7 października 2019

Jeden

Elena
– Światłość i Ciemność istnieli od zawsze. Oczywiście mam tu na myśli Selene, ale… Och, od początku. – Andreas w nieco roztargnionym geście przeczesał włosy palcami. – Są różni, pod każdym możliwym względem. A zarazem tworzą tak doskonałą harmonię, że to aż nieprawdopodobne, skoro odkąd tylko sięgam pamięcią, próbowali ze sobą walczyć. To ciągły konflikt. Nigdy tak naprawdę nie zażegnany – stwierdził demon, ale takim tonem, jakby w takim stanie rzeczy nie było niczego niepokojącego. Brzmiało to raczej tak, jakby mówił o czymś, co od samego początku pozostawało dla niego proste i oczywiste. Normalny stan rzeczy, tak jak śnieg zimą albo piękny, słoneczny dzień w samym środku lata. – Sądzę, że tak naprawdę nigdy nie powinien.
Elena obserwowała mężczyznę z zaciekawieniem. Szedł przodem, bez pośpiechu przechadzając się wzdłuż brzegu spokojnego jeziora. Zapadał zmierzch, dzięki temu tym wyraźniej widziała dwa górujące nad okolicą księżyce. Ten większy, lśniący i srebrzysty, nie pierwszy raz wyglądał, jakby wyłaniał się z wody. Przykuwał wzrok, po zmroku zachowując się niemalże jak namiastka słońca. Miał w sobie coś hipnotyzującego, a po czasie nawet przestawał zadziwiać, będąc niczym integralna część świata, który przez ostatnie tygodnie Elenie zdarzało się odwiedzać niemalże codziennie.
Był jeszcze drugi księżyc – niewielki, jakby skryty za bratem. Ten dla odmiany raził czerwienią, będąc niczym krwiste oko, z nieboskłonu obserwujące to, co działo się poniżej. Patrząc na srebrzystego satelitę, łatwo było zapomnieć o drugim, ale prędzej czy później wzrok tak czy inaczej wędrował do subtelniejszego, ale mimo wszystko wyraźnego punktu.
– Konflikt blasku i mroku – rzuciła z namysłem, nie odrywając wzroku od nieba. Jasne włosy opadły jej na policzek, kiedy przekrzywiła głowę. – Jak romantycznie.
Parsknięcie, które rozbrzmiało tuż za jej plecami, uprzytomniło Elenie, że wypowiedziała te słowa na głos.
– Romantyczna wojna – powtórzył bez przekonania Rafael. I bez patrzenia na niego wiedziała, że uśmiechnął się w ten nieco pobłażliwy, choć bez wątpienia czarujący sposób. – Czasami naprawdę cię nie rozumiem, lilan.
– Musiałabym cię zabić, gdybyś kiedyś zaczął.
– Już to zrobiłaś – odparł bez większego zainteresowania Rafa. Z wrażenia omal nie potknęła się o własne nogi, mimowolnie wzdrygając na samo wspomnienie. To, że znajdowali się w pobliżu jeziora, nie pomagało. – Dalej nie jestem pewien czy to raczej powód do dumy, czy może jednak powinienem się martwić, aczkolwiek…
– Konflikt. Andreas mówił o konflikcie – przypomniał pośpiesznie Carlisle.
Ze świstem wypuściła powietrze. Była ojcu wdzięczna za to, że postanowił się wtrącić, na dodatek w taki sposób. Nie chciała dyskutować o incydencie z Ogniem Piekielnym i to nawet w żartach. Najwyraźniej nie była w tym odosobniona, a może to po prostu Carlisle zbytnio skupiał się na słowach Andreasa – przyczyna tak naprawdę nie była istotna. Liczyła się zmiana tematu i to, że obyło się bez zbędnych dyskusji albo – co grosza – wstępu do kłótni.
Miała wrażenie, że ojciec zaczynał przywykać do obecności Rafaela. Albo że przynajmniej odpuścił na tyle, by wiedzieć, kiedy zamilknąć i udawać, że nie działo się nic wartego uwagi. Tak czy siak, błogosławiła taki stan, nawet jeśli nie oznaczał, że nagle wszyscy zaczęli uznawać się za rodzinę. Na dobry początek w zupełności jej to wystarczyło.
– Ależ nie przeszkadzajcie sobie. Ja zawsze lubiłem przemawiać w pustkę – rzucił pogodnym tonem Andreas. – Jak się nie ma towarzystwa…
– Na własne życzenie nie miałeś towarzystwa – przypomniał mu Rafael.
Demon wywrócił oczami.
– I tak, i nie. Zresztą na moim miejscu też nie odmówiłbyś bogini. Ojcu tym bardziej – zauważył ze spokojem. – Wracając… Walczyli, tak. Uzupełniali się. Wy też to robicie – dodał, wymownie zerkając na Elenę i brata – chociaż w tej chwili czuję się, jakbym oprowadzał zakochanych nastolatków.
Prychnęli niemalże w tym samym momencie – i ona, i Rafa. To jedynie sprawiło, że ogniki w oczach Andreasa stały się jeszcze wyraźniejsze. Nie pierwszy raz była gotowa przysiąc, że demon świetnie bawił się jej kosztem.
Otworzyła usta, przez moment szukając odpowiedniej riposty, ale mężczyzna nie dał jej po temu okazji.
– Wracając – podjął ze spokojem, jakby od niechcenia przenosząc wzrok z powrotem na jezioro. – Konflikt się ciągnął, bo żadne z nich nie było w stanie stłamsić drugiego. Zresztą nie sądzę, by tak naprawdę chcieli. Śmiem twierdzić, że jedno nie przetrwałoby bez drugiego… Za każdym światłem kryją się cienie i odwrotnie – dodał i coś w tych słowach przyprawiło Elenę o dreszcze.
Była gotowa przysiąc, że chodziło w tym o coś więcej. Czuła to już od dłuższego czasu – tę dziwną zależność, która istniała między nią a Rafaelem. Jakby tego było mało, to właśnie demon wydawał się wyciągać z niej to, co najlepsze, choć z racji jego natury spodziewałaby się czegoś innego. Nie miała pojęcia, czy podobnie sprawy miały się w przypadku Ciemności i Selene, ale zdecydowała się o to nie pytać.
Andreas zawahał się, wciąż z namysłem przypatrując spokojnej wodzie.
– Ojciec tak naprawdę nie potrafi tworzyć. Wszystkie te światy, to piękno… Wyszły spod ręki bogini – powiedział w końcu, starannie dobierając słowa. – Ale za to ma w sobie stanowczość, której tak często jej brakuje. Selene wierzy w wolną wolę i to piękne, ale obawiam się, że nie zawsze się sprawdza. Rozumiecie, co mam na myśli? Bogini to piękna, potężna istota, ale bardzo łatwo ją stłamsić. Istnienie Ciemności zmusza ją do działania.
– Więc dlaczego się wycofała? – zapytała wprost Elena.
Ta jedna kwestia nie dawała jej spokoju. Próbowała to zrozumieć od tygodni, w miarę jak zaczynała się oswajać z istnieniem Przedsionka i innych światów. To, Niebiański Ogień, Selene i Ciemność… Obserwowała zmiany, szukała odpowiedzi i nie pojmowała, dlaczego bogini ot tak porzuciła świat i swoich wyznawców, pozostawiając ojcu demonów wolną rękę. Nie miała jej tego za złe, zresztą wciąż wierzyła, że na naprawianie błędów nigdy nie było za późno, ale i tak próbowała zrozumieć.
– W zasadzie… – Andreas zawahał się. Przez jego twarz przemknął cień. – Nigdy mi nie powiedziała. Sądzę, że… mogła mieć dość. Może chciała w ten sposób wymusić pokój, którego od zawsze pragnęła.
Nie przekonały jej te wyjaśnienia. Była gotowa przysiąc, że również sam Andreas niekoniecznie w nie wierzył, ale zdecydowała się tego nie komentować. Możliwe, że to było jedno z tych pytań, którego lepiej nie ponawiać. Nie rozumiała, ale czy to faktycznie miało aż takie znaczenie? Świat się zmieniał i to na lepsze, a przecież o to w tym wszystkim chodziło.
Nowy porządek był kruchy i na swój sposób wciąż dla niej nie zrozumiały. Dziwnie czuła się z myślą, że ot tak mogła przedostać się do zupełnie innego miejsca – wprost do Przedsionka, a nawet dalej. Już nie potrzebowała klucza, który podarował jej demon, ale i tak z niego korzystała. Rafael wywracał oczami, ale Elena i tak wolała choćby udawać, że przemieszczanie się miało trochę więcej sensu, niż gdyby było po prostu zależnie od woli. Kiedy przekraczała próg drzwi – jakichkolwiek, nieważne gdzie się znajdowały – czuła się pewniej, niż ot tak lądując na środku prowadzącego w różne strony korytarza.
Był jeszcze jeden powód, dla którego ciągnęło ją do korzystania z przejść. Rzadko trafiała na Doriana, ale coś ciągnęło ją do zdystansowanego, towarzyszącego bogini anioła. Pragnęła porozmawiać z nim w cztery oczy i wypytać o wszystko, co tylko możliwe – o skrzydła, o rolę, którą pełnił… Jako jedyny był tak naprawdę do niej podobny. Tak przynajmniej sądziła, zwłaszcza że wyjątkowy kolor skrzydeł wydawał się mówić sam za siebie. Nigdy nie powiedziała tego wprost, ale tak naprawdę wątpiła, by Rafael czy Andreas zdołali poprowadzić ją tak, jak mogłaby tego oczekiwać. Jasne, próbowali, a dzięki nim rozumiała więcej niż na początku, ale to wciąż nie było wszystko.
Problem polegał na tym, że Dorian właściwie nie odstępował bogini na krok. Pojawiał się rzadko, zwykle zdystansowany i skupiony na swojej pani. To zdecydowanie nie ułatwiało dyskusji.
Słuchając kolejnych wywodów Andreasa, ale przy tym nie skupiając się na poszczególnych słowach na tyle, by je zrozumieć, Elena z wolna przesunęła się bliżej krawędzi jeziora. Mimowolnie uśmiechnęła się, kiedy poczuła przyjemne ciepło – coś jak mrowienie, które momentalnie rozeszło się po całym jej ciele, wydając się kumulować zwłaszcza w miejscu, z którego wyrastały skrzydeł. Z gracją osunęła się na kolana, wciąż z uwagą wpatrując się w spokojne jezioro. Już nie czuła się dziwnie, gdy w wodnym odbiciu widziała siebie równie wyraźnie, co i przy spojrzeniu w lustro – z błyszczącymi oczami, zmierzwionymi włosami i parą lśniących, białych skrzydeł.
Bez wahania wyciągnęła rękę. Opuszkami musnęła powierzchnię wody, uważnie przypatrując się, jak ta zaczyna się łagodnie jarzyć. Świetlista łuna bez pośpiechu zaczęła wspinać się po jej ramieniu, potęgując odczuwane przez dziewczynę ciepło.
– Hej – mruknęła, lekko przekrzywiając głowę.
Zwracanie się do wody, Niebiańskiego Ognia, czy jak tam wszyscy nazywali tę dziwną energię, przychodziło jej coraz naturalnie. Już nawet nie widziała niczego zabawnego w tym, że Andreas twierdził, iż moc wymagała szacunku. Może oszalała, ale coraz łatwiej było jej oswoić się z myślą, że ktoś faktycznie słuchał i reagował na intencje, które miała.
Lekko skinęła głową, po czym wycofała rękę, machinalnie zaciskając dłoń w pięść. Blask znikł, wycofując się do jeziora.
– A to ciekawe.
Natychmiast poderwała głowę, by spojrzeć na Andreasa. Choć początkowo sądziła, że zwracał się do niej, przekonała się, że w rzeczywistości stał znaczący kawałek od niej, tuż obok jej ojca, uważnie obserwując niebo. Kiedy podążyła wzrokiem za jego spojrzeniem, nabrała pewności, że demon wpatrywał się wprost w jeden ze zdobiących niebo księżyców – mniejszy i intensywnie czerwony.
– Co jest? – zapytała, próbując stwierdzić, czy coś ją ominęło, ale w odpowiedzi demon jedynie potrząsnął głowę.
– Nic, nic… Chyba wciąż przywykam do powrotu bogini. Ten świat zmienia się wraz z nią. – Andreas wzruszył ramionami. – Nie żebym was wyganiał ani nic z tych rzeczy, ale poświęciłem wam dość czasu. Mam jeszcze trochę rzeczy do zrobienia… Ach, idziemy?
Nie czekał na odpowiedź. To też było dla niego typowe – decydował i działał, najwyraźniej nieprzyzwyczajony, by liczyć się z czyjąkolwiek reakcją. Po czasie, który spędził w samotności, była w stanie to zrozumieć, ale i tak coś w zachowaniu demona nie dawało jej spokoju. Dla pewności spojrzała na Rafaela, ale po wyrazie twarzy męża nie była w stanie stwierdzić, co tak naprawdę sobie myślał.
– Tak – rzucił jak gdyby nigdy nic, zachęcającym gestem wyciągając rękę do Eleny. – Chodźmy.

Jeszcze przed otwarciem oczy wiedziała, gdzie się znaleźli. Przyjemny chłód i odległy, choć obecny szum tętniącego życiem miasta był znajomy i kojący zarazem.
– Musisz to wciąż robić, lilan?
Pytanie Rafaela sprawiło, że mimowolnie się uśmiechnęła.
– Hm?
– Zamykać oczy – wyjaśnił, ujmując ją za ręce. Zatrzepotała powiekami, by na niego spojrzeć. Stali na tarasie w apartamentowcu, dokładnie tak jak od samego początku podejrzewała. – Robisz tak za każdym razem, kiedy się przenosimy.
Jedynie parsknęła śmiechem – nieco tylko nerwowym, choć starała się to ukryć. Łatwo było mu mówić! Dla niej wciąż zdolności Andreasa były dziwne. Sam Przedsionek również. Poniekąd traktowała to wszystko jak sen – dziwny, pokręcony i nierzeczywisty. Kiedy otwierała oczy, wtedy znany jej świat wracał do rzeczywistości, przynajmniej teoretycznie.
Rafael westchnął, ale nie zaprotestował, kiedy oswobodziła się z jego uścisku. Bez pośpiechu odwróciła się, by móc spojrzeć na wciąż towarzyszącego im Carlisle’a. Nie patrzył w ich stronę, w zamian jakby od niechcenia opierając się o barierkę balkonu i spoglądając w przestrzeń. Wydawał się spokojny, co w jego przypadku nie było niczym nowym, ale Elena wiedziała swoje. Powiedzieć, że to, co działo się od chwili, gdy międzyświaty stały się bardziej otwarte i przyjazne, po prostu jej ojca fascynowało, byłoby niedopowiedzeniem stulecia.
Wyczuła ruch za plecami. Trzepot skrzydeł sprawił, że i bez odwracania się wiedziała, że Rafael wzbił się do lotu, jak nic zamierzając zaszyć się gdzieś na dachu – dokładnie tam, gdzie oddała mu się w pełni, wypowiadając jakże wiążące „tak”. Uznałaby to za całkiem urocze, gdyby nie miała pewności, że to nie dla tych wspomnień demon niezmiennie wracał do najwyższego punktu apartamentowca.
– Typowe – mruknęła, wznosząc oczy ku górze.
– Drażni go moja obecność? – zapytał spokojnie Carlisle, przenosząc wzrok na córkę.
Elena potrząsnęła głową. Zwinęła skrzydła, chcąc nie chcąc pozwalając, żeby zniknęły, choć Rafa wywracał oczami za każdym razem, kiedy to robiła. Sama również czuła się o wiele lepiej, kiedy miała je przy sobie, już z przyzwyczajenia traktując je jak cząstkę siebie. Jakkolwiek by jednak nie było, białe pióra przykuwały uwagę, zresztą Elena i bez tej wiedzy czuła, że bliscy czuli się przez to przy niej nieswojo.
Podeszła bliżej, zajmując miejsce tuż obok Carlisle’a. Oparła się o barierkę plecami, po czym wymownie spojrzała ku górze, wprost na krawędź duchu. Jak znała Rafaela, słuchał, choć trzymał się na tyle daleko, by nie dało się go ot tak zauważyć.
– Raczej ciągnie do nieba – wyjaśniła, uśmiechając się mimowolnie. – Dlatego to mieszkanie jest najlepszym, co mogliśmy dostać.
Wciąż czuła się dziwnie z myślą o tym, że jednak udało im się przenieść do siebie. Kiedy zniknął Łowca, a sytuacja w końcu uspokoiła się na tyle, by zacząć myśleć o przeszłości, wrócił temat przeprowadzki. Tym razem nikt ani nic nie stanęło im na drodze. Prawdziwy problem stanowili tylko Lawrence i Beatrycze – przynajmniej do momentu, w którym i oni ostatecznie zostawili apartament na rzecz od dawna przygotowywanego domku. Zwłaszcza przy uporze Alice, która dostawała przypływu energii na samą wzmiankę o remoncie, koniec końców wszystko odbyło się szybko i sprawnie.
Tak czy siak, uwielbiała to miejsce – jego klimat, bliskość Rafaela i… właśnie nieba. Zwłaszcza pociąg do tego ostatniego rozumiała teraz lepiej niż cokolwiek innego.
– Do nieba… – powtórzył z powątpiewaniem Carlisle.
Jedynie się uśmiechnęła.
– Do nieba – potwierdziła pogodnym tonem. – Jedynych ciągnie tam, innych w międzyświaty – dodała zaczepnym tonem
Doczekała się melodyjnego, ciepłego śmiechu. Sama również się uśmiechnęła, po czym na powrót wbiła wzrok w niebo. Pozwoliła, by włosy miękko opadły jej na ramiona.
– Masz mnie. – Wciąż czuła na sobie spojrzenie złocistych oczu ojca. – To po prostu… Cały ten świat jest niesamowity. Mimo wszystko.
Elena powstrzymała się od westchnienia. „Mimo wszystko”. Oczywiście, że było jakieś „ale” – wspomnienie tego, co pod nieobecność bogini stworzyła Ciemność. Wszystko wróciło do normy, cokolwiek to oznaczało, ale trudno było czuć się w pełni swobodnie w miejscu, w którym wszyscy prawie zginęli.
– Jest piękny – zgodziła się mimo wszystko. – Czuję się w nim inaczej. To znaczy… – Urwała, po czym wzruszyła ramionami.
Dopiero niedawno tak naprawdę odważyła się zacząć wracać do Przedsionka. Wcześniej sam Andreas twierdził, że to nienajlepszy pomysł, bo wszyscy potrzebowali czasu. Później jakaś cząstka Eleny chciała trzymać się od jeziora z daleka i to pomimo tego, że zarazem kierowała nią ciekawość. Wierzyła Selene i zmianom, które ta ze sobą przyniosła, ale przesiadywanie przy jeziorze, w świecie, który – choć odmieniony – nadal pozostawał niczym namiastka miejsca, które jej krewne określały mianem między tu a teraz, było problematyczne.
Do czasu. Przełamała się i czuła się z tym coraz lepiej. Tyle że czym innym było tradycyjnie towarzyszyć Rafaelowi, a czymś zgoła odmiennym zabierać ze sobą bliskich, których dotychczas trzymała od tego szaleństwa z daleka.
Mimo wszystko nie była zaskoczona, że Carlisle chciał im towarzyszyć. Był ciekaw, a Andreas okazał się zaskakująco chętny, by odpowiadać na pytania. Po czasie, a jakże!, prychnęła w duchu, choć zarazem rozumiała, co kierowało demonem, kiedy kłamał jak z nut, próbując podporządkować się wymaganiom Selene. Nie zmieniało to jednak faktu, że czasami miała ochotę porządnie szwagrem potrząsnąć – tak dla zasady, by przypomnieć mu, ile czasu i nerwów stracili przez jego niedopowiedzenia.
– Lśnisz tam.
Zamrugała nieco nieprzytomnie, po czym w pośpiechu przeniosła wzrok na ojca. Trafił w sedno, zresztą dobrze zdawała sobie z tego sprawę – w istocie lśniła, nie będąc w stanie ukryć ani skrzydeł, ani prawdziwej natury – ale jednak czym innym było słuchanie takich rzeczy od kogoś z rodziny.
– Tak. – Objęła się ramionami. Nagle poczuła się jeszcze bardziej nieswojo. – To w tym najdziwniejsze. To znaczy… – Wzruszyła ramionami. W pośpiechu uciekła wzrokiem gdzieś w bok. – Mogę dać ci znać, jeśli znów będziemy wybierać się do Przedsionka. Andreas zrobił się rozmowy – dodała, nie mogąc powstrzymać się przed odrobiną złośliwości.
– Skłamałbym, gdybym powiedział, że na to nie liczę. Andreas jest…
– Jest demonem – przypomniała usłużnie, nie przestając się uśmiechać.
– To nie ma znaczenia.
Tym razem parsknęła śmiechem. Och, kilka tygodni temu nie powiedziałby jej czegoś takiego.
– Doprawdy?
Cóż, może w takim wypadku powinna była przedstawić szwagra reszcie rodziny. Na pewno zrobiłby lepsze wrażenie niż wciąż dystansujący się Rafa albo…
Dźwięk tłuczonego szkła wyrwał ją z zamyślenia.
Albo Mgiełek.
Poderwała się gwałtownie, spojrzała w kierunku rozsuwanych drzwi, po czym westchnęła przeciągle. Brzmiało jak hałas, którego mogłaby spodziewać się w części kuchennej. No, ewentualnie w łazience. Kieliszki, talerze czy może od razu moja kosmetyczka?, pomyślała, nagle niepewna czy powinna się śmiać, czy może od razu popłakać.
– To nic takiego – mruknęła z rezygnacją, podchwyciwszy spojrzenie ojca. – Wychodzi na to, że wychowuję demona… I to nie tego tam – dodała, ostatni raz spoglądając w kierunku dachu.
Jeszcze kiedy mówiła, szybkim krokiem ruszyła ku drzwiom. Co prawda korciło ją, żeby zostać na balkonie i udawać, że nie działo się nic wartego uwagi, ale kolejny hałas – tym razem głośniejszy – skutecznie uprzytomnił jej, że to mogło się okazać naprawdę złym pomysłem.
Pod wieloma względami pozbawiony ludzkich kształtów, przypominający cień demon bywał dużo gorszy niż kot. Chociażby lubił buszować w szafkach. I zrzucać rzeczy, kiedy nikt nie patrzył. Miał z tego zadziwiająco dużo frajdy, czego jednak nie dało powiedzieć się o Elenie.
– Już nie kruk? – usłyszała jeszcze pytanie ojca.
Jakimś cudem udało jej się uśmiechnąć.
– Och, nie. Raven przynajmniej podbiera rzeczy bezszelestnie.
Wampir skwitował to wyznanie parsknięciem, co w jakiś pokrętny sposób sprawiło, że poczuła się lepiej. Rozmawiali o tym tak, jakby to naprawdę było normalne – demony, międzyświaty czy nawet zaprzyjaźniony, choć nieco złośliwy kruk, któremu osobiście nadała imię. W którymś momencie to wszystko stało się częścią codzienności Eleny, jednak dopiero w tamtej chwili zaczęło do niej docierać, jak bardzo brakowało jej w tym wszystkim bliskich.
– Będę się zbierać, o ile nie potrzebujesz pomocy – stwierdził Carlisle, zrównując się z nią, kiedy pewnym ruchem rozsunęła przeszklone drzwi. – Jak znam Alice, powinienem raz jeszcze przypomnieć ci o otwarciu. Nie wiem jak Rafael, ale ty zamierasz się pojawić, prawda?
– Moja siostra w końcu otwiera klub nocny. Jak miałabym się nie pojawić? – obruszyła się.
Nie żeby w ogóle czyjekolwiek zdanie wchodziło w grę. Alice nie mówiła o niczym innym, w końcu w pełni mogąc poświęcić się czemuś, co sprawiało jej tyle przyjemności. Zwłaszcza po wszystkich dotychczasowych problemach Elena nie wyobrażała sobie, że miałaby odpuścić sobie coś tak cudownie przyziemnego.
Wciąż się uśmiechając, w końcu wślizgnęła się do mieszkania. Dookoła panował przyjemny półmrok, jednak nawet on nie był w stanie ograniczyć jej wyostrzonych zmysłów na tyle, by nie dostrzegła, co tym razem padło ofiarą Mgiełka.
Światłości!, rozbrzmiał w jej głowie radosny głos demona.
Elena z trudem powstrzymała cisnące jej się na usta przekleństwo. Jednak nie chodziło ani o naczynia, ani o nic w łazience.
Cholerny żyrandol.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa