
Elena
– Hm… Elena i walka –
powtórzył z rezerwą Aldero.
Uciekła
wzrokiem gdzieś w bok. Nie czuła się dobrze z tym, że wszyscy na nią
patrzyli, choć nie sądziła, że kiedykolwiek do tego dojdzie – w końcu
lubiła błyszczeć. Sęk w tym, że zdecydowanie nie tak.
Właściwie
sama nie była pewna, czego oczekiwał od niej Rafael. Jeśli przywołania
Niebiańskiego Ognia i „przypadkowego” skrzywdzenia kogoś, kto był dla niej
ważny, zdecydowanie nie miał na co liczyć. Nie wyobrażała też sobie, że miałaby
tak po prostu próbować powalić któregoś z kuzynów. Może i nauczyła
się jak trzymać floret (wciąż czuła dziką satysfakcję na wspomnienie sposobu, w jaki
załatwiła Damiena), ale to nie szło w parze z walką wręcz. Obawiała
się, że prędzej zrobiłaby z siebie idiotkę i to na dodatek na oczach
Rafaela.
– Nie
przeszkadzajcie sobie – powiedziała z opóźnieniem, wciąż unikając
spoglądania na Aldero. Miała wrażenie, że napięcie między nimi stało się nagle
wręcz materialne. – Mogę obserwować.
– Rafael
chyba zasugerował coś innego – zauważył przytomnie wampir. – Pytanie na czym
stanęliście po tym, jak przestałaś ćwiczyć ze mną i Mirą.
Elena
zacisnęła usta.
–
Absolutnie na niczym.
Co miała mu
powiedzieć? Na pewno nie o Przedsionku i tym, że miała okazję
zobaczyć Niebiański Ogień w całej okazałości. To nie był ten rodzaj walki,
którą chciałaby praktykować przy przypadkowych świadkach, nie tyle z obawy
przed upokorzeniem, co przypadkowym zrobieniem komuś krzywdy. Jak znała swoje
szczęście, jak nic miała przywołać miecz albo inną broń – i to tylko po
to, by chcąc nie chcąc dźgnąć nim kogoś bliskiego albo siebie.
– Cały czas
mam na myśli walkę wręcz – wtrącił ze swojego miejsca Rafael. Stał z bok,
trzymając się na dystans od reszty towarzystwa. – Nic więcej.
– Łatwo ci
mówić – wymamrotała, przenosząc na niego wzrok.
Uśmiechnął
się w zaskakująco łagodny, nieco tylko wymuszony sposób. Wciąż czuła się
dziwnie za każdym razem, gdy to robił.
– Możliwe.
Aczkolwiek dalej myślę tylko o tym, jak zapewnić ci bezpieczeństwo. Okazji
do poćwiczenia walki nigdy dość – stwierdził, a potem raptownie
spoważniał. Chwilę intensywnie nad czymś myślał, zanim w końcu odezwał się
ponownie. – Jak wspomniałem, chętnie poobserwuję. A potem może sam się
dołączę.
Elena
mimowolnie się wzdrygnęła, bynajmniej nie zaskoczona, że nikt nie zareagował na
to oświadczenie w szczególnie entuzjastyczny sposób. Z obawą
spojrzała na Aldero, ale ten milczał, udając zainteresowanego jakimś bliżej
nieokreślonym punktem w przestrzeni. Dzięki
bogini, czasem jednak umiesz trzymać język za zębami, pomyślała, ale i tak
miała wątpliwości. Zdenerwowany Al i Rafa w specyficznym nastroju
nigdy nie wróżyli niczego dobrego.
– Shannon –
odezwał się Cameron. Po jego tonie poznała, że on również przejmował się
bliźniakiem. To, że mógłby chcieć zmienić temat, nie było nawet w najmniejszym
stopniu zaskakujące. – Mieliśmy zająć się darem Shannon.
– No, tak…
– Aldero w końcu się ożywił. Zabrzmiał niemalże beztrosko, kiedy
wyprostował się niczym struna, w pośpiechu zwracając do nienaturalnie
bladej dziewczyny. – Odejdźmy kawałek od domu, tak dla pewności – zaproponował.
Shannon
wydęła usta, ale nie skomentowała jego sugestii nawet słowem. Wciąż wyglądała
na spiętą, kiedy posłusznie przeszła kilka metrów dalej. Przystanęła
naprzeciwko bliźniaków, po czym zwiesiła ramiona, wyraźnie niepewna tego, co
powinna zrobić. W tamtej chwili wydała się Elenie wręcz dziwnie krucha i drobna,
choć te określenia zazwyczaj w ogóle do niej nie pasowały.
– Więc… Mam
krzyczeć – powiedziała, siląc się na entuzjazm. Brzmiała tak, jakby w rzeczywistości
miała ochotę wybuchnąć histerycznym śmiechem. – Serio chcecie, żebym krzyczała
– powtórzyła z niedowierzaniem.
– To już
ustaliliśmy – przypomniał Aldero. – Nie masz się czym przejmować. Nikomu nic
się nie stanie.
– To nie ty
będziesz miał kogoś na sumieniu, jeśli coś pójdzie nie tak – przypomniała mu
cierpkim tonem.
Jedynie
potrząsnął głową. Otworzył usta, chcąc dodać coś jeszcze, ale w porę
ubiegł go Cameron:
– Al i Damien
osłonią pozostałych. Ty skup się tylko na mnie – zaproponował, stając
naprzeciwko niej.
Oczy Shannon
rozszerzyły się w geście niedowierzania. Przez dłuższą chwilę po prostu
stała i wpatrywała się w swojego przeciwnika, zdecydowanie nie
sprawiając wrażenia kogoś, kto zamierzał rzucić się do ataku. Ostatecznie cicho
jęknęła i – energicznie potrząsając przy tym głową – w pośpiechu
zaczęła się wycofywać.
– Nie ma
opcji! – obruszyła się. – Zgłaszasz się na ochotnika, by pierwszemu oberwać?
Ty, Cammy?! – jęknęła, a wampir jak na zawołanie uniósł brwi, spoglądając
na nią z powątpiewaniem.
– Co to
niby miało znaczyć?
Shannon
wzniosła oczy ku niebu.
– To, co
powiedziałam. Jeśli już miałabym zrobić komuś krzywdę, to już lepiej twojemu
bratu niż tobie – wypaliła, uśmiechając się przy tym w nieco gorzki
sposób. – Wybacz, Al.
– Nie ma
sprawy – rzucił sam zainteresowany. – Chyba przywykam, że wszystkie tu
jesteście dla mnie równie miłe – rzucił pozornie lekkim tonem, ale Elena i tak
wiedziała, co miał na myśli ją.
Z trudem
powstrzymała cisnące jej się na usta przekleństwo. Bez słowa odsunęła się,
kątem oka obserwując rozmawiające towarzystwo, ale już nie zwracając uwagi na
poszczególne słowa. Tak, zasłużyła sobie – na pewno na to, żeby Aldero był na
nią zły. Z drugiej strony, naprawdę robiła, co mogła! Mógł tego nie
rozumieć – zwłaszcza zainteresowania, którym obdarzyła Rafaela po tym, co
zrobił – ale to wciąż była jej sprawa. Co więcej, wywiązała się z propozycji,
którą sama mu złożyła. Wtedy jeszcze nie planowała znikać zaraz po
uroczystościach, ale to wciąż pozostawało jej sprawą.
Westchnęła w duchu.
Przecież dobrze wiedziała, że chodziło o coś więcej, niż tylko potencjalne
ryzyko i to, że kogokolwiek zmartwiła. Aldero mógł udawać, że się
porozumieli, ale Elena szczerze wątpiła, żeby to było takie proste. Kochał ją –
sam to powiedział. To wyznanie wciąż gdzieś tam było, dręcząc ją nie tylko
wtedy, gdy je sobie przypominała, ale przede wszystkim gdy myślała o ich
relacji. Pragnęła, żeby wszystko faktycznie sprowadzało się do przyjaźni i relacji
właściwej dla osób, które uważały się za rodzinę, ale…
Jakby to było takie proste… Emocje nigdy nie
są.
To, że
pozwalała mu sobie pomagać, również nie pomagało. Zwierzała mu się, piła jego
krew i traktowała jak przyjaciela – dokładnie tak, jak tego oczekiwał. Tak
przynajmniej sądziła, póki nie dopuściła do siebie myśli, że w ten sposób
co najwyżej wszystko komplikowała. I raniła, choć to było ostatnim, czego
tak naprawdę chciała. Kłócenie się z Aldero też nie było tym, czego w tym
wszystkim pragnęła, w szczególności po śmierci Aldero. Zdecydowanie
musieli porozmawiać, ale Elena obawiała się, że w obecnej sytuacji
wszystko tak czy siak miało sprowadzać się właśnie do sprzeczki.
Jakby tego
było mało, już nawet nie mogła udawać, że chodziło tylko o ten jej
cholerny dar – bycie uwodzicielką, czy w jaki inny sposób ujął to Eleazar.
Sam Aldero twierdził, że nie chodziło o zauroczenie, a Elena nie
miała powodów, żeby mu nie wierzyć.
Tym gorzej,
bo gdyby te uczucia były szczere, łatwiej byłoby jej podchodzić do nich z rezerwą.
– Wszystko w porządku?
Poderwała
głowę. Alice stała tuż obok, spoglądając na nią w zachęcający, troskliwy
sposób. Po wyrazie jej twarzy trudno było stwierdzić, co myślała o obecności
Rafaela, zwłaszcza że ta wampirzyca mało kiedy okazywała niechęć. W tamtej
chwili zresztą cała jej uwaga była skupiona na siostrze.
– Dlaczego
miałoby nie być? – Elena wysiliła się na uśmiech, choć czuła, że wyszło jej to
co najmniej marnie. – Czuję się, jakby własny mąż zamierzał mnie wykończyć. Nic
nowego – dodała, ale Alice nie wyglądała na przekonaną.
– Żartujesz
– stwierdziła w zamyśleniu – ale coś cię dręczy. To akurat widać.
Zacisnęła
usta. Mogła spodziewać się, że któraś z jej sióstr szybko zorientuje się,
że coś jest na rzeczy. To nie było trudne, zwłaszcza w tej sytuacji, ale
Elena i tak poczuła się nieswojo. Jeszcze jakiś czas temu z problemem
bez wahania poszłaby do Rosalie, by móc się jej wyżalić, ale już od dłuższego
czasu nie była się na to zdobyć. Nie żeby wciąż miała do wampirzycy pretensje o Elizabeth
i sposób, w jaki traktowała Rafaela, choć i to sprawiło, że w którymś
momencie relacje jej i Rose znacząco się rozluźniły. Prawdziwy problem
jednak polegał na tym, że Elena szczerze wątpiła, by którakolwiek z jej
sióstr była w stanie zrozumieć to, co ją dręczyło.
– Przejmuję
się tym, że w ogóle tutaj jestem – przyznała zgodnie z prawdą. Fakt
faktem, że za jej samopoczuciem kryło się coś więcej, ale to zdecydowała się
zostawić dla siebie. – Tata nie powiedział, dlaczego mamy się spotkać, ale znam
go. No i wspominał o Beatrycze i Lawrence’ie… Jakoś wątpię, by
chodziło o towarzyskie spotkanie.
Trudno jej
było myśleć o Carlisle’u, który pałałby niechęcią do kogokolwiek, ale gdy
chodziło o L., sprawy się komplikowały. Elena wciąż nie była w stanie
stwierdzić, w jaki sposób określić porozumienie, do którego doszli.
Rozmawiali, niejako się przejmowali, ale jednak dziewczyna nie miała
wątpliwości, że również w jej ojcu Lawrence wzbudzał dość jednoznaczne
emocje. Podejrzewała, że gdyby nie Beatrycze, sytuacja prezentowałaby się w jeszcze
bardziej nietypowy sposób.
– Niczego
nie widziałam, ale to akurat nic nowego. – Alice westchnęła przeciągle. – Chyba
powinnam przywyknąć, prawda? Teraz mało kiedy się przydaję.
– Szczerze
mówiąc, tak jest chyba nawet lepiej – przyznała z nieco nerwowym śmiechem.
– Chwilowo mam dość jakichkolwiek wizji.
Przez twarz
wampirzycy przemknął cień na samą sugestię tego, co wydarzyło się w Volterze.
Skinęła głową, nagle milcząca i bardzo niepewna. Coś w tym widok
sprawiło, że Elena momentalnie zapragnęła ją uściskać, ale powstrzymała się. To
zdecydowanie nie było w jej stylu, choć z drugiej strony…
Chwilami
nie rozumiała samej siebie. I właśnie w tym leżał problem – w tej
inności, której nie była w stanie pojąć. Tym bardziej nie mogła oczekiwać,
że któreś z jej bliskich tak po prostu zrozumie, skoro sama nie potrafiła
sprecyzować choćby części targającym nią emocji. Przy Rafaelu czuła się
pewniej, prawie jak wciąż była sobą, ale to wciąż pozostawało tylko iluzją.
Rozumiała to zwłaszcza w takich chwilach, jak wizyta w Przedsionku,
gdzie aż nazbyt wyraźnie czuła, że wszystko się zmieniło.
–
Mielibyście coś przeciwko, gdybym poszła się przejść? – wypaliła pod wpływem
impulsu.
Nawet nie
zwróciła uwagi na to, czy przypadkiem nie weszła komuś w słowo. Cameron i Shannon
dalej stali naprzeciwko siebie, dyskutując o czymś zawzięcie, jednak w tamtej
chwili oboje zamilkli. Poczuła na sobie wymowne spojrzenie Aldero, jednak i jego
zignorowała, w zamian koncentrując się na Rafaelu.
– Lilan? – rzucił z powątpiewaniem.
Westchnęła
cicho.
–
Potrzebuję chwili dla siebie. Tu w pobliżu – wyjaśniła w pośpiechu. –
Jeśli ktoś będzie chciał mnie zabić, na pewno cię zawołam. Nie martw się.
– Nie
rozbawiłaś mnie tym – stwierdził, prostując się niczym struna.
– Nie
zamierzałam. – Wywróciła oczami. Mogła spodziewać się takiej reakcji. – Ćwiczcie
dalej z Shannon. Już i tak ma wystarczającą widownię – zauważyła, siląc
się na beztroski ton. – Potrzebuję piętnastu
minut. Tylko tyle.
– Mógłbym… –
zaczął natychmiast demon, ale jedynie pokręciła głową.
– Proszę.
Zawahał
się, zwłaszcza gdy ich spojrzenia się spotkały. Jego oczy – lśniące i barwą
przypominające bezchmurne niebo – wydały się Elenie ciemniejsze niż zazwyczaj. W tamtej
chwili wydał jej się przede wszystkim zmartwiony, choć podejrzewała, że jako
jedyna była w stanie to dostrzec. Ludzka strona Rafaela zdecydowanie nie
była czymś, co mógł zauważyć ktoś, kto nie zdawał sobie sprawy z jej
istnienia.
– Jak sobie
życzysz – dał za wygraną. – Ale jeśli nie będzie cię tutaj za kwadrans, to cię
znajdę.
Parsknęła
śmiechem, nie mogąc się powstrzymać. To zabrzmiało jak groźba, choć
zdecydowanie nie odbierała jego słów w ten sposób. Podejrzewała, że każdy
na jej miejscu byłby zaniepokojony, słysząc taki komunikat z ust demona,
ale z nią było inaczej. Podejrzewała zresztą, że tak czy inaczej nerwy
miały mu puścić już po dziesięciu minutach.
Czuła, że
ją obserwował, gdy tylko ruszyła się z miejsca. Nie jako jedyny, ale
przynajmniej nikt więcej nie próbował komentować tego, co robiła. Cały czas igrasz z losem, przeszło jej
przez myśl, a na plecach jak na zawołanie poczuła mrowienie w miejscu,
gdzie czerniło się znamię. Miała dość powodów do niepokoju, zresztą tak jak i Rafael,
ale to jeszcze nie oznaczało, że mieli popadać w paranoję. Słodka bogini,
sama również już nie była słabą, na wpół ludzką Eleną, która nie była w stanie
wyczuć niebezpieczeństwa. Zamierzała trzymać się na tyle blisko domu, by
zapewnić sobie bezpieczeństwo, zwłaszcza że szczerze wątpiła, by ktoś taki jak
Hunter zaryzykował się podejść aż tak blisko. Jeśli chodziło o Ciemność,
to tej tak czy siak nie byłaby w stanie powstrzymać nawet cała armia.
Wzdrygnęła
się na samą myśl. Spróbowała zrzucić to na panujący na zewnątrz chłód, ale
podświadomie czuła, że tak naprawdę oszukiwała samą siebie. Jej myśli wirowały,
raz po raz uciekając w kierunkach, od których wolała trzymać się z daleka.
Tęskniła za okresem, kiedy jej największym problemem był wybór stroju na
kolejny dzień albo opanowanie kroków kolejnego układu na zajęcia. Teraz już
nawet o tym nie myślała, gotowa przysiąc, że czas spędzony w szkole,
na imprezach i podczas meczów, w rzeczywistości należał do kogoś
innego. Co więcej, wcale za tym nie tęskniła – ani za fałszywymi znajomymi, ani
za byciem cheerleaderką, popularnością i sposobem, w jaki reagowali
na nią mężczyźni.
Bycie
uwodzicielką zdecydowanie nie jawiło się Elenie jako coś, czego można było pożądać.
Lubiła zainteresowanie płci przeciwnej, póki nie pojęła, jak sztuczne to
wszystko było. W tym wszystkim nigdy tak naprawdę nie chodziło o nią i ta
świadomość dręczyła ją w największym stopniu.
Westchnęła,
po czym powiodła wzrokiem dookoła. Nie śpieszyła się, ludzkim tempem idąc aż
nazbyt znajomą ścieżką. Czuła, że z zamkniętymi oczami mogłaby trafić do
miejsca, które kilka miesięcy wcześniej wskazał jej Raven – tego samego, w którym
znalazła Rafaela. Przez moment wręcz wypatrywała kruka, nie tyle próbując odtworzyć
tamto popołudnie, ale w przekonaniu, że demon tak czy siak nie puściłby jej
nigdzie samej. Nie żeby była tym specjalnie zaskoczona, choć doświadczenie samo
w sobie było frustrujące. Potrzebowała chwili na siebie, a przynajmniej
tak sądziła przez większość czasu, póki nie przekonała się, że panująca dookoła
cisza daje jej się we znaki równie mocno, co i wymowne spojrzenia Aldero.
Niech to szlag, jęknęła w duchu,
uprzytomniając sobie, że tak naprawdę wcale nie wiedziała, czego chciała.
Cisza miała
w sobie coś irytującego. Sprawiała, że czuła się coraz bardziej nieswojo,
prawie jak wtedy, gdy zaatakował ją Hunter. Nerwowo obejrzała się przez ramię, nie
mogąc pozbyć niepokojącego wrażenia bycia obserwowaną. Skupiła się na wyostrzonych
zmysłach i tym, co jej podsuwały, ale nie była w stanie wywnioskować,
czy grozi jej jakiekolwiek niebezpieczeństwo. Miała wrażenie, że zorientowałaby
się, zwłaszcza teraz, gdy wyraźniej niż wcześniej czuła instynkt. Gdyby w pobliżu
znajdował się ktoś niebezpieczniejszy od Rafaela, wtedy…
– Elena!
Omal nie
wyszła z siebie ze zdenerwowania. Wyprostowała się niczym struna, w pośpiechu
zwracając ku postaci, która nagle znalazła się tuż za jej plecami. Gwałtownie
zaczerpnęła powietrza do płuc, jedynie cudem powstrzymując od krzyku. W zamian
po prostu stała i bezmyślnie wpatrywała w Liz, próbując zrozumieć,
jakim cudem tej udało się do niej podkraść.
– O bogini
– wyrwało jej się. – Wystraszyłaś mnie! – przyznała niechętnie, dopiero po chwili
uprzytomniając sobie, że wypowiedziała te słowa na głos.
–
Przepraszam? – Liz spojrzała na nią dziwnie, jakby speszona. – Pomyślałam po
prostu, że jednak wyglądasz, jakbyś potrzebowała towarzystwa. Ale jeśli mam sobie
pójść…
Bez słowa
wzięła przyjaciółkę w ramiona. To było niczym impuls, któremu się poddała,
przez moment mając wrażenie, że widziała Elizabeth pierwszy raz od dawna. W gruncie
rzeczy tak było. W wieczór, w której dziewczyna znów pojawiła się w domu
u boku Damiena, zdążyły zamieć ze sobą zaledwie kilka słów. To
zdecydowanie nie było to samo, co móc porozmawiać, za to w chwili, w której
Elena zauważyła przyjaciółkę przed sobą, przez moment poczuła się tak, jakby
wszystko wróciło na swoje miejsce. Dopiero wtedy w pełni uprzytomniła
sobie, że jej potrzebowała – dokładnie jak wtedy, gdy ukrywanie związku z Rafaelem
zaczęło być zbyt trudne, tak jak i odliczanie dni do nieszczęsnego balu w Volterze.
Teraz też
się tak poczuła. Obawy wróciły, nawet intensywniejsze niż do tej pory. Miała
wrażenie, że znamię na plecach dodatkowo je napędzało, choć nie sądziła, że to w ogóle
możliwe.
– Ehm… Hej –
rzuciła nieco spiętym tonem Liz. – Zadziwiająco wylewne jak na ciebie, chociaż…
też tęskniłam.
– Jak to
jest, że ciągle się mijamy?
Elizabeth
zaśmiała się nerwowo.
– To moja
wina – stwierdziła z rozbrajającą wręcz szczerością. – Dramaty rodzinne, trochę
tchórzostwa… Sama rozumiesz.
– Liz… –
zaczęła, ale doczekała się wyłącznie tego, że dziewczyna odsunęła się, energicznie
potrząsając głową.
– Nie
przerywaj mi, bo obie wiemy, że to prawda. Zrobiłam tyle głupich rzeczy, a teraz…
– Westchnęła, w roztargnieniu przeczesując palcami włosy. – Pogubiłam się w tym
wszystkim. Po balu, zwłaszcza gdy Issie… Ale nigdy nie powinnam uciekać. To tym
głupsze, skoro spokojnie stałam obok, kiedy moja najlepsza przyjaciółka
wychodziła za demona, prawda?
Elena nie
była w stanie odpowiedzieć. Po prostu wpatrywała się w Elizabeth,
gorączkowo szukając słów, które zabrzmiałyby sensownie. Sęk w tym, że żadne
nie wydawały się właściwe. Zdecydowanie nie była pocieszycielką, nawet dla
tych, którzy mieli dla niej znaczenie. Miała zresztą wrażenie, że Liz tak
naprawdę wcale nie potrzebowała odpowiedzi, a już zwłaszcza pustych,
uspokajających frazesów. Nie po to za nią poszła.
– Chcesz
się przejść? – wypaliła w końcu, zadając pierwsze pytanie, które wydało
jej się wystarczająco neutralne. – Pewnie powinnam już wracać, bo Rafael poważnie
mówił o tym kwadransie, ale jeśli nie przeszkadza ci, że się do nas pofatyguje…
– Czy
przeszkadza mi twój mąż demon, znikąd spadający z nieba? Ani trochę.
Powiedziała
to z taką dozą beztroski i obojętności, że zabrzmiało to wręcz groteskowo.
Elena parsknęła śmiechem, nie mogąc się powstrzymać. Wszelakie wątpliwości
zniknęły, zwłaszcza gdy nabrała pewności, że przebywanie z Liz nadal było
równie proste, co i zazwyczaj. To było tak, jakby czas, wszystkie zmiany i jakiekolwiek
negatywne emocje nie grały roli, przynajmniej kiedy w grę wchodziła
przyjaźń. Była za to losowi wdzięczna.
Przez
dłuższą chwilę trwały w ciszy, ale tym razem ta wydała się Elenie jak
najbardziej znośna. Zawsze potrafiły przy sobie milczeć, co w tamtej
chwili wydało się dziewczynie co najmniej niezwykłe. Nawet to, że Liz wciąż
wyglądała się być myślami gdzieś daleko, nie wydało jej się niewłaściwe. Po
prostu czekała, nie mogąc pozbyć wrażenia, że przyjaciółka oczekiwała czegoś
więcej, niż tylko wspólnego spaceru.
Nie próbowała
na nią naciskać. Nawet gdyby spędziły ten czas w milczeniu, by później
wrócić na podjazd przed domem, uznałaby to za odpowiednie.
– Jest tyle
rzeczy, które nie dają mi spokoju… Przeprosiłabym za ten hotel, ale jak cię
znam, to pewnie nie powinnam – powiedziała w końcu Elizabeth.
– Nie
powinnaś – podchwyciła natychmiast Elena. – To nie była twoja…
– Była –
przerwała z naciskiem Liz. – Zresztą nie o to chodzi. Nie o tym
chciałam… Stęskniłam się, w porządku? – Westchnęła przeciągle. – Nie wiesz
jak się cieszę, że cię tutaj widzę. Nawet z Rafaelem.
– Cóż za
miła odmiana, że ktoś cieszy się z widoku mojego męża – rzuciła zaczepnym
tonem, ale przyjaciółka nie zwróciła na te słowa większej uwagi.
Kiedy nagle
się zatrzymała, tym samym przymuszając Elenę do tego samego, do dziewczyny
dotarło, że szykowało się na poważniejszą rozmowę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz