„I dream of a stairway to the skies
My angel is coming down from heaven to take me
I reach out but then you fade away
Whenever you call for me
Know that I'm only one step behind”
My angel is coming down from heaven to take me
I reach out but then you fade away
Whenever you call for me
Know that I'm only one step behind”
Within Temptation – „Stairway to the Skies”

Dorian
W ogrodzie panował kojący
mrok. Drzewa kołysały się łagodnie na ledwo wyczuwalnym, chłodnym wietrze, niosącym
ze sobą znajomy zapach owoców i kwiatów w pełni rozkwitu. Nocne
powietrze igrało również jego skrzydłami, sprawiając, że zapragnął wzbić się ku
atramentowemu niebu i – nie pierwszy raz zresztą – spojrzeć na okolicę z góry.
Tak mógł szybciej dotrzeć do celu, ale ostatecznie zrezygnował z tego
pomysłu, dochodząc do wniosku, że to mogłoby być nieuprzejme.
Westchnął w duchu,
mimowolnie zastanawiając się nad tym, czy podchody miały jakikolwiek sens.
Najpewniej wiedziała, o co chciał ją prosić. Przez ostatnie tygodnie robił
to częściej niż do tej pory, za każdym razem doczekując się wyłącznie zatroskanych
spojrzeń, czarujących uśmiechów i wymijających odpowiedzi, które może trochę
studziły jego zapał, podsycając nadzieję, ale na pewno nie czyniły Doriana
bardziej cierpliwym.
Jasna
cholera, świat się zmienił. Czekali na przewrót, a ten w końcu
nadszedł, czyniąc międzyświaty bardziej otwartymi niż przez ostatnie wieki.
Jeśli nie po tym wszystkim, kiedy w końcu miał otrzymać odpowiedzi?
To nie tak,
że przestał ufać bogini. Cierpliwie trwał u jej boku, gotów zrobić
wszystko, byleby zapewnić Selene bezpieczeństwo. Wierzył w nią i wspierał
nawet wtedy, gdy w jej srebrzystych oczach dostrzegał zwątpienie, a ona
znów obwiniała się o podjęte w przeszłości decyzje, ubolewając nad
przykrościami, które spotykały jej dzieci. Dorian z uporem zamierzał ją pocieszać,
bynajmniej nie po to, by osiągnąć cel. Och, zdecydowanie nie. Jego zdaniem bogini
zrobiła wszystko, co najlepsze, nawet jeśli w którejś chwili się pogubiła.
„Dziękuję
ci, najdroższy… Obawiam się tylko, że to nie takie proste” – powiedziała mu
podczas którejś z licznych rozmów. Nie rozwinęła tej myśli, wkrótce po tym
wykręcając się jakąś ważną sprawą i zostawiając Doriana samego. Te słowa
jakimś stopniu go prześladowały, choć zarazem nie zmieniały sposobu, w jaki
patrzył na jedną z najbliższych jego sercu kobiet.
Również
tego wieczoru znalezienie Selene okazało się dziecinnie proste. Miał wrażenie,
że od ponad dwóch miesięcy regularnie przesiadywała nad jeziorem, wpatrzona w dwa
lśniące księżyce – srebrzysty, zastępujący słońce i drugi, znacznie
mniejszy wyglądający jak krwistoczerwona kula. Krwawy Księżyc – tak
Dorian przywykł nazywać go w myślach.
Jeszcze
zanim dotarł do celu, doszły go subtelne dźwięki muzyki. Wygrywana na pianinie
melodia wydawała się wędrować wraz z wiatrem, brzmieniem dosłownie chwytając
za serce. Było w tym coś subtelnego, nostalgicznego i niezwykle
pięknego – trochę jak personifikacja tęsknoty, którą sam przez te wszystkie
wieki pielęgnował. Na moment zamarł, wsłuchując się w wygrywaną melodię i dopiero
po chwili decydując się pokonać ostatnich kilka metrów.
