
Elizabeth
Damien wydawał się spięty. Nie
była tym zaskoczona, sama niewiele lepiej czując się po jego słowach.
Zastanawiała się nad tym, co planował, ale ostatecznie zdecydowała się nie
zadawać pytań. To, że również Shannon i Nigel przez większość czasu
milczeli, po prostu od czasu do czasu rzucając sobie pytające, niespokojne
spojrzenia, również przekonało ją, że może lepiej trwać w ciszy.
Tego chciałaś, nie?, pomyślała, bezskutecznie
próbując się uspokoić. Wiedzieć, jak się
bronić. Cokolwiek miałoby to oznaczać.
Nie przyznała
się Damienowi, że w torebce nadal nosiła kołek – starannie zaostrzony,
choć nie posrebrzany. Za dużo dowiedziała się o działaniu tego kruszcu, by
niepotrzebnie ryzykować, choć rozsądek podpowiadał jej, że mogła prędzej czy
później tego pożałować. Z drugiej strony, nie ufała sobie na tyle, by
wymachiwać śmiercionośną bronią. Wystarczyło, żeby w panice przypadkiem
dźgnęła kogoś, kogo nie powinna, tak jak to było z Rufusem.
Z drugiej strony,
nie miała pojęcia, jak Damien to sobie wyobrażał. Dobry Boże, jakby nie patrzeć
wciąż pozostawali ludźmi – ona, Shannon i Nigel. I jak jeszcze była w stanie
wyobrazić sobie pożytek z zabójczego krzyku, tak perspektywa stanięcia do
walki wręcz z wampirem ją przerażała. Nie miałaby szansy choćby zastanowić
nad tym, z której strony zaatakować, a już leżałaby na ziemi, o ile
przeciwnik od razu nie zdecydowałby się rozerwać jej gardła. To był powód, dla
którego liczyła na wznowienie lekcji strzelania z pistoletu z Ulrichem,
ale dość problematycznym okazało się nakłonienie do współpracy kogoś, kto albo był
zbyt pijany, albo w ogóle jej unikał.
Wbiła wzrok
w przemykającą za oknem samochodu drogę. Miała wrażenie, że tak naprawdę
chodziło o podniesienie ich na duchu. Zawsze lepszą perspektywą wydawało
się wierzyć, że ma się choć cień szansy, niż jak ten kołek tkwić w miejscu
i czekać na śmierć. Z tego powodu wciąż próbowała trzymać kondycję,
biegając wtedy, gdy tylko było to możliwe. Z perspektywy czasu widziała,
że Nina od samego początku próbowała zachęcać ją do treningów. Liz lubiła
biegać, a jako dziecko miała okazję ćwiczyć walkę wręcz. Chyba nawet to
lubiła, choć z czasem zajęcia fizyczne odeszły w zapomnienie, wyparte
przez godziny spędzone w bibliotece, naukę i czas, który spędzała w antykwariacie,
pomagając babci.
Nina wróciła do siebie?, pomyślała
mimochodem. Nie była w sklepie od czasu, gdy w mieszkaniu kobiety
zastała istny chaos i znalazła ten nieszczęsny wisiorek. Nie wyobrażała
sobie zresztą, by Nina i Nick tak po prostu wrócili do normalnego życia.
Wszyscy wiedzieli, że coś się stało, a oficjalnie byli uznawani za
martwych. Dzięki Damienowi uniknęła nadmiernego wypytywania, przyjmowania kondolencji
i całej tej przykrej otoczki, która jedynie potęgowała ból straty, ale to
nie zmieniało faktu, że pewne rzeczy po prostu miały miejsce. Życie toczyło się
własnym rytmem, jakże naturalnym dla tych, którzy pozostawali cudownie
nieświadomi istnienia stworzeń mroku.
Kiedyś też w tym
trwała. Co więcej, tęskniła za okresem, kiedy uważała Elenę co najwyżej za
trochę zbyt pewną siebie i wyjątkowo obdarzoną przez naturę – zresztą jak i całą
jej rodzinę. Już od dawna nie miała do przyjaciółki pretensji o kłamstwa,
coraz wyraźniej widząc, że wampiryzm był jedną z tych tajemnic, których lepiej
było nigdy nie poznać. Nie jako jedyny zresztą, ale to już nie było ważne. Zbyt
mocno związała się ze światem, który tak ją przerażał, by móc się wycofał.
I właśnie z tego
powodu próbowała być silna. Już raz popełniła błąd matki, uciekając przed
prawdą i konsekwencjami, które ta ze sobą niosła. Omal nie przypłaciła
tego życiem, zresztą jak i wszyscy ci, którzy byli dla niej ważni. Skoro
tak, mogła już zrobić tylko jedno.
– Hm, mamy
gości? – rzuciła pogodnym tonem Alice, ledwo tylko przekroczyli próg domu. –
Liz! – dodała, dosłownie materializując się tuż obok.
Elizabeth
prawie zdążyła zapomnieć, jak niezwykle pogodna i energiczna była ta z sióstr
Eleny. Przynajmniej to jedno się nie zmieniło – jakkolwiek skomplikowane nie
byłyby relacje rodzinne w przypadku Licavolich, te Cullenów pozostawały dość
oczywiste.
Nawet nie
skrzywiła się, kiedy Alice bezceremonialnie zdecydowała się ją uściskać.
Machinalnie odwzajemniła się, teraz przynajmniej rozumiejąc, jakim cudem w tak
drobnym ciałku dało się skumulować aż tyle energii. Ta dziewczyna promieniała, choć
Liz nie mogła pozbyć się wrażenia, że nie była aż tak rozentuzjazmowana jak
zazwyczaj.
Dopiero po
chwili Alice przeniosła wzrok na Nigela i Shannon. W pierwszym
odruchu drgnęła, ale prawie natychmiast jej oczy znów zalśniły radośnie.
– Was też
pamiętam – powiedziała w końcu. – Wydaje mi się, czy po tym jak Joce…?
– Są wtajemniczeni
– zapewnił pośpiesznie Damien, chcąc jak najszybciej rozluźnić atmosferę. –
Możesz zachowywać się swobodnie.
Wyraźnie
się rozluźniła, zwłaszcza że chwilę wcześniej pozwoliła sobie na poruszanie
zdecydowanie zbyt szybkie, by można było uznać je za normalne.
– Całe
szczęście – odetchnęła, potrząsając z niedowierzaniem głową. – Wybaczcie
mi, proszę. Nie tak dawno temu wróciłyśmy z Bellą do domu. No i wypatruję
Carlisle’a, bo z tego, co wiem, będzie miał nam coś do powiedzenia, ale…
Och, nie dlatego tutaj jesteście – domyśliła się. – Z Nessie też bez zmian
– dodała, ale dla pewności i tak spojrzała na Damiena.
Chłopak
wysilił się na uśmiech, ale Liz i tak była w stanie wyczuć jego wątpliwości.
Wciąż uczyła się korzystać z tej dziwnej więzi, ale kiedy w grę
wchodziły emocje, wszystko robiło się zadziwiająco wręcz proste.
– Nie.
Zdecydowanie nie chodzi o moich rodziców – rzucił lakonicznie.
Gdzieś za
jego plecami Shannon poruszyła się nieco niespokojnie.
– Czegoś
jeszcze nam nie powiedziałeś? – zapytała z powątpiewaniem. – Hej, Damien…
Zbył ją
nieco roztargnionym, uspokajającym uśmiechem.
– To nic,
czym należałoby się przejmował – stwierdził z przekonaniem, którego – Liz była
tego pewna – zdecydowanie nie odczuwał. – Serio, to nie ma znaczenia. No i nie
po to tutaj jesteśmy.
– Więc
dlaczego? – wtrąciła pośpiesznie Alice. – Mogę wam jakoś pomóc?
Brzmiała na
przesadnie wręcz rozentuzjazmowaną, zdecydowanie zbyt mocno, by zabrzmiało to
naturalnie. Coś zdecydowanie jest na
rzeczy, uprzytomniła sobie Liz i to wystarczyło, żeby poczuła się
jeszcze bardziej niespokojna. Mogła tylko zgadywać, co tym razem się wydarzyło.
Tak czy inaczej, ciotka Damiena zachowywała się, jakby potrzebowała zajęcia,
byleby nie myśleć o czymś, co ją dręczyło.
– To zależy
– przyznał wymijająco Damien. – Szczerze powiedziawszy, szukam bliźniaków i…
– Kogo ja
tu widzę!
Mimowolnie
się wzdrygnęła, zresztą nie jako jedyna. Shannon wyprostowała się niczym
struna, nerwowym gestem przyciskając dłoń do ust. Gdyby to wzrokiem przyszło
jej zabijać, jak nic miałaby na sumieniu Aldero, zwłaszcza że wampir niepostrzeżenie
podkradł się tuż za nią.
– Na litość
Boską! – jęknęła, przez moment wyglądając, jakby zamierzała rzucić się na niego
z pięściami. – Jak nie ty, to Cameron! Co z wami nie tak?!
Natychmiast
urwała, nie chcąc sobie pozwolić na podniesienie głosu. Liz poczuła się
nieswojo; przyłapała się na tym, że podświadomie wypatrywała jakichkolwiek
oznak tego, że Shannon jednak pozwoliła sobie na zbyt wiele i stała się
niebezpieczna. Nie miała pojęcia czy to wyłącznie wytwór jej wyobraźni, czy może
coś innego, ale była gotowa przysiąc, że w powietrzu wisiało coś
niepokojącego – rodzaj napięcia, który zniknął, gdy tylko dziewczyna zamilkła.
Aldero po
prostu przed nią stał, po chwili w nieco teatralnym geście unosząc obie
ręce ku górze w poddańczym geście. Zdecydowanie nie sprawiał wrażenia kogoś
przejętego perspektywą starcia z powierzchni ziemi.
– Ciebie
też miło widzieć – rzucił jak gdyby nigdy nic. – Tak mi się wydawało, że słyszałem
twój uroczy głos. No i to wy wołaliście, więc…
– Do
Shannon nie powinno się podkradać – wtrącił w tym samym momencie nowy
głos.
Tym razem
również Liz z trudem powstrzymała nieco zduszony okrzyk, kiedy zauważyła
Camerona. Wiedziała, że potrafił znikać i pojawiać się w najmniej
oczekiwanych momentach, ale to zdecydowanie nie było w stanie przygotować
ją na to, że nagle zauważy tuż obok siebie wampira. Odskoczyła jak oparzona, w tamtej
chwili błogosławiąc, że nieszczęsny kołek wciąż trzymała w torebce. I to tyle, jeśli chodzi o jego użyteczność, pomyślała mimochodem,
choć sama nie była pewna, kiedy zaczęła analizować sprawy również pod tym
kątem. Z drugiej strony, gdy wciąż drżało się o życie, trudno było nie
wyrobić sobie pewnych odruchów.
– Na litość
bogini… – westchnął Damien, pocierając skronie. – Naprawdę zaczynam żałować własnego
pomysłu.
– Jeśli chciałeś,
by twoi kuzyni doprowadzili mnie do ataku serca, to idzie ci świetnie – stwierdziła
z rezerwą Shannon.
Damienowi
wyrwał się nieco sfrustrowany jęk.
– Jeśli któreś
z was chce ich znokautować, to śmiało. W końcu po to tutaj jesteśmy. –
Wzruszył ramionami. – Skoro już nie uzdrawiam, nie będę musiał nawet szukać
wymówki, by im nie pomagać.
– Zaraz…
Niby kiedy przestałeś uzdrawiać?! – obruszyła się Shannon.
Tym razem
to Liz wzniosła oczy ku górze w niemej prośbie o cierpliwość.
– Nie
wnikajmy w szczegóły – zaproponowała, siląc się na łagodny ton. Zauważyła,
że Damien spojrzał na nią z wdzięcznością, ale zignorowała to, w zamian
jak gdyby nigdy nic ciągnąc dalej: – Faceci w tej rodzinie po prostu są beznadziejni.
Chyba to zauważyłaś.
– Dzięki,
Liz – mruknął, momentalnie tracąc zapał.
Alice nie
powstrzymała się od śmiechu. Shannon zresztą też, co Elizabeth mimo wszystko
przyjęło z ulgą. Próbowała się rozluźnić, co może i wydawało się
proste, kiedy zaczynali się przekomarzać, ale i tak wydawało jej się
nienaturalne. Jakiekolwiek żarty po prostu jawiły jej się jako niewłaściwe i zbyt
ulotne, by mogła się na nich skoncentrować.
Nigel z uporem
stał z boku, najwyraźniej zamierzając udawać, że nie istnieje. Zauważyła
co prawda, że kąciki ust chłopaka nieznacznie uniosły się ku górze, ale
jakikolwiek zalążek uśmiechu zniknął równie nagle, co wcześniej się pojawił.
– Nie wiem,
co aktualnie bardziej mnie przeraża: to, że Święty Damien właściwie nam grozi –
stwierdził w zamyśleniu Aldero – czy może ta wasza kobieca solidarność.
Tak czy inaczej, jeśli przyszliście tylko po to…
–
Przyszliśmy, bo to pierwsze, co przyszło mi do głowy – wyjaśnił pośpiesznie
Damien. Liz zamarła, gdy uprzytomniła sobie, że w końcu zdecydował się
przejść do rzeczy. – Trochę rozmawialiśmy… Cóż, przede wszystkim z Nigelem
i Shannon – dodał, wymownie spoglądając na obecną dwójkę. – Stanęło na
tym, że powinniśmy trzymać się razem.
Brwi Aldero
powędrowały ku górze.
– Wprowadzasz
się, Shanny? – rzucił zaczepnym tonem.
Tym razem
dziewczyna klepnęła go w ramię. Wydęła usta, wciąż podenerwowana.
– Bez
żartów – obruszyła się. – Damienowi chodzi o to, że zostawiliście nas
samych sobie. Potem jeszcze zniknęła Liz i… Cholera, zaczynam czuć się jak
histeryczka – westchnęła, w roztargnieniu przeczesując włosy palcami.
– Jakie
znowu „zostawiliście”? – obruszył się wampir. – Przecież ja i Cammy…
– A kiedy
ostatnim razem byliście w szkole?
To jedno
pytanie wystarczyło, żeby zamknąć mu usta. Liz nie przypominała sobie, kiedy
ostatnim razem widziała poważnego, zmartwionego Aldero, ale coś w tym
widoku sprawiło, że poczuła się nieswojo – zwłaszcza gdy dotarło do niej, że w ostatnim
czasie musiał chodzić głównie taki, skoro wraz z bratem stracili kogoś
bliskiego.
– To już
ustaliliśmy – przypomniał Damien, pośpiesznie znów decydując się wtrącić. –
Nasz błąd, okej. Teraz jesteśmy tutaj.
– Po co? –
zapytał wprost Nigel, w końcu postanawiając się odezwać. Po jego tonie
trudno było jednoznacznie stwierdzić, co takiego sobie myślał. – Żeby uczyć się
walczyć? Dobrze zrozumiałem?
Na dłuższą
chwilę zapanowała wymowna cisza. Kiedy na dodatek Damien z wolna skinął
głową, atmosfera się zmieniła, nagle jeszcze bardziej napięta.
– To lepsze,
niż zostawić was bezbronnymi. Zresztą wiem, że Liz też tego chce – oznajmił, a ona
jak na zawołanie drgnęła. Więc zorientował się. – Nad głosem Shannon też możemy
popracować. To dar jak każdy inny, a ty i tak radzisz sobie całkiem nieźle
– dodał, zwracając się bezpośrednio do dziewczyny.
– Nieźle… –
Shannon parsknęła nieco wymuszonym śmiechem. – Uratowałam wam tyłki na balu.
Fakt, to było całkiem niezłe.
Po jej
tonie trudno było jednoznacznie stwierdzić, czy faktycznie tak myślała, czy
może znowu była sarkastyczna. Spojrzenie wbiła w bliżej nieokreślony punkt
przestrzeni, milcząca i wyraźnie podenerwowana. Ciemne włosy częściowo
przysłoniły jej twarzy, kiedy pochyliła głowę. Zesztywniała, po prostu tkwiąc w bezruchu
i wydając się robić wszystko, byleby zachować się względnie spokojnie.
– Nauka
walki – powtórzyła w zamyśleniu Alice. – To brzmi… całkiem sensownie.
Jasper i Emmett mogliby wam pomóc, kiedy już się pojawią.
– Hm,
raczej ich pozabijać – stwierdził z przekąsem Aldero. – Damien nie bez powodu
przyszedł do nas.
– Przyszedłem,
bo chwilowo nie ma taty. Gabriel jest świetny i potrafi uczyć, ale na tę
chwilę… – Urwał, po czym wzruszył ramionami. – Nieważne. To wy jako pierwsi
chcieliście pomóc Shannon. Teraz macie okazję.
Żaden z nich
nie zaprotestował, co Liz uznała za dość oczywistą odpowiedź. Powiodła wzrokiem
dookoła, wciąż skołowana, bo choć podejrzewała, dokąd zmierzały działania
Damiena, czym innym było po prostu się domyślać, a czymś zgoła odmiennym usłyszeć
konkretny plan. Miała wrażenie, że powinna być podekscytowana, a jednak
kiedy przyszło co do czego, poczuła się co najmniej zaniepokojona.
Bezwiednie zacisnęła
dłonie w pięści. Widziała wampiry w akcji i to wystarczyło, by
mimowolnie zaczęła wątpić, czy treningi miały jakikolwiek sens. Dźgnięcie kogoś
kołkiem graniczyło z cudem – wykorzystaniem jakiejś cholernie rzadkiej
okazji i tylko pod warunkiem, że w grę wchodził również element
zaskoczenia. Zresztą myśląc o wszystkim, co wydarzyło się w hotelu, wcale
nie czuła się jak ktoś, kto byłby w stanie się obronić, gdyby to się
powtórzyło. Nie miało znaczenia, czy wiedziałaby, co robić – nie, skoro strach
paraliżował ją na samo wspomnienie stosu ciał, które pozostawił na środku sali Jason.
Damien nie próbuje nauczyć mnie, jak bronić
się przed bratem, pomyślała, w końcu dopuszczając do świadomości to,
co wiedziała od samego początku. Gdyby to było takie proste, zdecydowałby się
wcześniej. Na Jasona zdecydowanie nie zadziałałby kołek, cały magazynek posrebrzanych
nabojów czy inna cudowna broń łowców. W starciu z wampirem takim jak
on, w grę wchodził przede wszystkim spryt – tak jak wtedy, gdy zmusiła
brata, żeby ją wypuścił, grożąc samobójstwem. Nic więcej i ta perspektywa
ją przerażała.
Z drugiej
strony, w ciemnościach czaiło się dość niepokojących istnień, by chciała
choćby udawać, że może się obronić. Możliwe, że poprawny sposób trzymania
kołka, był jakimś rozwiązaniem.
Może.
– Liz? –
doszło do niej jakby z oddali. – Hej, Liz, wszystko gra? – zapytała z wahaniem
Alice.
Nie tylko
ona na nią spoglądała. Złociste oczy wampirzycy nieznacznie pociemniały ze
zmartwienia, nagle bardziej przypominając Elizabeth te, którymi mógłby
spoglądać na nią wygłodniały łowca, ale momentalnie odrzuciła od siebie tę
myśl. Nie, to nie było tak. Zresztą topazowe oczy nawet w takim wydaniu
diametralnie różniły się od tych pustych i obojętnych, barwy świeżej krwi.
Wysiliła
się na uśmiech, choć przyszło jej to z trudem.
– Jasne – zapewniła,
choć wcale nie była tego taka pewna. – W zasadzie… chyba nie mogę się doczekać.
W chwili,
gdy wypowiedziała te słowa, uprzytomniła sobie, że na swój sposób były
prawdziwe.
Nie była zaskoczona, że ostatecznie
znaleźli się z powrotem na dworze. Dom Cullenów znajdował się w dość wygodnym
miejscu, otoczony drzewami i odległy od jakichkolwiek ludzkich siedzib.
Sam podjazd okazał się wystarczająco duży, by służyć za potencjalne pole walki,
chociaż Elizabeth wciąż towarzyszyły wątpliwości. Miejsca było dość, ale nie
sądziła, by posłużyło im do czegokolwiek przez wyjątkowo długo. W zasadzie
podejrzewała, że po pierwszych kilku upadkach miała z podkulonym ogonem
uciec do domu, żałując, że Damien jednak stracił pełnię swoich uzdrawiających
mocy.
Drżała,
choć to zdecydowanie nie miało związku z panującym na zewnątrz chłodem.
Objęła się ramionami, z powątpiewaniem spoglądając na krępującą jej ruchy
kurtkę. Powinna ją ściągnąć? W samej bluzie poruszanie się byłoby o wiele
prostsze, ale podejrzewała, że wtedy zaczęłaby zamartwiać. Z drugiej strony,
ruch miał załatwić sprawę, ale…
– Jak się
organizujemy? – zapytał Aldero, wodząc wzrokiem dookoła. Kiedy nie żartował,
brzmiał jak ktoś, kto miał szansę odnaleźć się w roli ewentualnego
przywódcy. – Na początek mogliby trochę poobserwować, ale nie wiem, czy to na
coś się zda. Elenie najlepiej wychodzi, kiedy ćwiczymy w praktyce.
– A co
ma do tego Elena? – rzucił z powątpiewaniem Damien.
Przez twarz
Aldero przemknął cień – tylko przez ułamek sekundy, ale to wystarczyło, by zaobserwować
jego reakcję.
– W zasadzie
nic – przyznał, wzruszając ramionami. – Ćwiczyliśmy coś razem, ale to już raczej
nieaktualne. Po prostu myślę na głos.
– Praktyka
brzmi dobrze – wtrąciła ze swojego miejsca Shannon.
Wyglądała na
spiętą i drobniejszą niż zazwyczaj. Zwłaszcza ze skrzyżowanymi na
piersiach ramionami, niespokojnie drżąc u boku brata. Do Elizabeth dopiero
w tamtej chwili tak naprawdę dotarło, jak delikatna się wydawała. Może to
brak czerwonej farby na włosach, a może to, że skulona wyglądała na
mniejszą niż w rzeczywistości – Liz nie miała pewności, ale coś w tym
odkryciu i tak ją zaskoczyło. Kogo jak kogo, ale Shannon zawsze miała za
charakter równie silny, co i w przypadku Eleny.
Machinalnie
powiodła wzrokiem dookoła. Nigdzie nie widziała przyjaciółki, wątpiła zresztą,
żeby ta była w domu. Liz jakoś nie miała wątpliwości, że dziewczyna
pojawiłaby się nawet szybciej od Alice, o ile to w ogóle było
możliwe.
Z drugiej
strony, taki stan rzeczy jej odpowiadał. Ostatnim, czego chciała, było to, żeby
akurat Elena widziała jej nieudolne próby powalenia nieśmiertelnego.
– W porządku.
W takim razie ty i Shannon znajdźcie sobie trochę miejsca… I, na litość
bogini, dajcie nam wcześniej znać, jeśli będzie chcieli eksperymentować z jej
głosem – dodał spiętym tonem, rzucając kuzynowi wymowne spojrzenie. Aldero
jedynie wywrócił oczami. – My spróbujemy czegoś innego… Dołączasz się, Nigel? –
dodał, spoglądając na wciąż zdystansowanego chłopaka.
– Popatrzę
sobie – stwierdził bez większego przekonania.
Damien
skinął głową. Świetnie!, jęknęła w duchu,
zwłaszcza że to oznaczało tylko jedno. Shannon była wyjątkowa, więc walka wręcz
pozostawała w jej przypadku sprawą drugorzędną. Skoro Nigel zamierzał
bawić się w obserwatora i co najwyżej dopingować siostrę, jej pozostała
rola osoby, która musiała podjąć się niemożliwego.
– Daj
spokój. – Damien uśmiechnął się blado. Do Liz dopiero wtedy dotarło, że z powodzeniem
mógł śledzić to, co działo się w jej głowie. Co prawda nigdy wprost nie
zasugerował, że to robi, ale to nie było ważne. Wystarczyło, że najpewniej
doskonale zdawał sobie sprawę z targających nią emocji, zwłaszcza że czuł
je równie wyraźnie, co i ona te, które dotyczyły jego. – Raz właściwie
mnie znokautowałaś. Mówiłem ci już, że masz sporo siły.
Jedynie
prychnęła. Żartował sobie? Aż za dobrze pamiętała, kiedy dała mu w twarz,
ale zdecydowanie nie było jej z tego powodu do śmiechu. Po pierwsze,
zdecydowanie sobie zasłużył. A po drugie, dalej uważała, że zrobił dla
niej najbardziej idiotyczną rzecz na świecie, decydując na poświęcenie, na
które absolutnie nie zasłużyła.
– Nie mów,
że zamierzasz się teraz za to zemścić – wymamrotała, chociaż to brzmiało niedorzecznie.
Damien zdecydowanie nie był typem kogoś, kto bez powodu zdecydowałby się odpowiedzieć
złym na złe, ale z drugiej strony…
– W żadnym
razie. – Na ustach chłopaka pojawił się uspokajający uśmiech. – Powiedziałbym
nawet, że zamierzam dać ci fory.
– On jest
niebezpieczny tylko wtedy, kiedy wymachuje floretem! – wtrącił ze swojego
miejsca Cameron.
Liz
potrząsnęła głowa. Och, jasne – szermierka. O tym też słyszała.
Chyba że nagle pojawi się Elena,
przeszło jej przez myśl, ale w ostatniej chwili ugryzła się w język.
Prowokowanie kogoś, z kim miało się walczyć, zdecydowanie nie było dobrym
pomysłem.
Ze świstem
wypuściła powietrze, próbując się uspokoić. Teraz już i tak nie miała
większego wyboru.
–
Zaczynajmy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz