28 listopada 2018

Sto sześćdziesiąt sześć

Elizabeth
Damien wydawał się spięty. Nie była tym zaskoczona, sama niewiele lepiej czując się po jego słowach. Zastanawiała się nad tym, co planował, ale ostatecznie zdecydowała się nie zadawać pytań. To, że również Shannon i Nigel przez większość czasu milczeli, po prostu od czasu do czasu rzucając sobie pytające, niespokojne spojrzenia, również przekonało ją, że może lepiej trwać w ciszy.
Tego chciałaś, nie?, pomyślała, bezskutecznie próbując się uspokoić. Wiedzieć, jak się bronić. Cokolwiek miałoby to oznaczać.
Nie przyznała się Damienowi, że w torebce nadal nosiła kołek – starannie zaostrzony, choć nie posrebrzany. Za dużo dowiedziała się o działaniu tego kruszcu, by niepotrzebnie ryzykować, choć rozsądek podpowiadał jej, że mogła prędzej czy później tego pożałować. Z drugiej strony, nie ufała sobie na tyle, by wymachiwać śmiercionośną bronią. Wystarczyło, żeby w panice przypadkiem dźgnęła kogoś, kogo nie powinna, tak jak to było z Rufusem.
Z drugiej strony, nie miała pojęcia, jak Damien to sobie wyobrażał. Dobry Boże, jakby nie patrzeć wciąż pozostawali ludźmi – ona, Shannon i Nigel. I jak jeszcze była w stanie wyobrazić sobie pożytek z zabójczego krzyku, tak perspektywa stanięcia do walki wręcz z wampirem ją przerażała. Nie miałaby szansy choćby zastanowić nad tym, z której strony zaatakować, a już leżałaby na ziemi, o ile przeciwnik od razu nie zdecydowałby się rozerwać jej gardła. To był powód, dla którego liczyła na wznowienie lekcji strzelania z pistoletu z Ulrichem, ale dość problematycznym okazało się nakłonienie do współpracy kogoś, kto albo był zbyt pijany, albo w ogóle jej unikał.
Wbiła wzrok w przemykającą za oknem samochodu drogę. Miała wrażenie, że tak naprawdę chodziło o podniesienie ich na duchu. Zawsze lepszą perspektywą wydawało się wierzyć, że ma się choć cień szansy, niż jak ten kołek tkwić w miejscu i czekać na śmierć. Z tego powodu wciąż próbowała trzymać kondycję, biegając wtedy, gdy tylko było to możliwe. Z perspektywy czasu widziała, że Nina od samego początku próbowała zachęcać ją do treningów. Liz lubiła biegać, a jako dziecko miała okazję ćwiczyć walkę wręcz. Chyba nawet to lubiła, choć z czasem zajęcia fizyczne odeszły w zapomnienie, wyparte przez godziny spędzone w bibliotece, naukę i czas, który spędzała w antykwariacie, pomagając babci.
Nina wróciła do siebie?, pomyślała mimochodem. Nie była w sklepie od czasu, gdy w mieszkaniu kobiety zastała istny chaos i znalazła ten nieszczęsny wisiorek. Nie wyobrażała sobie zresztą, by Nina i Nick tak po prostu wrócili do normalnego życia. Wszyscy wiedzieli, że coś się stało, a oficjalnie byli uznawani za martwych. Dzięki Damienowi uniknęła nadmiernego wypytywania, przyjmowania kondolencji i całej tej przykrej otoczki, która jedynie potęgowała ból straty, ale to nie zmieniało faktu, że pewne rzeczy po prostu miały miejsce. Życie toczyło się własnym rytmem, jakże naturalnym dla tych, którzy pozostawali cudownie nieświadomi istnienia stworzeń mroku.
Kiedyś też w tym trwała. Co więcej, tęskniła za okresem, kiedy uważała Elenę co najwyżej za trochę zbyt pewną siebie i wyjątkowo obdarzoną przez naturę – zresztą jak i całą jej rodzinę. Już od dawna nie miała do przyjaciółki pretensji o kłamstwa, coraz wyraźniej widząc, że wampiryzm był jedną z tych tajemnic, których lepiej było nigdy nie poznać. Nie jako jedyny zresztą, ale to już nie było ważne. Zbyt mocno związała się ze światem, który tak ją przerażał, by móc się wycofał.
I właśnie z tego powodu próbowała być silna. Już raz popełniła błąd matki, uciekając przed prawdą i konsekwencjami, które ta ze sobą niosła. Omal nie przypłaciła tego życiem, zresztą jak i wszyscy ci, którzy byli dla niej ważni. Skoro tak, mogła już zrobić tylko jedno.
– Hm, mamy gości? – rzuciła pogodnym tonem Alice, ledwo tylko przekroczyli próg domu. – Liz! – dodała, dosłownie materializując się tuż obok.
Elizabeth prawie zdążyła zapomnieć, jak niezwykle pogodna i energiczna była ta z sióstr Eleny. Przynajmniej to jedno się nie zmieniło – jakkolwiek skomplikowane nie byłyby relacje rodzinne w przypadku Licavolich, te Cullenów pozostawały dość oczywiste.
Nawet nie skrzywiła się, kiedy Alice bezceremonialnie zdecydowała się ją uściskać. Machinalnie odwzajemniła się, teraz przynajmniej rozumiejąc, jakim cudem w tak drobnym ciałku dało się skumulować aż tyle energii. Ta dziewczyna promieniała, choć Liz nie mogła pozbyć się wrażenia, że nie była aż tak rozentuzjazmowana jak zazwyczaj.
Dopiero po chwili Alice przeniosła wzrok na Nigela i Shannon. W pierwszym odruchu drgnęła, ale prawie natychmiast jej oczy znów zalśniły radośnie.
– Was też pamiętam – powiedziała w końcu. – Wydaje mi się, czy po tym jak Joce…?
– Są wtajemniczeni – zapewnił pośpiesznie Damien, chcąc jak najszybciej rozluźnić atmosferę. – Możesz zachowywać się swobodnie.
Wyraźnie się rozluźniła, zwłaszcza że chwilę wcześniej pozwoliła sobie na poruszanie zdecydowanie zbyt szybkie, by można było uznać je za normalne.
– Całe szczęście – odetchnęła, potrząsając z niedowierzaniem głową. – Wybaczcie mi, proszę. Nie tak dawno temu wróciłyśmy z Bellą do domu. No i wypatruję Carlisle’a, bo z tego, co wiem, będzie miał nam coś do powiedzenia, ale… Och, nie dlatego tutaj jesteście – domyśliła się. – Z Nessie też bez zmian – dodała, ale dla pewności i tak spojrzała na Damiena.
Chłopak wysilił się na uśmiech, ale Liz i tak była w stanie wyczuć jego wątpliwości. Wciąż uczyła się korzystać z tej dziwnej więzi, ale kiedy w grę wchodziły emocje, wszystko robiło się zadziwiająco wręcz proste.
– Nie. Zdecydowanie nie chodzi o moich rodziców – rzucił lakonicznie.
Gdzieś za jego plecami Shannon poruszyła się nieco niespokojnie.
– Czegoś jeszcze nam nie powiedziałeś? – zapytała z powątpiewaniem. – Hej, Damien…
Zbył ją nieco roztargnionym, uspokajającym uśmiechem.
– To nic, czym należałoby się przejmował – stwierdził z przekonaniem, którego – Liz była tego pewna – zdecydowanie nie odczuwał. – Serio, to nie ma znaczenia. No i nie po to tutaj jesteśmy.
– Więc dlaczego? – wtrąciła pośpiesznie Alice. – Mogę wam jakoś pomóc?
Brzmiała na przesadnie wręcz rozentuzjazmowaną, zdecydowanie zbyt mocno, by zabrzmiało to naturalnie. Coś zdecydowanie jest na rzeczy, uprzytomniła sobie Liz i to wystarczyło, żeby poczuła się jeszcze bardziej niespokojna. Mogła tylko zgadywać, co tym razem się wydarzyło. Tak czy inaczej, ciotka Damiena zachowywała się, jakby potrzebowała zajęcia, byleby nie myśleć o czymś, co ją dręczyło.
– To zależy – przyznał wymijająco Damien. – Szczerze powiedziawszy, szukam bliźniaków i…
– Kogo ja tu widzę!
Mimowolnie się wzdrygnęła, zresztą nie jako jedyna. Shannon wyprostowała się niczym struna, nerwowym gestem przyciskając dłoń do ust. Gdyby to wzrokiem przyszło jej zabijać, jak nic miałaby na sumieniu Aldero, zwłaszcza że wampir niepostrzeżenie podkradł się tuż za nią.
– Na litość Boską! – jęknęła, przez moment wyglądając, jakby zamierzała rzucić się na niego z pięściami. – Jak nie ty, to Cameron! Co z wami nie tak?!
Natychmiast urwała, nie chcąc sobie pozwolić na podniesienie głosu. Liz poczuła się nieswojo; przyłapała się na tym, że podświadomie wypatrywała jakichkolwiek oznak tego, że Shannon jednak pozwoliła sobie na zbyt wiele i stała się niebezpieczna. Nie miała pojęcia czy to wyłącznie wytwór jej wyobraźni, czy może coś innego, ale była gotowa przysiąc, że w powietrzu wisiało coś niepokojącego – rodzaj napięcia, który zniknął, gdy tylko dziewczyna zamilkła.
Aldero po prostu przed nią stał, po chwili w nieco teatralnym geście unosząc obie ręce ku górze w poddańczym geście. Zdecydowanie nie sprawiał wrażenia kogoś przejętego perspektywą starcia z powierzchni ziemi.
– Ciebie też miło widzieć – rzucił jak gdyby nigdy nic. – Tak mi się wydawało, że słyszałem twój uroczy głos. No i to wy wołaliście, więc…
– Do Shannon nie powinno się podkradać – wtrącił w tym samym momencie nowy głos.
Tym razem również Liz z trudem powstrzymała nieco zduszony okrzyk, kiedy zauważyła Camerona. Wiedziała, że potrafił znikać i pojawiać się w najmniej oczekiwanych momentach, ale to zdecydowanie nie było w stanie przygotować ją na to, że nagle zauważy tuż obok siebie wampira. Odskoczyła jak oparzona, w tamtej chwili błogosławiąc, że nieszczęsny kołek wciąż trzymała w torebce. I to tyle, jeśli chodzi o jego użyteczność, pomyślała mimochodem, choć sama nie była pewna, kiedy zaczęła analizować sprawy również pod tym kątem. Z drugiej strony, gdy wciąż drżało się o życie, trudno było nie wyrobić sobie pewnych odruchów.
– Na litość bogini… – westchnął Damien, pocierając skronie. – Naprawdę zaczynam żałować własnego pomysłu.
– Jeśli chciałeś, by twoi kuzyni doprowadzili mnie do ataku serca, to idzie ci świetnie – stwierdziła z rezerwą Shannon.
Damienowi wyrwał się nieco sfrustrowany jęk.
– Jeśli któreś z was chce ich znokautować, to śmiało. W końcu po to tutaj jesteśmy. – Wzruszył ramionami. – Skoro już nie uzdrawiam, nie będę musiał nawet szukać wymówki, by im nie pomagać.
– Zaraz… Niby kiedy przestałeś uzdrawiać?! – obruszyła się Shannon.
Tym razem to Liz wzniosła oczy ku górze w niemej prośbie o cierpliwość.
– Nie wnikajmy w szczegóły – zaproponowała, siląc się na łagodny ton. Zauważyła, że Damien spojrzał na nią z wdzięcznością, ale zignorowała to, w zamian jak gdyby nigdy nic ciągnąc dalej: – Faceci w tej rodzinie po prostu są beznadziejni. Chyba to zauważyłaś.
– Dzięki, Liz – mruknął, momentalnie tracąc zapał.
Alice nie powstrzymała się od śmiechu. Shannon zresztą też, co Elizabeth mimo wszystko przyjęło z ulgą. Próbowała się rozluźnić, co może i wydawało się proste, kiedy zaczynali się przekomarzać, ale i tak wydawało jej się nienaturalne. Jakiekolwiek żarty po prostu jawiły jej się jako niewłaściwe i zbyt ulotne, by mogła się na nich skoncentrować.
Nigel z uporem stał z boku, najwyraźniej zamierzając udawać, że nie istnieje. Zauważyła co prawda, że kąciki ust chłopaka nieznacznie uniosły się ku górze, ale jakikolwiek zalążek uśmiechu zniknął równie nagle, co wcześniej się pojawił.
