
Elena
Powrót do domu za każdym razem
był dziwny. Nie aż tak jak latanie, ale i tak miała mieszane uczucia za
każdym razem, gdy zbliżała się do miejsca, któreś niegdyś należało również do
niej. Poniekąd nadal tak było, a Elena nie miała wątpliwości, że bliscy
przyjęliby ją z otwartymi ramionami, gdyby jednak zrezygnowała z przeprowadzki
i apartamentowca, jednak nie potrafiła się na to zdobyć.
No i chcąc
nie chcąc martwiła się. Atmosfera wciąż pozostawała wiele do życzenia, a przynajmniej
zakładała, że będzie niewiele lepiej niż ostatnim razem. Miała przynajmniej
nadzieję, że dla odmiany nikt nie będzie się na siebie rzucał i kolejny instrument
nie ucierpi – czy to fortepian (o ile Edward już zorganizował sobie nowy), czy
cokolwiek innego. To zresztą mogłoby być całkiem zabawne, gdyby nie przejmowała
się, co mogłoby się wydarzyć, gdyby za którymś razem Rafaelowi całkiem puściły
nerwy.
Nie czuł
się dobrze, kiedy pojawiali się u jej bliskich. Co prawda nie protestował,
kiedy stwierdziła, że natychmiast musi udać się do domu, ale taki stan rzeczy
mimo wszystko nie był mu na rękę. Nie zaskoczył ją tym, zwłaszcza że od
początku przeczuwała, że sytuacja w magiczny sposób sama się nie poprawi, ale
i tak miała wątpliwości. Chciała coś zrobić, ale poza wykrzyczeniem, by
wszyscy w końcu odpuścili i podali sobie rękę na zgodę, nic
sensownego nie przychodziło jej do głowy. Co więcej, jakoś nie miała
wątpliwości, że prędzej doczekałaby się stwierdzenia, że upadła na głowę, niż jakichkolwiek
bardziej satysfakcjonujących skutków.
Wszystko było
nie tak, choć przynajmniej widziała, że Rafael się starał. Jak na niego to było
dużo, a Elena czuła, że wciąż miał do siebie pretensje o to, co się
wydarzyło. Próbował jakoś to poukładać, zresztą tak jak i ona, co na
dłuższą metę wydawało się dość sensowne. Z drugiej strony, może to ona
chciała w to uwierzyć, ale niezależnie od powodów, była usatysfakcjonowana
– na tyle, na ile było to możliwe. Jak długo mogła przebywać z Rafaelem i nie
obawiać się konieczności wyboru między nim a rodziną, wszystko było w porządku.
Sęk w tym,
że nie mogła tego powiedzieć o sytuacji, w której się znaleźli. Róża
na plecach wciąż nie dawała jej spokoju; Elena miała wrażenie, że ją czuje, jakby
skóra w tamtym miejscu pulsowała nieprzyjemnym ciepłem. Chciała wierzyć,
że to po prostu jej wyobrażenie, ale to i tak niczego nie zmieniało. Miała
złe przeczucia, a po reakcji Rafaela i kolejnej wizycie w Przedsionku
jedynie utwierdziła się w przekonaniu, że coś musiało być na rzeczy. Co
prawda żadne z nich nie miało jeszcze pewności, czego się spodziewać, ale…
A potem tata
poprosił o natychmiastowe spotkanie i już nie miała wątpliwości, że powinna
się bać.
Znała
Carlisle’a dość dobrze, by zorientować się, kiedy sprawy przybierały nieciekawy
obrót. Nawet kiedy unikał szczegółów albo specjalnie nie mówił jej o czymś
ważnym, jego ton i zachowanie mówiły same za siebie. Kiedy na dodatek
okazało się, że tym razem sprawa tyczyła się Lawrence’a i Beatrycze, Elena
naprawdę zaczęła się bać. Nie próbowała wypytywać, w zamian całą energię
wkradając w próby zachowania spokoju, ale to nie było ważne, a tym
bardziej nie umniejszało odczuwanego przez nią lęku.
To było
tak, jakby od samego początku wiedziała, że w którymś momencie wszystko
jeszcze bardziej się popsuje. Nie myślała o tym, ale podświadomie
wyczekiwała czegoś, co zmieniłoby sytuację – momentu zwrotnego, który
sprawiłby, że w końcu przestałaby trwać w zawieszeniu. Tak czuła się
już od jakiegoś czasu, zwłaszcza gdy słuchała o Ciemności, ale nie była w stanie
doszukać się żadnych konkretnych ruchów z jego strony. Szlag ją trafiał, gdy
Rafa powtarzał, że jak długo ojciec nie zmusi go do podjęcia decyzji, zamierzał
być neutralny – bo w końcu ona była bezpieczna. Coś w telefonie od
ojca sprawiło, że Elena szczerze zwątpiła, by dalsze trwanie w impasie
było możliwe.
Chyba tego
chciała – i to nawet pomimo tego, że perspektywa zmierzenia się z Ciemnością
ją przerażała. Była gotowa przysiąc, że znamię na plecach było jedynie zwiastunem
tego, co dopiero miało nadejść.
Co więcej,
martwiła się o Beatrycze. Słyszała dość, by czuć się w ten sposób – o Chianni,
o świecie stworzonym przez Ciemność i tym, że ta istota okazyjnie
zwracała się do Trycze. To wszystko jedynie podsycało targające nią
wątpliwości, przy okazji wystawiając nerwy Eleny na próbę. Niepewność i czekanie
zawsze były gorsze od walki, a przynajmniej ona odbierała to w ten
sposób. W zasadzie taki stan drażnił ją nawet bardziej niż wtedy, gdy wraz
z Rafaelem odliczali kolejne dni do balu, czekając na coś bliżej
nieokreślonego, co miało się wtedy wydarzyć. Teraz nawet nie była w stanie
określić choćby przybliżonego terminu ewentualnych zmian, to zaś niezmiennie
doprowadzało ją do szału.
Właśnie
dlatego perspektywa spotkania z bliskimi wydała się Elenie równie
niepokojąca, co i obiecująca. Chciała wiedzieć. Tym razem przynajmniej nie
zamierzali traktować ją jak dziecko, jak to było w przypadku istnienia
Isobel, demonów i zagrożenia z ich strony. Nie miała pojęcia czy to
dobrze, czy może wręcz przeciwnie, ale była za tę odrobinę zaufania wdzięczna.
Nie mogła
pozbyć się wrażenia, że Rafael był dziwnie spięty. Mogła to zrozumieć, skoro
kolejny raz czekała ich poważna rozmowa z jej bliskimi, ale Elena i tak
była gotowa przysiąc, że chodziło o coś więcej. Tak naprawdę wszystko wciąż
sprowadzało się do tej nieszczęsnej róży. Nie rozmawiali o tym, ale
wiedziała, że od chwili, w której zawołała go do łazienki, Rafa chodził
zdenerwowany. Co prawda próbował to przed nią ukryć, ale i tak wiedziała
swoje.
Właściwie
sama nie była pewna, czego powinna się spodziewać. Może chodzi o Nessie… Albo znów o Volturi, pomyślała po
raz wtóry, ale to wydawało się mało prawdopodobne. Tata raczej by nie kluczył,
gdyby w grę wchodziło wyłącznie to. Co więcej, raczej nie wspominałby wtedy
o Beatrycze – i to w sposób wystarczająco niepokojący, żeby
Elena zaczęła się martwić.
Jakkolwiek
by nie było, zdecydowanie nie spodziewała się zastać jakichkolwiek gości. Z wrażenia
omal nie zapomniała jak się lata, już z odległości wyczuwając trzy aż
nazbyt charakterystyczne zapachy – w tym jeden taki, który rozpoznałaby
wszędzie. Obecność Liz nie wydała jej się dziwna, ale Shannon i Nigel
zdecydowanie nie byli osobami, które widywała na co dzień. Cóż, już nie.
– Co ty
robisz, lilan? – zapytał z powątpiewaniem
Rafael, kiedy tak po prostu zdecydowała się wylądować.
Nie
odpowiedziała, w duchu błogosławiąc fakt, że w porę zorientowała się z obecności
rodzeństwa. Wątpiła, by którekolwiek z nich było gotowe na spadającego z nieba
demona i… cóż, na nią, choć wciąż nie miała pojęcia, w jaki sposób powinna
się nazywać. Elizabeth też nie była osobą, która ze spokojem przyjęłaby to, że
jej najlepsza przyjaciółka miała skrzydła, nawet jeśli już wcześniej widziała
Rafaela w pełnej okazałości. Tak czy inaczej, Elena nie wyobrażała sobie,
że miałaby tak po prostu dołączyć do towarzystwa i udawać, że nic
szczególnego nie miało miejsca.
Nerwowo
przeczesała włosy palcami, chcąc zająć czymś ręce. Panowała nad skrzydłami na
tyle, by pozbyć się ich bez większego wysiłku, ale i tak obejrzała się
przez ramię, żeby sprawdzić, czy oby na pewno zniknęły. Zdołała podchwycić pytające,
nieco tylko rozdrażnione spojrzenie wyraźnie zdezorientowanego Rafy, ale nie
skomentowała tego nawet słowem.
– W domu
najwyraźniej ktoś jest – powiedziała w zamian, siląc się na spokój. –
Ujawnianie się przed ludźmi to raczej nie najlepsze rozwiązanie.
– Tak. Czuję
Elizabeth. – Demon skrzyżował ramiona na piersi. – Twoją przyjaciółkę, o ile
mnie pamięć nie myli. Tę samą, która była z nami, kiedy brałem cię sobie
za żonę. Wtedy jakoś nie przeszkadzało ci, że widziała moje skrzydła, więc…
– Ale moich
nie! – obruszyła się, potrząsając z niedowierzaniem głową. – A Nigel i Shannon
nie powinni zobaczyć ciebie. Nie w takim stanie.
Rafa
prychnął, po czym wzniósł oczy ku górze.
– Znów mam
udawać człowieka – nie tyle zapytał, co po prostu stwierdził fakt. – Wiesz, co
ja o tym sądzę.
– Wiem
jedynie, że wolałabym żywych przyjaciół bez problemów z sercem – wycedziła
przez zaciśnięte zęby. – Zresztą nieważne. Możesz tutaj zostać, skoro tak boli
cię zachowywanie się po ludzku.
– Daleko mi
do bycia ludzkim – przypomniał usłużnie demon. – Swoją drogą, często tak
przyjmujecie w domu osoby, które nie mają pojęcia, że przebywają z wampirami?
– O tym
akurat wiedzą – przyznała, a Rafael westchnął. – W zasadzie Shannon jest…
dość uzdolniona. To ta dziewczyna, o której ci opowiadałam. Ta z mocnym
głosem.
– Wasza
wybawczyni z balu – dopowiedział, w zamyśleniu kiwając głową. Bez
pośpiechu złożył skrzydła, ale nic nie wskazywało na to, by zamierzał sprawić,
żeby zniknęły całkowicie. – Skoro tak, nie wiem czym się przejmujesz. Skoro poznali
ten świat, a dziewczyna już za życia dysponuje tak potężnym darem, to i demon
aż tak bardzo ich nie zaskoczy.
Elena
otworzyła i zaraz zamknęła usta. A niech to szlag, jęknęła, jednak nie
próbowała odzywać się na głos. Jak znała Rafaela, żaden argument by go nie
przekonał – nie, skoro Shannon i Nigel również byli wtajemniczeni. I chociaż
z jednej strony była w stanie zrozumieć, dlaczego aż tak dobrze czuł
się, mogąc być sobą, nie zmieniało to faktu, że miała ochotę porządnie mu
przyłożyć. Skoro tak bardzo narzekał na jej obsesję na puncie włosów, obnosząc
się ze skrzydłami wypadał niemalże na hipokrytę.
Nie zdążyła
mu tego powiedzieć, bo bezceremonialnie ruszył w stronę domu, nie pozostawiając
jej innego wyboru, jak tylko spróbować dotrzymać mu kroku. Choć zmusiła go do
lądowania wystarczająco wcześnie, by drzewa ukryły ich przed niechcianymi
spojrzeniami, kiedy w końcu dostrzegła zebrane na podjeździe towarzystwo, momentalnie
zorientowała się, że musieli się ich spodziewać. Wysiliła się na blady uśmiech,
zwłaszcza gdy zauważyła Liz, ale przyjaciółka i tak spięła się na widok
demona.
Shannon
drgnęła, w zdecydowanie zbyt otwarty sposób spoglądając na Rafaela.
Wyraźnie pobladła i to nawet pomimo panującego na zewnątrz mrozu. Elena nie
widziała tej dziewczyny od chwili balu, ale momentalnie zorientowała się, że ta
wyglądała o wiele gorzej niż wtedy – począwszy od bladej skóry, przez
cienie pod oczami, aż po fakt, że najwyraźniej zdecydowała się wrócić do
naturalnego koloru włosów. Widok Shannon bez intensywnie czerwonych loków,
zdecydowanie nie należał do normalnych.
– Co do…? –
wyrwało jej się.
Zamilkła,
ale to nie miało znaczenia. I właśnie tego się bałam, pomyślała,
chociaż teraz nie było już czasu na wątpliwości. Próbując zachowywać się jak
ktoś, kto wcale nie ma ochoty zabić własnego męża, w pośpiechu zrównała
się z Rafaelem, ostatecznie jak gdyby nigdy nic wychodząc przed niego.
– Miła
niespodzianka – rzuciła, uśmiechając się. – Tata chciał, żebym przyjechała, ale
zgaduję, że to niekoniecznie ma związek z wami.
– Jesteśmy
tutaj, bo Damienowi zebrało się na naukę walki – wyjaśnił usłużnie Nigel.
Elena
uniosła brwi. Przelotnie spojrzała na kuzyna, przez chwilę sama niepewna czy
się śmiać, czy może płakać. Święty Damien
i takie pomysły? Tyle że doskonale wiedziała, że Licavoli było o wiele
niebezpieczniejszy, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Co więcej,
odkąd otwarcie okazywał swoje zainteresowanie Liz, robił wszystko, byleby
zapewnić dziewczynie bezpieczeństwo. Nie miała pojęcia, jaki związek z tym
wszystkim mieli Shannon i jej brat, ale nie chciała się nad tym
zastanawiać.
Przeniosła
wzrok na Nigela. W zasadzie wciąż był jedną z ostatnich osób, które
podejrzewałaby o to, że kiedykolwiek poznają jej tajemnicę. Wiedziała, że
chodziło przede wszystkim o jego siostrę, ale to nie zmieniało
najważniejszego – a więc tego, że poznał prawdę. W którymś momencie wszystko
skomplikowało się do tego stopnia, że chcąc nie chcąc został wciągnięty w to
szaleństwo, zresztą tak jak Shannon i Liz.
Volturi naprawdę nas pozabijają…
Tyle że to
nie Włochami najbardziej się przejmowała, choć bez wątpienia powinna. Chwilę
tkwiła w bezruchu, świadoma wyłącznie przeciągającego się milczenia i spojrzenia
Nigela.
– Nieźle
wyglądasz – usłyszała i coś w tych słowach sprawiło, że momentalnie
zapragnęła się roześmiać.
– Dzięki. –
Znów nerwowym gestem przeczesała włosy palcami. Z trudem powstrzymała się przed
sprawdzeniem, czy oby na pewno w porę ukryła obecność skrzydeł. – Ty też.
To znaczy…
Wzruszyła
ramionami. Nigel nie wyglądał, jakby oczekiwał czegoś więcej, co przyjęła z ulgą.
On po prostu na nią patrzył, przynajmniej na pierwszy rzut oka sprawiając
wrażenie spokojnego. Elena nie miała wątpliwości, że to wyłącznie pozory, ale
to nie było ważne. Liczyło, że wciąż radził sobie na tyle dobrze, żeby udawać.
– Nie żeby
coś – wtrąciła ze swojego miejsca Shannon, przerywając przeciągającą się ciszę –
ale facet za tobą ma skrzydła. Tak tylko mówię, Eleno.
– No, tak… –
Zaśmiała się nieco nerwowo. Natychmiast przeniosła wzrok na Rafaela, zaniepokojona
tym, jak mógłby zareagować na słowa dziewczyny. – To Rafa.
– W takim
razie Rafa – powtórzyła z naciskiem
Shannon – ma skrzydła. Skrzydła! – nie dawała za wygraną. Tym
razem do jej głosu wkradła się nutka paniki. – Na litość Boską…
– Obawiam
się, że Bóg, w którego wierzysz, nie miał z tym nic wspólnego –
stwierdził łagodnym tonem sam zainteresowany.
Nie pomagasz mi…
Mimowolnie
zaczęła zastanawiać się, czy sama wyglądała na równie wytrąconą z równowagi,
kiedy zobaczyła Rafaela po raz pierwszy – i to w szczególności
rannego, z wielkim kawałkiem szkła pomiędzy skrzydłami. Shannon wyglądała,
jakby w każdej chwili mogła wywrócić się przez nadmiar emocji, a to zdecydowanie
nie wróżyło dobrze. Zdecydowanie nie tego Elena spodziewała się po powrocie do
domu. Co prawda przygotowywała się na kolejną zbyt poważną rozmowę, ale w jej
wyobrażeniach ta zdecydowanie nie zakładała wtajemniczenia dwójki śmiertelników
w istnienie demonów.
– Cóż… Elena
zawsze ciekawie wybierała sobie partnerów – stwierdził cicho Aldero.
Po jego
słowach cisza stała się jeszcze bardziej wymowna. Shannon wciąż tkwiła w miejscu,
rozszerzonymi oczami przypatrując się Rafaelowi. Dopiero po dłuższej chwili
uciekła wzrokiem gdzieś w bok, by z jękiem chwycić się za głowę.
Stojący tuż obok niej Cammy drgnął, jakby chciał ją objąć, by na domiar złego
się nie wywróciła, ale ostatecznie tego nie zrobił.
Nigel nawet
się nie poruszył, całkowicie obojętny. W jego przypadku wypadło to o wiele
naturalniej niż wyraźnie podenerwowanego Aldero.
Dlaczego mam wrażenie, że znowu jesteś na
mnie zły?, westchnęła, z każdą chwilą coraz bardziej żałując, że
dłużej nie zwlekali z pojawieniem się w domu. Nigdzie nie widziała
rodziców, a czekanie w napiętej atmosferze zdecydowanie nie było szczytem
jej marzeń.
Oczywiście, że jestem, rozległo się w jej
umyśle. Spojrzała na Aldero z niedowierzaniem, w równym stopniu
poruszona jego słowami, co i tym, że mógłby siedzieć jej w głowie. Wybacz, ale to ty tak po prostu zniknęłaś z Miasta
Nocy. I to na dodatek z nim.
Nie dodał
niczego więcej, ale w gruncie rzeczy nie musiał. Elena z trudem
powstrzymała jęk, gdy uprzytomniła sobie, że – przynajmniej po części –
pretensje kuzyna była uzasadnione. Jasne, że nie powinna zostawiać go w ten
sposób, zwłaszcza że sama zaoferowała mu się towarzyszyć podczas pogrzebu. Co
prawda nie umknęła z uroczystości, ale przy wszystkim, co się działo, miał
prawo się o nią martwić.
Co więcej,
chodziło o Rafaela. Nie miała pewności na ile Aldero kierowała zazdrość, a na
ile zwykła troska, ale to nie było ważne. Sęk w tym, że mogła się tego
spodziewać, zwłaszcza gdy Mira wyjawiła prawdziwy powód, przez który Elena
próbowała trzymać się od męża z daleka.
Zacisnęła
usta. Musieli porozmawiać, ale to zdecydowanie nie były najlepsze warunki na
prowadzenie jakiejkolwiek dyskusji – bez znaczenia czy mentalnej, czy słownej.
Nie była w stanie nawet zdenerwować się za to, że wampir tak po prostu
wniknął do jej umysłu, reagując na konkretne myśli.
Och, teraz chcesz rozmawiać…
Zignorowała
te słowa. Może i sobie na to zasłużyła, ale to wciąż nie było odpowiednie
miejsce na kłótnię. Przynajmniej w tamtej chwili nie spodziewała się niczego
dobrego, choć próbowała o tym nie myśleć. Inna sprawa, że zdecydowanie nie
zamierzała się przed kimkolwiek tłumaczyć, niezależnie od jego intencji. Mogła,
gdy w grę wchodzili jej rodzice, ale w przypadku kuzyna sprawy miały
się zupełnie inaczej.
Dlaczego wciąż musimy to sobie robić?,
westchnęła, jednak tym razem nie doczekała się odpowiedzi – ani od Aldero, ani
tym bardziej samej siebie. Gdyby rozumiała, w jaki sposób radzić sobie z upartymi
facetami, wszystko stałoby się dużo prostsze.
– Partnerzy
Eleny… – Głos Shannon skutecznie sprowadził ją na ziemię. – W porządku…
Czemu nie? Chyba nie spodziewałam się niczego innego…
– Chcecie
wejść do środka? – wtrąciła Alice. Elena drgnęła, zaskoczona pojawieniem się siostry.
Co więcej, sama nie była pewna, do kogo tak naprawdę zwracała się wampirzyca. –
Carlisle i Esme niedługo będą. No i Shannon raczej nie wygląda na
kogoś, kto byłby w stanie uczyć się walczyć.
– Nie, nie…
– Dziewczyna wyprostowała się niczym struna, energicznie potrząsając głową. –
Już mi lepiej. Serio. Ja po prostu…
– Na pewno?
– zapytał z wahaniem Damien. – Wiesz, że nie musimy się spieszyć. Może
trochę się zapędziłem, ale wciąż mamy czas – dodał, jednak i tym razem
Shannon potrząsnęła głową.
– Dam sobie
radę – oznajmiła z naciskiem.
Tym razem
nikt nie zaprotestował. Elena wymownie powiodła wzrokiem dookoła, próbując
zrozumieć, czego tak naprawdę była świadkiem. Podchwyciła spojrzenie Liz, z niejakim
zaskoczeniem i ulgą zarazem odkrywając, że przyjaciółka uśmiechnęła się – w nieco
wymuszony, ale jednak szczery sposób. Przynajmniej ona wyglądała lepiej niż w wieczór,
w który Elena widziała ją po raz ostatni, gdy praktycznie rzucała się na
prawo i lewo, wyglądając na chętną, by rozerwać Damiena na strzępy.
– O co
chodzi? – zapytała, nie będąc w stanie znieść ciszy. – Nauka walki?
– Damien
stwierdził, że to dobry pomysł. Chociaż na razie idzie nam średnio. – Liz
wzruszyła ramionami. – Aldero chyba próbował doradzić Shannon, co zrobić z tym
jej głosem, ale wtedy pojawiliście się wy i… – Urwała, po czym przeniosła wzrok
na Rafaela. – Dzień dobry – rzuciła jak gdyby nigdy nic.
– Twoja
przyjaciółka jest całkiem miła. Mówiłem ci to już? – Kąciki ust Rafaela
powędrowały ku górze. Coś w spojrzeniu, którym obdarował Elizabeth, można
było uznać wręcz za wyraz sympatii. Przynajmniej Elena uznała, że jak na tego
demona, to i tak było sporym odstępstwem. – Nie powiem, że nie bawi mnie,
jak na mnie patrzycie, ale znacznie ciekawsze jest to, co się tutaj dzieje…
Dziewczyna z niezwykłym głosem, jak zrozumiałem – dodał, nieoczekiwanie
zwracając się do Shannon.
Znów
pobladła, ale poza tym w żaden sposób nie dała po sobie poznać, że
konieczność odpowiedzenia demonowi, była dla niej jakkolwiek nieprzyjemna.
– Na to
wychodzi – przyznała z wahaniem. – Ktoś najwyraźniej o mnie
wspominał… Szkoda, że przy okazji nie wtajemniczył mnie w pewne sprawy.
Uśmiech
Rafaela stał się bardziej niepokojący. Elenie trudno było powiedzieć, co takiego
chodziło mu po głowie, a tym bardziej co myślał o samej Shannon.
– Nauka
walki brzmi interesująco – stwierdził, krzyżując ramiona. – Lilan, moja droga… Nie masz może ochoty,
żeby się dołączyć? – rzucił niemalże pogodnym tonem.
Elena wyprostowała
się niczym struna. Spodziewała się wielu rzeczy, ale zdecydowanie nie tego.
– Że co? –
wyrwało jej się, ale demon nawet na nią nie spojrzał.
– Ostatnio
zmieniły nam się plan – wyjaśnił ze spokojem, którego zdecydowanie nie
podzielała. – Zresztą tak mogłoby być lepiej, niż gdybyś znów ćwiczyła ze mną.
Ja chętnie po obserwuję.
Z jękiem zamknęła
oczy. A niech cię diabli…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz