29 listopada 2018

Sto sześćdziesiąt siedem

Elizabeth
Wątpliwości wróciły i to ze zdwojoną siłą. Przez dłuższą chwilę tkwiła w bezruchu, bezmyślnie wpatrując w stojącego przed nią Damiena. To, że ten uśmiechał się zachęcająco, wcale nie wyglądając na przejętego tym, co robili, zdecydowanie jej nie pomagało.
– Na razie darujemy sobie wymachiwanie kołkiem – stwierdził, a Liz mimowolnie pomyślała o tym, który nosiła w torebce. Jednak wiedział? – Zaatakuj mnie i zobaczymy, co z tego wyjdzie. Ja co najwyżej będę robił uniki.
– I to jest cały twój plan? – zapytała z powątpiewaniem.
Jedynie wzruszył ramionami. Wydawał się zdecydowany, a przy tym zdecydowanie nie przypominał Damiena, którego widywała na co dzień – spokojnego i spędzającego większość czasu w bibliotece. Wiedziała, że taki nie był, zwłaszcza odkąd miała okazję zobaczyć go w akcji, ale i tak poczuła się nieswojo.
– Sama chciałaś praktyki – przypomniał usłużnie.
Westchnęła w duchu. Owszem, to jak najbardziej były jej słowa. Sęk w tym, że kiedy przyszło co do czego, poczuła się jak dziecko i kompletna kretynka w jednym. Wszystko w niej krzyczało, że atakowanie kogoś, kto był nieśmiertelny, zdecydowanie nie brzmiało jak dobry plan – i to nawet jeśli chodziło o Damiena, który nie zamierzał jej skrzywdzić.
Zmrużyła oczy. Zdrowy rozsądek robił swoje, ale to wciąż były tylko treningi. Co więcej Damien miał rację, a ona sama się na to zdecydowała.
– W porządku – mruknęła bardziej do siebie niż kogokolwiek innego. – Chyba.
Kąciki ust Damiena jak na zawołanie powędrowały ku górze.
– Po prostu zdaj się na instynkt. Tak, wierzę, że ludzie też go mają – dodał, gdy zauważył, że otworzyła usta. – Wy tylko zwykle z niego nie korzystacie.
– To mi nie pomaga – przyznała zgodnie z prawdą.
Znów jedynie się zaśmiał, choć tym razem na głos. Wydawał się spokojny, ale również to odkrycie nie pozwoliło Elizabeth się rozluźnić.
– Kiedy dałaś mi w twarz, wydawałaś się wyjątkowo pewna tego, co powinnaś zrobić – zauważył, a w niej aż się zagotowało.
– Ile razy mi to jeszcze wypomnisz? – jęknęła, potrząsając głową. – Akurat ty, Damien? Zresztą wiesz za co oberwałeś.
– Możesz mi przypomnieć – zaproponował. Dopiero wtedy do Liz dotarło, że specjalnie ją sprowokował. – Jak dobrze pójdzie, nawet pozwolę ci się raz trafić.
Prychnęła, nie mogąc się powstrzymać.
– Jaki łaskawy się nagle zrobił!
Znów skwitował jej słowa śmiechem. Choć wiedziała, że igrał z nią z konkretnego powodu, nie była w stanie zapanować nad odruchami. Przez to dopiero z opóźnieniem uprzytomniła sobie, że w którymś momencie zacisnęła dłonie w pięści i nachyliła się do przodu, gorączkowo zastanawiając nad tym, od której strony powinna uderzyć.
– Och, dajcie spokój – wtrącił jakby od niechcenia Aldero. – Swoją drogą, dobrze wam idzie, przynajmniej w związku. Już zachowujecie się jak stare dobre małżeństwo.
– Wiesz co, Liz? Zmiana planów. – Uśmiech Damiena momentalnie przygasł. – Jeśli nie chcesz walczyć ze mną, możesz dokopać Aldero.
Jeśli miała być ze sobą szczera, zdecydowanie miała na to ochotę, ale nie uznała tego pragnienia za szczególnie warte uwagi. Nie miała pojęcia czy Al też prowokował ją specjalnie, czy może jak zwykle był sobą, to zresztą wydawało się najmniej istotne. Tak czy inaczej, rzucenie się na tego wampira nie stanowiłoby ani szczególnego zaskoczenia, ani też nie rozwiązało najważniejszego problemu – a więc tego, że chłopak najpewniej uciekłby z zasięgu jej wzrok, zanim zdążyłaby się zastanowić.
Ze świstem wypuściła powietrze. Musiała się skoncentrować – to było priorytetem, nawet jeśli zadanie samo w sobie nie było proste. Zmrużyła oczy, uważnie wpatrując w Damiena. Wiedziała, że gdyby naprawdę musiała walczyć, zdecydowanie nie miałaby czasu, żeby przypatrywać się przeciwnikowi i zastanawiać nad kolejnymi ruchami. Nie, wtedy chodziłoby o coś innego – refleks i rozsądek, choć te nie zawsze szły ze sobą w parze. Gdzieś w tym wszystkim była jeszcze ta niechciana świadomość, że na swój sposób tracili czas. Skoro tak naprawdę nie miała żadnych szans, wysilanie się wydawało pozbawione sensu, a jednak…
W ten sposób niczego nie osiągniesz.
Nieznacznie potrząsnęła głową, by odgonić od siebie niechciane myśli. Spróbowała odciąć się przede wszystkim od wątpliwości, w zamian próbując przekonać samą siebie, że te tak czy inaczej nie były ważne. Nie o szanse tutaj chodziło, ale o przetrwanie. Gdyby kolejny raz znalazła się w niebezpieczeństwie, zdecydowanie nie stałaby w miejscu, czekając aż przeciwnik ją dorwie. Instynkt przetrwania zrobiłby swoje, niezależnie od szans, statystyki i wszystkich tych czynników, które dowodziły jej słabości.
Mimowolnie pomyślała o tym, co sugerował jej Damien, gdy raz po raz wystawiał jej nerwy na próbę. Prowokował ją, igrając na emocjach, co na dłuższą metę wydawało się mieć zadziwiająco dużo sensu. Oczywiście, że kierowałaby się przede wszystkim uczuciami. Tak było wtedy, gdy go uderzyło – nie analizowała, w zamian po prostu przechodząc do rzeczy. Może i impulsywność nie była najbardziej pożądaną cechą na świecie, ale w tym wypadku mogła okazać się kluczowa. To na tym musiała się skupić, choć kierowanie się wyłącznie emocjami zdecydowanie nie było w jej stylu. Zawsze starała się zachowywać zdrowy rozsądek – myśleć i analizować, czasem aż nazbyt dokładnie, dzięki czemu przez tyle lat tak pewnie stąpała po ziemi. To samo ceniła w Damienie, jednak w tamtej chwili czuła, że inteligencja i opanowanie wcale nie były aż takie praktyczne, jak mogłaby tego oczekiwać.
Mocniej zacisnęła dłonie w pieści – tak po prostu, pamiętając przy tym, że trzymanie kciuka wewnątrz dłoni nie skończyłoby się zbyt szczęśliwie, gdyby jednak zdołała wymierzyć cios. Spróbowała przypomnieć sobie cokolwiek z odbytych za dzieciaka lekcji walki, ale w głowie miała przede wszystkim pustkę. Trudno, pomyślała i choć zabrzmiało to trochę tak, jakby się poddawała, ostatecznie doszła do wniosku, że to najlepsze, na co mogłaby się zdobyć.
Właściwie sama nie była pewna, kiedy zdecydowała się ruszyć z miejsca. W pośpiechu pokonała dzielącą ich odległość i – nie zastanawiając nad tym, czy w ogóle miała szansę trafić – zamachnęła się, skupiona wyłącznie na tym, żeby sięgnąć celu. Nie była zaskoczona, kiedy okazało się, że Damien z wprawą uskoczył, przez co nawet go nie drasnęła. Nawet się nie wysilał, wyraźnie robiąc wszystko, byleby nie wykorzystywać wampirzych zdolności. Liz podejrzewała, że nawet gdyby był człowiekiem, powaliłby ją na ziemię w kilku sprawnych ciosach. Ten chłopak był nie tylko inteligentny, ale też o wiele bardziej niebezpieczny, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.
Elizabeth pomyślała jedynie, że taki stan rzeczy był w jego przypadku jak najbardziej właściwy.
Zaatakowała ponownie, kolejny raz zdając się wyłącznie na odruchy. A potem kolejny i ponownie, bynajmniej nie zrażona tym, że za każdym razem natrafiała wyłącznie na pustkę. To przypominało taniec, choć paradoksalnie tylko Damien wydawał się znać kroki. Miała wrażenie, że był przygotowany na każdy jej ruch, ale nie czuła się z tym źle. Wiedziała jedynie, że powinna atakować – raz po raz, niezależnie od skutków, które to przynosiło. To, że jej przeciwnik nie próbował się odwzajemniać, ograniczając wyłącznie do uników, wiele ułatwiało, ale Liz nie miała czasu, żeby zacząć pałać do niego z tego powodu wdzięcznością.
Pulsujące ciepło rozeszło się po całym jej ciele. Na moment zatrzymała się, dysząc ciężko i czując, że serce trzepoce się w jej piersi, jakby w każdej chwili mogło wyrwać się na zewnątrz. Liczyła się ze zmęczeniem, ale zignorowała je, tak jak wielokrotnie wcześniej ignorowała palenie w płucach, gdy biegała. Już przynajmniej nie czuła chłodu, po chwili decydując się ściągnąć kurtkę i odrzucić ją na bok. Co prawda podejrzewała, że prędzej czy później mogła tego pożałować, zwłaszcza gdyby na domiar złego się rozchorowała, ale nie dbała o to.
Damien uśmiechnął się blado, obserwując ją z zaciekawieniem. Przez chwilę wyglądał na chętnego, żeby się wtrącić i przerwać panującą ciszę, ale nie dała mu po temu okazji, jak gdyby nigdy nic wracając do wymierzania kolejnych ciosów. Nie miała pojęcia kiedy i jakim cudem, ale udało jej się odnaleźć stały rytm, przez co ponownie pomyślała o tańcu. Coś w tym porównaniu pomagało, zwłaszcza gdy dotarło do niej, że przez cały ten czas powielała dokładnie tę samą kolejność – sposób, w jaki się zamachiwała i miejsca, w które celowała. Wtedy też pojęła, dlaczego Damienowi z taką łatwością przychodziło wykonywanie uników, skoro po pewnym czasie nawet nie musiał się wysilać, by przewidzieć jej ruchy.
Udało jej się go zaskoczyć, gdy w ostatniej chwili sparowała cios i spróbowała zaatakować od innej strony. Choć do tej pory unikał kontaktu fizycznego, tym razem musiał chwycić ją za nadgarstek, by nie oberwać w twarz. Uśmiechnął się, w równym stopniu zaskoczony, co i usatysfakcjonowany. Nie odezwał się nawet słowem, ale to tak naprawdę okazało się zbędne – pochwała w jego spojrzeniu była aż nazbyt wyraźna.
To wciąż nie była walka. Liz doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że w starciu z kimś, kto naprawdę chciałby ją skrzywdzić, nie miałaby żadnych szans. Nie miała również wątpliwości, że Damien dawał jej fory na każdym możliwym polu – on po prostu uciekał, więcej energii wkładając w to, by zachowywać się jak człowiek, niż w same uniki. Sęk w tym, że wcale nie czuła się z tym źle, z każdą kolejną sekundą czując wyłącznie to, że chciała brnąć dalej. Nie myślała, skupiona co najwyżej na kolejnych ruchach i tego, by jednak mieć szansę go dosięgnąć. Co więcej, chwilami naprawdę wierzyła, że jej się to uda.
– Uważaj z kopnięciami – upomniał łagodnie Damien, gdy tylko odskoczył, by uniknąć kolejnego ciosu. Kolejny raz przyszło mu to z zadziwiającą wręcz łatwością. – Dobrze, że się rozluźniłaś, ale gdybyśmy walczyli naprawdę, sama dałabyś mi okazję, żeby cię powalić. Wystarczyłoby, żebym chwycił cię za nogę.
Spojrzała na niego w oszołomieniu, raz po raz chwytając oddech. Serce waliło jej jak młotem, a płuca paliły, choć wcześniej nie była tego świadoma. Czuła się niemalże jak w transie, przez co głos Damiena po prostu ją zaskoczył. Zamrugała nieco nieprzytomnie, po czym nieco nieprzytomnie rozejrzała po podjeździe. W którymś momencie tak bardzo skupiła się na desperackich próbach dosięgnięcia swojego przeciwnika, że właściwie zapomniała gdzie i dlaczego się znajdowali. Nie miało znaczenia, że tkwili na zaśnieżonym podjeździe, na dodatek nie sami.
W roztargnieniu przeczesała włosy palcami. Mogła je upiąć, by nie wpadały jej do oczu i nie ograniczały widoczności, ale nie myślała o tym, zbytnio przejęta perspektywą treningów, które zasugerował Damien. Wciąż nie miała pojęcia, co robi, ale to również okazało się mało istotne. Z jakiegoś powodu po prostu wiedziała, nawet jeśli raz po raz popełniała te same błędy. Była pewna, że Damien dostrzegał wszystkie, a jednak pozwalał jej atakować, spokojnie obserwując i trzymając się na bezpieczną odległość.
– Wszystko w porządku? – zapytał, kolejny raz wyrywając Liz z zamyślenia. Drgnęła, po czym spojrzała mu w oczy. – Nie oczekiwałem cudów, więc spokojnie. Świetnie ci idzie.
– Mówisz poważnie, czy tylko podnosisz mnie na duchu?
Jedynie potrząsnął głową.
– Nie widzę powodu, by cię okłamywać. Jasne, trochę pracy przed nami, ale wydajesz się tak zdeterminowana, że… – Urwał, ostatecznie ograniczając do wzruszenia ramionami. – Raz mnie zaskoczyłaś. To już coś.
– Obiecałeś, że raz dasz mi się trafić – przypomniała, ale w odpowiedzi jedynie się uśmiechnął.
– Powiedziałem, że może dam się trafić – poprawił z uśmiechem. – Alessia też zawsze mi wierzy, kiedy tak mówię.
– Więc jednak mnie okłamujesz.
Kolejny raz udało jej się go rozbawić. Sama również wysiliła się na uśmiech, zaskoczona tym, jak dobrze się czuła. Może chodziło o ruch, a może poczucie działania – choćby złudnego. Nie miała pojęcia, ale podobało jej się to. Nie miało znaczenia, że wszystko sprowadzało się do powtarzania kolejnych ciosów. To, że najpewniej przy Damienie wyglądała jak nieporadne dziecko, również nie robiło na niej wrażenia. Nie, skoro i tak zamierzała próbować.
– Tak czy siak, moim zdaniem na początek wystarczy – zasugerował, bez pośpiechu ruszając w jej stronę. Obserwowała go, kiedy podniósł z ziemi jej kurtkę. – Już wiem na czym stoimy. Przy następnej okazji pokażę ci kilka rzeczy.
Spojrzała na niego z powątpiewaniem, nagle rozczarowana. Nie chciała kończyć, choć wiedziała, że miał rację. W zasadzie mogli aż do wieczora trwać w tym dziwnym tańcu, w którym to ona uderzałaby na oślep, zmuszając go do uników, ale to prowadziło donikąd, zwłaszcza jeśli popełniała błędy. Mogła zdać się co najwyżej na obserwacje, wspomnienia i instynkt, jednak to było zdecydowanie zbyt mało, jeśli chciała nauczyć się walczyć.
– Nieźle się wczuliście – stwierdziła w zamyśleniu Shannon. Liz dopiero wtedy uprzytomniła sobie, że ta – podobnie zresztą jak i bliźniaki oraz Nigel – już od dłuższego czasu obserwowała ich poczynania z boku. – Swoją droga, to wygląda na o wiele prostsze niż to, o czym mówi mi Cammy. Naprawdę nie chcecie, żebym próbowała krzyczeć.
Liz słuchała jej, ale te słowa dochodziły do niej jakby z oddali. Myślami była daleko, niezdolna skupić na niczym, co działo się wokół niej. Wciąż czuła fale ciepła, które raz po raz rozchodziły się po całym jej ciele. Nawet nie zareagowała, kiedy Damien zarzucił jej kurtkę na ramiona, mówiąc coś o tym, że powinna się rozgrzać. Nie, zdecydowanie tego nie potrzebowała. W gruncie rzeczy czuła się nieswojo z tym, że nagle miałaby tkwić w miejscu. Zatrzymała się, choć chciała dalej pędzić; całe jej ciało aż się do tego rwało, nawet mimo zmęczenia i pulsujących mięśni. Było w tym coś zachęcającego, co wręcz motywowało ją do dalszych prób.
Objęła się ramionami, przez krótką chwilę bliska tego, by raz jeszcze rzucić się na Damiena – tak po prostu, byleby tylko sprowokować go do dalszej walki. Wzdrygnęła się, bynajmniej nie z zimna, choć właśnie tak musiał zinterpretować to wciąż stojący obok nieśmiertelny. Zauważyła, że patrzył na nią dziwnie, ale przynajmniej nie skomentował nawet słowem ani przeciągającego się milczenia, ani mieszanki emocji, które jak nic był w stanie wyczuć.
To było… intensywne, pomyślała, chociaż to słowo nawet w połowie nie oddawało tego, co tak naprawdę czuła.
Adrenalina wciąż krążyła w jej ciele, choć powoli zaczynała już zanikać. To właśnie na jej obecność Liz chciała zrzucić to, w jaki sposób się czuła, ale podświadomie wiedziała, że chodziło o coś więcej. Gdy na dodatek dotarło do niej, że pulsujące ciepło wiązało się z delikatnym pulsowaniem skóry w miejscach, gdzie na jej ciele znajdowały się te dziwne symbole, jedynie utwierdziła się w tym przekonaniu.
– Liz?
Potrząsnęła głową. Nieco nieprzytomnie spojrzała na Damiena, próbując zachowywać tak, jakby nic szczególnego nie miało miejsca. Czuła, że powinna mu o tym powiedzieć, ale zdecydowanie nie w chwili, gdy mieli towarzystwo.
– Wszystko gra – zapewniła pośpiesznie. – Myślałam, że będzie gorzej.
Damien wysilił się na uśmiech. Wciąż ją obserwował, ale gest wydał się dziewczynie jak najbardziej szczery. Co więcej, nawet jeśli miał jakieś uwagi, zachował je dla siebie.
– Chyba nie sądziłaś, że cię skrzywdzę, co? – zapytał, jednak zdecydowanie nie oczekiwał odpowiedzi. – Chociaż następnym razem to ty będziesz robić uniki. Defensywa jest ważniejsza od ataku.
Skinęła głową, myślami wciąż będąc gdzieś daleko. Momentalnie zapragnęła zaszyć się gdzieś w łazience i przed lustrem raz jeszcze obejrzeć symbole na ciele. Była gotowa przysiąc, że jakoś się zmieniły, skoro wciąż pulsowały, niezmiennie dając jej się we znaki.
– Może wtedy to ja dam ci się trafić – mruknęła, a Damien skwitował jej słowa parsknięciem śmiechu.
Wyczuła ruch za plecami, kiedy przesunął się bliżej. Pozwoliła, żeby objął ją ramionami, w końcu będąc w stanie się rozluźnić. Dziwne wrażenie zniknęło równie nagle, co wcześniej się pojawiło, jednak wcale nie poczuła się dzięki temu lepiej. Nie, skoro nie rozumiała, nie będąc w stanie w żaden sensowny sposób wytłumaczyć tego, czego doświadczyła. Co prawda teoria z adrenaliną nadal wydawała się lepsza niż nic, ale Liz w nią nie wierzyła. Gdyby rozumiała, co tak naprawdę zaszło w tym cholernym hotelu i co powinna sądzić o znikającym medalionie oraz znakach na skórze…
– To teraz Shannon – stwierdził z entuzjazmem Aldero. – Chociaż może lepiej będzie się odsunąć. Babcia mnie zabije, jeśli wybijemy okna.
– To dziwne myśleć o Esme jak o kimś, kto mógłby zabić – zauważyła Liz.
Z ulgą przyjęła, że jej głos zabrzmiał w pełni normalnie. Co prawda wciąż była zdyszana, ale poza oznakami zmęczenia, do tonu nie wkradło się nic, co zdradziłoby, że w głowie miała mętlik. Mocniej wtuliła się w Damiena, nagle zaczynając traktować go jak swego rodzaju gwarancję bezpieczeństwa – osobistą ostoję spokoju i tego, że nagle nie zdecydowałaby się na zrobienie czegoś wyjątkowo głupiego.
Aldero uśmiechnął się w nieco wymuszony sposób.
– Lubi ten dom. Zresztą zawsze lepiej mieć komplet okien – dodał, a Shannon jęknęła.
– To zły pomysł – oznajmiła, energicznie potrząsając głowa. Liz po raz kolejny uderzyło to, jaka była blada. – Wiecie, co się dzieje, kiedy zaczynam krzyczeć. Naprawdę nie musimy tego testować.
– Jak niby chcesz zacząć to kontrolować, skoro nie chcesz nawet sprawdzić czy to możliwe? – Cammy z wolna przesunął się bliżej dziewczyny. – Hej, Shannon…
– Mogę milczeć. Do tej pory się sprawdzało – zasugerowała bez przekonania.
– Wszyscy wiemy, że nie potrafisz – przypomniał jej łagodnie Nigel. Z uwagą zmierzył siostrę wzrokiem. – Pojechałaś do tego piekielnego ośrodka, żeby to zrozumieć. Nie wmówisz mi, że nagle przestałaś myśleć o normalności.
Shannon nie odpowiedziała. Po prostu stała w bezruchu, po chwili w zamyśleniu unosząc dłoń do gardła. Ręka nieznacznie jej zadrżała, zresztą ruchy miała tak delikatne, jakby próbowała dotykać jakiejś niebezpiecznej broni, a nie siebie.
– Nie przestałam – powiedziała w końcu, jakby z rezygnacją. – Ale mam wrażenie, że nadal nie dociera do was, co potrafię. Aldero mówi o oknach, jakby to one były największym problemem – stwierdziła z goryczą.
– Nie są – zaoponował natychmiast sam zainteresowany. – Shanny, do cholery, już blokowałem twój dar. Wiem jaki jest silny – przypomniał, ale doprowadził jedynie do tego, że dziewczyna znów jęknęła, nagle jeszcze bledsza niż do tej pory.
– Więc powinieneś rozumieć, że to zły pomysł – obruszyła się, wsuwając palce we włosy. Lekko pociągnęła za kosmyki, wyraźnie podenerwowana. – Do tej pory błogosławię, że na tym balu nie ucierpiał ktoś, kto nie powinien. Nie zamierzam mieć kogoś na sumieniu, więc…
– To, by zapewnić nam bezpieczeństwo, jest moim zmartwieniem.
Tym razem już tylko na niego patrzyła, wciąż pełna wątpliwości. Zawahała się, gorączkowo myśląc nad odpowiedzią – i to najpewniej taką, która pozwoliłaby jej się wycofać. Liz była w stanie aż za dobrze wyobrazić sobie, przez co w tamtej chwili przechodziła Shannon. Zdawała sobie sprawę z tego, co oznaczały wątpliwości; sama doświadczała ich niemalże na każdym kroku, nawet wtedy, gdy wiedziała, że nie miały przynieść ze sobą niczego dobrego.
Cisza wydawała się ciągnąc w nieskończoność. Tym bardziej zaskakujące okazało się to, że ostatecznie Shannon skinęła głową. Bezradnie rozłożyła ramiona, po czym w niemalże wyzywający sposób spojrzała na Aldero.
– Jak sobie chcesz – wycedziła przez zaciśnięte zęby. Mówiła cicho, ale to nie przeszkadzało w zrozumieniu poszczególnych słów. – Spróbujcie mi pomóc, skoro jesteście tego tacy pewni… Ale jeśli coś się stanie, to nie będzie moja wina.
– Oczywiście, że nie – podchwycił natychmiast Cameron. – W zasadzie…
Urwał, po czym nagle zesztywniał, prostując się niczym struna. Powiódł wzorkiem dookoła, ostatecznie wbijając wzrok w zachmurzone niebo. Dopiero wtedy Liz uprzytomniła sobie, że słyszy miarowy, aż nazbyt charakterystyczny dźwięk.
Skrzydła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa