
Elena
– Światłość i Ciemność
istnieli od zawsze. Oczywiście mam tu na myśli Selene, ale… Och, od początku. –
Andreas w nieco roztargnionym geście przeczesał włosy palcami. – Są różni,
pod każdym możliwym względem. A zarazem tworzą tak doskonałą harmonię, że
to aż nieprawdopodobne, skoro odkąd tylko sięgam pamięcią, próbowali ze sobą
walczyć. To ciągły konflikt. Nigdy tak naprawdę nie zażegnany – stwierdził
demon, ale takim tonem, jakby w takim stanie rzeczy nie było niczego
niepokojącego. Brzmiało to raczej tak, jakby mówił o czymś, co od samego
początku pozostawało dla niego proste i oczywiste. Normalny stan rzeczy,
tak jak śnieg zimą albo piękny, słoneczny dzień w samym środku lata. –
Sądzę, że tak naprawdę nigdy nie powinien.
Elena
obserwowała mężczyznę z zaciekawieniem. Szedł przodem, bez pośpiechu
przechadzając się wzdłuż brzegu spokojnego jeziora. Zapadał zmierzch, dzięki
temu tym wyraźniej widziała dwa górujące nad okolicą księżyce. Ten większy,
lśniący i srebrzysty, nie pierwszy raz wyglądał, jakby wyłaniał się z wody.
Przykuwał wzrok, po zmroku zachowując się niemalże jak namiastka słońca. Miał w sobie
coś hipnotyzującego, a po czasie nawet przestawał zadziwiać, będąc niczym
integralna część świata, który przez ostatnie tygodnie Elenie zdarzało się
odwiedzać niemalże codziennie.
Był jeszcze
drugi księżyc – niewielki, jakby skryty za bratem. Ten dla odmiany raził
czerwienią, będąc niczym krwiste oko, z nieboskłonu obserwujące to, co
działo się poniżej. Patrząc na srebrzystego satelitę, łatwo było zapomnieć o drugim,
ale prędzej czy później wzrok tak czy inaczej wędrował do subtelniejszego, ale
mimo wszystko wyraźnego punktu.
– Konflikt
blasku i mroku – rzuciła z namysłem, nie odrywając wzroku od nieba.
Jasne włosy opadły jej na policzek, kiedy przekrzywiła głowę. – Jak
romantycznie.
Parsknięcie,
które rozbrzmiało tuż za jej plecami, uprzytomniło Elenie, że wypowiedziała te
słowa na głos.
–
Romantyczna wojna – powtórzył bez przekonania Rafael. I bez patrzenia na
niego wiedziała, że uśmiechnął się w ten nieco pobłażliwy, choć bez
wątpienia czarujący sposób. – Czasami naprawdę cię nie rozumiem, lilan.
–
Musiałabym cię zabić, gdybyś kiedyś zaczął.
– Już to
zrobiłaś – odparł bez większego zainteresowania Rafa. Z wrażenia omal nie
potknęła się o własne nogi, mimowolnie wzdrygając na samo wspomnienie. To,
że znajdowali się w pobliżu jeziora, nie pomagało. – Dalej nie jestem
pewien czy to raczej powód do dumy, czy może jednak powinienem się martwić,
aczkolwiek…
– Konflikt.
Andreas mówił o konflikcie – przypomniał pośpiesznie Carlisle.
Ze świstem
wypuściła powietrze. Była ojcu wdzięczna za to, że postanowił się wtrącić, na
dodatek w taki sposób. Nie chciała dyskutować o incydencie z Ogniem
Piekielnym i to nawet w żartach. Najwyraźniej nie była w tym odosobniona,
a może to po prostu Carlisle zbytnio skupiał się na słowach Andreasa –
przyczyna tak naprawdę nie była istotna. Liczyła się zmiana tematu i to,
że obyło się bez zbędnych dyskusji albo – co grosza – wstępu do kłótni.
Miała
wrażenie, że ojciec zaczynał przywykać do obecności Rafaela. Albo że
przynajmniej odpuścił na tyle, by wiedzieć, kiedy zamilknąć i udawać, że
nie działo się nic wartego uwagi. Tak czy siak, błogosławiła taki stan, nawet
jeśli nie oznaczał, że nagle wszyscy zaczęli uznawać się za rodzinę. Na dobry
początek w zupełności jej to wystarczyło.
– Ależ nie
przeszkadzajcie sobie. Ja zawsze lubiłem przemawiać w pustkę – rzucił
pogodnym tonem Andreas. – Jak się nie ma towarzystwa…
– Na własne
życzenie nie miałeś towarzystwa – przypomniał mu Rafael.
Demon
wywrócił oczami.
– I tak,
i nie. Zresztą na moim miejscu też nie odmówiłbyś bogini. Ojcu tym
bardziej – zauważył ze spokojem. – Wracając… Walczyli, tak. Uzupełniali się. Wy
też to robicie – dodał, wymownie zerkając na Elenę i brata – chociaż w tej
chwili czuję się, jakbym oprowadzał zakochanych nastolatków.
Prychnęli
niemalże w tym samym momencie – i ona, i Rafa. To jedynie
sprawiło, że ogniki w oczach Andreasa stały się jeszcze wyraźniejsze. Nie
pierwszy raz była gotowa przysiąc, że demon świetnie bawił się jej kosztem.
Otworzyła
usta, przez moment szukając odpowiedniej riposty, ale mężczyzna nie dał jej po
temu okazji.
– Wracając
– podjął ze spokojem, jakby od niechcenia przenosząc wzrok z powrotem na
jezioro. – Konflikt się ciągnął, bo żadne z nich nie było w stanie
stłamsić drugiego. Zresztą nie sądzę, by tak naprawdę chcieli. Śmiem twierdzić,
że jedno nie przetrwałoby bez drugiego… Za każdym światłem kryją się cienie i odwrotnie
– dodał i coś w tych słowach przyprawiło Elenę o dreszcze.
Była gotowa
przysiąc, że chodziło w tym o coś więcej. Czuła to już od dłuższego
czasu – tę dziwną zależność, która istniała między nią a Rafaelem. Jakby
tego było mało, to właśnie demon wydawał się wyciągać z niej to, co
najlepsze, choć z racji jego natury spodziewałaby się czegoś innego. Nie
miała pojęcia, czy podobnie sprawy miały się w przypadku Ciemności i Selene,
ale zdecydowała się o to nie pytać.
Andreas
zawahał się, wciąż z namysłem przypatrując spokojnej wodzie.
– Ojciec
tak naprawdę nie potrafi tworzyć. Wszystkie te światy, to piękno… Wyszły spod
ręki bogini – powiedział w końcu, starannie dobierając słowa. – Ale za to
ma w sobie stanowczość, której tak często jej brakuje. Selene wierzy w wolną
wolę i to piękne, ale obawiam się, że nie zawsze się sprawdza. Rozumiecie,
co mam na myśli? Bogini to piękna, potężna istota, ale bardzo łatwo ją
stłamsić. Istnienie Ciemności zmusza ją do działania.
– Więc
dlaczego się wycofała? – zapytała wprost Elena.
Ta jedna
kwestia nie dawała jej spokoju. Próbowała to zrozumieć od tygodni, w miarę
jak zaczynała się oswajać z istnieniem Przedsionka i innych światów.
To, Niebiański Ogień, Selene i Ciemność… Obserwowała zmiany, szukała
odpowiedzi i nie pojmowała, dlaczego bogini ot tak porzuciła świat i swoich
wyznawców, pozostawiając ojcu demonów wolną rękę. Nie miała jej tego za złe,
zresztą wciąż wierzyła, że na naprawianie błędów nigdy nie było za późno, ale i tak
próbowała zrozumieć.
– W zasadzie…
– Andreas zawahał się. Przez jego twarz przemknął cień. – Nigdy mi nie powiedziała.
Sądzę, że… mogła mieć dość. Może chciała w ten sposób wymusić pokój,
którego od zawsze pragnęła.
Nie
przekonały jej te wyjaśnienia. Była gotowa przysiąc, że również sam Andreas
niekoniecznie w nie wierzył, ale zdecydowała się tego nie komentować.
Możliwe, że to było jedno z tych pytań, którego lepiej nie ponawiać. Nie
rozumiała, ale czy to faktycznie miało aż takie znaczenie? Świat się zmieniał i to
na lepsze, a przecież o to w tym wszystkim chodziło.
Nowy
porządek był kruchy i na swój sposób wciąż dla niej nie zrozumiały.
Dziwnie czuła się z myślą, że ot tak mogła przedostać się do zupełnie
innego miejsca – wprost do Przedsionka, a nawet dalej. Już nie
potrzebowała klucza, który podarował jej demon, ale i tak z niego
korzystała. Rafael wywracał oczami, ale Elena i tak wolała choćby udawać,
że przemieszczanie się miało trochę więcej sensu, niż gdyby było po prostu
zależnie od woli. Kiedy przekraczała próg drzwi – jakichkolwiek, nieważne gdzie
się znajdowały – czuła się pewniej, niż ot tak lądując na środku prowadzącego w różne
strony korytarza.
Był jeszcze
jeden powód, dla którego ciągnęło ją do korzystania z przejść. Rzadko
trafiała na Doriana, ale coś ciągnęło ją do zdystansowanego, towarzyszącego
bogini anioła. Pragnęła porozmawiać z nim w cztery oczy i wypytać
o wszystko, co tylko możliwe – o skrzydła, o rolę, którą pełnił…
Jako jedyny był tak naprawdę do niej podobny. Tak przynajmniej sądziła,
zwłaszcza że wyjątkowy kolor skrzydeł wydawał się mówić sam za siebie. Nigdy
nie powiedziała tego wprost, ale tak naprawdę wątpiła, by Rafael czy Andreas
zdołali poprowadzić ją tak, jak mogłaby tego oczekiwać. Jasne, próbowali, a dzięki
nim rozumiała więcej niż na początku, ale to wciąż nie było wszystko.
Problem
polegał na tym, że Dorian właściwie nie odstępował bogini na krok. Pojawiał się
rzadko, zwykle zdystansowany i skupiony na swojej pani. To zdecydowanie
nie ułatwiało dyskusji.
Słuchając
kolejnych wywodów Andreasa, ale przy tym nie skupiając się na poszczególnych
słowach na tyle, by je zrozumieć, Elena z wolna przesunęła się bliżej
krawędzi jeziora. Mimowolnie uśmiechnęła się, kiedy poczuła przyjemne ciepło –
coś jak mrowienie, które momentalnie rozeszło się po całym jej ciele, wydając
się kumulować zwłaszcza w miejscu, z którego wyrastały skrzydeł. Z gracją
osunęła się na kolana, wciąż z uwagą wpatrując się w spokojne
jezioro. Już nie czuła się dziwnie, gdy w wodnym odbiciu widziała siebie
równie wyraźnie, co i przy spojrzeniu w lustro – z błyszczącymi
oczami, zmierzwionymi włosami i parą lśniących, białych skrzydeł.
Bez wahania
wyciągnęła rękę. Opuszkami musnęła powierzchnię wody, uważnie przypatrując się,
jak ta zaczyna się łagodnie jarzyć. Świetlista łuna bez pośpiechu zaczęła
wspinać się po jej ramieniu, potęgując odczuwane przez dziewczynę ciepło.
– Hej –
mruknęła, lekko przekrzywiając głowę.
Zwracanie
się do wody, Niebiańskiego Ognia, czy jak tam wszyscy nazywali tę dziwną
energię, przychodziło jej coraz naturalnie. Już nawet nie widziała niczego
zabawnego w tym, że Andreas twierdził, iż moc wymagała szacunku. Może
oszalała, ale coraz łatwiej było jej oswoić się z myślą, że ktoś
faktycznie słuchał i reagował na intencje, które miała.
Lekko
skinęła głową, po czym wycofała rękę, machinalnie zaciskając dłoń w pięść.
Blask znikł, wycofując się do jeziora.
– A to
ciekawe.
Natychmiast
poderwała głowę, by spojrzeć na Andreasa. Choć początkowo sądziła, że zwracał
się do niej, przekonała się, że w rzeczywistości stał znaczący kawałek od
niej, tuż obok jej ojca, uważnie obserwując niebo. Kiedy podążyła wzrokiem za
jego spojrzeniem, nabrała pewności, że demon wpatrywał się wprost w jeden
ze zdobiących niebo księżyców – mniejszy i intensywnie czerwony.
– Co jest?
– zapytała, próbując stwierdzić, czy coś ją ominęło, ale w odpowiedzi
demon jedynie potrząsnął głowę.
– Nic, nic…
Chyba wciąż przywykam do powrotu bogini. Ten świat zmienia się wraz z nią.
– Andreas wzruszył ramionami. – Nie żebym was wyganiał ani nic z tych
rzeczy, ale poświęciłem wam dość czasu. Mam jeszcze trochę rzeczy do zrobienia…
Ach, idziemy?
Nie czekał
na odpowiedź. To też było dla niego typowe – decydował i działał,
najwyraźniej nieprzyzwyczajony, by liczyć się z czyjąkolwiek reakcją. Po
czasie, który spędził w samotności, była w stanie to zrozumieć, ale i tak
coś w zachowaniu demona nie dawało jej spokoju. Dla pewności spojrzała na
Rafaela, ale po wyrazie twarzy męża nie była w stanie stwierdzić, co tak
naprawdę sobie myślał.
– Tak –
rzucił jak gdyby nigdy nic, zachęcającym gestem wyciągając rękę do Eleny. –
Chodźmy.
Jeszcze przed otwarciem oczy
wiedziała, gdzie się znaleźli. Przyjemny chłód i odległy, choć obecny szum
tętniącego życiem miasta był znajomy i kojący zarazem.
– Musisz to
wciąż robić, lilan?
Pytanie
Rafaela sprawiło, że mimowolnie się uśmiechnęła.
– Hm?
– Zamykać
oczy – wyjaśnił, ujmując ją za ręce. Zatrzepotała powiekami, by na niego
spojrzeć. Stali na tarasie w apartamentowcu, dokładnie tak jak od samego
początku podejrzewała. – Robisz tak za każdym razem, kiedy się przenosimy.
Jedynie
parsknęła śmiechem – nieco tylko nerwowym, choć starała się to ukryć. Łatwo
było mu mówić! Dla niej wciąż zdolności Andreasa były dziwne. Sam Przedsionek
również. Poniekąd traktowała to wszystko jak sen – dziwny, pokręcony i nierzeczywisty.
Kiedy otwierała oczy, wtedy znany jej świat wracał do rzeczywistości,
przynajmniej teoretycznie.
Rafael
westchnął, ale nie zaprotestował, kiedy oswobodziła się z jego uścisku.
Bez pośpiechu odwróciła się, by móc spojrzeć na wciąż towarzyszącego im
Carlisle’a. Nie patrzył w ich stronę, w zamian jakby od niechcenia
opierając się o barierkę balkonu i spoglądając w przestrzeń.
Wydawał się spokojny, co w jego przypadku nie było niczym nowym, ale Elena
wiedziała swoje. Powiedzieć, że to, co działo się od chwili, gdy międzyświaty
stały się bardziej otwarte i przyjazne, po prostu jej ojca fascynowało,
byłoby niedopowiedzeniem stulecia.
Wyczuła
ruch za plecami. Trzepot skrzydeł sprawił, że i bez odwracania się
wiedziała, że Rafael wzbił się do lotu, jak nic zamierzając zaszyć się gdzieś na
dachu – dokładnie tam, gdzie oddała mu się w pełni, wypowiadając jakże
wiążące „tak”. Uznałaby to za całkiem urocze, gdyby nie miała pewności, że to
nie dla tych wspomnień demon niezmiennie wracał do najwyższego punktu
apartamentowca.
– Typowe –
mruknęła, wznosząc oczy ku górze.
– Drażni go
moja obecność? – zapytał spokojnie Carlisle, przenosząc wzrok na córkę.
Elena
potrząsnęła głową. Zwinęła skrzydła, chcąc nie chcąc pozwalając, żeby zniknęły,
choć Rafa wywracał oczami za każdym razem, kiedy to robiła. Sama również czuła
się o wiele lepiej, kiedy miała je przy sobie, już z przyzwyczajenia
traktując je jak cząstkę siebie. Jakkolwiek by jednak nie było, białe pióra
przykuwały uwagę, zresztą Elena i bez tej wiedzy czuła, że bliscy czuli
się przez to przy niej nieswojo.
Podeszła
bliżej, zajmując miejsce tuż obok Carlisle’a. Oparła się o barierkę
plecami, po czym wymownie spojrzała ku górze, wprost na krawędź duchu. Jak
znała Rafaela, słuchał, choć trzymał się na tyle daleko, by nie dało się go ot
tak zauważyć.
– Raczej
ciągnie do nieba – wyjaśniła, uśmiechając się mimowolnie. – Dlatego to
mieszkanie jest najlepszym, co mogliśmy dostać.
Wciąż czuła
się dziwnie z myślą o tym, że jednak udało im się przenieść do
siebie. Kiedy zniknął Łowca, a sytuacja w końcu uspokoiła się na
tyle, by zacząć myśleć o przeszłości, wrócił temat przeprowadzki. Tym
razem nikt ani nic nie stanęło im na drodze. Prawdziwy problem stanowili tylko
Lawrence i Beatrycze – przynajmniej do momentu, w którym i oni
ostatecznie zostawili apartament na rzecz od dawna przygotowywanego domku. Zwłaszcza
przy uporze Alice, która dostawała przypływu energii na samą wzmiankę o remoncie,
koniec końców wszystko odbyło się szybko i sprawnie.
Tak czy
siak, uwielbiała to miejsce – jego klimat, bliskość Rafaela i… właśnie nieba.
Zwłaszcza pociąg do tego ostatniego rozumiała teraz lepiej niż cokolwiek
innego.
– Do nieba…
– powtórzył z powątpiewaniem Carlisle.
Jedynie się
uśmiechnęła.
– Do nieba –
potwierdziła pogodnym tonem. – Jedynych ciągnie tam, innych w międzyświaty
– dodała zaczepnym tonem
Doczekała
się melodyjnego, ciepłego śmiechu. Sama również się uśmiechnęła, po czym na
powrót wbiła wzrok w niebo. Pozwoliła, by włosy miękko opadły jej na
ramiona.
– Masz
mnie. – Wciąż czuła na sobie spojrzenie złocistych oczu ojca. – To po prostu…
Cały ten świat jest niesamowity. Mimo wszystko.
Elena powstrzymała
się od westchnienia. „Mimo wszystko”. Oczywiście, że było jakieś „ale” – wspomnienie
tego, co pod nieobecność bogini stworzyła Ciemność. Wszystko wróciło do normy,
cokolwiek to oznaczało, ale trudno było czuć się w pełni swobodnie w miejscu,
w którym wszyscy prawie zginęli.
– Jest
piękny – zgodziła się mimo wszystko. – Czuję się w nim inaczej. To znaczy…
– Urwała, po czym wzruszyła ramionami.
Dopiero
niedawno tak naprawdę odważyła się zacząć wracać do Przedsionka. Wcześniej sam
Andreas twierdził, że to nienajlepszy pomysł, bo wszyscy potrzebowali czasu.
Później jakaś cząstka Eleny chciała trzymać się od jeziora z daleka i to
pomimo tego, że zarazem kierowała nią ciekawość. Wierzyła Selene i zmianom,
które ta ze sobą przyniosła, ale przesiadywanie przy jeziorze, w świecie,
który – choć odmieniony – nadal pozostawał niczym namiastka miejsca, które jej krewne
określały mianem między tu a teraz, było problematyczne.
Do czasu. Przełamała
się i czuła się z tym coraz lepiej. Tyle że czym innym było
tradycyjnie towarzyszyć Rafaelowi, a czymś zgoła odmiennym zabierać ze
sobą bliskich, których dotychczas trzymała od tego szaleństwa z daleka.
Mimo
wszystko nie była zaskoczona, że Carlisle chciał im towarzyszyć. Był ciekaw, a Andreas
okazał się zaskakująco chętny, by odpowiadać na pytania. Po czasie, a jakże!,
prychnęła w duchu, choć zarazem rozumiała, co kierowało demonem, kiedy kłamał
jak z nut, próbując podporządkować się wymaganiom Selene. Nie zmieniało to
jednak faktu, że czasami miała ochotę porządnie szwagrem potrząsnąć – tak dla
zasady, by przypomnieć mu, ile czasu i nerwów stracili przez jego
niedopowiedzenia.
– Lśnisz
tam.
Zamrugała
nieco nieprzytomnie, po czym w pośpiechu przeniosła wzrok na ojca. Trafił w sedno,
zresztą dobrze zdawała sobie z tego sprawę – w istocie lśniła, nie
będąc w stanie ukryć ani skrzydeł, ani prawdziwej natury – ale jednak czym
innym było słuchanie takich rzeczy od kogoś z rodziny.
– Tak. –
Objęła się ramionami. Nagle poczuła się jeszcze bardziej nieswojo. – To w tym
najdziwniejsze. To znaczy… – Wzruszyła ramionami. W pośpiechu uciekła wzrokiem
gdzieś w bok. – Mogę dać ci znać, jeśli znów będziemy wybierać się do
Przedsionka. Andreas zrobił się rozmowy – dodała, nie mogąc powstrzymać się
przed odrobiną złośliwości.
– Skłamałbym,
gdybym powiedział, że na to nie liczę. Andreas jest…
– Jest
demonem – przypomniała usłużnie, nie przestając się uśmiechać.
– To nie ma
znaczenia.
Tym razem
parsknęła śmiechem. Och, kilka tygodni temu nie powiedziałby jej czegoś
takiego.
– Doprawdy?
Cóż, może w takim
wypadku powinna była przedstawić szwagra reszcie rodziny. Na pewno zrobiłby lepsze
wrażenie niż wciąż dystansujący się Rafa albo…
Dźwięk tłuczonego
szkła wyrwał ją z zamyślenia.
Albo
Mgiełek.
Poderwała się
gwałtownie, spojrzała w kierunku rozsuwanych drzwi, po czym westchnęła
przeciągle. Brzmiało jak hałas, którego mogłaby spodziewać się w części
kuchennej. No, ewentualnie w łazience. Kieliszki, talerze czy może od
razu moja kosmetyczka?, pomyślała, nagle niepewna czy powinna się śmiać,
czy może od razu popłakać.
– To nic
takiego – mruknęła z rezygnacją, podchwyciwszy spojrzenie ojca. – Wychodzi
na to, że wychowuję demona… I to nie tego tam – dodała, ostatni raz
spoglądając w kierunku dachu.
Jeszcze
kiedy mówiła, szybkim krokiem ruszyła ku drzwiom. Co prawda korciło ją, żeby zostać
na balkonie i udawać, że nie działo się nic wartego uwagi, ale kolejny
hałas – tym razem głośniejszy – skutecznie uprzytomnił jej, że to mogło się
okazać naprawdę złym pomysłem.
Pod wieloma
względami pozbawiony ludzkich kształtów, przypominający cień demon bywał dużo
gorszy niż kot. Chociażby lubił buszować w szafkach. I zrzucać
rzeczy, kiedy nikt nie patrzył. Miał z tego zadziwiająco dużo frajdy,
czego jednak nie dało powiedzieć się o Elenie.
– Już nie
kruk? – usłyszała jeszcze pytanie ojca.
Jakimś
cudem udało jej się uśmiechnąć.
– Och, nie.
Raven przynajmniej podbiera rzeczy bezszelestnie.
Wampir skwitował
to wyznanie parsknięciem, co w jakiś pokrętny sposób sprawiło, że poczuła
się lepiej. Rozmawiali o tym tak, jakby to naprawdę było normalne –
demony, międzyświaty czy nawet zaprzyjaźniony, choć nieco złośliwy kruk,
któremu osobiście nadała imię. W którymś momencie to wszystko stało się
częścią codzienności Eleny, jednak dopiero w tamtej chwili zaczęło do niej
docierać, jak bardzo brakowało jej w tym wszystkim bliskich.
– Będę się
zbierać, o ile nie potrzebujesz pomocy – stwierdził Carlisle, zrównując
się z nią, kiedy pewnym ruchem rozsunęła przeszklone drzwi. – Jak znam
Alice, powinienem raz jeszcze przypomnieć ci o otwarciu. Nie wiem jak
Rafael, ale ty zamierasz się pojawić, prawda?
– Moja
siostra w końcu otwiera klub nocny. Jak miałabym się nie pojawić? –
obruszyła się.
Nie żeby w ogóle
czyjekolwiek zdanie wchodziło w grę. Alice nie mówiła o niczym innym,
w końcu w pełni mogąc poświęcić się czemuś, co sprawiało jej tyle
przyjemności. Zwłaszcza po wszystkich dotychczasowych problemach Elena nie
wyobrażała sobie, że miałaby odpuścić sobie coś tak cudownie przyziemnego.
Wciąż się
uśmiechając, w końcu wślizgnęła się do mieszkania. Dookoła panował
przyjemny półmrok, jednak nawet on nie był w stanie ograniczyć jej
wyostrzonych zmysłów na tyle, by nie dostrzegła, co tym razem padło ofiarą
Mgiełka.
Światłości!,
rozbrzmiał w jej głowie radosny głos demona.
Elena z trudem
powstrzymała cisnące jej się na usta przekleństwo. Jednak nie chodziło ani o naczynia,
ani o nic w łazience.
Cholerny
żyrandol.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz