21.02.2013

Dwadzieścia jeden

Renesmee
Nie zdążyłam właściwie nic zobaczyć, bo nagle zakręciło mi się w głowie. Cofnęłam się w głąb korytarza, po czym plecami przywarłam do ściany, próbując zrobić wszystko, żeby nie stracić przytomności. Mięśnie ostatecznie odmówiły mi posłuszeństwa i powoli osunęłam się do pozycji siedzącej, po czym na chwilę wsadziłam głowę między kolana, żeby zapanować nad zawrotami.
Nie miałabym siły się podnieść, nawet gdybym faktycznie chciała. Bałam się poruszyć, żeby nie pogorszyć swojego stanu, ale bynajmniej nie byłam w stanie zmusi się do tego, żeby żałować ruszenia się z łóżka. Coś się działo, a ja czułam, że poznanie prawdy jest bardzo ważne, poza tym osłabienie nie powinno być w stanie mnie zatrzymać.
I nie zatrzymało. Kiedy oddychając głęboko, zaczęłam dochodzić do siebie (a raczej do względnego stanu używalności, bo w ostatnim czasie nie mogłam liczyć na zbyt wiele, jeśli chodziło o zdolności zachowania koncentracji), znów usłyszałam głosy dochodzące z pokoju i w końcu byłam w stanie rozróżnić poszczególne słowa.
– … i naprawdę nie rozumiem jak – mówił spiętym głosem Gabriel, całkowicie wytrącony z równowagi. Teraz, kiedy nie był świadom mojej obecności, mógł ostatecznie przestać grać. Byłam w stanie bez problemu wyobrazić sobie wyraz jego twarzy – pałające oczy, zaciśnięte usta i blada, naciągnięta skóra. – Przecież robiliśmy wszystko, żeby do tego nie dopuścić. Chyba, że panikuję i to jednak nie jest to, co myślę? – zapytał kogoś, ale ton zdradzał, że nie wierzy w żaden cud i doskonale zdaje sobie sprawę, że jego nadzieje są płonne.
Nie byłam pewna do kogo się zwracał – ciężko było mi w ogóle stwierdzić, kto znajduje się w pokoju, bo to było ponad moje przytępione w niemal brutalny sposób zmysły. Tym bardziej zamarłam i spróbowałam się skupić, oczekując odpowiedzi.
– Poczekaj chwilę, Gabrielu – skarcił go spiętym głosem Carlisle. – Za chwilę zobaczymy… Ali, kochanie, ja wiem, że to zimne, ale jak mam cie zbadać, kiedy ciągle mi się wyrywasz? – westchnął zmęczonym głosem i chyba dodał coś jeszcze, ale ja już nie słuchałam.
Zakręciło mi się w głowie, ale tym razem choroba nie miała z tym żadnego związku. Poczułam się tak, jakbym w jednej chwili cały mój świat rozpadł się na mikroskopijne kawałki, a ja wraz z nim. Sens podsłuchanej rozmowy momentalnie do mnie dotarł i chociaż miałam problemy z myśleniem oraz kojarzeniem faktów, nie miałam wątpliwości co do tego, co się właśnie wydarzyło.
Alessia była chora.
Chciałam tak jak Gabriel uwierzyć w to, że małej faktycznie nic nie jest albo że to coś zupełnie innego, ale nawet ja nie byłam naiwna aż do tego stopnia. Czy naprawdę zaledwie rano moja córeczka zakradła się do mojego pokoju, nie mogąc znieść tęsknoty? Dlaczego byłam na tyle głupia, żeby od razu jej nie wygonić albo kogoś nie zawołałam? To była moja wina i byłam tego boleśnie świadoma.
Kochałam małą nade wszystko – ona, jej brat i Gabriel byli znaczyli dla mnie więcej niż moje własne życie – a jednak pozwoliłam, żeby była przy mnie chociaż chwilę, doskonale zdając sobie sprawę z tego, jak bardzo to niebezpieczne. Co była ze mnie za matka?!
Wyrwał mi się głośny szloch, którego nie byłam w stanie powstrzymać. Doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że jednocześnie zdradzę swoją obecność, ale w tym momencie o to nie dbałam. Czułam się wykończona, wszystko mnie bolało i kręciło mi się w głowie, a do tego wszystkiego nie byłam w stanie powstrzymać łez – i to nie tylko poczucia winy, ale przede wszystkim dławiącego strachu, który sparaliżował mnie całą, kiedy tylko zorientowałam się, co zrobiłam.
Drżałam na całym ciele i jakby tego było mało, rozkaszlałam się, dodatkowo krztusząc łzami. Nawet się nie obejrzałam, jak absolutnie bezszelestnie zmaterializował się przy mnie Gabriel; jego palce musnęły moje nadgarstki, kiedy delikatnie odciągnął mi dłonie od twarzy.
– Och, kochanie moje – westchnął, po czym wprawnie wziął mnie na ręce.
Wtuliłam twarz w jego tors, mocząc mu koszulę łzami, ale wydawał się tym zupełnie nie przejmowa. Wciąż pokasływałam i ledwo łapałam oddech, ale przynajmniej nie musiałam już walczyć o zachowanie przytomności. Gdybym chciała, mogłabym się poddać i po prostu zapaść w bezpieczną ciemność – to byłoby najprostsze rozwiązanie, bo przynajmniej przez kilka godzin nie byłabym zmuszona do mierzenia się z rzeczywistością.
Na moment musiałam faktycznie odpłynąć, bo kiedy otworzyłam oczy, Gabriel już układał mnie na łóżku w pokoju. Najwyraźniej doszedł do wniosku, że nie ma sensu dłużej udawać, że nic się nie stało, bo nie zabrał mnie do mojego pokoju, a do tego gościnnego, który tymczasowo musiały zajmować nasze dzieci.
Nieprzytomnie rozejrzałam się po pomieszczeniu. Była to zwykła sypialnia, urządzona w prosty sposób – dwa łóżka, jasne ściany i dopasowane dębowe meble. Gabriel siedział przy mnie, głaskając mnie po policzku, zajmując łóżku, które wcześniej musiało należeć do Damiena – wyczuwałam na pościeli jego słodki zapach, poza tym nawet gdybym miała wątpliwości, wystarczyło żebym spojrzała na drugie łóżko.
Alessia wyglądała co najmniej marnie; jej zazwyczaj blada skóra, wydawała się teraz niemal całkowicie przeźroczysta, pomijając policzki – te rumieniły się od gorączki. Oczy również błyszczały jej niezdrowo, kiedy wystraszona spojrzała na mnie, podchwyciwszy moje spojrzenie.
Carlisle siedział przy niej, podtrzymując ją, żeby móc wykonać podstawowe badania, chociaż wszyscy wiedzieliśmy, że są one właściwie zbędne. Nie trzeba było nawet medycznej wiedzmy, żeby z całkowitą pewnością stwierdzić, że Ali się zaraziła – i to z mojej winy, bo nie powstrzymałam jej w porę od podejścia do mnie.
Spojrzałam na Gabriela skrzywdzonym wzrokiem; do oczu znowu napłynęły mi łzy, tym razem nie tylko strachu, ale przede wszystkim narastającego gniewu.
– Nie powiedziałeś mi – zarzuciłam mu słabym, ale wyrażającym wszystkie targające mną emocje głosem. – Jak mogłeś, Gabrielu? Jak mogłeś chcieć to przede mną ukrywać? – załkałam.
Mówiłam szeptem, nie będąc w stanie podnieś głosu, ale może przez to moje słowa zabrzmiały jeszcze bardziej dobitnie, niż mogłabym sobie wyobrazić. Nie zamierzałam tłumaczyć się ukochanemu i dziadkowi, dlaczego w ogóle ruszyłam się z łóżka – to było oczywiste.
Gabriel pokręcił głową.
– Nie chciałem ukrywać – sprostował. – Po prostu najpierw chciałem się upewnić – usprawiedliwił się cicho, po czym westchnął. – Nie zrobiłbym ci tego, przysięgam. Powiedziałbym ci… Cóż, skłamałbym, gdybym stwierdził, że kiedy będziesz na to gotowa, bo to oczywiste, że nie będziesz, ale kiedy tylko zyskałbym pewność. Chciałem, żebyś odpoczęła…
Nie chciałam słuchać jego tłumaczeń, ale nie miałam większego wyjścia. Poza tym jego słowa zabrzmiały szczerze – doskonale znałam Gabriela i wiedziałam, że jeśli coś mi przysięgał, to musiało być prawdą. Nie złamałby obietnicy, nawet gdyby od tego zależało jego życie.
Gniew momentalnie mnie opuścił, pozostawiając przede wszystkim zmęczenie, strach i żal do samej siebie. Skuliłam się na łóżku i wbiłam wzrok w moją córeczkę oraz doktora. Carlisle zawahał się, jakby chcąc coś powiedzieć albo upewnić się, czy ze mną wszystko w porządku, ale coś w moim spojrzeniu musiało go przekonać, bo na powrót skupił się na wymęczonej małej. Ali właściwie przysypiała na siedząco, poza tym diagnoza była oczywista, dlatego wcale nie zdziwiło mnie, że po zmierzeniu temperatury (czterdzieści pięć stopni brzmiało jeszcze bardziej przerażająco, kiedy tyczyło się dziecka, zwłaszcza tak drobnej istotki) i osłuchanie jej, po prostu pomógł dziewczynce ułożyć się na łóżku.
Alessia była zmęczona, ale uparcie zmuszała się do otwarcia oczu, przez cały czas wpatrując się we mnie. Nagle coś we mnie pękło i zanim ktokolwiek zdążył mnie powstrzymać, jakimś cudem zdołałam znów zwlec się z łóżka i przenieść na to na którym leżała moja córeczka. Bez wahania wyciągnęłam ramiona i po prostu ją przytuliłam, przyciągając jej drobne ciałko do siebie; już bardziej nie mogłam jej zaszkodzić, a w tym momencie po prostu musiałam się nią zaopiekować.
Zapadła długa, wymowna cisza, która ciążyła mi bardziej, niż nawet najgorszy harmider. Chociaż trwała może kilka minut, mnie zdawała się ciągnąć w nieskończoność i po prostu myślałam, że zaraz zwariuję.
– Ma to samo, co ty, Nessie – odezwał się w końcu dziadek. Chociaż wiedziałam, że tak to wygląda, słysząc jego słowa znów nie powstrzymałam łez. Diagnoza była czymś ostatecznym, czego nie byłam w stanie zmienić. – Nie wiem, jak mogła się zarazić. Wydawało mi się… – zaczął, a ja poczułam się tak, jakby ktoś kopnął mnie w żołądek.
– To ja – jęknęłam. Alessia przysnęła w moich ramionach i teraz poruszyła się nieco niespokojnie. – Mała przyszła do mnie rano. Nie zauważyliście, że się wymknęła – przyznałam niechętnie. – Przepraszam. Nie powstrzymałam jej, a… – zaczęłam.
Gabriel zaraz rzucił się mnie pocieszać. Usiadł na skraju łóżka i delikatnie pogłaskał mnie po policzku, zbierając łzy, po czym ucałował w czoło. Spojrzał bezradnie na skuloną u mojego boku Ali, po czym nachylił się, żeby musną wargami jej rozpalone czółko.
– Cii… – szepnął uspokajającym tonem. – To nic. Wszystko będzie dobrze – obiecał z przekonaniem, chociaż miałam pojęcie, że wszyscy już dawno zaczęli tracić nadzieję na to, że są jakiekolwiek szanse na znalezienie skutecznego lekarstwa albo samoistny zanik objawów. – Carlisle? – zwrócił się do doktora, patrząc na niego wręcz nagląco.
Dziadek nachylił się nade mną i zupełnie machinalnie na chwilę przyłożył mi dłoń do czoła. Zadrżałam, więc zaraz ją zabrał, przenosząc rękę na mój policzek.
– Coś wymyślimy, kochanie – obiecał mi. – Damien na razie jest z Esme, Edwardem i Isabeau, więc nic mu nie grozi, bo wychodzi na to, że kwarantanna mimo wszystko daje efekty. Ali może zostać z tobą, jeśli chcesz, poza tym tak łatwiej będzie mi się wami opiekować – zapewnił, bo mocniej objęłam córeczkę, gotowa walczyć o to, żeby nikt nie próbował mi jej zabrać. Odrobinę się rozluźniłam. – Powinnaś odpocząć, skarbie – dodał troskliwie, obserwując, jak z trudem przymuszam się do otwarcia oczu.
Pokiwałam głową, musząc przyzna mi rację i już miałam ostatecznie opuścić powieki, kiedy zorientowałam się, że doktor wciąż badawczo mi się przygląda. Spojrzałam na niego pytająco.
Westchnął.
– Później chciałbym zrobić jeszcze jedno badanie, ale wydaje mi się, że wcześniej powinniście się z Ali przespać – wyjaśnił, słusznie podejrzewając, że nie odpuszczę. – Wezmę próbki krwi, bo to może nam pomóc – dodał uspokajającym tonem, doskonale wiedząc, że miałam skłonność do panikowania, kiedy chodziło o tak inwazyjną formę badania, jak zastrzyk czy cokolwiek innego, związanego z użyciem strzykawki.
Zadrżałam mimowolnie. Gabriel, który od jakiegoś czasu kreślił mi palcem na plecach jakieś fantazyjne wzory, momentalnie przeniósł dłoń na moją twarz. Jego dotyk pozwolił mi się rozluźnić, poza tym przypomniałam sobie, że ukochany bez trudu mógłby mnie znieczulić i właściwie nie zorientowałabym się, kiedy igła wbiłaby się w skórę, ale mimo wszystko…
– Dziadku… – zaczęłam nieco niepewnie. Spojrzał na mnie zachęcająco. – A nie mógłbyś tego zrobić, kiedy zasnę? – poprosiłam niemal błagalnie, zwijając się w kłębek.
Carlisle uważnie zmierzył mnie wzrokiem, zatrzymując spojrzenie na moich wystraszonych oczach. Uśmiechnął się do mnie łagodnie, najwyraźniej dochodząc do wniosku, że jestem tak wymęczona, że właściwie moment w którym zasnę jest jedynie kwestią kilku minut, dlatego ostatecznie skiną głową.
– Dobrze, Nessie, dobrze… Śpij, słońce.
Uspokojona w końcu zamknęłam oczy, chociaż nie zamierzałam odpłynąć, póki nie upewnię się, że Gabriel zostanie. Kiedy poczułam, że ktoś zarzuca na mnie koc, a chwilę później materac lekko się ugiął, kiedy ukochany ułożył się obok mnie, w końcu ostatecznie udało mi się rozluźnić. Przytulił mocno mnie i Alessię, a ja przez moment prawie uwierzyłam, że to jednak może skończyć się dobrze.
Prawie.
Isabeau
Isabeau stała w progu pokoju Renesmee. Gabriel przeniósł tam i swoją narzeczoną, i córkę, kiedy tylko obie zasnęły, dochodząc do wniosku, że na większym łóżku będzie im obu wygodniej. Teraz po prostu siedział, obserwując i pilnując obu, i wyglądając przy tym tak, jakby za chwilę miał postradać zmysły.
Nawet Isabeau musiała przyznać, że to zdecydowanie zbyt wiele. Ledwo radził sobie z chorobą Nessie, a kiedy do tego wszystkiego doszła Alessia… Przerażające nawet było patrzenie na ten pozornie rodzinny obrazek, zwłaszcza na rozdartego Gabriela, który w jednej chwili znalazł się pomiędzy dwiema najważniejszymi kobietami w swoim życiu.
Zostałyśmy z Laylą zdegradowane, pomyślała mimochodem, po czym westchnęła. Tak bardzo chciałaby mu pomóc, jakkolwiek, ale przecież jej nie pozwalali. A żadne inne rozwiązanie nie przychodziło jej do głowy, chociaż zastanawiała się tyle razy…
Usłyszała kroki na schodach i cofnęła się w głąb korytarza, żeby przekonać się, że to Carlisle. Gabriel momentalnie wypadł z sypialni, zostawiając śpiącą narzeczoną i córkę, byleby tylko spotkać się z doktorem. Nie tylko on, bo i Edward pojawił się za swoim przybranym ojcem. Esme musiała zostać z Damieniem.
– Nie… – Jęk Gabriela był jednoznaczny. Oczywiście, że nie doczekał momentu, w którym Carlisle w ogóle otworzy usta i wyjątkowo złamał narzucone sobie jakiś czas temu zasady, zaglądając w myśli doktora. Isabeau nie musiała by wybitnie uzdolniona, żeby zorientować się, że badania nie wykazały nic. – Trzeba wymyślić coś innego. Jeśli nie we krwi, to…
Urwał, najzwyczajniej w świecie nie mając już pomysłu na to, co jeszcze sprawdzić. Sądząc po minie doktora, on również powoli zaczynał się poddawać, być może zaczynając godzić się z tym, że nie da się zdiagnozować tego, dlaczego właściwie obie pół-wampirzyce się rozchorowały, a co dopiero jak to leczyć.
Isabeau również nie miała pojęcia, chociaż przecież chodziła po świecie ponad cztery wieki. Ale chociaż był to imponujący wiek, zwłaszcza z perspektywy człowieka, najwyraźniej nawet kilka wieków nie wystarczyło, żeby dowiedzieć się wszystkiego, a przynajmniej chociaż absolutnego minimum, które pomogłoby podjąć jakąkolwiek decyzję, jeśli chodzi o rozwiązanie problemu.
Mimo wszystko tutaj nawet nie chodziło o sam wiek. Brakuje nam doświadczenia, pomyślała mimochodem, bezradnie obserwując twarz brata i żałując, że w żaden sposób nie potrafi mu pomóc.
Doświadczenie…
Poczuła się tak, jakby nagle oberwała czymś ciężkim po głowie. A niech to diabli, przecież od samego początku okłamywała wszystkich dookoła i samą siebie, nawet o tym nie wiedząc! Oczywiście, że miała pomysł na to, jak pomóc, chociaż wymagał od niej naprawdę wielkiego poświęcenia i być może właśnie dlatego wpadła na to tak późno.
Powoli opuściła powieki. Ani ona, ani Gabriel, ani nawet Carlisle nigdy nie spotkali się z taką chorobą i mieli zbyt małą wiedzę, żeby cokolwiek w tej sytuacji zaradzić, ale przecież świat nie ograniczał się jedynie do ich trójki. Isabeau żyła dość, żeby zawrzeć wiele różnorodnych znajomości i teraz nadeszła najwyższa pora, żeby je wykorzystać.
Coś przewróciło jej się w żołądku, kiedy uświadomiła sobie, co to oznacza. Odcięła się całkowicie od znanego sobie świata, kiedy Aldero… Na litość bogini, jak miała to zrobić, skoro do tej pory nie była w stanie ostatecznie pogodzić się z jego śmiercią i uporać z wspomnieniami, a rozwiązanie poniekąd się z nim łączyło? Nie wyobrażała sobie tego, ale przecież doskonale wiedziała, że to jedyna nadzieja, jaką dysponują – nie wybaczyłaby sobie, gdyby nawet o tym nie wspomniała.
Otworzyła oczy i uświadomiła sobie, że wszyscy – Gabriel, Carlisle i Edward – uważnie jej się przepatrują. Dopiero po chwili uświadomiła sobie, że stoi jak sparaliżowana i ledwo łapie oddech, co wyglądało przynajmniej niepokojąco… Albo raczej tak, jakby była szalona.
– Isabeau? – zapytał cicho Gabriel, obserwując ją i próbując zinterpretować jej wyraz twarzy. Przynajmniej w jej wypadku zachował na tyle taktu, żeby powstrzymać się od zaglądania do jej myśli, chociaż może powinno ją to urazić – to tak jakby potwierdzić, że nie ufali jej pomysłom i nie chcieli żadnych rad w obecnej sytuacji. – Beau, co jest?
Zamrugała pośpiesznie i pokręciła głową.
– Czas wrócić do domu… – wyszeptała zupełnie nieświadomie, spoglądając na brata, ale prawie nie widząc jego twarzy. Myślami była daleko, próbując walczyć ze wspomnieniami, które za wszelką cenę chciały zalać jej umysł niosącymi ból obrazami.
Teraz już z pewnością patrzyli się tak, jakby sądzili, że jest szalona. To jakoś pomogło wziąć się jej w garść; odrzuciła włosy zamaszystym gestem i spojrzała na całą trójkę.
– Wiem, co powinniśmy zrobić – oznajmiła bez ogródek, zanim zdążyłaby stchórzyć i jednak się rozmyślić.
Oczy Gabriela zdradzały narastającą złość.
– Jeśli znów chcesz bredzić o jakichś wierzbach i bratkach, czy co to tam było, mogę ci powiedzieć, gdzie sobie możesz je… – zaczął gniewnie, ale uciszyła go spojrzeniem.
– To nie była jakaś tam wierzba, ale mniejsza. I tak z gwoli ścisłości, nigdy nie powiedziałabym ci o bratkach, bo tym możesz ją najwyżej struć. Mówiłam o fiołku… – zaczęła.
Gabriel warknął.
– Dobrze, już dobrze – zreflektowała się, unosząc obie dłonie w obronnym geście. – To nie ma żadnego związku z zielarstwem, chociaż gdyby twoja mama żyła, sama potwierdziłaby, że mam rację… Już się zamykam! – Westchnęła zrezygnowana; co za ignorant! – Pomyślałam, że ta choroba nie mogła wziąć się znikąd. Jeśli jest coś, co jest w stanie zaatakować takich jak my, inni na pewno już o tym słyszeli i może wiedzą coś więcej – wyjaśniła, coraz bardziej przekonana o słuszności swojego toku rozumowania.
Jak się okazało, najwyraźniej była w tym odosobniona. Gabriel wciąż spoglądał na nią gniewnie, przede wszystkim jednak przeważały spojrzenia sceptyczne i pytające.
– Inni? – powtórzył Edward. Jak zwykle, kiedy nie był w stanie skorzystać ze swojego daru, wydawał się być zniecierpliwiony. – Co masz na myśli? – dociekał.
– Elitę nieśmiertelnych, to chyba oczywiste. Wszystkie wieści i tak ostatecznie docierają w jedno miejsce, w ekspresowym tempie na dodatek. Poza tym znam kogoś, kto może pomóc, nawet jeśli ta choroba to jakiś ewenement – powiedziała z zapałem.
Na twarzy Gabriela dostrzegła szok i zrozumienie, najbardziej bolesna jednak była nadzieja, która zabłysła w jego oczach. Nie chciała dopuścić do tego, żeby przekonany o powodzeniu, doznał największego w życiu rozczarowania, gdyby jednak się myliła.
Spokojnie. Wiem, jak może być, podesłał jej telepatycznie, nagle schodząc na ziemię. Mimo wszystko i tak był podekscytowany, najwyraźniej nie mogąc nic na to poradzić. Dla Renesmee i Alessi zrobiłby wszystko, tym bardziej w sytuacji, kiedy wydawało się, że traci je bezpowrotnie z każdym kolejnym dniem.
Carlisle również wyglądał na zaciekawionego.
– Ale mówiąc o elicie, nie masz na myśli Volturi? – upewnił się, ostrożnie dobierając słowa.
Zapragnęła się roześmiać. Oczywiście, że nie chodziło o Volturi – to była jedynie potężna rodzina, której zdawało się, że trzyma władzę, ale prawda była taka, że żyli w błędzie. Prawdziwa elita – nie tylko wampiry, ale i hybrydy, zmiennokształtni oraz prawdziwe dzieci księżyca – żyła w cieniu, jak być powinno. Nie powinna się dziwić, że ktoś, kto unikał bycia prawdziwym wampirem i upodabniał się do człowieka, nie miał pojęcia o jednym z najmroczniejszych miejsc na ziemi, ale mimo wszystko…
– Oczywiście, że nie! – zaprzeczyła pośpiesznie, kręcąc z niedowierzaniem głową. – Mam na myśli…
– Miasto Nocy – wtrącił cicho Gabriel, wciąż wstrząśnięty. – Na litość bogini, Isabeau, myślisz, że mamy na to czas? Minie kilka dni, zanim tam dotrzemy i to pod warunkiem, że naprawdę będziemy się streszczać. Wprowadzisz nas, co do tego nie mam wątpliwości, ale nie wydaje ci się, że w tym czasie może się zdarzyć… wszystko? – zapytał.
Gdyby ktoś go nie znał, nie zorientowałby się, że na moment zawahał się przy końcu. Ale nie Isabeau – ta doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że jej brat się boi i wcale mu się nie dziwiła. Oczywiste było, że podejrzewał, że dziewczyny nie dożyją dość długo, żeby sprowadzić pomoc… O ile oczywiście się nie myliła i jednak mieli ja tam uzyskać.
Odrzuciła od siebie te myśli, podobnie jak tysiące innych – zwłaszcza egoistycznych powodów, dla których mogłaby wykorzystać sytuację, żeby jednak się wycofać.
– Coś wymyślę – oznajmiła hardo, głosem zdecydowanie pewniejszym niż się czuła. – Właściwie czas jest naszym sprzymierzeńcem, bo gdyby coś się stało, zawsze mogę kazać Michaelowi natychmiast przenieść nas z powrotem i to nawet w tym samym momencie, w którym wyruszyliśmy. Nic nie stracimy, a możemy jedynie zyskać – nalegała.
Rozmawiała z Gabrielem, całkowicie ignorując Cullenów. Wiedziała, że nawet jeśli nic nie rozumieją, schwytają się wszystkiego, co może okazać się przydatne, a przecież właśnie to było najważniejsze. Posiadanie nawet abstrakcyjnego planu było czymś nader pożądanym w ostatnich dniach – niezależnie od szans na powodzenie.
Najgorsze w tym wszystkim było to, że mówiąc o Michaelu kłamała jak z nut, bo wcale nie była pewna, czy wampir zechce jej pomóc – zwłaszcza po kłótni. Poza tym jasno dał jej do zrozumienia, że nie ma prawa mu rozkazywać i nawet gdyby prosiła, prawdopodobnie nigdy więcej nie zakrzywiłby czasoprzestrzeni.
No cóż, ale Gabriel i pozostali wcale nie musieli tego wiedzieć…
– A więc dobrze – skapitulował. Wiedziała, że nawet jeśli zarzekał się, że zdaje sobie sprawę z możliwości niepowodzenia, nie potrafił zmusić się do tego, żeby nie odczuwać nadziei na to, że jednak się uda. – Dobrze. Nie wiem jak to zorganizujemy, ale ja mogę jechać chociażby zaraz… – zaczął, ale jednej rzeczy zupełnie nie przewidział.
– Nie! – zawołał ktoś niemal histerycznie i oczywiste się stało, że sprawa wcale nie będzie taka łatwa.

1 komentarz:

  1. Biedna Ali.Szkoda że zachorowała.Mam nadzieję,że Damien nie podzieli losu siostry i matki.Oby udało się je uratować.
    Czekam na nn i życzę weny.
    Pozdrawiam Ola.

    OdpowiedzUsuń




After We Fall
stories by Nessa