30 listopada 2018

Sto sześćdziesiąt osiem

Elena
Powrót do domu za każdym razem był dziwny. Nie aż tak jak latanie, ale i tak miała mieszane uczucia za każdym razem, gdy zbliżała się do miejsca, któreś niegdyś należało również do niej. Poniekąd nadal tak było, a Elena nie miała wątpliwości, że bliscy przyjęliby ją z otwartymi ramionami, gdyby jednak zrezygnowała z przeprowadzki i apartamentowca, jednak nie potrafiła się na to zdobyć.
No i chcąc nie chcąc martwiła się. Atmosfera wciąż pozostawała wiele do życzenia, a przynajmniej zakładała, że będzie niewiele lepiej niż ostatnim razem. Miała przynajmniej nadzieję, że dla odmiany nikt nie będzie się na siebie rzucał i kolejny instrument nie ucierpi – czy to fortepian (o ile Edward już zorganizował sobie nowy), czy cokolwiek innego. To zresztą mogłoby być całkiem zabawne, gdyby nie przejmowała się, co mogłoby się wydarzyć, gdyby za którymś razem Rafaelowi całkiem puściły nerwy.
Nie czuł się dobrze, kiedy pojawiali się u jej bliskich. Co prawda nie protestował, kiedy stwierdziła, że natychmiast musi udać się do domu, ale taki stan rzeczy mimo wszystko nie był mu na rękę. Nie zaskoczył ją tym, zwłaszcza że od początku przeczuwała, że sytuacja w magiczny sposób sama się nie poprawi, ale i tak miała wątpliwości. Chciała coś zrobić, ale poza wykrzyczeniem, by wszyscy w końcu odpuścili i podali sobie rękę na zgodę, nic sensownego nie przychodziło jej do głowy. Co więcej, jakoś nie miała wątpliwości, że prędzej doczekałaby się stwierdzenia, że upadła na głowę, niż jakichkolwiek bardziej satysfakcjonujących skutków.
Wszystko było nie tak, choć przynajmniej widziała, że Rafael się starał. Jak na niego to było dużo, a Elena czuła, że wciąż miał do siebie pretensje o to, co się wydarzyło. Próbował jakoś to poukładać, zresztą tak jak i ona, co na dłuższą metę wydawało się dość sensowne. Z drugiej strony, może to ona chciała w to uwierzyć, ale niezależnie od powodów, była usatysfakcjonowana – na tyle, na ile było to możliwe. Jak długo mogła przebywać z Rafaelem i nie obawiać się konieczności wyboru między nim a rodziną, wszystko było w porządku.
Sęk w tym, że nie mogła tego powiedzieć o sytuacji, w której się znaleźli. Róża na plecach wciąż nie dawała jej spokoju; Elena miała wrażenie, że ją czuje, jakby skóra w tamtym miejscu pulsowała nieprzyjemnym ciepłem. Chciała wierzyć, że to po prostu jej wyobrażenie, ale to i tak niczego nie zmieniało. Miała złe przeczucia, a po reakcji Rafaela i kolejnej wizycie w Przedsionku jedynie utwierdziła się w przekonaniu, że coś musiało być na rzeczy. Co prawda żadne z nich nie miało jeszcze pewności, czego się spodziewać, ale…
A potem tata poprosił o natychmiastowe spotkanie i już nie miała wątpliwości, że powinna się bać.
Znała Carlisle’a dość dobrze, by zorientować się, kiedy sprawy przybierały nieciekawy obrót. Nawet kiedy unikał szczegółów albo specjalnie nie mówił jej o czymś ważnym, jego ton i zachowanie mówiły same za siebie. Kiedy na dodatek okazało się, że tym razem sprawa tyczyła się Lawrence’a i Beatrycze, Elena naprawdę zaczęła się bać. Nie próbowała wypytywać, w zamian całą energię wkradając w próby zachowania spokoju, ale to nie było ważne, a tym bardziej nie umniejszało odczuwanego przez nią lęku.
To było tak, jakby od samego początku wiedziała, że w którymś momencie wszystko jeszcze bardziej się popsuje. Nie myślała o tym, ale podświadomie wyczekiwała czegoś, co zmieniłoby sytuację – momentu zwrotnego, który sprawiłby, że w końcu przestałaby trwać w zawieszeniu. Tak czuła się już od jakiegoś czasu, zwłaszcza gdy słuchała o Ciemności, ale nie była w stanie doszukać się żadnych konkretnych ruchów z jego strony. Szlag ją trafiał, gdy Rafa powtarzał, że jak długo ojciec nie zmusi go do podjęcia decyzji, zamierzał być neutralny – bo w końcu ona była bezpieczna. Coś w telefonie od ojca sprawiło, że Elena szczerze zwątpiła, by dalsze trwanie w impasie było możliwe.
Chyba tego chciała – i to nawet pomimo tego, że perspektywa zmierzenia się z Ciemnością ją przerażała. Była gotowa przysiąc, że znamię na plecach było jedynie zwiastunem tego, co dopiero miało nadejść.
Co więcej, martwiła się o Beatrycze. Słyszała dość, by czuć się w ten sposób – o Chianni, o świecie stworzonym przez Ciemność i tym, że ta istota okazyjnie zwracała się do Trycze. To wszystko jedynie podsycało targające nią wątpliwości, przy okazji wystawiając nerwy Eleny na próbę. Niepewność i czekanie zawsze były gorsze od walki, a przynajmniej ona odbierała to w ten sposób. W zasadzie taki stan drażnił ją nawet bardziej niż wtedy, gdy wraz z Rafaelem odliczali kolejne dni do balu, czekając na coś bliżej nieokreślonego, co miało się wtedy wydarzyć. Teraz nawet nie była w stanie określić choćby przybliżonego terminu ewentualnych zmian, to zaś niezmiennie doprowadzało ją do szału.
Właśnie dlatego perspektywa spotkania z bliskimi wydała się Elenie równie niepokojąca, co i obiecująca. Chciała wiedzieć. Tym razem przynajmniej nie zamierzali traktować ją jak dziecko, jak to było w przypadku istnienia Isobel, demonów i zagrożenia z ich strony. Nie miała pojęcia czy to dobrze, czy może wręcz przeciwnie, ale była za tę odrobinę zaufania wdzięczna.
Nie mogła pozbyć się wrażenia, że Rafael był dziwnie spięty. Mogła to zrozumieć, skoro kolejny raz czekała ich poważna rozmowa z jej bliskimi, ale Elena i tak była gotowa przysiąc, że chodziło o coś więcej. Tak naprawdę wszystko wciąż sprowadzało się do tej nieszczęsnej róży. Nie rozmawiali o tym, ale wiedziała, że od chwili, w której zawołała go do łazienki, Rafa chodził zdenerwowany. Co prawda próbował to przed nią ukryć, ale i tak wiedziała swoje.
Właściwie sama nie była pewna, czego powinna się spodziewać. Może chodzi o Nessie… Albo znów o Volturi, pomyślała po raz wtóry, ale to wydawało się mało prawdopodobne. Tata raczej by nie kluczył, gdyby w grę wchodziło wyłącznie to. Co więcej, raczej nie wspominałby wtedy o Beatrycze – i to w sposób wystarczająco niepokojący, żeby Elena zaczęła się martwić.
Jakkolwiek by nie było, zdecydowanie nie spodziewała się zastać jakichkolwiek gości. Z wrażenia omal nie zapomniała jak się lata, już z odległości wyczuwając trzy aż nazbyt charakterystyczne zapachy – w tym jeden taki, który rozpoznałaby wszędzie. Obecność Liz nie wydała jej się dziwna, ale Shannon i Nigel zdecydowanie nie byli osobami, które widywała na co dzień. Cóż, już nie.
– Co ty robisz, lilan? – zapytał z powątpiewaniem Rafael, kiedy tak po prostu zdecydowała się wylądować.
Nie odpowiedziała, w duchu błogosławiąc fakt, że w porę zorientowała się z obecności rodzeństwa. Wątpiła, by którekolwiek z nich było gotowe na spadającego z nieba demona i… cóż, na nią, choć wciąż nie miała pojęcia, w jaki sposób powinna się nazywać. Elizabeth też nie była osobą, która ze spokojem przyjęłaby to, że jej najlepsza przyjaciółka miała skrzydła, nawet jeśli już wcześniej widziała Rafaela w pełnej okazałości. Tak czy inaczej, Elena nie wyobrażała sobie, że miałaby tak po prostu dołączyć do towarzystwa i udawać, że nic szczególnego nie miało miejsca.
Nerwowo przeczesała włosy palcami, chcąc zająć czymś ręce. Panowała nad skrzydłami na tyle, by pozbyć się ich bez większego wysiłku, ale i tak obejrzała się przez ramię, żeby sprawdzić, czy oby na pewno zniknęły. Zdołała podchwycić pytające, nieco tylko rozdrażnione spojrzenie wyraźnie zdezorientowanego Rafy, ale nie skomentowała tego nawet słowem.
– W domu najwyraźniej ktoś jest – powiedziała w zamian, siląc się na spokój. – Ujawnianie się przed ludźmi to raczej nie najlepsze rozwiązanie.
– Tak. Czuję Elizabeth. – Demon skrzyżował ramiona na piersi. – Twoją przyjaciółkę, o ile mnie pamięć nie myli. Tę samą, która była z nami, kiedy brałem cię sobie za żonę. Wtedy jakoś nie przeszkadzało ci, że widziała moje skrzydła, więc…
– Ale moich nie! – obruszyła się, potrząsając z niedowierzaniem głową. – A Nigel i Shannon nie powinni zobaczyć ciebie. Nie w takim stanie.
Rafa prychnął, po czym wzniósł oczy ku górze.
– Znów mam udawać człowieka – nie tyle zapytał, co po prostu stwierdził fakt. – Wiesz, co ja o tym sądzę.
– Wiem jedynie, że wolałabym żywych przyjaciół bez problemów z sercem – wycedziła przez zaciśnięte zęby. – Zresztą nieważne. Możesz tutaj zostać, skoro tak boli cię zachowywanie się po ludzku.
– Daleko mi do bycia ludzkim – przypomniał usłużnie demon. – Swoją drogą, często tak przyjmujecie w domu osoby, które nie mają pojęcia, że przebywają z wampirami?
– O tym akurat wiedzą – przyznała, a Rafael westchnął. – W zasadzie Shannon jest… dość uzdolniona. To ta dziewczyna, o której ci opowiadałam. Ta z mocnym głosem.
– Wasza wybawczyni z balu – dopowiedział, w zamyśleniu kiwając głową. Bez pośpiechu złożył skrzydła, ale nic nie wskazywało na to, by zamierzał sprawić, żeby zniknęły całkowicie. – Skoro tak, nie wiem czym się przejmujesz. Skoro poznali ten świat, a dziewczyna już za życia dysponuje tak potężnym darem, to i demon aż tak bardzo ich nie zaskoczy.
Elena otworzyła i zaraz zamknęła usta. A niech to szlag, jęknęła, jednak nie próbowała odzywać się na głos. Jak znała Rafaela, żaden argument by go nie przekonał – nie, skoro Shannon i Nigel również byli wtajemniczeni. I chociaż z jednej strony była w stanie zrozumieć, dlaczego aż tak dobrze czuł się, mogąc być sobą, nie zmieniało to faktu, że miała ochotę porządnie mu przyłożyć. Skoro tak bardzo narzekał na jej obsesję na puncie włosów, obnosząc się ze skrzydłami wypadał niemalże na hipokrytę.
Nie zdążyła mu tego powiedzieć, bo bezceremonialnie ruszył w stronę domu, nie pozostawiając jej innego wyboru, jak tylko spróbować dotrzymać mu kroku. Choć zmusiła go do lądowania wystarczająco wcześnie, by drzewa ukryły ich przed niechcianymi spojrzeniami, kiedy w końcu dostrzegła zebrane na podjeździe towarzystwo, momentalnie zorientowała się, że musieli się ich spodziewać. Wysiliła się na blady uśmiech, zwłaszcza gdy zauważyła Liz, ale przyjaciółka i tak spięła się na widok demona.
Shannon drgnęła, w zdecydowanie zbyt otwarty sposób spoglądając na Rafaela. Wyraźnie pobladła i to nawet pomimo panującego na zewnątrz mrozu. Elena nie widziała tej dziewczyny od chwili balu, ale momentalnie zorientowała się, że ta wyglądała o wiele gorzej niż wtedy – począwszy od bladej skóry, przez cienie pod oczami, aż po fakt, że najwyraźniej zdecydowała się wrócić do naturalnego koloru włosów. Widok Shannon bez intensywnie czerwonych loków, zdecydowanie nie należał do normalnych.
– Co do…? – wyrwało jej się.
Zamilkła, ale to nie miało znaczenia. I właśnie tego się bałam, pomyślała, chociaż teraz nie było już czasu na wątpliwości. Próbując zachowywać się jak ktoś, kto wcale nie ma ochoty zabić własnego męża, w pośpiechu zrównała się z Rafaelem, ostatecznie jak gdyby nigdy nic wychodząc przed niego.
– Miła niespodzianka – rzuciła, uśmiechając się. – Tata chciał, żebym przyjechała, ale zgaduję, że to niekoniecznie ma związek z wami.
– Jesteśmy tutaj, bo Damienowi zebrało się na naukę walki – wyjaśnił usłużnie Nigel.
Elena uniosła brwi. Przelotnie spojrzała na kuzyna, przez chwilę sama niepewna czy się śmiać, czy może płakać. Święty Damien i takie pomysły? Tyle że doskonale wiedziała, że Licavoli było o wiele niebezpieczniejszy, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka. Co więcej, odkąd otwarcie okazywał swoje zainteresowanie Liz, robił wszystko, byleby zapewnić dziewczynie bezpieczeństwo. Nie miała pojęcia, jaki związek z tym wszystkim mieli Shannon i jej brat, ale nie chciała się nad tym zastanawiać.
Przeniosła wzrok na Nigela. W zasadzie wciąż był jedną z ostatnich osób, które podejrzewałaby o to, że kiedykolwiek poznają jej tajemnicę. Wiedziała, że chodziło przede wszystkim o jego siostrę, ale to nie zmieniało najważniejszego – a więc tego, że poznał prawdę. W którymś momencie wszystko skomplikowało się do tego stopnia, że chcąc nie chcąc został wciągnięty w to szaleństwo, zresztą tak jak Shannon i Liz.
Volturi naprawdę nas pozabijają…
Tyle że to nie Włochami najbardziej się przejmowała, choć bez wątpienia powinna. Chwilę tkwiła w bezruchu, świadoma wyłącznie przeciągającego się milczenia i spojrzenia Nigela.
– Nieźle wyglądasz – usłyszała i coś w tych słowach sprawiło, że momentalnie zapragnęła się roześmiać.
– Dzięki. – Znów nerwowym gestem przeczesała włosy palcami. Z trudem powstrzymała się przed sprawdzeniem, czy oby na pewno w porę ukryła obecność skrzydeł. – Ty też. To znaczy…
Wzruszyła ramionami. Nigel nie wyglądał, jakby oczekiwał czegoś więcej, co przyjęła z ulgą. On po prostu na nią patrzył, przynajmniej na pierwszy rzut oka sprawiając wrażenie spokojnego. Elena nie miała wątpliwości, że to wyłącznie pozory, ale to nie było ważne. Liczyło, że wciąż radził sobie na tyle dobrze, żeby udawać.
– Nie żeby coś – wtrąciła ze swojego miejsca Shannon, przerywając przeciągającą się ciszę – ale facet za tobą ma skrzydła. Tak tylko mówię, Eleno.
– No, tak… – Zaśmiała się nieco nerwowo. Natychmiast przeniosła wzrok na Rafaela, zaniepokojona tym, jak mógłby zareagować na słowa dziewczyny. – To Rafa.
– W takim razie Rafa – powtórzyła z naciskiem Shannon – ma skrzydła. Skrzydła! – nie dawała za wygraną. Tym razem do jej głosu wkradła się nutka paniki. – Na litość Boską…
– Obawiam się, że Bóg, w którego wierzysz, nie miał z tym nic wspólnego – stwierdził łagodnym tonem sam zainteresowany.
Nie pomagasz mi…
Mimowolnie zaczęła zastanawiać się, czy sama wyglądała na równie wytrąconą z równowagi, kiedy zobaczyła Rafaela po raz pierwszy – i to w szczególności rannego, z wielkim kawałkiem szkła pomiędzy skrzydłami. Shannon wyglądała, jakby w każdej chwili mogła wywrócić się przez nadmiar emocji, a to zdecydowanie nie wróżyło dobrze. Zdecydowanie nie tego Elena spodziewała się po powrocie do domu. Co prawda przygotowywała się na kolejną zbyt poważną rozmowę, ale w jej wyobrażeniach ta zdecydowanie nie zakładała wtajemniczenia dwójki śmiertelników w istnienie demonów.
– Cóż… Elena zawsze ciekawie wybierała sobie partnerów – stwierdził cicho Aldero.
Po jego słowach cisza stała się jeszcze bardziej wymowna. Shannon wciąż tkwiła w miejscu, rozszerzonymi oczami przypatrując się Rafaelowi. Dopiero po dłuższej chwili uciekła wzrokiem gdzieś w bok, by z jękiem chwycić się za głowę. Stojący tuż obok niej Cammy drgnął, jakby chciał ją objąć, by na domiar złego się nie wywróciła, ale ostatecznie tego nie zrobił.
Nigel nawet się nie poruszył, całkowicie obojętny. W jego przypadku wypadło to o wiele naturalniej niż wyraźnie podenerwowanego Aldero.
Dlaczego mam wrażenie, że znowu jesteś na mnie zły?, westchnęła, z każdą chwilą coraz bardziej żałując, że dłużej nie zwlekali z pojawieniem się w domu. Nigdzie nie widziała rodziców, a czekanie w napiętej atmosferze zdecydowanie nie było szczytem jej marzeń.
Oczywiście, że jestem, rozległo się w jej umyśle. Spojrzała na Aldero z niedowierzaniem, w równym stopniu poruszona jego słowami, co i tym, że mógłby siedzieć jej w głowie. Wybacz, ale to ty tak po prostu zniknęłaś z Miasta Nocy. I to na dodatek z nim.
Nie dodał niczego więcej, ale w gruncie rzeczy nie musiał. Elena z trudem powstrzymała jęk, gdy uprzytomniła sobie, że – przynajmniej po części – pretensje kuzyna była uzasadnione. Jasne, że nie powinna zostawiać go w ten sposób, zwłaszcza że sama zaoferowała mu się towarzyszyć podczas pogrzebu. Co prawda nie umknęła z uroczystości, ale przy wszystkim, co się działo, miał prawo się o nią martwić.
Co więcej, chodziło o Rafaela. Nie miała pewności na ile Aldero kierowała zazdrość, a na ile zwykła troska, ale to nie było ważne. Sęk w tym, że mogła się tego spodziewać, zwłaszcza gdy Mira wyjawiła prawdziwy powód, przez który Elena próbowała trzymać się od męża z daleka.
Zacisnęła usta. Musieli porozmawiać, ale to zdecydowanie nie były najlepsze warunki na prowadzenie jakiejkolwiek dyskusji – bez znaczenia czy mentalnej, czy słownej. Nie była w stanie nawet zdenerwować się za to, że wampir tak po prostu wniknął do jej umysłu, reagując na konkretne myśli.
Och, teraz chcesz rozmawiać…
Zignorowała te słowa. Może i sobie na to zasłużyła, ale to wciąż nie było odpowiednie miejsce na kłótnię. Przynajmniej w tamtej chwili nie spodziewała się niczego dobrego, choć próbowała o tym nie myśleć. Inna sprawa, że zdecydowanie nie zamierzała się przed kimkolwiek tłumaczyć, niezależnie od jego intencji. Mogła, gdy w grę wchodzili jej rodzice, ale w przypadku kuzyna sprawy miały się zupełnie inaczej.
Dlaczego wciąż musimy to sobie robić?, westchnęła, jednak tym razem nie doczekała się odpowiedzi – ani od Aldero, ani tym bardziej samej siebie. Gdyby rozumiała, w jaki sposób radzić sobie z upartymi facetami, wszystko stałoby się dużo prostsze.
– Partnerzy Eleny… – Głos Shannon skutecznie sprowadził ją na ziemię. – W porządku… Czemu nie? Chyba nie spodziewałam się niczego innego…
– Chcecie wejść do środka? – wtrąciła Alice. Elena drgnęła, zaskoczona pojawieniem się siostry. Co więcej, sama nie była pewna, do kogo tak naprawdę zwracała się wampirzyca. – Carlisle i Esme niedługo będą. No i Shannon raczej nie wygląda na kogoś, kto byłby w stanie uczyć się walczyć.
– Nie, nie… – Dziewczyna wyprostowała się niczym struna, energicznie potrząsając głową. – Już mi lepiej. Serio. Ja po prostu…
– Na pewno? – zapytał z wahaniem Damien. – Wiesz, że nie musimy się spieszyć. Może trochę się zapędziłem, ale wciąż mamy czas – dodał, jednak i tym razem Shannon potrząsnęła głową.
– Dam sobie radę – oznajmiła z naciskiem.
Tym razem nikt nie zaprotestował. Elena wymownie powiodła wzrokiem dookoła, próbując zrozumieć, czego tak naprawdę była świadkiem. Podchwyciła spojrzenie Liz, z niejakim zaskoczeniem i ulgą zarazem odkrywając, że przyjaciółka uśmiechnęła się – w nieco wymuszony, ale jednak szczery sposób. Przynajmniej ona wyglądała lepiej niż w wieczór, w który Elena widziała ją po raz ostatni, gdy praktycznie rzucała się na prawo i lewo, wyglądając na chętną, by rozerwać Damiena na strzępy.
– O co chodzi? – zapytała, nie będąc w stanie znieść ciszy. – Nauka walki?
– Damien stwierdził, że to dobry pomysł. Chociaż na razie idzie nam średnio. – Liz wzruszyła ramionami. – Aldero chyba próbował doradzić Shannon, co zrobić z tym jej głosem, ale wtedy pojawiliście się wy i… – Urwała, po czym przeniosła wzrok na Rafaela. – Dzień dobry – rzuciła jak gdyby nigdy nic.
– Twoja przyjaciółka jest całkiem miła. Mówiłem ci to już? – Kąciki ust Rafaela powędrowały ku górze. Coś w spojrzeniu, którym obdarował Elizabeth, można było uznać wręcz za wyraz sympatii. Przynajmniej Elena uznała, że jak na tego demona, to i tak było sporym odstępstwem. – Nie powiem, że nie bawi mnie, jak na mnie patrzycie, ale znacznie ciekawsze jest to, co się tutaj dzieje… Dziewczyna z niezwykłym głosem, jak zrozumiałem – dodał, nieoczekiwanie zwracając się do Shannon.
Znów pobladła, ale poza tym w żaden sposób nie dała po sobie poznać, że konieczność odpowiedzenia demonowi, była dla niej jakkolwiek nieprzyjemna.
– Na to wychodzi – przyznała z wahaniem. – Ktoś najwyraźniej o mnie wspominał… Szkoda, że przy okazji nie wtajemniczył mnie w pewne sprawy.
Uśmiech Rafaela stał się bardziej niepokojący. Elenie trudno było powiedzieć, co takiego chodziło mu po głowie, a tym bardziej co myślał o samej Shannon.
– Nauka walki brzmi interesująco – stwierdził, krzyżując ramiona. – Lilan, moja droga… Nie masz może ochoty, żeby się dołączyć? – rzucił niemalże pogodnym tonem.
Elena wyprostowała się niczym struna. Spodziewała się wielu rzeczy, ale zdecydowanie nie tego.
– Że co? – wyrwało jej się, ale demon nawet na nią nie spojrzał.
– Ostatnio zmieniły nam się plan – wyjaśnił ze spokojem, którego zdecydowanie nie podzielała. – Zresztą tak mogłoby być lepiej, niż gdybyś znów ćwiczyła ze mną. Ja chętnie po obserwuję.
Z jękiem zamknęła oczy. A niech cię diabli…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa