
Elizabeth
Wątpliwości wróciły i to
ze zdwojoną siłą. Przez dłuższą chwilę tkwiła w bezruchu, bezmyślnie wpatrując
w stojącego przed nią Damiena. To, że ten uśmiechał się zachęcająco, wcale
nie wyglądając na przejętego tym, co robili, zdecydowanie jej nie pomagało.
– Na razie
darujemy sobie wymachiwanie kołkiem – stwierdził, a Liz mimowolnie
pomyślała o tym, który nosiła w torebce. Jednak wiedział? – Zaatakuj
mnie i zobaczymy, co z tego wyjdzie. Ja co najwyżej będę robił uniki.
– I to
jest cały twój plan? – zapytała z powątpiewaniem.
Jedynie
wzruszył ramionami. Wydawał się zdecydowany, a przy tym zdecydowanie nie
przypominał Damiena, którego widywała na co dzień – spokojnego i spędzającego
większość czasu w bibliotece. Wiedziała, że taki nie był, zwłaszcza odkąd
miała okazję zobaczyć go w akcji, ale i tak poczuła się nieswojo.
– Sama
chciałaś praktyki – przypomniał usłużnie.
Westchnęła w duchu.
Owszem, to jak najbardziej były jej słowa. Sęk w tym, że kiedy przyszło co
do czego, poczuła się jak dziecko i kompletna kretynka w jednym.
Wszystko w niej krzyczało, że atakowanie kogoś, kto był nieśmiertelny,
zdecydowanie nie brzmiało jak dobry plan – i to nawet jeśli chodziło o Damiena,
który nie zamierzał jej skrzywdzić.
Zmrużyła
oczy. Zdrowy rozsądek robił swoje, ale to wciąż były tylko treningi. Co więcej Damien
miał rację, a ona sama się na to zdecydowała.
– W porządku
– mruknęła bardziej do siebie niż kogokolwiek innego. – Chyba.
Kąciki ust Damiena
jak na zawołanie powędrowały ku górze.
– Po prostu
zdaj się na instynkt. Tak, wierzę, że ludzie też go mają – dodał, gdy zauważył,
że otworzyła usta. – Wy tylko zwykle z niego nie korzystacie.
– To mi nie
pomaga – przyznała zgodnie z prawdą.
Znów jedynie
się zaśmiał, choć tym razem na głos. Wydawał się spokojny, ale również to
odkrycie nie pozwoliło Elizabeth się rozluźnić.
– Kiedy dałaś
mi w twarz, wydawałaś się wyjątkowo pewna tego, co powinnaś zrobić – zauważył,
a w niej aż się zagotowało.
– Ile razy
mi to jeszcze wypomnisz? – jęknęła, potrząsając głową. – Akurat ty, Damien?
Zresztą wiesz za co oberwałeś.
– Możesz mi
przypomnieć – zaproponował. Dopiero wtedy do Liz dotarło, że specjalnie ją sprowokował.
– Jak dobrze pójdzie, nawet pozwolę ci się raz trafić.
Prychnęła,
nie mogąc się powstrzymać.
– Jaki
łaskawy się nagle zrobił!
Znów skwitował
jej słowa śmiechem. Choć wiedziała, że igrał z nią z konkretnego
powodu, nie była w stanie zapanować nad odruchami. Przez to dopiero z opóźnieniem
uprzytomniła sobie, że w którymś momencie zacisnęła dłonie w pięści i nachyliła
się do przodu, gorączkowo zastanawiając nad tym, od której strony powinna
uderzyć.
– Och, dajcie
spokój – wtrącił jakby od niechcenia Aldero. – Swoją drogą, dobrze wam idzie,
przynajmniej w związku. Już zachowujecie się jak stare dobre małżeństwo.
– Wiesz co,
Liz? Zmiana planów. – Uśmiech Damiena momentalnie przygasł. – Jeśli nie chcesz
walczyć ze mną, możesz dokopać Aldero.
Jeśli miała
być ze sobą szczera, zdecydowanie miała na to ochotę, ale nie uznała tego
pragnienia za szczególnie warte uwagi. Nie miała pojęcia czy Al też prowokował
ją specjalnie, czy może jak zwykle był sobą, to zresztą wydawało się najmniej
istotne. Tak czy inaczej, rzucenie się na tego wampira nie stanowiłoby ani
szczególnego zaskoczenia, ani też nie rozwiązało najważniejszego problemu – a więc
tego, że chłopak najpewniej uciekłby z zasięgu jej wzrok, zanim zdążyłaby
się zastanowić.
Ze świstem
wypuściła powietrze. Musiała się skoncentrować – to było priorytetem, nawet
jeśli zadanie samo w sobie nie było proste. Zmrużyła oczy, uważnie
wpatrując w Damiena. Wiedziała, że gdyby naprawdę musiała walczyć,
zdecydowanie nie miałaby czasu, żeby przypatrywać się przeciwnikowi i zastanawiać
nad kolejnymi ruchami. Nie, wtedy chodziłoby o coś innego – refleks i rozsądek,
choć te nie zawsze szły ze sobą w parze. Gdzieś w tym wszystkim była
jeszcze ta niechciana świadomość, że na swój sposób tracili czas. Skoro tak naprawdę
nie miała żadnych szans, wysilanie się wydawało pozbawione sensu, a jednak…
W ten sposób niczego nie osiągniesz.
Nieznacznie
potrząsnęła głową, by odgonić od siebie niechciane myśli. Spróbowała odciąć się
przede wszystkim od wątpliwości, w zamian próbując przekonać samą siebie,
że te tak czy inaczej nie były ważne. Nie o szanse tutaj chodziło, ale o przetrwanie.
Gdyby kolejny raz znalazła się w niebezpieczeństwie, zdecydowanie nie
stałaby w miejscu, czekając aż przeciwnik ją dorwie. Instynkt przetrwania
zrobiłby swoje, niezależnie od szans, statystyki i wszystkich tych
czynników, które dowodziły jej słabości.
Mimowolnie
pomyślała o tym, co sugerował jej Damien, gdy raz po raz wystawiał jej
nerwy na próbę. Prowokował ją, igrając na emocjach, co na dłuższą metę wydawało
się mieć zadziwiająco dużo sensu. Oczywiście, że kierowałaby się przede
wszystkim uczuciami. Tak było wtedy, gdy go uderzyło – nie analizowała, w zamian
po prostu przechodząc do rzeczy. Może i impulsywność nie była najbardziej
pożądaną cechą na świecie, ale w tym wypadku mogła okazać się kluczowa. To
na tym musiała się skupić, choć kierowanie się wyłącznie emocjami zdecydowanie
nie było w jej stylu. Zawsze starała się zachowywać zdrowy rozsądek – myśleć
i analizować, czasem aż nazbyt dokładnie, dzięki czemu przez tyle lat tak
pewnie stąpała po ziemi. To samo ceniła w Damienie, jednak w tamtej
chwili czuła, że inteligencja i opanowanie wcale nie były aż takie praktyczne,
jak mogłaby tego oczekiwać.
Mocniej
zacisnęła dłonie w pieści – tak po prostu, pamiętając przy tym, że
trzymanie kciuka wewnątrz dłoni nie skończyłoby się zbyt szczęśliwie, gdyby
jednak zdołała wymierzyć cios. Spróbowała przypomnieć sobie cokolwiek z odbytych
za dzieciaka lekcji walki, ale w głowie miała przede wszystkim pustkę. Trudno, pomyślała i choć zabrzmiało
to trochę tak, jakby się poddawała, ostatecznie doszła do wniosku, że to
najlepsze, na co mogłaby się zdobyć.
Właściwie
sama nie była pewna, kiedy zdecydowała się ruszyć z miejsca. W pośpiechu
pokonała dzielącą ich odległość i – nie zastanawiając nad tym, czy w ogóle
miała szansę trafić – zamachnęła się, skupiona wyłącznie na tym, żeby sięgnąć
celu. Nie była zaskoczona, kiedy okazało się, że Damien z wprawą uskoczył,
przez co nawet go nie drasnęła. Nawet się nie wysilał, wyraźnie robiąc
wszystko, byleby nie wykorzystywać wampirzych zdolności. Liz podejrzewała, że
nawet gdyby był człowiekiem, powaliłby ją na ziemię w kilku sprawnych
ciosach. Ten chłopak był nie tylko inteligentny, ale też o wiele bardziej
niebezpieczny, niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.
Elizabeth
pomyślała jedynie, że taki stan rzeczy był w jego przypadku jak
najbardziej właściwy.
Zaatakowała
ponownie, kolejny raz zdając się wyłącznie na odruchy. A potem kolejny i ponownie,
bynajmniej nie zrażona tym, że za każdym razem natrafiała wyłącznie na pustkę.
To przypominało taniec, choć paradoksalnie tylko Damien wydawał się znać kroki.
Miała wrażenie, że był przygotowany na każdy jej ruch, ale nie czuła się z tym
źle. Wiedziała jedynie, że powinna atakować – raz po raz, niezależnie od
skutków, które to przynosiło. To, że jej przeciwnik nie próbował się
odwzajemniać, ograniczając wyłącznie do uników, wiele ułatwiało, ale Liz nie
miała czasu, żeby zacząć pałać do niego z tego powodu wdzięcznością.
Pulsujące
ciepło rozeszło się po całym jej ciele. Na moment zatrzymała się, dysząc ciężko
i czując, że serce trzepoce się w jej piersi, jakby w każdej
chwili mogło wyrwać się na zewnątrz. Liczyła się ze zmęczeniem, ale zignorowała
je, tak jak wielokrotnie wcześniej ignorowała palenie w płucach, gdy
biegała. Już przynajmniej nie czuła chłodu, po chwili decydując się ściągnąć kurtkę
i odrzucić ją na bok. Co prawda podejrzewała, że prędzej czy później mogła
tego pożałować, zwłaszcza gdyby na domiar złego się rozchorowała, ale nie dbała
o to.
Damien uśmiechnął
się blado, obserwując ją z zaciekawieniem. Przez chwilę wyglądał na
chętnego, żeby się wtrącić i przerwać panującą ciszę, ale nie dała mu po
temu okazji, jak gdyby nigdy nic wracając do wymierzania kolejnych ciosów. Nie
miała pojęcia kiedy i jakim cudem, ale udało jej się odnaleźć stały rytm,
przez co ponownie pomyślała o tańcu. Coś w tym porównaniu pomagało,
zwłaszcza gdy dotarło do niej, że przez cały ten czas powielała dokładnie tę
samą kolejność – sposób, w jaki się zamachiwała i miejsca, w które
celowała. Wtedy też pojęła, dlaczego Damienowi z taką łatwością przychodziło
wykonywanie uników, skoro po pewnym czasie nawet nie musiał się wysilać, by
przewidzieć jej ruchy.
Udało jej
się go zaskoczyć, gdy w ostatniej chwili sparowała cios i spróbowała
zaatakować od innej strony. Choć do tej pory unikał kontaktu fizycznego, tym
razem musiał chwycić ją za nadgarstek, by nie oberwać w twarz. Uśmiechnął
się, w równym stopniu zaskoczony, co i usatysfakcjonowany. Nie
odezwał się nawet słowem, ale to tak naprawdę okazało się zbędne – pochwała w jego
spojrzeniu była aż nazbyt wyraźna.
To wciąż nie
była walka. Liz doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że w starciu z kimś,
kto naprawdę chciałby ją skrzywdzić, nie miałaby żadnych szans. Nie miała
również wątpliwości, że Damien dawał jej fory na każdym możliwym polu – on po
prostu uciekał, więcej energii wkładając w to, by zachowywać się jak
człowiek, niż w same uniki. Sęk w tym, że wcale nie czuła się z tym
źle, z każdą kolejną sekundą czując wyłącznie to, że chciała brnąć dalej. Nie
myślała, skupiona co najwyżej na kolejnych ruchach i tego, by jednak mieć
szansę go dosięgnąć. Co więcej, chwilami naprawdę wierzyła, że jej się to uda.
– Uważaj z kopnięciami
– upomniał łagodnie Damien, gdy tylko odskoczył, by uniknąć kolejnego ciosu.
Kolejny raz przyszło mu to z zadziwiającą wręcz łatwością. – Dobrze, że
się rozluźniłaś, ale gdybyśmy walczyli naprawdę, sama dałabyś mi okazję, żeby
cię powalić. Wystarczyłoby, żebym chwycił cię za nogę.
Spojrzała
na niego w oszołomieniu, raz po raz chwytając oddech. Serce waliło jej jak
młotem, a płuca paliły, choć wcześniej nie była tego świadoma. Czuła się
niemalże jak w transie, przez co głos Damiena po prostu ją zaskoczył.
Zamrugała nieco nieprzytomnie, po czym nieco nieprzytomnie rozejrzała po
podjeździe. W którymś momencie tak bardzo skupiła się na desperackich
próbach dosięgnięcia swojego przeciwnika, że właściwie zapomniała gdzie i dlaczego
się znajdowali. Nie miało znaczenia, że tkwili na zaśnieżonym podjeździe, na dodatek
nie sami.
W
roztargnieniu przeczesała włosy palcami. Mogła je upiąć, by nie wpadały jej do oczu
i nie ograniczały widoczności, ale nie myślała o tym, zbytnio
przejęta perspektywą treningów, które zasugerował Damien. Wciąż nie miała
pojęcia, co robi, ale to również okazało się mało istotne. Z jakiegoś
powodu po prostu wiedziała, nawet jeśli raz po raz popełniała te same błędy.
Była pewna, że Damien dostrzegał wszystkie, a jednak pozwalał jej atakować,
spokojnie obserwując i trzymając się na bezpieczną odległość.
– Wszystko w porządku?
– zapytał, kolejny raz wyrywając Liz z zamyślenia. Drgnęła, po czym
spojrzała mu w oczy. – Nie oczekiwałem cudów, więc spokojnie. Świetnie ci
idzie.
– Mówisz
poważnie, czy tylko podnosisz mnie na duchu?
Jedynie
potrząsnął głową.
– Nie widzę
powodu, by cię okłamywać. Jasne, trochę pracy przed nami, ale wydajesz się tak
zdeterminowana, że… – Urwał, ostatecznie ograniczając do wzruszenia ramionami. –
Raz mnie zaskoczyłaś. To już coś.
– Obiecałeś,
że raz dasz mi się trafić – przypomniała, ale w odpowiedzi jedynie się
uśmiechnął.
– Powiedziałem,
że może dam się trafić – poprawił z uśmiechem.
– Alessia też zawsze mi wierzy, kiedy tak mówię.
– Więc
jednak mnie okłamujesz.
Kolejny raz
udało jej się go rozbawić. Sama również wysiliła się na uśmiech, zaskoczona
tym, jak dobrze się czuła. Może chodziło o ruch, a może poczucie
działania – choćby złudnego. Nie miała pojęcia, ale podobało jej się to. Nie
miało znaczenia, że wszystko sprowadzało się do powtarzania kolejnych ciosów.
To, że najpewniej przy Damienie wyglądała jak nieporadne dziecko, również nie
robiło na niej wrażenia. Nie, skoro i tak zamierzała próbować.
– Tak czy
siak, moim zdaniem na początek wystarczy – zasugerował, bez pośpiechu ruszając w jej
stronę. Obserwowała go, kiedy podniósł z ziemi jej kurtkę. – Już wiem na
czym stoimy. Przy następnej okazji pokażę ci kilka rzeczy.
Spojrzała
na niego z powątpiewaniem, nagle rozczarowana. Nie chciała kończyć, choć
wiedziała, że miał rację. W zasadzie mogli aż do wieczora trwać w tym
dziwnym tańcu, w którym to ona uderzałaby na oślep, zmuszając go do uników,
ale to prowadziło donikąd, zwłaszcza jeśli popełniała błędy. Mogła zdać się co
najwyżej na obserwacje, wspomnienia i instynkt, jednak to było zdecydowanie
zbyt mało, jeśli chciała nauczyć się walczyć.
– Nieźle
się wczuliście – stwierdziła w zamyśleniu Shannon. Liz dopiero wtedy
uprzytomniła sobie, że ta – podobnie zresztą jak i bliźniaki oraz Nigel –
już od dłuższego czasu obserwowała ich poczynania z boku. – Swoją droga,
to wygląda na o wiele prostsze niż to, o czym mówi mi Cammy. Naprawdę
nie chcecie, żebym próbowała krzyczeć.
Liz
słuchała jej, ale te słowa dochodziły do niej jakby z oddali. Myślami była
daleko, niezdolna skupić na niczym, co działo się wokół niej. Wciąż czuła fale
ciepła, które raz po raz rozchodziły się po całym jej ciele. Nawet nie
zareagowała, kiedy Damien zarzucił jej kurtkę na ramiona, mówiąc coś o tym,
że powinna się rozgrzać. Nie, zdecydowanie tego nie potrzebowała. W gruncie
rzeczy czuła się nieswojo z tym, że nagle miałaby tkwić w miejscu.
Zatrzymała się, choć chciała dalej pędzić; całe jej ciało aż się do tego rwało,
nawet mimo zmęczenia i pulsujących mięśni. Było w tym coś zachęcającego,
co wręcz motywowało ją do dalszych prób.
Objęła się
ramionami, przez krótką chwilę bliska tego, by raz jeszcze rzucić się na
Damiena – tak po prostu, byleby tylko sprowokować go do dalszej walki. Wzdrygnęła
się, bynajmniej nie z zimna, choć właśnie tak musiał zinterpretować to
wciąż stojący obok nieśmiertelny. Zauważyła, że patrzył na nią dziwnie, ale
przynajmniej nie skomentował nawet słowem ani przeciągającego się milczenia,
ani mieszanki emocji, które jak nic był w stanie wyczuć.
To było… intensywne, pomyślała, chociaż
to słowo nawet w połowie nie oddawało tego, co tak naprawdę czuła.
Adrenalina wciąż
krążyła w jej ciele, choć powoli zaczynała już zanikać. To właśnie na jej
obecność Liz chciała zrzucić to, w jaki sposób się czuła, ale podświadomie
wiedziała, że chodziło o coś więcej. Gdy na dodatek dotarło do niej, że
pulsujące ciepło wiązało się z delikatnym pulsowaniem skóry w miejscach,
gdzie na jej ciele znajdowały się te dziwne symbole, jedynie utwierdziła się w tym
przekonaniu.
– Liz?
Potrząsnęła
głową. Nieco nieprzytomnie spojrzała na Damiena, próbując zachowywać tak, jakby
nic szczególnego nie miało miejsca. Czuła, że powinna mu o tym powiedzieć,
ale zdecydowanie nie w chwili, gdy mieli towarzystwo.
– Wszystko
gra – zapewniła pośpiesznie. – Myślałam, że będzie gorzej.
Damien wysilił
się na uśmiech. Wciąż ją obserwował, ale gest wydał się dziewczynie jak
najbardziej szczery. Co więcej, nawet jeśli miał jakieś uwagi, zachował je dla
siebie.
– Chyba nie
sądziłaś, że cię skrzywdzę, co? – zapytał, jednak zdecydowanie nie oczekiwał
odpowiedzi. – Chociaż następnym razem to ty będziesz robić uniki. Defensywa
jest ważniejsza od ataku.
Skinęła głową,
myślami wciąż będąc gdzieś daleko. Momentalnie zapragnęła zaszyć się gdzieś w łazience
i przed lustrem raz jeszcze obejrzeć symbole na ciele. Była gotowa
przysiąc, że jakoś się zmieniły, skoro wciąż pulsowały, niezmiennie dając jej
się we znaki.
– Może wtedy
to ja dam ci się trafić – mruknęła, a Damien skwitował jej słowa
parsknięciem śmiechu.
Wyczuła
ruch za plecami, kiedy przesunął się bliżej. Pozwoliła, żeby objął ją ramionami,
w końcu będąc w stanie się rozluźnić. Dziwne wrażenie zniknęło równie
nagle, co wcześniej się pojawiło, jednak wcale nie poczuła się dzięki temu
lepiej. Nie, skoro nie rozumiała, nie będąc w stanie w żaden sensowny
sposób wytłumaczyć tego, czego doświadczyła. Co prawda teoria z adrenaliną
nadal wydawała się lepsza niż nic, ale Liz w nią nie wierzyła. Gdyby
rozumiała, co tak naprawdę zaszło w tym cholernym hotelu i co powinna
sądzić o znikającym medalionie oraz znakach na skórze…
– To teraz
Shannon – stwierdził z entuzjazmem Aldero. – Chociaż może lepiej będzie się
odsunąć. Babcia mnie zabije, jeśli wybijemy okna.
– To dziwne
myśleć o Esme jak o kimś, kto mógłby zabić – zauważyła Liz.
Z ulgą
przyjęła, że jej głos zabrzmiał w pełni normalnie. Co prawda wciąż była
zdyszana, ale poza oznakami zmęczenia, do tonu nie wkradło się nic, co zdradziłoby,
że w głowie miała mętlik. Mocniej wtuliła się w Damiena, nagle zaczynając
traktować go jak swego rodzaju gwarancję bezpieczeństwa – osobistą ostoję spokoju
i tego, że nagle nie zdecydowałaby się na zrobienie czegoś wyjątkowo
głupiego.
Aldero
uśmiechnął się w nieco wymuszony sposób.
– Lubi ten
dom. Zresztą zawsze lepiej mieć komplet okien – dodał, a Shannon jęknęła.
– To zły pomysł
– oznajmiła, energicznie potrząsając głowa. Liz po raz kolejny uderzyło to,
jaka była blada. – Wiecie, co się dzieje, kiedy zaczynam krzyczeć. Naprawdę nie
musimy tego testować.
– Jak niby
chcesz zacząć to kontrolować, skoro nie chcesz nawet sprawdzić czy to możliwe? –
Cammy z wolna przesunął się bliżej dziewczyny. – Hej, Shannon…
– Mogę
milczeć. Do tej pory się sprawdzało – zasugerowała bez przekonania.
– Wszyscy
wiemy, że nie potrafisz – przypomniał jej łagodnie Nigel. Z uwagą zmierzył
siostrę wzrokiem. – Pojechałaś do tego piekielnego ośrodka, żeby to zrozumieć.
Nie wmówisz mi, że nagle przestałaś myśleć o normalności.
Shannon nie
odpowiedziała. Po prostu stała w bezruchu, po chwili w zamyśleniu
unosząc dłoń do gardła. Ręka nieznacznie jej zadrżała, zresztą ruchy miała tak
delikatne, jakby próbowała dotykać jakiejś niebezpiecznej broni, a nie
siebie.
– Nie przestałam
– powiedziała w końcu, jakby z rezygnacją. – Ale mam wrażenie, że
nadal nie dociera do was, co potrafię. Aldero mówi o oknach, jakby to one
były największym problemem – stwierdziła z goryczą.
– Nie są –
zaoponował natychmiast sam zainteresowany. – Shanny, do cholery, już blokowałem
twój dar. Wiem jaki jest silny – przypomniał, ale doprowadził jedynie do tego,
że dziewczyna znów jęknęła, nagle jeszcze bledsza niż do tej pory.
– Więc powinieneś
rozumieć, że to zły pomysł – obruszyła się, wsuwając palce we włosy. Lekko pociągnęła
za kosmyki, wyraźnie podenerwowana. – Do tej pory błogosławię, że na tym balu
nie ucierpiał ktoś, kto nie powinien. Nie zamierzam mieć kogoś na sumieniu,
więc…
– To, by zapewnić
nam bezpieczeństwo, jest moim zmartwieniem.
Tym razem
już tylko na niego patrzyła, wciąż pełna wątpliwości. Zawahała się, gorączkowo myśląc
nad odpowiedzią – i to najpewniej taką, która pozwoliłaby jej się wycofać.
Liz była w stanie aż za dobrze wyobrazić sobie, przez co w tamtej
chwili przechodziła Shannon. Zdawała sobie sprawę z tego, co oznaczały
wątpliwości; sama doświadczała ich niemalże na każdym kroku, nawet wtedy, gdy
wiedziała, że nie miały przynieść ze sobą niczego dobrego.
Cisza
wydawała się ciągnąc w nieskończoność. Tym bardziej zaskakujące okazało
się to, że ostatecznie Shannon skinęła głową. Bezradnie rozłożyła ramiona, po
czym w niemalże wyzywający sposób spojrzała na Aldero.
– Jak sobie
chcesz – wycedziła przez zaciśnięte zęby. Mówiła cicho, ale to nie przeszkadzało
w zrozumieniu poszczególnych słów. – Spróbujcie mi pomóc, skoro jesteście
tego tacy pewni… Ale jeśli coś się stanie, to nie będzie moja wina.
–
Oczywiście, że nie – podchwycił natychmiast Cameron. – W zasadzie…
Urwał, po
czym nagle zesztywniał, prostując się niczym struna. Powiódł wzorkiem dookoła,
ostatecznie wbijając wzrok w zachmurzone niebo. Dopiero wtedy Liz
uprzytomniła sobie, że słyszy miarowy, aż nazbyt charakterystyczny dźwięk.
Skrzydła.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz