierwsze wręcz raziły czerwieniącymi się w mroku tęczówkami, drudzy zaś wyróżniali się tym, że ich krew wręcz śpiewała i starali się zupełnie nie rzucać w oczu. Wilkołaki i zmiennokształtni trzymali się na uboczu, podkreślając trwającą już od lat wrogość i to, że nie przepadają za słodkim zapachem swoich naturalnych przeciwników.
Isabeau miała już odpowiedzieć Carlisle’owi, ale wtedy rozległ się dobrze znany, zachrypnięty i doprowadzający Beau do rozstroju nerwowego głos:
– Z drogi! Do cholery, co ja powiedziałem? Zejść mi z drogi! – Yves odepchnął od siebie jakąś ludzką dziewczynę i towarzyszącego jej wampira, po czym wszedł na plac. Większość w popłochu się wycofała, spode łba patrząc na dowódcę watahy i zarazem straży Miasta Nocy. – No i co my tutaj mamy? Jak zwykle: gdzie Licavoli, tam kłopoty – wymruczał niemal z lubością.
Isabeau zazgrzytała zębami.
– A gdzie szanowny komisarz – odgryzła się z kpiną – był, kiedy omal nie zabito tutaj jednego z naszych? – zapytała.
Yves pogardliwie wykrzywił usta.
– Wydawało mi się, szanowna kapłanko, że kiedy wróciłaś do miasta, jasno dałaś wszystkim do zrozumienia, że nikt nie ma prawa zbliżyć się do twoich znajomych. Gdzież śmiałbym złamać ten zakaz? – zapytał, po czym obejrzał się i zwrócił do obecnych nieśmiertelnych: – Czy tylko do mnie dotarł wyraźny rozkaz naszej kapłanki?! – zapytał, podnosząc głos i nie przestając się z satysfakcją uśmiechać.
Słuchając go, Isabeau miała ochotę coś rozwalić – na przykład pobliski budynek z pomocą jego twarzy. Pragnęła cisnąć go przez cały plac i zetrzeć mu z ust ten pogardliwy uśmieszek; sprawić, żeby przepraszał ją za ten wyniosły ton…
I żeby przestał nazywać ją kapłanką.
– A co z tą dziewczyną? – Nikt zupełnie nie spodziewał się, że Esme postanowi się odezwać, dlatego jej głos sprawił, że Yves momentalnie zamarł. Isabeau zobaczyła, że Carlisle zawahał się na moment, po czym zostawił ją, żeby być bliżej wampirzycy i wyraźnie zdezorientowanej złotowłosej dziewczyny, którą już zastała z nimi na placu. – Omal jej tutaj nie skatowano – oznajmiła, zaskakująco odważnie spoglądając na wilkołaka.
Isabeau pomyślała, że to naprawdę wartę pochwały. Ale jednocześnie też bardzo głupie, robić sobie z wilkołaka wroga.
– Nie interesuje nas sprawa ludzi – odparł po prostu Yves. – Ale wampirów owszem, dlatego pozwolę sobie zignorować prośbę naszej drogiej kapłanki i jednak się wtrącę. Pokornie proszę o wybaczenie – dodał i skłonił się teatralnie przed Isabeau.
Chciał ją upokorzyć, była tego świadoma, ale chociaż zdawała sobie sprawę z tego, że powinna go ignorować i robić swoje, aż drżała ze złości i ledwo nad sobą panowała. Nie mogła pozwolić wytrącić się z równowagi, ale to było takie trudne…
Yves pstryknął palcami i dwa wilkołaki – w tym znany już Isabeau Riley, który na jej widok wytrzeszczył oczy i zaraz uciekł gdzieś spojrzeniem – pojawiły się na placu i nie pytając o nic, przyczaiły się tuż przy Heath’ie. Obserwowały go, otaczały i pilnowały, żeby chłopakowi przypadkiem nie strzeliło do głowy to, żeby uciec.
– No cóż, sprawa jest prosta – stwierdził Yves spokojnie, zerkając przez ramię na poobijanego i wyraźnie przerażonego człowieka. – Nie trzeba się zastanawiać długo, żeby zorientować się to, co się stało. – Jakby na podkreślenie swoich słów, kopnął trzonek zgaszonej pochodni; drewno poturlało się prosto pod stopy Isabeau. Spojrzała na nie ponuro. – Próbował zabić nieśmiertelnego. Zasługuje na śmierć.
Jego słowa momentalnie dotarły do wszystkich zebranych i spotkała się przede wszystkim z pozytywną reakcją całego tłumu. Podniecenie błyskawicznie zaczęło się udzielać; wampiry i wilkołaki, hybrydy i zmiennokształtni – wszyscy ci zaczęli szeptać, podekscytowani i żądni krwi. To były zwierzęta, bezwzględni łowcy, a zapowiedź egzekucji – szansa na rozlew krwi – była dla nich zapowiedzą fantastycznej rozrywki. To coś jak cyrk albo walki gladiatorów dla starożytnych rzymian – okrutne widowisko, idealne dla dzieci nocy.
Sunny również momentalnie pojęła, co ma się wydarzyć i nagle jakby wpadła w jakiś amok. Zaczęła krzyczeć, zawodzić i wyrywać się, chociaż nie miała szans oswobodzić się z uścisku trzymającego ją na rękach Carlisle’a. Isabeau pomyślała, że to dobrze, że doktor ją przytrzymuje, bo jeszcze byłaby gotowa pobiec i próbować bezradnie atakować Yves’a albo kogokolwiek innego, a to mogłoby się skończyć różnie.
Musiała zorientować się, że jakakolwiek walka jest bez sensu, bo ostatecznie znieruchomiała i już po prostu zawodziła.
– Heath, Heath, Heath… – Powtarzała imię brata, jakby to miało cokolwiek pomóc. – Och, nie. Proszę. Nie, nie, nie… – Spojrzała wprost na Isabeau, momentalnie zapominając o tym, że wcześniej jej się bała. – Och, proszę…
Esme nagle też znalazła się tuż przy Isabeau.
– Isabeau, musimy coś zrobić – wyszeptała gorączkowo. – Przecież nie mogą go tak po prostu zabić z mojego powodu – dodała wyraźnie wstrząśnięta taką możliwością.
Isabeau zastanowiła się, czy gdyby ogień jednak ją dosięgną, dalej mówiłaby w taki sposób. Najprawdopodobniej tak – taki już był charakter Esme, chociaż Beau czasami zupełnie nie potrafiła go zrozumieć. Chęć ocalenia swojego niedoszłego zabójcy naprawdę była czymś dla niej i chyba wszystkich tych stworzeń, które ich otaczały, czymś niepojętnym.
Westchnęła, po czym – mając wrażenie, że porywa się z motyką na słońce – spróbowała cokolwiek zdziałać:
– Chwileczkę! – zaprotestowała. Miała nadzieję, że Riley i jego kolega, którzy krążyli przy bracie Sunny, mają dość rozsądku, żeby nie próbować go skrzywdzić. – Wydawało mi się, że chłopak jest mój. To sprawa pomiędzy mną, nim a Esme i nie widzę powodu, dla którego miałbyś się wtrącać a co dopiero podejmować decyzje!
Yves spojrzał na nią z niedowierzaniem; z poruszenia w tłumie z przerażeniem uświadomiła sobie, że jest na z góry przegranej pozycji.
– Bronisz mordercy, Isabeau? – zapytał prowokacyjnym tonem, unosząc obie brwi ku górze. – Coraz lepiej, kapłanko…
Zacisnęła dłonie w pięści, ale nie zareagowała na to, jak ją nazwał.
– Nikogo nie zabił – odpowiedziała spokojnie, patrząc Yves’owi w oczy bez cienia strachu. – Więc nie jest mordercą.
– Mała różnica – stwierdził tamten. – Ale co racja to racja. Chłopak jest twój – zgodził się – ale to jednak nie znaczy, że to ty będziesz decydować o jego losie – dodał. – Mamy zasady, Licavoli – przypomniał chłodno.
– Ustalone przez kogo? – zapytała, ledwo powstrzymując się przed powiedzeniem tego, że zasady są przecież po to, żeby je łamać. W tym miejscu raczej nie zostałoby to dobrze przyjęte, zwłaszcza przy tych wszystkich gapiach.
Yves zacisnął usta.
– Przez Dimitra.
Imię wampira wywołało istną lawinę szeptów i ogólnego poruszenia, które w połączeniu z zawodzeniem Sunny spowodowało, że rozpętał się mały chaos. Isabeau przeszło przez myśl, że jeśli szybko nie rozwiążą problemu, może dojść nawet do rękoczynów – silne emocje i taka różnorodność gatunków to nigdy nie było dobre połączenie.
– Więc chodźmy do króla! – zawołał ktoś z tłumu, bez wątpienia mężczyzna, którego Isabeau nie była w stanie dostrzec.
– Tak jest! – zgodził się ktoś. – Niech Dimitr decyduje. Niech ktoś po niego pójdzie! – zażądał inny.
Jeden ze stojących najbliżej mężczyzn podszedł bliżej; po jego tęczówkach Isabeau rozpoznała, że to kolejny wampir. Zatrzymał się jedynie ze względu na Yves’a, po czym – nie cofając się – wymierzył palcem w skuloną gdzieś za Isabeau, Carlisle’m i Esme Aquę.
– Niech dziewczyna pójdzie po króla – zadecydował. – Rusz się, niewolnico! – dodał, kiedy blondynka nie zareagowała.
Ton i sposób w jaki zwracał się – jakby nie patrzeć – do kobiety sprawił, że Isabeau zapragnęła porządnie mu przyłożyć.
Szmery przeszły przez cały tłum i wkrótce znalazło się więcej chętnych do podejmowania decyzji, zanim jednak sytuacja całkiem wymknęła się spod kontroli, do dyskusji postanowił włączyć się ktoś nowy:
– Dosyć! – Wszyscy momentalnie zamilkli, po czym zrobili przejście Dimitrowi. Nieśmiertelny bez pośpiechu przeszedł przez plac i stanął przy Isabeau. – Wołaliście mnie, więc jestem – oznajmił spokojnie. – Mam podjąć decyzję? A więc dobrze. Ze względu na okoliczności, oczywiste, że to Isabeau Licavoli wymierzy mu karę – powiedział, a Isabeau zamarła.

1 komentarz:

  1. Ciekawe co dalej ?
    mam nadzieję że on nie zginie. ;< szkoda by mi go było. czekam ...
    Anja ;*

    OdpowiedzUsuń




After We Fall
stories by Nessa