
Claire
Star poruszyła się
niespokojnie. Zaskomlała, po czym nerwowo zaczęła krążyć przed wejściem do
kamienicy.
– Zostań. –
Claire z westchnieniem przykucnęła i pogładziła psa po głowie. Miała
wrażenie, że spojrzenie wielkich, ciemnych oczu było jak najbardziej świadome,
wręcz ludzkie. – Tak, dalej to robię. Najwyżej za którymś razem mnie zabiją.
Z trudem
powstrzymała się od parsknięcia. Star znów zaskomlała, ale przynajmniej
posłusznie przysiadła przy wejściu do budynku. Claire wysiliła się na blady uśmiech,
nagle sama niepewna, kogo próbowała uspokoić – siebie czy podążającego za nią
krok w krok psa. W zasadzie od jakiegoś czasu wątpliwości nachodziły
ją nawet tam, gdzie jeszcze kilka tygodni wcześniej ich nie miała.
Star nie
lubiła tej części miasta – bardziej obskurnej i niepokojącej. Claire
również, ale nie mogła powstrzymać się przed regularnym wracaniem do
mieszkania, które zajmowała Claudia. Z psem czuła się bezpieczniej, choć
wiedziała, że to głupie. Prawda była taka, że gdyby przyszło co do czego,
prędzej sama miałaby szansę obronić zwierzę, nie zaś odwrotnie. Oczywiście pod
warunkiem, że zdołałaby zyskać choć niewielką przewagę w ewentualnym
starciu z wampirem, bo tylko istot nieśmiertelnych tak naprawdę się
obawiała.
Tyle że
okolica wydawała się opustoszała. Co prawda dziewczyna nie wątpiła, że gdzieś w zakamarkach
miasta żyli ludzie, których lepiej było nie spotkać na swojej drodze, ale o nich
nawet nie próbowała myśleć. Choć klan łowców udowodnił, że lekceważenie
śmiertelników było najgorszym z możliwych posunięć, Claire czuła, że
największe zagrożenie w okolicy stanowili właśnie Claudia i Oliver.
Star również musiała wyczuwać zapach albo przynajmniej obecność obcych, bo gdy
tylko znaleźli się w okolicy, zaczęła zachowywać się niespokojnie. Za
pierwszym razem tyle wystarczyło, by zaniepokoić również pół-wampirzycę, ale
przy kolejnej z kolei wizycie u ciotki wiedziała już, czego powinna
się spodziewać.
Klatka
schodowa nie zachęcała, dokładnie tak jak pierwszego dnia, kiedy Claire
zdecydowała się zaryzykować i podążyć za ciotką aż do jej kryjówki. Mimo
upływu blisko dwóch tygodni i wcześniejszych zapewnień, Claudia nie
zdecydowała się przenieść. W zasadzie wszystko wskazywało na to, że
porzuciła plany ucieczki w chwili, w której dowiedziała się o Charonie.
Wtedy coś się zmieniło i nawet to, że wilkołak przepadł jak kamień w wodę
po ataku na dom Rosalee we Florencji, nie miało na zachowanie Claudii większego
znaczenia.
Ale ja
tak.
Claire
zawahała się w połowie schodów. Za każdym razem, gdy wracała do tego
zakątka miasta, nachodziły ją wątpliwości – i to bynajmniej nie dlatego,
że mogłaby obawiać się ciotki. Zadręczała się zupełnie czymś innym, czasem
potrafiąc nawet i dobry kwadrans tkwić na stopniach, walcząc z sobą
samą.
Zaczęła
nerwowo stukać w okładkę notesu, z którym ostatnio nie rozstawała się
nawet na moment. Wciąż służył jej przede wszystkim do zapisywania kolejnych
haiku, jednak teraz pełnił jeszcze jedną, dodatkową funkcję. I, słodka bogini,
Claire naprawdę miała wrażenie, że Claudia za którymś razem wystawi ją z tego
powodu za drzwi… W najlepszym wypadku, o ile w międzyczasie nie
dojdzie do wniosku, że bardziej efektownym wyjściem byłoby zrzucenie bratanicy
ze schodów.
Wywróciła
oczami. Poprawiła torebkę na ramieniu, mocniej przygarnęła do piersi notes i –
nie dając sobie czasu na dalsze wątpliwości – w końcu dopadła do drzwi
mieszczącego się na najwyższym piętrze mieszkania. Nie trudziła się pukaniem, w zamian
bez wahania naciskając klamkę. Ani Claudia, ani Oliver nie dbali o coś tak
błahego, jak zamykanie mieszkania na klucz. Prawda była taka, że ci, którzy
mieliby powody, żeby dostać się do środka, nie traciliby czasu na włamanie.
– Tylko
pięć minut. Robimy postępy – doszedł ją już od progu znajomy głos. – Za którymś
razem albo jednak sobie pójdziesz, albo przestaniesz tkwić w korytarzu. Już
teraz wchodzisz tu jak do siebie.
Claudia nie
brzmiała na rozeźloną, wręcz przeciwnie. Chociaż wciąż bywałą uszczypliwa,
Claire nie mogła pozbyć się wrażenia, że wampirzyca cieszyła się z towarzystwa.
Nigdy nie protestowała, kiedy dziewczyna regularnie wracała do mieszczącego się
na najwyższym piętrze mieszkania. Ba! Po kilku pierwszych razach, gdy
pół-wampirzycy jeszcze zdarzało się nieśmiało pukać, w końcu na powitanie
po prostu cisnęła w bratanicę kompletem dodatkowych kluczy – pęczkiem,
którego Claire nigdy nie użyła, ale którego otrzymanie uznała za wystarczająco
wymowną wskazówkę. Wtedy też zaczęła praktykować „wchodzenie jak do siebie”,
jak ujęła to Claudia.
Zostawiła
torebkę w niewielkim przedpokoju, niemalże z ulgą pozbywając się
zbędnego obciążenia. Aldero do tej pory śmiał się z tego, że nie tylko
zdecydowała się wrócić do liceum, ale dodatkowo angażowała się bardziej niż
powinna, ale Claire nie zwracała na to uwagi. Lubiła to. Chociaż nie miała już u swojego
boku Issie, a na wspomnienie balu wciąż robiło jej się słabo, chodzenie do
szkoły było niczym namiastka normalności, której tak bardzo potrzebowała. No i zapewniało
swobodę – wystarczającą, by zaraz po zajęciach mogła swobodnie pójść wprost do
mieszkania Claudii.
Przyciskając
do piersi jedynie oprawiony na czarno notatnik, przeszłą wprost do salonu.
Stamtąd nie tylko słyszała, ale przede wszystkim czuła ciotkę, zresztą na
niewielkim metrażu nie było żadnego innego miejsca do przyjmowania gości.
Mimo
wszystko nie spodziewała się tego, co dostrzegła już od progu. Przystanęła,
unosząc brwi i z zaciekawieniem rozglądając się po – przynajmniej
dotychczas – znajomym pomieszczeniu. Już podczas pierwszej wizyty w mieszkaniu
zauważyła dość istotny szczegół, który później potwierdziła również sama
Claudia: dookoła królowała pustka. Mieszkanie nie tylko nie zachęcało, ale
wyglądało raczej jak tymczasowa przechowalnia – zaledwie przystanek na drodze
gdzieś dalej. Claire zdążyła przywyknąć do skromnego wystroju, niepasujących
mebli i dziwnego wrażenia, że za którymś razem jednak nie zastanie ciotki
na miejscu. Łatwo mogła sobie wyobrazić jak wchodzi do mieszkania z poczuciem,
że nic się nie zmieniło – z tą tylko różnicą, że już nie byłoby kogoś, kto
od progu zarzuciłby jakimś złośliwym komentarzem.
Ten stan
utrzymywał się przez minione tygodnie, dzięki czemu Claire zdążyła się do niego
przyzwyczaić. Nic nie zapowiadało zmian, kiedy opuszczała to miejsce dzień
wcześniej, a jednak gdy kolejny raz przekroczyła próg salonu, momentalnie
zorientowała się, że Claudia nie próżnowała pod jej nieobecność. Uniosła brwi, z zaciekawieniem
spoglądając na kilka albo nawet kilkanaście kolorowych toreb z logami
najróżniejszych sklepów – widok, który czasami widywała w domu Cullenów,
zwłaszcza gdy ciotki Renesmee wracały z kolejnych zakupów. To, że Claudia
miałaby wybrać się do centrum handlowego, samo w sobie nie byłoby dziwne,
gdyby nie świadomość, że kobieta przez całe tygodnie wydawała się jak ognia
unikać gromadzenia jakichkolwiek rzeczy osobistych.
Wampirzyca
stała zwrócona do niej plecami, kończąc układać kwiaty w kryształowym,
ustawionym na niewielkim stoliku wazonie. Składające się na wystrój wnętrza
meble nie pasowały do siebie, ale to nie miało znaczenia. Jedno za to było
pewne: jeszcze dzień wcześniej na drewnianym blacie nie stał ani wazon, o jakichkolwiek
roślinach nie wspominając.
Wydaje
się… zaskakująco radosna, pomyślała w oszołomieniu Claire. Takie
przynajmniej odniosła wrażenie, tak naprawdę po raz pierwszy gotowa przysiąc,
że Claudia promieniała. Było coś lekkiego w jej ruchach – zdecydowanych i płynnych,
co jasno dało dziewczynie do zrozumienia, że ciotka nie pierwszy raz układała
bukiet.
Kobieta
również wyglądała inaczej. Na sobie miała błękitną, sięgająca kolan sukienkę.
Jasne włosy upięła w luźny kok, pozwalając, by kilka niesfornych kosmyków
opadło jej na ramiona.
– Ehm…
Cześć? – zaryzykowała Claire. Odezwała się z opóźnieniem, nagle gotowa
przysiąc, że zdecydowanie zbyt długo tkwiła w progu, po prostu bezmyślnie
się gapiąc.
– No, co? –
Claudia nie traciła czasu na przywitania. Odsunęła się od wazonu, przez chwilę
lustrując wzrokiem efekty swojej pracy. – Zawsze lubiłam kwiaty, okej? Tutaj
było… zdecydowanie zbyt ponuro.
Claire
skinęła głową, mimo wszystko woląc milczeć. To wydawało się bezpieczniejsze,
tym bardziej że nigdy wcześniej nie widziała tej kobiety w tak dobrym
nastroju. Zwłaszcza po czasie, który spędziła z ojcem, czuła, że
rozsądniej było zachować ostrożność, tym bardziej że nastroje nieśmiertelnych
potrafiły zmieniać się ot tak.
Wciąż
obserwowała Claudię, kiedy ta zostawiła kwiaty. Wampirzyca z lekkością
opadła na kanapę, wcześniej odrzucając na bok jedną z papierowych toreb.
Jakby na potwierdzenie obaw Claire, twarz wampirzycy wykrzywił grymas.
– Nie patrz
tak na mnie. Sama nie wiem, co mnie podkusiło, ale… – Wzruszyła ramionami, po
czym w pośpiechu uciekła wzrokiem gdzieś w bok. – Na razie nigdzie
się nie wybieram. Pomyślałam, że… Wiesz, miałam naprawdę dość tego miejsca.
Tego pustego pokoju.
Jeszcze
kiedy mówiła, wbiła wzrok w swoje dłonie. Dopiero wtedy Claire zauważyła
pomalowane paznokcie – starannie, na kolor idealnie dobrany do sukienki. Nigdy
nie zastanawiała się nad takimi drobiazgami, ale wystarczająco długo znała
Alessię i Elenę, by wiedzieć, że szczegóły miały znaczenie.
– To chyba
nic dziwnego – zauważyła w końcu, starannie dobierając słowa. – Mam na
myśli…
Urwała,
ledwo tylko podchwyciła spojrzenie Claudii. Na pierwszy rzut oka twarz
wampirzycy nie wyrażała żadnych konkretnych emocji – również złości – ale
Claire i tak zdecydowała się zamilknąć. Nagle zwątpiła w to, czy
cokolwiek z tego, co zamierzała powiedzieć, miało sens.
– Nieważne
– stwierdziła lakonicznie ciotka. – Trochę mnie poniosło. Kiedy przenosisz się z miejsca
na miejsce, nie masz czasu na urządzanie mieszkania. Na gromadzenie rzeczy
osobistych też nie.
– No, tak…
Claudia
uciekała, cokolwiek to znaczyło. Co więcej, mimo upływu czasu wciąż nie paliła
się do zdradzenia jakichkolwiek szczegółów, może poza tym, co dla Claire pozostawało
oczywiste od samego początku: zachowanie kobiety miało związek z Charonem.
W jakimś pokrętny sposób tyle wystarczyło, chociaż pół-wampirzycę wciąż
regularnie nachodziły wątpliwości. Kiedy i jak bardzo cię skrzywdził?,
pomyślała mimochodem, ale jakaś jej cząstka wcale nie była taka pewna, czy
poznanie odpowiedzi okazałoby się takim dobrym pomysłem.
– Dla
ciebie też mam. Nie mogłam się powstrzymać – podjęła Claudia i tyle
wystarczyło, by sprawdziła bratanicę na ziemię. Claire zamrugała, po czym spojrzała
na kobietę tak, jakby spotkały się po raz pierwszy. Uniosła brwi, kiedy
zauważyła, że nieśmiertelna zdążyła już pochwycić jedną z wielu
papierowych toreb i zachęcającym gestem wyciągnąć ją w jej stronę. –
Przymierz – poleciła nieznoszącym sprzeciwu tonem.
– Ale… –
Dziewczyna z niedowierzaniem potrząsnęła głową. – Nie musiałaś.
– Nie
musiałam też dawać ci kluczy. Ani nawet tutaj wpuszczać – zauważyła przytomnie
Claudia, wywracając oczami. – Przymierz – powtórzyła z naciskiem – i powiedz
mi, co sądzisz. Uważam, że jest przeurocza.
Tym razem
Claire nie zdobyła się na to, by zaprotestować. Ze świstem wypuściła powietrze,
po czym chcąc nie chcąc przesunęła się bliżej, podchodząc do kanapy. Ostrożnie
odłożyła na bok notes, przy okazji odkrywając, że przez cały ten czas
bezwiednie tuliła go do piersi. Spojrzenie ciotki jak na zawołanie powędrowało
ku czarnemu zeszytowi, ale nie odezwała się nawet słowem, w zamian jakby
od niechcenia kołysząc papierową torbę.
Och, na
litość bogini…
Claire
nerwowo przygryzła dolną wargę. Na dnie dostrzegła skrawek ciemnego,
wpadającego w fiolet materiału. Sięgnęła do środka, na początku ostrożnie
przesuwając palcami po przyjemnie miękkiej powierzchni. Dopiero po chwili
zdecydowała się wyjąć prezent, już w trakcie nabierając pewności co do
tego, co kupiła jej Claudia.
To była
sukienka – elegancka, długa do ziemi i w gruncie rzeczy bardzo
prosta. Materiał połyskiwał łagodnie, wydając się zmieniać kolor zależnie od
kąta padania światła. Claire przez dłuższą chwilę stała w bezruchu, obserwując
jak fiolet przechodzi w czerń, by przy niewielkim ruchu znów nabrać
koloru. Potrzebowała dłuższej chwili, by zwrócić uwagę na krój, a zwłaszcza
to, że sukienka odsłaniała plecy.
Tylko
plecy. Dekolt nie był ani zbyt głęboki, ani prześwitujący, ale mimo wszystko…
– Więc? –
ponagliła wampirzyca. Przechyliła głowę, z zaciekawieniem spoglądając na
bratanicę. – Podoba ci się czy nie?
– Jest…
–
Pomyślałam, że przyda ci się na tę imprezę, o której mówiłaś. Czy co to
tam miało być.
Claire
westchnęła cicho.
– Ciocia
Renesmee otwiera klub. To nic wielkiego – wyjaśniła, bezskutecznie próbując
ukryć podenerwowanie. – Idę z grzeczności. Nawet nie myślałam o sukience.
Cóż,
zwłaszcza takiej. W zasadzie jej plan na spędzenie wieczoru był bardzo
prosty – zamierzała skryć się gdzieś w kącie, nie zwracać na siebie uwagi,
a później spróbować wymknąć. Wierzyła, że tata zrobi dokładnie to samo,
więc równie dobrze mogła zabrać się z nim. Co prawda wciąż dziwnie czuła
się w towarzystwie Rufusa, zwłaszcza że tak naprawdę nie omówili ani tego,
co wydarzyło się we Florencji, ani tego, że przemilczał swoje pokrewieństwo z Claudią,
ale mimo wszystko…
Zresztą
teraz sama miała tajemnicę – i to taką, która na dodatek dotyczyła właśnie
w tej wampirzycy. Wcale nie musieli rozmawiać o czymś, co dla nich
oboje pozostawało… problematycznie. Najdelikatniej rzecz ujmując.
– Popraw
mnie, jeśli się myślę, ale chyba powinnaś być podekscytowana. Muzyka, tańce i te
sprawy – rzuciła po chwili namysłu Claudia. – To wciąż dobra zabawa.
– Ja nie tańczę
– zaoponowała natychmiast Claire. Przez chwilę miała ochotę histerycznie się
roześmiać, zwłaszcza że wampirzyca spojrzała na nią w równie pobłażliwy
sposób co i Aldero, gdy po raz pierwszy oznajmiła mu coś takiego. – W zasadzie…
No, zazwyczaj. – Złożyła sukienkę, by móc otoczyć się ramionami. – Nie czuję
się za dobrze w towarzystwie.
– Bo? –
Brwi Claudii powędrowały ku górze. – Śliczna dziewczyna powinna tylko na to
czekać. Możesz ubrać coś ładnego i przez całą noc błyszczeć. Masz w sobie
coś takiego… – Kobieta nagle poderwała się na równe nogi, w następnej
sekundzie materializując tuż przed wciąż oszołomioną Claire. Dziewczyna
mimowolnie spięła się, gdy ciotka ot tak ujęła ją pod brodę, zmuszając do
spojrzenia sobie w oczy. Mimowolnie zadrżała, gdy chłodny kciuk niemalże z czułością
przesunął się po jej policzku. – Takim jak my pisana jest noc.
Coś w tych
słowach przyprawiło ją o jeszcze silniejsze dreszcze – i to
bynajmniej nie dlatego, że miała przed sobą wampirzycę. Spróbowała odwrócić
wzrok, ale nie była w stanie.
Claudia
mimo wszystko musiała to dostrzec, bo uśmiechnęła się niepewnie. Jej spojrzenie
momentalnie złagodniało.
– Zrobisz
jak uważasz – zapewniła pośpiesznie. – Jak wspomniałam, nie mogłam się
powstrzymać. Zresztą zauważyłam, że lubisz fioletowy… Pomyślałam, że by ci
pasowała.
Jeszcze
kiedy mówiła, z wolna się wycofała. Bez pośpiechu ruszyła ku kanapie,
wciąż się uśmiechając, ale Claire zauważyła, że radosny błysk, który dotychczas
gościł w jej oczach, nieznacznie przygasł.
Dłonie
nieznacznie jej zadrżały, kiedy mocniej zacisnęła je na sukience.
–
Przymierzę – obiecała, nie czekając aż wampirzyca doda cokolwiek więcej. –
Zaskoczyłaś mnie. Znaczy… – Potrząsnęła głową, bezskutecznie próbując zapanować
nad plątaniną myśli. – Zaraz wracam.
Claudia
spojrzała na nią z zaciekawieniem, ale nie odezwała się nawet słowem.
Claire przyjęła to z ulgą, w pośpiechu zamykając się w niewielkiej,
wciąż nieurządzonej łazience. Oparła się o drzwi, po czym przymknęła oczy,
dziwnie oszołomiona – i to zarówno słowami ciotki, jak i jej
zachowaniem. Po raz wtóry spojrzała na delikatny materiał, który wciąż trzymała
w dłoniach, mimowolnie myśląc, że naprawdę był piękny. Cała sukienka taka
była, ale w tym leżał problem. To był ten rodzaj kreacji, który bez wahania
włożyłyby mama albo Elena.
Bo?,
pomyślała, przez chwilę niemalże słysząc pobłażliwy głos Claudii. Przez to
czuła się tak, jakby próbowała wyjaśnić wszystkim wokół coś, co tak naprawdę
nie miało sensu – trochę jak przy Rufusie, kiedy po samym jego zachowaniu
czuła, że z wyciągniętymi wnioskami zawędrowała za daleko od tego, co było
prawdziwe.
Nie miała
na sobie sukienki od dnia pogrzebu Allegry. Wcześniej dała się namówić na
licealny bal i to też nie skończyło się dobrze. Halloweenowa impreza
również.
W pośpiechu
odrzuciła od siebie niechciane myśli. Przynajmniej próbowała, w zamian
koncentrując się na kolejnych ruchach. Nie patrzyła na lustro ani na swoją
pierś, kiedy już pozbyła się kurtki i sweterka pod nią. Nie dając sobie
czasu na wątpliwości, pozwoliła, by materiał sukni przylgnął do jej ciała.
Dopiero wtedy zdecydowała się przyjrzeć sobie, mimowolnie rozluźniając się, gdy
nabrała pewności, że nawet gdy się poruszała, nie dało się zauważyć choćby
skrawka znaczącej jej ciało blizny. Może i nieświadomie, ale Claudia
trafiła jak trzeba.
Claire
zawahała się, po czym w końcu zdecydowała się pozbyć również spodni.
Została w samej sukience, nieznacznie tylko krzywiąc się, kiedy dostrzegła
niepasujący do całości, biały stanik. Nie musiała znać się na modzie, by
wiedzieć, że czarny pasowałby o wiele lepiej. O ile w ogóle nie
powinna z niego zrezygnować.
Och, nie
ma mowy.
Czuła się
dziwnie, ale nie źle, choć właśnie tego się spodziewała. Chwilę jeszcze
obserwowała swoje lustrzane odbicie, uważnie śledząc wzrokiem każdą krzywiznę
sylwetki. Może to ciemne barwy, może oświetlenie, a może krój sukni, ale
ta po prostu do niej pasowała. Nie ujawniała za dużo, ale podkreślała to, co
Claire była w stanie uznać niemalże za atuty. Wcale nie czuła się obnażona
– nie jak w rzeczach, które czasami widywała u Eleny. To był rodzaj
eleganckiej, subtelnej kreacji, ale…
Potrząsnęła
głową. Bez słowa wyszła z łazienki, woląc nie czekać aż Claudia zacznie
się do niej dobijać.
Wampirzyca
wciąż siedziała na kanapie w salonie. Zdążyła założyć nogę na nogę i dorwać
się do notesu, który Claire zostawiła na siedzeniu. Serce dziewczyny zabiło
szybciej, kiedy zauważyła, że wzrok kobiety przesuwał się to w jedną, to w drugą
stronę, w miarę jak śledziła kolejne zapisane przez bratanicę linijki.
Przy niektórych uśmiechała się, przy innych zaś jedynie wznosiła oczy ku górze,
ale – co najważniejsze – nie wyglądała na złą.
– Czy
historie o Salem są prawdziwe? Serio? – mruknęła, parskając śmiechem. – Zwykłe
pomówienia. Żadna szanująca się czarownica nie pozwoliłaby się zabić
zwykłym śmiertelnikom.
W tonie
Claudii pobrzmiewała jakaś dziwna nuta, coś z pogranicza westchnienia i pogardy.
Znów skupiła się na lustrowaniu wzrokiem kolejnych pytań.
– To
oznacza, że ludzie nigdy nie…? – Odchrząknęła, by pozbyć się nieprzyjemnego ucisku
w gardle. – Znaczy…
– Czy ludzie
posługują się magią? – podsunęła łagodnie Claudia. Claire mimowolnie skrzywiła się
w odpowiedzi na ostatnie słowo. Wodór, hel, lit… Jak to leciało? –
Oczywiście, ale czyż to nie sprawia, że już nie są zwykli? Byłam człowiekiem,
kiedy mama zaczęła mnie uczyć. – Kobieta zamilkła na dłuższą chwilę. Jej
rubinowe tęczówki nieznacznie pociemniały – i to tylko po to, by znów
pojaśnieć, kiedy spojrzała na stojącą przed nią dziewczynę. Natychmiast poderwała
się na równe nogi. – Och, spójrz na siebie. Jakaś ty śliczna.
Tych kilka
słów wystarczyło, by Claire poczuła, że się rumieni. Poczuła się dziwnie, kiedy
Claudia zaczęła krążyć wokół niej, jakby chcąc obejrzeć ją z każdej
strony. Znów wydawała się radosna i usatysfakcjonowana.
– Dzięki –
wymamrotała, ledwo tylko ciotka znów znalazła się w zasięgu jej wzroku. –
Za sukienkę. Podoba mi się.
– A to
ci niespodzianka… – Kąciki ust wampirzycy powędrowały ku górze. – Więc mam coś
jeszcze. Gotowa?
Nie miała
okazji, żeby zaprotestować. Kobieta prawie natychmiast doskoczyła do kanapy, by
sięgnąć do kolejnej papierowej torby. Tym razem nie próbowała wciskać bratanicy
prezentu, w zamian sama wyciągając zawartość.
Tym razem
Claire wyrwał się zdławiony jęk.
– Chcesz
mnie zabić! – wyrwało jej się, ale w odpowiedzi doczekała się wyłącznie
serdecznego śmiechu.
– Dlaczego
spodziewałam się, że to usłyszę? – zapytała z rozbawieniem Claudia, wyżej
unosząc parę czarnych, bez wątpienia pasujących do sukienki szpilek. – Mają
tylko kilka centymetrów.
– Wolę…
– Co? Tenisówki?
– Claudia wywróciła oczami. – Ranisz moje poczucie estetyki, Claire.
Dziewczyna
jęknęła, po czym ze świstem wypuściła powietrze. Wciąż obserwując ciotkę,
ciężko opadła na kanapę. Tren sukienki zawirował wokół jej kostek.
Miała wrażenie,
że minęła cała wieczność, podczas której obie z uporem milczały – Claire
dodatkowo unikając spoglądania na swoją towarzyszkę.
Do czasu.
– Daj mi to
– dała za wygraną. – Jak się połamię, to będzie twoja wina.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz