3 grudnia 2018

Sto sześćdziesiąt dziewięć

Elena
– Hm… Elena i walka – powtórzył z rezerwą Aldero.
Uciekła wzrokiem gdzieś w bok. Nie czuła się dobrze z tym, że wszyscy na nią patrzyli, choć nie sądziła, że kiedykolwiek do tego dojdzie – w końcu lubiła błyszczeć. Sęk w tym, że zdecydowanie nie tak.
Właściwie sama nie była pewna, czego oczekiwał od niej Rafael. Jeśli przywołania Niebiańskiego Ognia i „przypadkowego” skrzywdzenia kogoś, kto był dla niej ważny, zdecydowanie nie miał na co liczyć. Nie wyobrażała też sobie, że miałaby tak po prostu próbować powalić któregoś z kuzynów. Może i nauczyła się jak trzymać floret (wciąż czuła dziką satysfakcję na wspomnienie sposobu, w jaki załatwiła Damiena), ale to nie szło w parze z walką wręcz. Obawiała się, że prędzej zrobiłaby z siebie idiotkę i to na dodatek na oczach Rafaela.
– Nie przeszkadzajcie sobie – powiedziała z opóźnieniem, wciąż unikając spoglądania na Aldero. Miała wrażenie, że napięcie między nimi stało się nagle wręcz materialne. – Mogę obserwować.
– Rafael chyba zasugerował coś innego – zauważył przytomnie wampir. – Pytanie na czym stanęliście po tym, jak przestałaś ćwiczyć ze mną i Mirą.
Elena zacisnęła usta.
– Absolutnie na niczym.
Co miała mu powiedzieć? Na pewno nie o Przedsionku i tym, że miała okazję zobaczyć Niebiański Ogień w całej okazałości. To nie był ten rodzaj walki, którą chciałaby praktykować przy przypadkowych świadkach, nie tyle z obawy przed upokorzeniem, co przypadkowym zrobieniem komuś krzywdy. Jak znała swoje szczęście, jak nic miała przywołać miecz albo inną broń – i to tylko po to, by chcąc nie chcąc dźgnąć nim kogoś bliskiego albo siebie.
– Cały czas mam na myśli walkę wręcz – wtrącił ze swojego miejsca Rafael. Stał z bok, trzymając się na dystans od reszty towarzystwa. – Nic więcej.
– Łatwo ci mówić – wymamrotała, przenosząc na niego wzrok.
Uśmiechnął się w zaskakująco łagodny, nieco tylko wymuszony sposób. Wciąż czuła się dziwnie za każdym razem, gdy to robił.
– Możliwe. Aczkolwiek dalej myślę tylko o tym, jak zapewnić ci bezpieczeństwo. Okazji do poćwiczenia walki nigdy dość – stwierdził, a potem raptownie spoważniał. Chwilę intensywnie nad czymś myślał, zanim w końcu odezwał się ponownie. – Jak wspomniałem, chętnie poobserwuję. A potem może sam się dołączę.
Elena mimowolnie się wzdrygnęła, bynajmniej nie zaskoczona, że nikt nie zareagował na to oświadczenie w szczególnie entuzjastyczny sposób. Z obawą spojrzała na Aldero, ale ten milczał, udając zainteresowanego jakimś bliżej nieokreślonym punktem w przestrzeni. Dzięki bogini, czasem jednak umiesz trzymać język za zębami, pomyślała, ale i tak miała wątpliwości. Zdenerwowany Al i Rafa w specyficznym nastroju nigdy nie wróżyli niczego dobrego.
– Shannon – odezwał się Cameron. Po jego tonie poznała, że on również przejmował się bliźniakiem. To, że mógłby chcieć zmienić temat, nie było nawet w najmniejszym stopniu zaskakujące. – Mieliśmy zająć się darem Shannon.
– No, tak… – Aldero w końcu się ożywił. Zabrzmiał niemalże beztrosko, kiedy wyprostował się niczym struna, w pośpiechu zwracając do nienaturalnie bladej dziewczyny. – Odejdźmy kawałek od domu, tak dla pewności – zaproponował.
Shannon wydęła usta, ale nie skomentowała jego sugestii nawet słowem. Wciąż wyglądała na spiętą, kiedy posłusznie przeszła kilka metrów dalej. Przystanęła naprzeciwko bliźniaków, po czym zwiesiła ramiona, wyraźnie niepewna tego, co powinna zrobić. W tamtej chwili wydała się Elenie wręcz dziwnie krucha i drobna, choć te określenia zazwyczaj w ogóle do niej nie pasowały.
– Więc… Mam krzyczeć – powiedziała, siląc się na entuzjazm. Brzmiała tak, jakby w rzeczywistości miała ochotę wybuchnąć histerycznym śmiechem. – Serio chcecie, żebym krzyczała – powtórzyła z niedowierzaniem.
– To już ustaliliśmy – przypomniał Aldero. – Nie masz się czym przejmować. Nikomu nic się nie stanie.
– To nie ty będziesz miał kogoś na sumieniu, jeśli coś pójdzie nie tak – przypomniała mu cierpkim tonem.
Jedynie potrząsnął głową. Otworzył usta, chcąc dodać coś jeszcze, ale w porę ubiegł go Cameron:
– Al i Damien osłonią pozostałych. Ty skup się tylko na mnie – zaproponował, stając naprzeciwko niej.
Oczy Shannon rozszerzyły się w geście niedowierzania. Przez dłuższą chwilę po prostu stała i wpatrywała się w swojego przeciwnika, zdecydowanie nie sprawiając wrażenia kogoś, kto zamierzał rzucić się do ataku. Ostatecznie cicho jęknęła i – energicznie potrząsając przy tym głową – w pośpiechu zaczęła się wycofywać.
– Nie ma opcji! – obruszyła się. – Zgłaszasz się na ochotnika, by pierwszemu oberwać? Ty, Cammy?! – jęknęła, a wampir jak na zawołanie uniósł brwi, spoglądając na nią z powątpiewaniem.
– Co to niby miało znaczyć?
Shannon wzniosła oczy ku niebu.
– To, co powiedziałam. Jeśli już miałabym zrobić komuś krzywdę, to już lepiej twojemu bratu niż tobie – wypaliła, uśmiechając się przy tym w nieco gorzki sposób. – Wybacz, Al.
– Nie ma sprawy – rzucił sam zainteresowany. – Chyba przywykam, że wszystkie tu jesteście dla mnie równie miłe – rzucił pozornie lekkim tonem, ale Elena i tak wiedziała, co miał na myśli ją.
Z trudem powstrzymała cisnące jej się na usta przekleństwo. Bez słowa odsunęła się, kątem oka obserwując rozmawiające towarzystwo, ale już nie zwracając uwagi na poszczególne słowa. Tak, zasłużyła sobie – na pewno na to, żeby Aldero był na nią zły. Z drugiej strony, naprawdę robiła, co mogła! Mógł tego nie rozumieć – zwłaszcza zainteresowania, którym obdarzyła Rafaela po tym, co zrobił – ale to wciąż była jej sprawa. Co więcej, wywiązała się z propozycji, którą sama mu złożyła. Wtedy jeszcze nie planowała znikać zaraz po uroczystościach, ale to wciąż pozostawało jej sprawą.
Westchnęła w duchu. Przecież dobrze wiedziała, że chodziło o coś więcej, niż tylko potencjalne ryzyko i to, że kogokolwiek zmartwiła. Aldero mógł udawać, że się porozumieli, ale Elena szczerze wątpiła, żeby to było takie proste. Kochał ją – sam to powiedział. To wyznanie wciąż gdzieś tam było, dręcząc ją nie tylko wtedy, gdy je sobie przypominała, ale przede wszystkim gdy myślała o ich relacji. Pragnęła, żeby wszystko faktycznie sprowadzało się do przyjaźni i relacji właściwej dla osób, które uważały się za rodzinę, ale…
Jakby to było takie proste… Emocje nigdy nie są.
To, że pozwalała mu sobie pomagać, również nie pomagało. Zwierzała mu się, piła jego krew i traktowała jak przyjaciela – dokładnie tak, jak tego oczekiwał. Tak przynajmniej sądziła, póki nie dopuściła do siebie myśli, że w ten sposób co najwyżej wszystko komplikowała. I raniła, choć to było ostatnim, czego tak naprawdę chciała. Kłócenie się z Aldero też nie było tym, czego w tym wszystkim pragnęła, w szczególności po śmierci Aldero. Zdecydowanie musieli porozmawiać, ale Elena obawiała się, że w obecnej sytuacji wszystko tak czy siak miało sprowadzać się właśnie do sprzeczki.
Jakby tego było mało, już nawet nie mogła udawać, że chodziło tylko o ten jej cholerny dar – bycie uwodzicielką, czy w jaki inny sposób ujął to Eleazar. Sam Aldero twierdził, że nie chodziło o zauroczenie, a Elena nie miała powodów, żeby mu nie wierzyć.
Tym gorzej, bo gdyby te uczucia były szczere, łatwiej byłoby jej podchodzić do nich z rezerwą.
– Wszystko w porządku?
Poderwała głowę. Alice stała tuż obok, spoglądając na nią w zachęcający, troskliwy sposób. Po wyrazie jej twarzy trudno było stwierdzić, co myślała o obecności Rafaela, zwłaszcza że ta wampirzyca mało kiedy okazywała niechęć. W tamtej chwili zresztą cała jej uwaga była skupiona na siostrze.
– Dlaczego miałoby nie być? – Elena wysiliła się na uśmiech, choć czuła, że wyszło jej to co najmniej marnie. – Czuję się, jakby własny mąż zamierzał mnie wykończyć. Nic nowego – dodała, ale Alice nie wyglądała na przekonaną.
– Żartujesz – stwierdziła w zamyśleniu – ale coś cię dręczy. To akurat widać.
Zacisnęła usta. Mogła spodziewać się, że któraś z jej sióstr szybko zorientuje się, że coś jest na rzeczy. To nie było trudne, zwłaszcza w tej sytuacji, ale Elena i tak poczuła się nieswojo. Jeszcze jakiś czas temu z problemem bez wahania poszłaby do Rosalie, by móc się jej wyżalić, ale już od dłuższego czasu nie była się na to zdobyć. Nie żeby wciąż miała do wampirzycy pretensje o Elizabeth i sposób, w jaki traktowała Rafaela, choć i to sprawiło, że w którymś momencie relacje jej i Rose znacząco się rozluźniły. Prawdziwy problem jednak polegał na tym, że Elena szczerze wątpiła, by którakolwiek z jej sióstr była w stanie zrozumieć to, co ją dręczyło.
– Przejmuję się tym, że w ogóle tutaj jestem – przyznała zgodnie z prawdą. Fakt faktem, że za jej samopoczuciem kryło się coś więcej, ale to zdecydowała się zostawić dla siebie. – Tata nie powiedział, dlaczego mamy się spotkać, ale znam go. No i wspominał o Beatrycze i Lawrence’ie… Jakoś wątpię, by chodziło o towarzyskie spotkanie.
Trudno jej było myśleć o Carlisle’u, który pałałby niechęcią do kogokolwiek, ale gdy chodziło o L., sprawy się komplikowały. Elena wciąż nie była w stanie stwierdzić, w jaki sposób określić porozumienie, do którego doszli. Rozmawiali, niejako się przejmowali, ale jednak dziewczyna nie miała wątpliwości, że również w jej ojcu Lawrence wzbudzał dość jednoznaczne emocje. Podejrzewała, że gdyby nie Beatrycze, sytuacja prezentowałaby się w jeszcze bardziej nietypowy sposób.
– Niczego nie widziałam, ale to akurat nic nowego. – Alice westchnęła przeciągle. – Chyba powinnam przywyknąć, prawda? Teraz mało kiedy się przydaję.
– Szczerze mówiąc, tak jest chyba nawet lepiej – przyznała z nieco nerwowym śmiechem. – Chwilowo mam dość jakichkolwiek wizji.
Przez twarz wampirzycy przemknął cień na samą sugestię tego, co wydarzyło się w Volterze. Skinęła głową, nagle milcząca i bardzo niepewna. Coś w tym widok sprawiło, że Elena momentalnie zapragnęła ją uściskać, ale powstrzymała się. To zdecydowanie nie było w jej stylu, choć z drugiej strony…
Chwilami nie rozumiała samej siebie. I właśnie w tym leżał problem – w tej inności, której nie była w stanie pojąć. Tym bardziej nie mogła oczekiwać, że któreś z jej bliskich tak po prostu zrozumie, skoro sama nie potrafiła sprecyzować choćby części targającym nią emocji. Przy Rafaelu czuła się pewniej, prawie jak wciąż była sobą, ale to wciąż pozostawało tylko iluzją. Rozumiała to zwłaszcza w takich chwilach, jak wizyta w Przedsionku, gdzie aż nazbyt wyraźnie czuła, że wszystko się zmieniło.
– Mielibyście coś przeciwko, gdybym poszła się przejść? – wypaliła pod wpływem impulsu.
Nawet nie zwróciła uwagi na to, czy przypadkiem nie weszła komuś w słowo. Cameron i Shannon dalej stali naprzeciwko siebie, dyskutując o czymś zawzięcie, jednak w tamtej chwili oboje zamilkli. Poczuła na sobie wymowne spojrzenie Aldero, jednak i jego zignorowała, w zamian koncentrując się na Rafaelu.
Lilan? – rzucił z powątpiewaniem.
Westchnęła cicho.
– Potrzebuję chwili dla siebie. Tu w pobliżu – wyjaśniła w pośpiechu. – Jeśli ktoś będzie chciał mnie zabić, na pewno cię zawołam. Nie martw się.
– Nie rozbawiłaś mnie tym – stwierdził, prostując się niczym struna.
– Nie zamierzałam. – Wywróciła oczami. Mogła spodziewać się takiej reakcji. – Ćwiczcie dalej z Shannon. Już i tak ma wystarczającą widownię – zauważyła, siląc się na beztroski ton. –  Potrzebuję piętnastu minut. Tylko tyle.
– Mógłbym… – zaczął natychmiast demon, ale jedynie pokręciła głową.
– Proszę.
Zawahał się, zwłaszcza gdy ich spojrzenia się spotkały. Jego oczy – lśniące i barwą przypominające bezchmurne niebo – wydały się Elenie ciemniejsze niż zazwyczaj. W tamtej chwili wydał jej się przede wszystkim zmartwiony, choć podejrzewała, że jako jedyna była w stanie to dostrzec. Ludzka strona Rafaela zdecydowanie nie była czymś, co mógł zauważyć ktoś, kto nie zdawał sobie sprawy z jej istnienia.
– Jak sobie życzysz – dał za wygraną. – Ale jeśli nie będzie cię tutaj za kwadrans, to cię znajdę.
Parsknęła śmiechem, nie mogąc się powstrzymać. To zabrzmiało jak groźba, choć zdecydowanie nie odbierała jego słów w ten sposób. Podejrzewała, że każdy na jej miejscu byłby zaniepokojony, słysząc taki komunikat z ust demona, ale z nią było inaczej. Podejrzewała zresztą, że tak czy inaczej nerwy miały mu puścić już po dziesięciu minutach.
Czuła, że ją obserwował, gdy tylko ruszyła się z miejsca. Nie jako jedyny, ale przynajmniej nikt więcej nie próbował komentować tego, co robiła. Cały czas igrasz z losem, przeszło jej przez myśl, a na plecach jak na zawołanie poczuła mrowienie w miejscu, gdzie czerniło się znamię. Miała dość powodów do niepokoju, zresztą tak jak i Rafael, ale to jeszcze nie oznaczało, że mieli popadać w paranoję. Słodka bogini, sama również już nie była słabą, na wpół ludzką Eleną, która nie była w stanie wyczuć niebezpieczeństwa. Zamierzała trzymać się na tyle blisko domu, by zapewnić sobie bezpieczeństwo, zwłaszcza że szczerze wątpiła, by ktoś taki jak Hunter zaryzykował się podejść aż tak blisko. Jeśli chodziło o Ciemność, to tej tak czy siak nie byłaby w stanie powstrzymać nawet cała armia.
Wzdrygnęła się na samą myśl. Spróbowała zrzucić to na panujący na zewnątrz chłód, ale podświadomie czuła, że tak naprawdę oszukiwała samą siebie. Jej myśli wirowały, raz po raz uciekając w kierunkach, od których wolała trzymać się z daleka. Tęskniła za okresem, kiedy jej największym problemem był wybór stroju na kolejny dzień albo opanowanie kroków kolejnego układu na zajęcia. Teraz już nawet o tym nie myślała, gotowa przysiąc, że czas spędzony w szkole, na imprezach i podczas meczów, w rzeczywistości należał do kogoś innego. Co więcej, wcale za tym nie tęskniła – ani za fałszywymi znajomymi, ani za byciem cheerleaderką, popularnością i sposobem, w jaki reagowali na nią mężczyźni.
Bycie uwodzicielką zdecydowanie nie jawiło się Elenie jako coś, czego można było pożądać. Lubiła zainteresowanie płci przeciwnej, póki nie pojęła, jak sztuczne to wszystko było. W tym wszystkim nigdy tak naprawdę nie chodziło o nią i ta świadomość dręczyła ją w największym stopniu.
Westchnęła, po czym powiodła wzrokiem dookoła. Nie śpieszyła się, ludzkim tempem idąc aż nazbyt znajomą ścieżką. Czuła, że z zamkniętymi oczami mogłaby trafić do miejsca, które kilka miesięcy wcześniej wskazał jej Raven – tego samego, w którym znalazła Rafaela. Przez moment wręcz wypatrywała kruka, nie tyle próbując odtworzyć tamto popołudnie, ale w przekonaniu, że demon tak czy siak nie puściłby jej nigdzie samej. Nie żeby była tym specjalnie zaskoczona, choć doświadczenie samo w sobie było frustrujące. Potrzebowała chwili na siebie, a przynajmniej tak sądziła przez większość czasu, póki nie przekonała się, że panująca dookoła cisza daje jej się we znaki równie mocno, co i wymowne spojrzenia Aldero.
Niech to szlag, jęknęła w duchu, uprzytomniając sobie, że tak naprawdę wcale nie wiedziała, czego chciała.
Cisza miała w sobie coś irytującego. Sprawiała, że czuła się coraz bardziej nieswojo, prawie jak wtedy, gdy zaatakował ją Hunter. Nerwowo obejrzała się przez ramię, nie mogąc pozbyć niepokojącego wrażenia bycia obserwowaną. Skupiła się na wyostrzonych zmysłach i tym, co jej podsuwały, ale nie była w stanie wywnioskować, czy grozi jej jakiekolwiek niebezpieczeństwo. Miała wrażenie, że zorientowałaby się, zwłaszcza teraz, gdy wyraźniej niż wcześniej czuła instynkt. Gdyby w pobliżu znajdował się ktoś niebezpieczniejszy od Rafaela, wtedy…
– Elena!
Omal nie wyszła z siebie ze zdenerwowania. Wyprostowała się niczym struna, w pośpiechu zwracając ku postaci, która nagle znalazła się tuż za jej plecami. Gwałtownie zaczerpnęła powietrza do płuc, jedynie cudem powstrzymując od krzyku. W zamian po prostu stała i bezmyślnie wpatrywała w Liz, próbując zrozumieć, jakim cudem tej udało się do niej podkraść.
– O bogini – wyrwało jej się. – Wystraszyłaś mnie! – przyznała niechętnie, dopiero po chwili uprzytomniając sobie, że wypowiedziała te słowa na głos.
– Przepraszam? – Liz spojrzała na nią dziwnie, jakby speszona. – Pomyślałam po prostu, że jednak wyglądasz, jakbyś potrzebowała towarzystwa. Ale jeśli mam sobie pójść…
Bez słowa wzięła przyjaciółkę w ramiona. To było niczym impuls, któremu się poddała, przez moment mając wrażenie, że widziała Elizabeth pierwszy raz od dawna. W gruncie rzeczy tak było. W wieczór, w której dziewczyna znów pojawiła się w domu u boku Damiena, zdążyły zamieć ze sobą zaledwie kilka słów. To zdecydowanie nie było to samo, co móc porozmawiać, za to w chwili, w której Elena zauważyła przyjaciółkę przed sobą, przez moment poczuła się tak, jakby wszystko wróciło na swoje miejsce. Dopiero wtedy w pełni uprzytomniła sobie, że jej potrzebowała – dokładnie jak wtedy, gdy ukrywanie związku z Rafaelem zaczęło być zbyt trudne, tak jak i odliczanie dni do nieszczęsnego balu w Volterze.
Teraz też się tak poczuła. Obawy wróciły, nawet intensywniejsze niż do tej pory. Miała wrażenie, że znamię na plecach dodatkowo je napędzało, choć nie sądziła, że to w ogóle możliwe.
– Ehm… Hej – rzuciła nieco spiętym tonem Liz. – Zadziwiająco wylewne jak na ciebie, chociaż… też tęskniłam.
– Jak to jest, że ciągle się mijamy?
Elizabeth zaśmiała się nerwowo.
– To moja wina – stwierdziła z rozbrajającą wręcz szczerością. – Dramaty rodzinne, trochę tchórzostwa… Sama rozumiesz.
– Liz… – zaczęła, ale doczekała się wyłącznie tego, że dziewczyna odsunęła się, energicznie potrząsając głową.
– Nie przerywaj mi, bo obie wiemy, że to prawda. Zrobiłam tyle głupich rzeczy, a teraz… – Westchnęła, w roztargnieniu przeczesując palcami włosy. – Pogubiłam się w tym wszystkim. Po balu, zwłaszcza gdy Issie… Ale nigdy nie powinnam uciekać. To tym głupsze, skoro spokojnie stałam obok, kiedy moja najlepsza przyjaciółka wychodziła za demona, prawda?
Elena nie była w stanie odpowiedzieć. Po prostu wpatrywała się w Elizabeth, gorączkowo szukając słów, które zabrzmiałyby sensownie. Sęk w tym, że żadne nie wydawały się właściwe. Zdecydowanie nie była pocieszycielką, nawet dla tych, którzy mieli dla niej znaczenie. Miała zresztą wrażenie, że Liz tak naprawdę wcale nie potrzebowała odpowiedzi, a już zwłaszcza pustych, uspokajających frazesów. Nie po to za nią poszła.
– Chcesz się przejść? – wypaliła w końcu, zadając pierwsze pytanie, które wydało jej się wystarczająco neutralne. – Pewnie powinnam już wracać, bo Rafael poważnie mówił o tym kwadransie, ale jeśli nie przeszkadza ci, że się do nas pofatyguje…
– Czy przeszkadza mi twój mąż demon, znikąd spadający z nieba? Ani trochę.
Powiedziała to z taką dozą beztroski i obojętności, że zabrzmiało to wręcz groteskowo. Elena parsknęła śmiechem, nie mogąc się powstrzymać. Wszelakie wątpliwości zniknęły, zwłaszcza gdy nabrała pewności, że przebywanie z Liz nadal było równie proste, co i zazwyczaj. To było tak, jakby czas, wszystkie zmiany i jakiekolwiek negatywne emocje nie grały roli, przynajmniej kiedy w grę wchodziła przyjaźń. Była za to losowi wdzięczna.
Przez dłuższą chwilę trwały w ciszy, ale tym razem ta wydała się Elenie jak najbardziej znośna. Zawsze potrafiły przy sobie milczeć, co w tamtej chwili wydało się dziewczynie co najmniej niezwykłe. Nawet to, że Liz wciąż wyglądała się być myślami gdzieś daleko, nie wydało jej się niewłaściwe. Po prostu czekała, nie mogąc pozbyć wrażenia, że przyjaciółka oczekiwała czegoś więcej, niż tylko wspólnego spaceru.
Nie próbowała na nią naciskać. Nawet gdyby spędziły ten czas w milczeniu, by później wrócić na podjazd przed domem, uznałaby to za odpowiednie.
– Jest tyle rzeczy, które nie dają mi spokoju… Przeprosiłabym za ten hotel, ale jak cię znam, to pewnie nie powinnam – powiedziała w końcu Elizabeth.
– Nie powinnaś – podchwyciła natychmiast Elena. – To nie była twoja…
– Była – przerwała z naciskiem Liz. – Zresztą nie o to chodzi. Nie o tym chciałam… Stęskniłam się, w porządku? – Westchnęła przeciągle. – Nie wiesz jak się cieszę, że cię tutaj widzę. Nawet z Rafaelem.
– Cóż za miła odmiana, że ktoś cieszy się z widoku mojego męża – rzuciła zaczepnym tonem, ale przyjaciółka nie zwróciła na te słowa większej uwagi.
Kiedy nagle się zatrzymała, tym samym przymuszając Elenę do tego samego, do dziewczyny dotarło, że szykowało się na poważniejszą rozmowę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa