22.02.2013

Dwadzieścia dwa

Gabriel
Gabriel zamarł, kiedy Nessie rzuciła mu się na szyję. Nie przewidziałby, że drugi raz będzie zdolna do tego, żeby stanąć i gdziekolwiek pójść, ale to niezwykłe stworzenie najwyraźniej było zdolne do wszystkiego – i uwielbiało go zaskakiwać.
Wziął ją w ramiona i mocno przytulił, boleśnie świadom tego, że prawdopodobnie ją zranił. Czuł, że właściwie przelewa mu się w ramionach, zbyt osłabiona żeby dłużej stać, ale przy tym na tyle zdeterminowana, żeby obejmować go za szyję z siłą, którą trzeba było uznać jak na jej stan imponującą.
– Nie, nie, nie… – zaszlochała, wyraźnie całkowicie wytrącona z równowagi. – Nie możesz mnie zostawić. Przecież ja bez ciebie tego nie wytrzymam… – jęknęła.
Zakrztusiła się łzami i zaczęła kaszleć tak gwałtownie, że musiał wzmocnić uścisk wokół niej, żeby przypadkiem nie wyślizgnęła mu się i nie upadła. Atak kaszlu jeszcze bardziej ją osłabił, dlatego zupełnie machinalnie porwał ją na ręce, żeby się nie męczyła.
Mi amore… – zaczął czule, chcąc jakoś się wytłumaczyć, ale nie dała mu skończyć, znów zaczynając histeryzować.
– Gabrielu, proszę… – wydyszała, kiedy tylko udało jej się złapać oddech. Łapała powietrze tak szybko, że bał się, że zaraz straci z tego wszystkiego przytomność. – Dlaczego chcesz mnie zostawić? Proszę… Nie możesz… Proszę…
To, co mówiła, przestało mieć jakikolwiek sens, ale sprowadzało się do jednego – wręcz błagała go, żeby został. Pamiętał, że kiedyś zapytała go, czy chce sprawdzić, ile razy będzie w stanie poprosić i teraz najwyraźniej zamierzała mu to udowodnić, chociaż wcale tego nie chciał. Z jego powodu nie powinna uronić ani jednej łzy, ani tym bardziej być aż do tego stopnia nieszczęśliwą.
Carlisle z wahaniem podszedł odrobinę bliżej i spojrzał na wnuczkę. Renesmee podchwyciła jego spojrzenie i spróbowała przywrzeć do Gabriela jeszcze mocniej, jakby się bała, że doktor spróbuje ją przejąć i uśpić, żeby nie mogła nic zrobić.
Gabriel wiedział, że to poniekąd wina gorączki, ale oczywiste było, że nawet całkowicie przytomna Nessie, nie zachowałaby się o wiele lepiej. Potrzebowała go i teraz nie miał już do tego żadnych wątpliwości; mógł zrobić tylko jedno.
– Cii… Cii, moje najśliczniejsze kochanie – wyszeptał, po czym zakołysał nią lekko. – Nie zostawię cię. Jak mógłbym ci odmówić, skoro tak bardzo mnie prosisz? – zapytał cicho, spoglądając prosto w jej czekoladowe tęczówki, teraz zaszklone i wystraszone.
Wyglądała bardzo źle, co dawało mu do zrozumienia, że choroba postępuje. W białej koszuli nocnej, którą pomogła jej założyć Esme, żeby było jej wygodniej, wyglądała niemal jak duch. Ubranie było luźne, poza tym materiał kleił jej się do zgrzanego ciała, czyniąc ją jeszcze drobniejszą niż była w rzeczywistości. Policzki miała zarumienione od wciąż szalejącej gorączki, ciało zaś tak osłabione, że nie była w stanie dłużej utrzymywać uścisku, którym go otoczyła.
Kiedy usłyszała jego słowa, ostatecznie się poddała; ręce zsunęły się z szyi Gabriela i zawisły bezradnie. Renesmee wyglądała, jakby zaraz miała zasnąć, ale wciąż uparcie przymuszała się do zachowania otwartych oczu, których przenikliwe spojrzenie utkwiła w jego twarzy.
Potrzebowała pomocy, ale jak mógł ją zostawić, skoro tak bardzo go prosiła?
Wzięła kilka głębszych wdechów, żeby zapanować nad oddechem i szlochem, po czym w końcu zdołała się odezwać:
– Obiecujesz? – zapytała słabym, zachrypniętym głosem. Pomyślał, że chyba powinien dopilnować, żeby znów się napiła. – Gabrielu, przysięgnij mi – poprosiła.
Nie oczekiwała więcej, bo zdążyła już się przekonać, że nigdy nie złamał raz złożonej obietnicy, a co dopiero przysięgi. Spojrzał na nią czule, po czym nachylił się i ucałował jej rozpalone czoło.
– Przysięgam – wyszeptał jej wprost do ucha, nie mogąc się powstrzymać przed tym, żeby musnąć wargami jego płatek. – Nigdzie nie pójdę – powtórzył stanowczo.
Uspokojona skinęła głową, po czym wtuliła twarz w jego tors i w końcu zamknęła oczy. Wygodniej ułożył ją w swoich objęciach i spojrzawszy bezradnie na Edwarda, Carlisle’a i Isabeau, po prostu wzruszył ramionami. Przecież sami widzieli, co się działo i musieli po prostu zrozumieć, że tak wygląda sytuacja.
– Przepraszam – szepnął bezgłośnie, zwracając się głównie do obserwującej go posępnym wzrokiem Isabeau.
Zaraz po tym obrócił się na pięcie i ze śpiącą Nessie na rękach, ruszył w stronę sypialni, którą obecnie zajmowały jego narzeczona i córka. Nawet jeśli plan Isabeau był dobry, nie mógł tak po prostu zostawić Renesmee i Alesii – zwłaszcza, że tak naprawdę żadne z nich nie wiedziało, ile czasu razem mieli mieć jeszcze dla ciebie.
Isabeau
Isabeau czuła się wyczerpana, ale przynajmniej w końcu jej się udało. Gabriel nie mógł brać udziału w całym przedsięwzięciu i była w stanie to zrozumieć, ale – dzięki bogini! – to nie przekreślało całego planu, tym bardziej, że wszyscy zgodnie musieli przyznać, że to ostatnia nadzieja, jaką dysponowali.
Kiedy jej brat ostatecznie upewnił się, że zarówno jego przyszła żona, jak córka śpią, w końcu dołączył do wszystkich w salonie. Esme chwilę wcześniej udało się położyć Damiena spać, dlatego mieli przynajmniej kilka godzin na to, żeby wszystko ostatecznie zaplanować.
Isabeau była oszczędna, jeśli chodziło o szczegóły, a Cullenowie na szczęście rozumieli, że czasu jest zbyt mało, żeby przez całą noc dyskutować o tym, czym właściwie jest Miasto Nocy. Beau właściwie ograniczyła się do jednego zdania: miejsce zamieszkane przez nieśmiertelnych, po czym obiecała, że wszystko wytłumaczy im na miejscu – oczywiście w takim stopniu, jakiego będzie wymagała sytuacja.
Gabriel z góry zaznaczył, że nie ruszy się z domu, ale nie przejęła się tym – to stało się oczywiste, kiedy tylko usłyszeli głośny sprzeciw Renesmee. Z jednej strony pozbawiało to ich potężnego talentu, jakże pożądanego w miejscu, które zaproponowała Isabeau, z drugiej jednak, dziewczyna czuła swego rodzaju ulgę, że jej brata nie będzie tam, gdzie się urodziła, wychowała i przeżyła największą traumę w swoim życiu.
Ale mieli być inni i to stanowiło problem. Ostatecznie – bo długich bojach i licznych argumentach, poniekąd kłamliwych, bo kartą przetargową okazała się rzekoma pomoc Michaela – stanęło na tym, że prócz Isabeau, pojadą również Carlisle i Esme. Edward i Gabriel mieli zostać, żeby opiekować się Damienem i dziewczynami.
Oczywiście doktor nie był z tego pomysłu zadowolony – wolał kontrolować sytuację w domu i stan swoich wnuczek – ale Isabeau udało się przemówić mu do rozsądku. Nie była naukowcem, nie znała się na medycynie i naukowych bredniach, a do czegoś takiego miało się sprowadzać to, co usłyszą, jeśli oczywiście wszystko przebiegnie pomyślnie. Potrzebny był ktoś, kto dysponował odpowiednią wiedzą, a Carlisle wydawał się być jedynym odpowiednim kandydatem.
Esme niemal bez zastanowienia stwierdziła, że w takim razem zamierza mu towarzyszyć, co Beau podsumowała wymownym milczeniem. Kiedy chciała ich do siebie zbliżyć, zwykle wszystko szło nie tak, ale jeśli chodziło o coś niebezpiecznego… No cóż, nie jej przejmować się decyzjami kobiety, która przecież była już dorosła i raczej świadoma tego, że to nie będzie wycieczka krajoznawcza.
Isabeau długo nie czekała, aż wszyscy oswoją się z sytuacją. Na zakończenie dyskusji – ku zdumieniu całego towarzystwa – oświadczyła, że daje im dwie godziny na przygotowanie się. Zamierzała wyruszyć jeszcze tej samej nocy, zanim ktokolwiek zdąży się rozmyślić – lub, co gorsza, ona sama to zrobi.
Poczuła niemałą satysfakcję, kiedy posłuchali jej bez jakichkolwiek sprzeciwów czy pytań. Uczucie to zdecydowanie kłóciło się z tym, co odczuwała na samą myśl o powrocie do Miasta Nocy – „domu”, jak sama miejsce to określiła – ale starała się o tym nie myśleć. Absolutnie rozdarta, udała się wprost do swojego pokoju, ale nie po to, żeby się spakować, ale skupić się na czymś zupełnie innym i bardziej potrzebnym.
Z westchnieniem opadła na łóżko i zamknęła oczy. Skupienie i sen przyszły zaskakująco szybko, dlatego w zaledwie kwadrans udało jej się wniknąć w sferę snów i odnaleźć tę aurę na której najbardziej jej zależało. Mimochodem zauważyła, że praktycznie nie wyczuwała tych, które należały do Renesmee i Alessi, co zmotywowało ją do tego, żeby tym bardziej się postarać.
Aura, którą przywołała, przypominała złocistą mgiełkę. Delikatna i błyszcząca, muskała jej skórę wijąc się i wydając jeden z najbardziej czystych dźwięków, jakie kiedykolwiek słyszała. Kto by pomyślał, że jej właścicielka była spokrewniona z jedną z najbardziej sadystycznych istot, jaką Isabeau miała okazję poznać…
Isabeau westchnęła, po czym zanuciła wydawaną przez aurę melodię, sprawiając, że mgiełka rozrosła się do rozmiarów, które była odpowiednie, żeby w nią przeniknąć. Z nabytą przez lata wprawę, zanurzyła się w złocisty blask, tym samym wnikając do umysłu osoby, której snom i myślom daleko było do nieskazitelnej, pięknej wręcz aury.
Przypominało to miejsce wiecznej żałoby. Poczucie bólu i straty wypełniało cały umysł Lilianne Glass, sięgając aż do duszy. Isabeau na moment zamarła, próbując siłą woli uporządkować nieskładne obrazy, które ją otoczyły. Lilly śniła, ale jej sen z pewnością nie był spokojny – składał się na liczne wspomnienia i negatywne emocje: głównie ból i strach. Beau doskonale wiedziała, jak to jest nosić w sobie żałobę i czuć się rozbitym po śmierci kogoś bliskiego, dlatego najzwyczajniej w świecie dziewczynie współczuła – nawet jeśli sama nie żałowała tego, że Taylor nie żyje.
Obrazy zniknęły i zapanowały rozkoszne cisza oraz ciemność. Isabeau dryfowała pośrodku nicości, powoli uspokajając się po pierwszym, czego doświadczyła i zaczynając się przygotowywać do rozmowy, którą zamierzała przeprowadzić. Musiała dobrze to rozegrać, jeśli oczekiwała, że bliźniaczka Taylor zdecyduje jej się w czymkolwiek pomóc.
Lilianne również w końcu wyrwała się ze snu i dezorientacji nagłą zmianą; Isabeau wyczuła jej obecność, kiedy zaczęła z pomocą mocy szukać intruza, który naruszył jej prywatność.
Kto…?, pomyślała i nagle zamarła, bo rozpoznała aurę Isabeau. Och…, wyrwało jej się.
Witaj, Lilianne, odpowiedziała w miarę spokojnie Isabeau. Była doskonałą aktorką, dlatego jej mentalny głos brzmiał pewnie, a zarazem łagodnie, chociaż w głębi duszy absolutnie tak się nie czuła. Przepraszam, może nie powinnam była w ten sposób… Ale muszę poprosić cię, żebyś mi pomogła, dodała pośpiesznie, modląc się w duchu, żeby nie popełniła w tym momencie błędu.
Nie mieli zbyt wielu wiadomości na temat Drake’a i pozostałych z grupy Lawrence’a, ale Isabeau była niemal absolutnie pewna, że po śmierci siostry, Lilianne całkowicie się od telepatów odcięła. Trwała w tym jedynie przez wzgląd na Taylor, później więc nie widziała dalszego w tym sensu; Isabeau zresztą mogła się założyć, że po takiej tragedii dziewczyna będzie chciała opłakiwać siostrę w samotności.
Lilly wydawała się być jeszcze bardziej zdezorientowana niż na początku. Wahała się przez moment, po czym Isabeau poczuła jej niewerbalną zgodę i zaciekawienie.
To zależy, czego potrzebujesz, usłyszała w końcu odpowiedź Lilianne; widać było, że dziewczyna starannie dobierała słowa.
Więc Isabeau jej powiedziała.

Podróż przez las nie należał do bardzo wymagających. Isabeau szła przodem, prowadząc i trzymając ludzkie tempo – szybki marsz, którego nie dało się przyrównać ani do spaceru, ani jeszcze określić mianem biegu. Nie mówiła nic, po prostu prowadząc Esme i Carlisle’a w stronę miasta, chociaż centrum Forks bynajmniej nie było ich celem. Nie mieli tam nawet dobrzeć, jeśli oczywiście wszystko miało pójść dobrze.
Nie miała żadnej torby – ubrania ani inne rzeczy nie były jej potrzebne, bo z łatwością mogła je zdobyć na miejscu. Kiedy Esme się o to zatroskała i zapytała jej, czy oby na pewno czegoś nie potrzebuje, stwierdziła spokojnie, że sobie poradzi. Nigdy nie podróżowała z bagażem, bo to było zbędne obciążenie, bez którego spokojnie dało się obejść.
Sami zresztą też ograniczyli się do absolutnego minimum, więc powinni ją rozumieć. To, że była połowicznie człowiekiem, nie znaczyło, że jest mniej wytrzymała od wampira. Poza tym nie była dzieckiem i przez niemal całe czterystuletnie życie radziła sobie samodzielnie – nie potrzebowała, żeby ją niańczyć.
Kolejny raz zadumała się nad troską, którą jej okazywali, zupełnie jakby była jednym z ich przybranych dzieci. W jakimś stopniu była za to wdzięczna, z drugiej jednak strony doprowadzało ją to do szału, bo nie miała okazji, żeby do czegoś podobnego przywyknąć. Uczucia, które okazywali sobie z rodzeństwem to było zupełnie coś innego, ale nagle odczuć niemal rodzicielską miłość…
Przestała o tym myśleć. To nie było istotne – a nawet jeśli, wkrótce miało stracić na wartości. Teraz mieli ważniejsze zadanie, w którym czas był o tyle istotny, że nie tylko warunkowało dalsze życie Alessi i Renesmee, ale i… Isabeau. Co by było, gdyby wkrótce jej wizja jednak się spełniła – po prostu by umarła – i to zanim w ogóle dotrą na miejsce? Czy wtedy poradziliby sobie, nie wiedząc czego szukać?
Przez kilkanaście minut panowała idealna cisza. Isabeau była w stanie usłyszeć własną krew, krążącą w żyłach oraz przyśpieszony oddech. Poza tym w lesie wydawało się nie być żadnego życia, co wydawało się dziwne o tej porze roku, jeśli nie było się świadomym obecności trójki nieśmiertelnych. Zwierzęta i inne leśne żyjątka ich wyczuwały, i instynktownie próbowały się ukryć, spłoszone obecnością drapieżników.
Coś w tym milczeniu zaczynało być irytujące…
– Gdzie właściwie znajduje się to miejsce? – zapytał nagle Carlisle, najwyraźniej nie mogąc się powstrzymać.
Isabeau na moment się na niego obejrzała. Złociste oczy doktora śledziły uważnie Kady jej ruch, poza tym zdradzały zainteresowanie – zawsze był chętny poszerzać wiedzę o wampirach i innych nieśmiertelnych istotach, dlatego sam fakt istnienia Miasta Nocy go fascynował.
– We Francji, w łańcuchu gór Écrins – odparła, dochodząc do wniosku, że powinna im o tym powiedzieć. Gdyby jednak przyszło im wracać bez niej… – To olbrzymia dolina… Hm, nie potrafię nawet tego opisać. Sami zobaczycie – zapowiedziała, tym samym kończąc rozmowę.
Zorientowała się, że jej słowa na moment wytrąciły ich z rytmu. Musieli przyśpieszyć, żeby się z nią zrównać.
– We Francji? – powtórzyła z niedowierzaniem Esme, spoglądając na nią okrągłymi ze zdumienia oczami.
– Oui – odparła, wzruszając ramionami. – Potrzebowaliśmy odludnego miejsca, w Europie najlepiej, biorąc pod uwagę klimat – wyjaśniła; teraz już właściwie szła na wyczucie, bo zamiast na drogę, patrzyła na towarzyszącą jej dwójkę.
– Esme chyba raczej chodziło o to, jak zamierzasz się tam dostać. Pieszo przecież zajmie nam to przynajmniej kilka dni, poza tym ocean to też problem – zauważył przytomnie Carlisle.
Tym razem to Isabeau omal nie zgubiła rytmu. Potknęła się o jakiś wystający korzeń – w mroku ciężko było dokładniej stwierdzić, co to było – i byłaby upadła, gdyby Carlisle w porę nie przytrzymał jej za ramię. Speszona, momentalnie się odsunęła, jeszcze zanim do końca udało jej się złapać równowagę.
– Już to załatwiłam – ucięła sztywno, znów przyśpieszając, żeby dać Cullenom do zrozumienia, że nie zamierza dłużej ciągnąć tematu.
Wymienili porozumiewawcze spojrzenia, ale nic nie powiedzieli, po prostu pozwalając jej się prowadzić. Ucieszyło ją to, bo nie miała siły i chęci na to, żeby cokolwiek im tłumaczyć. Poza tym musiała pomyśleć, doktor bowiem poruszył nieświadomie temat wody, co momentalnie skojarzyło jej się z wizją śmierci.
Ocean. To straszne, ale sama myśl o jakimkolwiek zbiorniku wodnym napawała ją przerażeniem. Cudownie, z tego wszystkiego oszaleję i będę wrzeszczeć nawet jak zacznie padać, sarknęła w myślach, zrezygnowana. To zaczynało powoli wymykać się spod kontroli, a ona nie miała pojęcia, co powinna w tej sytuacji zrobić.
Przestała o tym myśleć, kiedy wyczuła obecność nieśmiertelnego. Carlisle i Esme również musieli się zorientować, bo kątek oka zauważyła, że przystanęli i zdwoili czujność. Sama również się zatrzymała i wywróciła oczami, kiedy doktor stanął przed nią, dla pewność zasłaniając ją i Esme – przecież oboje wiedzieli, że walczyła zdecydowanie lepiej od niego.
Intruz się zawahał. Wciąż skryty pomiędzy drzewami, po prostu niepewnie obserwował i Isabeau zaczęła się obawiać, że ostatecznie postanowi się wycofać.
– Wyjdź, Lilly – powiedziała spokojnie, ignorując pełne niedowierzania spojrzenia swoich towarzyszy. Spojrzenia Cullenów po prostu zignorowała – wiedziała, że nie są na tyle porywczy, żeby bez zastanowienia byłą podopieczną Lawrence’a zaatakować.
Lilianne westchnęła, po czym w końcu wyszła spomiędzy drzew. Jasne włosy opadały jej luźno na ramiona i plecy, kontrastując z materiałem czarnego swetra, który miała na sobie. Chociaż drżała i widać było, że jest jej zimno, zupełnie nie zwracała na to uwagi.
Spojrzała na zebranych nieśmiertelnych, po czym zaczęła nerwowo przeczesywać włosy palcami. Kilka słabszych wypadło i zostało jej w placach, ale na to również nie zareagowała. Spojrzała na nie mało przytomnie, po czym otarła dłoń o jeansy i spojrzała na wszystkich obecnych. Wydawało się, że właściwie sama nie ma pojęcia, co takiego robi z nimi nocą, w środku cichego lasu.
– Czegokolwiek sobie życzysz, ka… – zaczęła i zmarszczyła czoło, kiedy Isabeau rzuciła jej lodowate spojrzenie. – Isabeau – zreflektowała się, kiwając lekko głową.
– Bądź pozdrowiona – odparła sztywno, bez większego problemu wymijając Carlisle’a i podchodząc do pół-wampirzycy. Doktor przez moment chyba zamierzał ją zatrzymać, ale coś w jej postawie ostatecznie go powstrzymało. – Rozumiem twój ból – powiedziała szeptem, właściwie jedynie poruszając ustami, żeby tylko Lilianne ją usłyszała.
Lilly znów jedynie kiwnęła głową i dygnęła lekko. Jej niebieskie oczy odrobinę pociemniały, poza tym jednak w żaden sposób nie zareagowała na wzmiankę o śmierci siostry.
Isabeau – chociaż to było sprzeczne z jej instynktem – odwróciła się plecami do dziewczyny, żeby spojrzeć na Cullenów.
– Ona nikomu nie zagraża. Lilly jest w porządku – ucięła stanowczo, nie zamierzając teraz nikomu tłumaczyć, jak to się stało, że zwróciła się o pomoc do siostry Taylor. Sama Lilianne zresztą zasłużyła na to, żeby uszanować jej prywatność. – Chyba nie sądziliście, że byłabym na tyle głupia, żeby planować iść do Francji na piechotę, prawda? – westchnęła zrezygnowana, widząc ich spojrzenia.
– Oczywiście, że nie – zapewniła natychmiast Esme. Przeniosła wzrok na speszoną Lilianne i uśmiechnęła się niepewnie. – Dziękujemy, Lilly – powiedziała cicho.
Dziewczyna na moment spojrzała jej w oczy, po czym uciekła wzrokiem gdzieś w bok. Skupiła się na Isabeau, spoglądając na nią nagląco; widać było, że czuje się niezręcznie w towarzystwie osób, którym wcześniej starała się zaszkodzić, nawet jeśli jedynie przez wzgląd na Taylor.
Isabeau doszła do wniosku, że nie ma za co czekać, dlatego podeszła wprost do Taylor i wyciągnęła rękę w jej stronę – równie pewnie, jak zawsze, kiedy podróżowała z Michaelem. Lilianne spojrzała na nią sceptycznie, ale ostatecznie ujęła jej dłoń.
Obie spojrzały wyczekująco na pozostałych.
– Wiesz, gdzie się wybieramy? – zaciekawił się Carlisle, zupełnie machinalnie ujmując dłoń Esme i zbliżając się do obu pół-wampirzyc. – Jak to działa? Możesz przenieść się jedynie tam, gdzie już byłaś czy możesz po prostu wiedzieć, gdzie powinnaś się przenieść? – dociekał, wyraźnie zafascynowany.
Lilianne, o dziwo, nie zawahała się przed odpowiedzią.
– Muszę to po prostu sobie wyobrazić. Jeśli wiem, jak to miejsce wygląda, nie ma żadnego problemu – to nieistotne, czy już tam byłam. Oczywiście im więcej szczegółów, tym łatwiej mi się przenieść – ilość osób, które ze sobą zabieram, też ma znaczenie – ale w przypadku Miasta Nocy nie będzie żadnego problemu. Wychowałyśmy się tam z Tay… – dodała i urwała gwałtownie; głos załamał jej się przy końcu.
Nikt nic nie powiedział, co Lilianne przyjęła z wdzięcznością. Mocniej ścisnęła dłoń Isabeau, po czym wyciągnęła wolną rękę w stronę Esme i pochwyciwszy ją, zamknęła oczy. Beau spojrzała na nią znacząco, mając nadzieję, że dziewczyna zrozumie jedno – że pewne sprawy powinna przemilczeć, bo powrót do Miasta Nocy nie zmieniał niczego.
Lilly prawie niezauważalnie skinęła głową, po czym opuściła powieki, żeby się skoncentrować.
Isabeau obserwowała ją przez kilka chwil, po czym zrobiła dokładnie to samo i pogrążyła się w łaskawej ciemności.

2 komentarze:

  1. Wow.Renesmee to ma siłę!Mam nadzieję że znajdą to czego szukają i Nessie z Alessią wyzdrowieją.
    Czekam na nn.
    Życzę weny.Ola.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie ma nowego .szkoda . ;c
    ale ten rozdział świetny ciekawe jak wyjdzie z tym miastem nocy. naprawdę masz talent do pisania. ;>

    OdpowiedzUsuń




After We Fall
stories by Nessa