11.02.2013

Piętnaście

Isabeau
Isabeau zacisnęła usta w wąską linijkę i najszybciej jak się dało nie biegnąc, ruszyła w stronę schodów. Miała nadzieję, że da Renesmee do zrozumienia, że nie ma w tym momencie nastroju do tego, żeby z nią rozmawiać, ale dziewczyna nie zamierzała odpuścić – nagle po prostu zastąpiła jej drogę.
Beau ze świstem wypuściła powietrze, żeby chociaż pozornie wyglądać na opanowaną, po czym uniosła głowę i spojrzała na partnerkę Gabriela.
– Czego chcesz? – zapytała lodowatym tonem, mając naiwną nadzieję, że może w ten sposób sprawi, że Renesmee wycofa się i przestanie zawracać jej głowę.
Dziewczyna drgnęła, słysząc zamaskowana groźbę w głosie Isabeau. Nie było trzeba nawet telepatycznych zdolności i umiejętności widzenia aury, żeby zorientować się, jakie targają nią emocje – z pewnością w jakimś stopniu się bała. To zabawne, wzbudzać w kimś strach, pomyślała Isabeau, dziwnie połechtana świadomością tego, że ktoś się jej obawia. Zaraz też skarciła się za takie myśli, tym samym jeszcze bardziej psując sobie humor.
Przez moment jeszcze wpatrywała się w Renesmee, podświadomie unikając spoglądania dziewczynie w oczy. Zaczynała już nawet liczyć na to, że Nessie się nie odezwie i obie będą mogły się w spokoju rozejść, ale w tym właśnie momencie pół-wampirzyca się przełamała:
– Isabeau, ja... – zaczęła i zawahała się na moment, ale widząc, że Isabeau nie zamierza protestować ani się wściekać, ciągnęła dalej. – Przepraszam – powiedziała po prostu, wyraźnie zmartwiona tym, co się stało jakąś godzinę wcześniej. A może dłużej? Isabeau straciła poczucie czasu. – Nie chciałam cię szpiegować. Po prostu...
Isabeau machinalnie uniosła rękę, żeby zapobiec ewentualnemu słowotokowi. Ne przywykła do tego, że ktokolwiek ją przeprasza, bo i sama rzadko się do tego posuwała. Najłatwiej było wszystko przemilczeć i zapomnieć, nie zmuszając się do rozmowy.
Ale tak nie postępowała Renesmee, niestety. Ta prędzej miała się zadręczać, póki nie upewni się, że wszystko jest w porządku i Isabeau nawet to doceniała, ale w tym momencie wręcz wypadało, żeby i ona przeprosiła za swoją gwałtowną reakcję. A do tego posunąć się nie zamierzała.
– Tak, tak. Wiem. Nie chciałaś. – Westchnęła i wywróciła oczami. Doprawdy, czasami zapominała, że w gruncie rzeczy Renesmee była kompletnie niedoświadczona w niektórych kwestiach. Przy Gabrielu naprawdę łatwo było zapomnieć, że nie jest nawet jeszcze dorosła – do jej siódmych urodzin zostało kilka miesięcy. – Po prostu byłaś ciekawa.
Zauważyła, że Nessie nieznacznie się rozluźniła. Wyraźnie ulżyło jej, że Isabeau się uspokoiła i zachowywała w miarę rozsądnie – cokolwiek w jej rozumowaniu znaczyło bycie rozsądnym. Najwyraźniej niewiele trzeba było, żeby uszczęśliwić to rudowłose stworzenie.
– Tak – przyznała wciąż nieco speszona. – Zobaczyłam to dziwne światło i... Z nikim nie rozmawiałam o tym, co robiłaś. Nawet nie zapytałam Gabriela, bo to twoja sprawa – dodała pośpiesznie, najwyraźniej próbując za wszelką cenę pokazać, że nie miała żadnych złych intencji.
Isabeau uniosła brwi, zaciekawiona. Nie pomyślała nawet o tym, że Renesmee mogłaby wspomnieć pozostałym o tym, co zobaczyła – w złości nie myślała o ewentualnych konsekwencjach. Kiedy Nessie o tym wspomniała, w pierwszej chwili poczuła niepokój i odrobinę złości, szybko jednak zdusiła w sobie te emocje, powtarzając sobie stanowczo, że przecież nic się nie stało. No cóż, przynajmniej w tej sytuacji mogła docenić to, że Renesmee była wychowywana między innymi przez Carlisle'a – bywała wręcz przesadnie szczera.
Co tak właściwie zobaczyła i usłyszała? Rytuał, którego i tak pewnie nie zrozumiała – musiałaby przynajmniej dojrzeć zioła i znać ich właściwości. Mało prawdopodobne, bacząc na to, że medycyna alternatywna dawno poszła w zapomnienie, a Renesmee nie była nawet odrobinę zainteresowana pracą współczesnego lekarza. Oczywiście, mogłaby zapytać Gabriela, ale przecież jej brat również nie wiedział wszystkiego – jedynie jakieś podstawy, które jemu i Layli przekazała Isabeau, kiedy jeszcze podróżowali we trójkę.
Poza tym Gabriel ją znał i wiedział doskonale, że czasami wraca do przeszłości, do czego, czego nauczyła jej matka. Jedynym problemem było to, że Renesmee usłyszała imię Aldero, ale i to niewiele miało jej pomóc, nawet gdyby jednak zdecydowała się dowiedzieć czegoś więcej. Gabriel nie miał nic powiedzieć bez zgody Isabeau – ach, dżentelmen, musiała mu to przyznać – a takiej z pewnością nie zamierzała mu udzielić. Niektóre wspomnienia powinny pozostać pogrzebane na zawsze, a to dotyczące Aldero z pewnością się do tej kategorii zaliczało.
– To... dobrze – powiedziała w końcu, ostrożnie dobierając słowa. – Masz rację, to moja sprawa. A nawet gdyby nie była, lepiej dla ciebie, żebyś nigdy mnie w pełni nie poznała – dodała cicho, po czym w końcu zdecydowała się spojrzeć Renesmee w oczy. – Przeprosiny przyjęte. Ach, tak przy okazji, nie chciałam cię wtedy skrzywdzić. Kiedy cię złapałam... – Umilkła na chwilę, uświadamiając sobie, że właściwie nie wie, co w tamtym momencie planowała zrobić. To był impuls i kto wie, co by się stało, gdyby nikt im nie przerwał albo Renesmee nie zaczęła krzyczeć. – Po prostu nie chciałam cię zabić – powtórzyła stanowczo, tym samym w dość niezgrabny sposób kończąc temat.
Znów zapadła nieznośna cisza i tym razem Isabeau nie zamierzała jej znosić. Doszła do wniosku, że powiedziały sobie z Renesmee wszystko, co w tym momencie powinny, dlatego ponownie ruszyła w stronę schodów, bez większego problemu wymijając swoją przyszłą bratową. Nessie nie zatrzymała jej, dlatego zdecydowanie pewniejszym krokiem, zaczęła wspinać się po schodach.
Była w połowie drogi, kiedy Renesmee zdecydowała się jeszcze coś dodać.
– Isabeau? – zawołała za nią, zdecydowanie spokojniejszym tonem; tym razem w jej głosie nie było ani śladu strachu.
Isabeau zatrzymała się i obejrzała przez ramię.
– Hm? – mruknęła jakże inteligentnie, bo myślami była już gdzieś daleko. W tym momencie skupiała się jedynie na spokoju, który czekał na nią w pokoju; musiała się wyciszyć po kłótni z Michaelem i na spokojnie pomyśleć.
Renesmee zawahała się na moment, po czym podeszła bliżej. Wystarczyło jej pięć sekund, żeby dosłownie zmaterializowała się u boku Isabeau na schodach.
– Chciałam tylko się upewnić, czy wszystko w porządku. Wiesz, widziałam rano... – Skinęła znacząco głową w stronę łazienki. – Nie żebyś musiała mi odpowiadać, ale...
– Mówiłam ci, że to nie było nic wielkiego. Jesteś tym, co jesz i takie tam sprawy. Niestety, jak polujesz na ludzi, nigdy nie wiesz co ci się trafi. – Wysiliła się na drapieżny uśmiech i z zadowoleniem stwierdziła, że wyszło jej to bardzo dobrze. Nessie speszyła sama wzmianka o normalnym polowaniu, nawet jeśli nikt nie zginął, Isabeau zaś poczuła satysfakcję płynącą z tego, że była tak doskonałą aktorką. – Tak czy inaczej, teraz czuję się świetnie – dodała pośpiesznie.
Nessie pokiwała głową, zamyślona. Isabeau ciężko było stwierdzić, czy udało jej się dziewczynę przekonać, ale nie obchodziło ją to – liczyło się, że nikt nie mógł więcej ją przyłapać, kiedy będzie wymiotować. Po akcji z Alessią i Damienem, ciąża wydawała się być rozwiązaniem, którego niepokojąco łatwo można było się domyślić.
– Ale na pewno? – zapytała raz jeszcze. Na litość bogini, czyżby zamierzała jej wręcz na siłę wynagrodzić to, że wcześniej wyprowadziła ją z równowagi? Jeśli tak, szło jej to marnie, bo Isabeau znów poczuła, że ogarnia ją wściekłość. – Mogłabym podpytać o coś dziadka, jeśli nie chcesz sama z nim porozmawiać. Może mógłby... – zaczęła.
Isabeau poczuła, że zaraz trafi ją szlag. Wciąż miała problem z szalejącymi hormonami, poza tym dopiero co pokłóciła się z Michaelem i teraz te emocje zaczynały tworzyć niebezpieczną mieszankę, nad którą Isabeau nie potrafiła zapanować.
– Cholera jasna! Czy nie potraficie zrozumieć tego, że chcę mieć święty spokój?! – zapytała gniewnie, dopiero po chwili uświadamiając sobie, że niepotrzebnie podniosła głos o oktawę. Przecież nie miała powodów do złości, a jednak była wściekła. – Nie potrzebuję pomocy ani twojej, ani Carlisle'a, ani nikogo z tej twojej pieruńskiej rodziny! Z Gabrielem włącznie! – warknęła, zaciskając dłonie w pięści.
Renesmee popatrzyła na nią okrągłymi ze zdumienia oczami, bo nawet jeśli spodziewała się po reakcji Isabeau wielu rzeczy, łącznie ze złością, nie spodziewała się kolejnego wybuchu furii. Być może zaskoczona, a może znów źle się czuła, ale w popłochu cofnęła się i potknęła o własne nogi, momentalnie tracąc równowagę.
Isabeau zareagowała momentalnie, wyrywając się do przodu i chwytając ją w pasie, zanim zdążyłaby się stoczyć ze schodów. Pociągnęła zdezorientowaną pół-wampirzycę za sobą tak, że obie w efekcie wylądowały na szczycie stopni i ciężko zwaliły się na podłogę. Isabeau momentalnie zerwała się na równe nogi i krótko spojrzała na oszołomioną Nessie.
– Po prostu się ode mnie odwalcie – rzuciła do niej, mając nadzieję, że dziewczyna przekaże to pozostałym. Chociaż znając te wścibskie istoty, ktoś zdecydowanie musiał kontrolować, czy rozmowa znów nie przemieni się w coś niebezpiecznego. Najprawdopodobniej sam Gabriel pilnował, żeby Isabeau nie spróbowała zrobić Renesmee krzywdy. – Chodź i pomóż swojej ukochanej, braciszku! Chyba coś marnie z nią ostatnio – mruknęła.
Nie obejrzała się nawet, żeby przekonać się, czy jej wybuch i tym razem stał się rozrywkowym widowiskiem dla wszystkich domowników. Właściwie biegiem dopadła do swojego pokoju i starannie zamknąwszy za sobą drzwi, powlekła się prosto do łóżka. W pomieszczeniu wciąż panował półmrok – zasłony były jedynie lekko rozchylone, bo przecież musiała się jakoś dostać do okna, kiedy wychodziła.
Ciemność bynajmniej nie stanowiła żadne przeszkody dla kogoś, kto dysponował tak wyostrzonymi zmysłami. Bez problemu dotarła do łóżka i opadła na materac, po czym wbiła wzrok w sufit. Mimo doskonałego wzroku, w tych warunkach nawet ona nie był w stanie dostrzec niemal mikroskopijnych pęknięć i nierówności warstwy białej farby, która pokrywała ściany jej pokoju.
Ale za to była w stanie je sobie wyobrazić i to właśnie w tak nietypowy sposób postanowiła zająć myśli, żeby przestać zadręczać się tym wszystkim, co zaprzątało jej umysł. W którymś momencie nawet udało jej się usnąć, ale błogi spokój nie trwał długo.
Drzwi skrzypnęły cicho, kiedy ktoś nieznacznie je uchylił. Isabeau niechętnie uniosła powieki i zaraz zmrużyła oczy, bo z korytarza sączyło się słabe światło, które drażniło jej odwykłe od jasności tęczówki.
Potrzebowała dłuższej chwili, żeby przyzwyczaić oczy i bez podnoszenia się, rozpoznać drobną postać, która nieśmiało zaglądała do pokoju.
– Ciociu? – zapytała cichutko Alessia. Podchwyciła spojrzenie błękitnych oczu i weszła do pokoju nieco pewniej, kiedy upewniła się, że Isabeau nie śpi. – Mogę z tobą posiedzieć? – zapytała mała, podchodząc do łóżka i wdrapując się na nie całkiem wprawnie.
Isabeau nawet nie drgnęła, kiedy drobne ciałko przylgnęło do jej boku. Poczuła muśnięcie czarnych niczym noc włosów Alessi, kiedy dziewczynka wygodnie ułożyła się przy niej. Machinalnie objęła bratanicę i mocno ją przytuliła.
Przez kilka minut leżały w absolutnej ciszy, co było istnym cudem, bo Alessia bywała niecierpliwa i buzia jej się właściwie nie zamykała. Isabeau podejrzewała, że mała prędzej czy później nie wytrzyma, bo spokój jej się znudzi; nie pomyliła się, ale Ali i tak wytrzymała zaskakująco długo.
– Beau? – jęknęła w końcu, unosząc się na łokciach, żeby spojrzeć na swoją opiekunkę. – Pokażesz mi coś? – poprosiła. – Pobawmy się snami, tak jak wtedy – dodała niemal błagalnie, wspominając ten moment, kiedy Isabeau pokazała jej gwieździste niebo, gdzie każda świetlista kula stanowiła oddzielną ludzką aurę – oddzielny sen.
Isabeau skrzywiła się. Nigdy swojej małej księżniczce nie odmawiała – właściwie nikt Alessi nie odmawiał, bo mała owinęła sobie wszystkich wokół palca – ale chyba nadszedł czas na to, żeby zrobić to po raz pierwszy. Isabeau pierwszy raz nie czuła się w nastroju do opiekowania się bratanicą, a już na pewno nie na pokazywanie jej czegokolwiek.
– Jestem zmęczona, Ali – powiedziała z westchnieniem, błagając opatrzność o to, żeby mała to zrozumiała. – Kiedy indziej, skarbie – obiecała, żeby nieco złagodzić swoją odmowę.
Alessia momentalnie posmutniała, ale przynajmniej nie próbowała się kłócić. Najwyraźniej nie miała już cierpliwości siedzieć, bo usiadła na materacu i zaczęła bawić się długimi kosmykami Isabeau. Było w tym nawet coś kojącego, chociaż kiedy mała przypadkiem zbyt mocno pociągnęła Beau za włosy, dziewczyna poczuła, że obecność bratanicy zaczyna ją irytować.
– Dlaczego jesteś zła na mamę? – zapytała nagle Ali, wybierając najgorszy z możliwych tematów... O ile oczywiście w tym momencie jakakolwiek rozmowa była odpowiednia.
Beau westchnęła i ujęła rączkę Alessi, powstrzymując ją od dalszej zabawy swoimi włosami. Ali zmarszczyła czółko, zdezorientowana tym, że ktoś kolejny raz jej czegoś zabronił.
– To nic, czym powinnaś się przejmować – powiedziała stosunkowo spokojnym głosem, ponownie wbijając wzrok w sufit. – Przepraszam, skarbie, ale nie mam teraz nastroju na nic. Poza tym, czy mnie się wydaje, czy Esme cię woła? – zapytała po chwili, udając, że nasłuchuje.
Alessia jedynie pokręciła głową.
– Dopiero co byłam na dole. Wyszła z tatą i dziadkiem zapolować – wyjaśniła.
Pierwszy raz tego dnia na ustach Isabeau pojawił się cień szczerego uśmiechu. Dobrze wiedziała, że Alessia miała na myśli Edwarda, bo Carlisle był w pracy. Najwyraźniej jej nauka dawała efekty – Ali nie miała tak łatwo dać rudzielcowi zapomnieć, kto naprawdę jest jej dziadkiem.
– A Renesmee? – zapytała, momentalnie tracąc humor, kiedy uświadomiła sobie, że może być z partnerką Gabriela sama w domu.
– Mamusia śpi – odpowiedziała Alessia, wyraźnie nie mogąc pojąć tego, że Renesmee mogłaby o tej porze zasnąć.
Isabeau poczuła ukłucie niepokoju, bo również i dla niej to było dziwne. Mogła się na Renesmee wściekać – bez powodu, jeśli miała spojrzeć prawdzie w oczy; mogła unikać wszystkich i irytować się, kiedy ktoś zaczynał być podejrzliwy... Ale wciąż troszczyła się o tych, którzy zachowywali się jak jej rodzina i momentalnie zorientowała się, że coś jest nie tak.
Zauważyła, że Nessie jest ostatnio jakaś nieswoja – konkretnie od wieczora, kiedy zaczęła boleć ją głowa – ale wydawało jej się, że to już jej przeszło. Co prawa kiedy jeszcze normalnie rozmawiały, wyglądała nieco blado, ale Isabeau była przekonana, że to po prostu nerwy. Czyżby się pomyliła? Możliwe, chociaż z drugiej strony Gabriel raczej nie zostawiłby ukochanej, gdyby miał chociaż cień podejrzenia, że coś jej dolega.
No cóż, najwyraźniej dziewczyna albo się jakoś przed nim wytłumaczyła, albo położyła się po wyjściu Gabriela. Tak czy inaczej, to zdecydowanie nie było u niej normalne, Isabeau jednak nie zamierzała się tym przejmować.
Alessia była za mała, żeby zorientować się, że coś jest nie tak, dlatego szybko zapomniała o stanie swojej mamy. W zamian postanowiła skupić się na Isabeau, wyraźnie znudzona. W normalnym wypadku Beau nawet nie zawahałaby się przed opieką nad nią, ale dzisiaj...
– Alessiu, proszę cię, idź już sobie. Ciocia nie ma nastroju – powiedziała wprost, spoglądając na dziewczynkę wyczekująco.
Ali wygięła usta w podkówkę.
– Ale... – Spojrzała na Isabeau tak błagalnie, że ta przez moment miała wyrzuty sumienia. – Muszę? Będę cicho – obiecała, chociaż obie wiedziały, że wytrzyma co najwyżej kilka minut.
Poza tym Isabeau nie chciała ciszy. Chciała być sama i właśnie to było istotną różnicą, której Alessia nie potrafiła dostrzec.
Spojrzała na bratanicę zmęczonym wzrokiem.
– Alessiu, idź już – powtórzyła stanowczo, a kiedy dziewczynka otworzyła usta, żeby znów zaprotestować, po prostu nie wytrzymała: – Wyjdź! – huknęła, bez zastanowienia ponosząc głos, po raz kolejny w ciągu jednego dnia.
Alessia spojrzała na nią okrągłymi ze zdumienia oczami, do których natychmiast napłynęły łzy. Isabeau westchnęła, momentalnie zaczynając odczuwać wyrzuty sumienia z powodu tego, jak się zachowała – w końcu to było tylko dziecko. Miała już nawet zacząć przepraszać i wyciągnęła rękę w stronę Ali, ale dziewczynka odskoczyła jak oparzona, omal nie spadając z łóżka.
Oddychała płytko, wyraźnie przestraszona. Isabeau zareagowała instynktownie i sięgnęła do jej umysłu, żeby przekonać się, co tak bardzo małą wstrząsnęło i momentalnie zamarła, kiedy we wspomnieniach Alessi zobaczyła swoją twarz.
Myślała, że po prostu się zdenerwowała – że będzie co najwyżej zagniewana – ale zdecydowanie się pomyliła. Przez moment nie mogła uwierzyć, że właściwie bez powodu jej rysy mogłaby wykrzywić prawdziwa furia, która nawet ją przyprawiła o dreszcze. Oczy tamtej Isabeau pałały dziką nienawiścią, której przecież nie odczuwała, poza tym mogłaby przysiąc, że dostrzegła w nich czerwony błysk, który jednak równie dobrze mógł być wynikiem bogatej wyobraźni wystraszonej Alessi.
Nie zmieniało to jednak faktu, że w tamtym momencie wyglądała co najmniej przerażająco – jak prawdziwy łowca; jak piękny morderca, którym przecież w istocie była. I nie było niczego dziwnego w tym, że to przeraziło małą.
– Ali... – zaczęła cicho, chcąc bratanicę jakoś uspokoić.
Słysząc swoje imię, Alessia drgnęła, po czym po prostu rozpłakała się na całego i uciekła z pokoju, zupełnie jakby Isabeau się na nią zamachnęła albo próbowała ją skrzywdzić. Isabeau wbiła wzrok w drzwi, które zatrzasnęły się za dziewczynką, mając ochotę uderzyć w głową w coś solidnego, co przy okazji się nie rozpadnie.
Ukryła twarz w dłoniach. Co też, do cholery, się z nią działo? Czasami kłóciła się z Michaelem i była wredna dla Renesmee (nie tylko), ale nigdy nie do tego stopnia. I w życiu nie naskoczyłaby na Alessię, nie wspominając już o tym, żeby spojrzeć na ukochaną bratanicę w taki sposób. Ta Isabeau, którą w swoich wspomnieniach zarejestrowała Alessia, zdecydowanie nie była nią – to była obca, przepełniona gniewem istota, która...
Czy to naprawdę mogła być ona? Skąd w takim razie nagle wzięło się w niej tyle nienawiści, której przecież sama nie rozumiała. Humorki w ciąży to jedno, ale to, co wyprawiała już dawno przekroczyło granicę tego, co mogły spowodować hormony. Wystarczyło kilka godzin, żeby pokłóciła się ze wszystkimi – Michaelem, Renesmee, Alessią i analogicznie wszystkimi innymi, łącznie ze swoim bratem, który nie miał jej darować tego, że naskoczyła na jego ukochaną, a teraz dodatkowo na jego córeczkę. Chyba jedynie Damien nie miał do niej żadnych pretensji, chociaż kto wie – był zżyty z siostrą, więc również on miał stanąć w jej obronie.
A więc wszyscy.
Co się z nią działo?
Powoli wypuściła powietrze z płuc. Wcześniej miała już problemy z kontrolowaniem agresji, ale przekonywała samą siebie, że buntuje się i jest złośliwa wobec Gabriela i Cullenów, bo chce sprawić, żeby jak najmniej cierpieli w przypadku, gdyby wizja jej śmierci jednak się sprawdziła. To była dobra wymówka, ale nie w sytuacji, kiedy zachowywała się...
No cóż, zachowywała się jak suka. Wielokrotnie słyszała to wyzwisko, kierowanie pod jej adresem – sam Gabriel użył go, całkiem niedawno – ale nigdy jakoś specjalnie się tym nie przejmowała. Mogła być zimną suką wobec nieznajomych, ale zawsze przynajmniej zachowywała się w miarę poprawnie, kiedy chodziło o tych na których jej zależało.
Aż do teraz, bo na Alessię kochała całym sercem. Podobnie jak Damiena, naturalnie swojego brata... Wszystkich, nawet jeśli przed samą sobą się do tego nie przyznawała. Kochała ich na swój sposób, dlatego tym bardziej nie rozumiała, jak mogłaby...
O, tak. I wkrótce wszyscy za to zapłacimy, przypomniała sobie nagle ostatnie słowa Michaela, tuż przed tym, jak ją zostawił.
Chociaż wydawały się nie mieć żadnego sensu w obecnej sytuacji, nagle zadrżała na całym ciele, kiedy ogarnął ją dziwny niepokój.
Czuła, że nie tyle pozostali, ale to właśnie ona za wszystko zapłaci.

1 komentarz:

  1. Szczerze to zaskoczył mnie ten wybuch Isabeau.I jak spojrzała na Nessie,i jak nakrzyczała na Alessię.Przecież to jej ukochana ciocia!
    Czekam niecierpliwie na nn i życzę weny.
    Pozdrawiam Ola.

    OdpowiedzUsuń




After We Fall
stories by Nessa