Już na
pierwszy rzut oka dostrzegł zmianę, która zaszła w wyglądzie jeziora.
Momentalnie zwrócił uwagę na śnieżnobiałą, górująca nad zbiornikiem wodnym
altanę – prostą, pozbawioną zbędnych zdobień, ale i tak niezwykle urokliwą.
To właśnie tam
Selene ulokowała pianino, przy którym osobiście zasiadła. Ze swojego miejsca
Dorian doskonale widział jej profil – bladą cerę, zamknięte oczy i ujmujący
uśmiech. Jasne, niemalże srebrzyste włosy falami spływały na szczupłe ramiona i plecy,
łagodnie falując przy każdym ruchu. Jej dłonie z wprawą poruszały się po klawiaturze;
palce bez wahania lądowały na odpowiednich klawiszach. Nie potrzebowała ani
nut, ani konieczności śledzenia kolejnych ruchów wzrokiem. Po prostu grała, na
dodatek z taką pasją, że był wręcz gotów stwierdzić, że bogini stała się
muzyką.
Nie od razu
ruszył się z miejsca, przez dłuższą chwilę zdolny co najwyżej ją
obserwować. Przerwanie jej akurat teraz wydawało
się zbrodnią, ale mimo wszystko…
– Chodź do
mnie, najdroższy. Nie musisz się chować – usłyszał jej melodyjny, pogodny głos.
Dorian ze
świstem wypuścił powietrze. Nawet się nie zawahał, szybkim krokiem pokonując
dzieląca go od altany odległość. Bez większego wysiłku wspiął się na niski
podest, ostatecznie stając u boku zasiadającej przy pianinie kobiety.
– Małe
przemeblowanie, pani? – rzucił zaczepnym tonem, wymownie rozglądając się
dookoła.
– To
miejsce mnie uspokaja – odparła, nie przerywając gry. Otworzyła oczy,
spojrzenie jasnych oczu przenosząc wprost na Doriana. Jego zdaniem przypominały
gwiazdy. – Myśl, że po drugiej stronie w końcu
mogę dostrzec życie, tym bardziej.
Och, no
tak. Promieniała, odkąd granice między skrawkiem świata, który tyle czasu rezerwowała
wyłącznie dla siebie, runęły, by połączyć się z tym, co do tej pory
wszyscy nazywali między tu i teraz. Wierzył, że gdyby tylko mogła, nie
odstępowałaby oswobodzonych dusz nawet na krok, gotowa spełnić wszystkie ich
zachcianki. Całe szczęście Gaja i jej krewne nie były ani wymagające, ani
nie oczekiwały od bogini więcej, niż ta mogła im zaoferować.
Milczał, wciąż
z uporem obserwując Selene. Zmienianie tematu na ten, który dręczył go
najbardziej, nie wydawało się właściwe w tym momencie. Wciąż mogło zaczekać,
zwłaszcza że podejrzewał, co usłyszy, ale mimo wszystko…
– Dobrze
widzieć cię taką – zaczął, starannie dobierając słowa. Uśmiechnął się i przyszło
mu to dość naturalnie, zwłaszcza że naprawdę wierzył w to, co mówił. – Moja
pani…
– Moja
odpowiedź dla ciebie wciąż jest taka sama – oznajmiła, jak gdyby nigdy nic
wchodząc mu w słowo. Muzyka ucichła, kiedy przerwała grę. Bogini wyprostowała
się na swoim miejscu, po czym zwróciła ku Dorianowi, poświęcając aniołowi
pełnię uwagi. – Cierpliwości. Wierzę, że wymagam wiele po całym tym czasie, ale
spróbuj zaufać mi ten ostatni raz.
– Ja tylko…
– Moje
serce pęka za każdym razem, gdy dostrzegam swoje zaniedbania – podjęła
pośpiesznie Selene. Miał wrażenie, że jej wewnętrzny blask przygasł i to
wystarczyło, by wzbudzić w nim wyrzuty sumienia. Nie powinien był znów zaczynać
tego tematu. – Tym bardziej gdy przypominam sobie, że w którymś momencie
uznała, że ją porzuciłam… Ale to silna kobieta, najdroższy. Bardzo silna.
–
Najsilniejsza, jaką kiedykolwiek znałem – zgodził się bez wahania.
Na ustach
Selene pojawił się łagodny, olśniewający uśmiech.
– Chciałabym
coś dla ciebie zrobić, ale to nie jest odpowiedni moment. Aczkolwiek sądzę, że…
– Jej spojrzenie na ułamek sekundy uciekło ku dwom księżycom. Nieznacznie
potrząsnęła głową. – Wyczuwam zmiany. Ona też się zmienia. Po prostu pozwól
nadejść temu, co musi się wydarzyć.
– Bogini…
– Zaufaj mi
ten ostatni raz. O więcej nie proszę. – Kobieta posłała mu przepraszający,
zmęczony uśmiech. – Dajecie mi więcej, niż śmiałabym sobie życzyć – stwierdziła i tyle
wystarczyło, by Dorian pojął, że dobrze wiedziała, jaką odpowiedź będzie miał
jej do przekazania.
– Ufam ci. Zawsze
będę.
Skinęła
głową. Nie powiedziała niczego więcej, w zamian ponownie sadowiąc się przy
pianinie tak, by móc wrócić do gry. Znów otoczyły go kojące dźwięki muzyki,
dziwnie nienaturalne i spokojnie po rozmowie, którą dopiero co odbyli.
Dorian
rzucił bogini ostatnie niepewne spojrzenie, nim zdecydował się oddalić.
Być może
gdyby przed wkroczeniem między drzewa odwrócił się choć raz, dostrzegłby krążący
wokół altanki cień.
No to zaczynamy. Stęskniłam się jak nie wiem co, więc to kolejny dowód, że jestem olbrzymią masochistką. Chociaż może i taka przerwa od czasu do czasu nie jest złym pomysłem – tylko bardziej utwierdzam się w przekonaniu jak bardzo kocham LITT.
OdpowiedzUsuńI to od ośmiu lat.
Bo tak, zgadza się – właśnie mija kolejny rok od dnia, w którym opublikowałam prolog „Brzasku”. I nawet do głowy by mi nie przyszło, że a) przetrwam tyle czasu i b) ta seria zrobi mi taki numer, rozwinie się na dziesięć pełnych tomów i… Bóg (No i trochę ja. Chyba…) raczy wiedzieć co jeszcze. Tak więc zostawiam Was z prologiem dziewiątej (i przedostatniej) już księgi – czymś na co czekałam długo, przez co tym bardziej niedowierzam, że dobrnęłam do tego tomu. I tych wątków. I pary, która tym razem będzie napędzać całą historię.
Co mogłabym dodać? Dziękuję. Tylko tyle albo aż tyle, bo co miałabym zrobić więcej? Po prostu dziękuję – za obecność, wytrwałość i coraz to nowsze osoby, które z jakiegoś powodu mają cierpliwość do mnie, tej historii, napędzają mnie i najzwyczajniej w świecie są – czy to w bardziej widoczny, czy też cichy sposób. Zawsze powtarzałam, że czytelnicy są niczym anioły i to w moim odczuciu się nie zmieniło. Wciąż zaskakujecie, a mnie serce rośnie wraz z każdą kolejną osobą, która uderza do mnie prywatnie. I za to jestem najbardziej wdzięczna: za znajomości, prywatę i ciepłe słowa, dzięki którym czuję, że pisanie tej historii ma sens.
Okej, bo zaczynam smęcić. Zostawiam Was z prologiem, nie na długo, bo wracam do regularnej (no, mniej więcej) publikacji. Jak dobrze pójdzie, wkrótce pojawi się znów jakiś dodatek, zwłaszcza że jakiś czas temu zaczęłam na kronikach „Anioła” (jeśli ktoś nie widział: KLIK).
Cóż, chyba tyle. Dobrze jest wrócić. :3
Wasza Nessa.