– Nie wiem, co aktualnie bardziej mnie przeraża: to, że Święty Damien właściwie nam grozi – stwierdził w zamyśleniu Aldero – czy może ta wasza kobieca solidarność. Tak czy inaczej, jeśli przyszliście tylko po to…
– Przyszliśmy, bo to pierwsze, co przyszło mi do głowy – wyjaśnił pośpiesznie Damien. Liz zamarła, gdy uprzytomniła sobie, że w końcu zdecydował się przejść do rzeczy. – Trochę rozmawialiśmy… Cóż, przede wszystkim z Nigelem i Shannon – dodał, wymownie spoglądając na obecną dwójkę. – Stanęło na tym, że powinniśmy trzymać się razem.
Brwi Aldero powędrowały ku górze.
– Wprowadzasz się, Shanny? – rzucił zaczepnym tonem.
Tym razem dziewczyna klepnęła go w ramię. Wydęła usta, wciąż podenerwowana.
– Bez żartów – obruszyła się. – Damienowi chodzi o to, że zostawiliście nas samych sobie. Potem jeszcze zniknęła Liz i… Cholera, zaczynam czuć się jak histeryczka – westchnęła, w roztargnieniu przeczesując włosy palcami.
– Jakie znowu „zostawiliście”? – obruszył się wampir. – Przecież ja i Cammy…
– A kiedy ostatnim razem byliście w szkole?
To jedno pytanie wystarczyło, żeby zamknąć mu usta. Liz nie przypominała sobie, kiedy ostatnim razem widziała poważnego, zmartwionego Aldero, ale coś w tym widoku sprawiło, że poczuła się nieswojo – zwłaszcza gdy dotarło do niej, że w ostatnim czasie musiał chodzić głównie taki, skoro wraz z bratem stracili kogoś bliskiego.
– To już ustaliliśmy – przypomniał Damien, pośpiesznie znów decydując się wtrącić. – Nasz błąd, okej. Teraz jesteśmy tutaj.
– Po co? – zapytał wprost Nigel, w końcu postanawiając się odezwać. Po jego tonie trudno było jednoznacznie stwierdzić, co takiego sobie myślał. – Żeby uczyć się walczyć? Dobrze zrozumiałem?
Na dłuższą chwilę zapanowała wymowna cisza. Kiedy na dodatek Damien z wolna skinął głową, atmosfera się zmieniła, nagle jeszcze bardziej napięta.
– To lepsze, niż zostawić was bezbronnymi. Zresztą wiem, że Liz też tego chce – oznajmił, a ona jak na zawołanie drgnęła. Więc zorientował się. – Nad głosem Shannon też możemy popracować. To dar jak każdy inny, a ty i tak radzisz sobie całkiem nieźle – dodał, zwracając się bezpośrednio do dziewczyny.
– Nieźle… – Shannon parsknęła nieco wymuszonym śmiechem. – Uratowałam wam tyłki na balu. Fakt, to było całkiem niezłe.
Po jej tonie trudno było jednoznacznie stwierdzić, czy faktycznie tak myślała, czy może znowu była sarkastyczna. Spojrzenie wbiła w bliżej nieokreślony punkt przestrzeni, milcząca i wyraźnie podenerwowana. Ciemne włosy częściowo przysłoniły jej twarzy, kiedy pochyliła głowę. Zesztywniała, po prostu tkwiąc w bezruchu i wydając się robić wszystko, byleby zachować się względnie spokojnie.
– Nauka walki – powtórzyła w zamyśleniu Alice. – To brzmi… całkiem sensownie. Jasper i Emmett mogliby wam pomóc, kiedy już się pojawią.
– Hm, raczej ich pozabijać – stwierdził z przekąsem Aldero. – Damien nie bez powodu przyszedł do nas.
– Przyszedłem, bo chwilowo nie ma taty. Gabriel jest świetny i potrafi uczyć, ale na tę chwilę… – Urwał, po czym wzruszył ramionami. – Nieważne. To wy jako pierwsi chcieliście pomóc Shannon. Teraz macie okazję.
Żaden z nich nie zaprotestował, co Liz uznała za dość oczywistą odpowiedź. Powiodła wzrokiem dookoła, wciąż skołowana, bo choć podejrzewała, dokąd zmierzały działania Damiena, czym innym było po prostu się domyślać, a czymś zgoła odmiennym usłyszeć konkretny plan. Miała wrażenie, że powinna być podekscytowana, a jednak kiedy przyszło co do czego, poczuła się co najmniej zaniepokojona.
Bezwiednie zacisnęła dłonie w pięści. Widziała wampiry w akcji i to wystarczyło, by mimowolnie zaczęła wątpić, czy treningi miały jakikolwiek sens. Dźgnięcie kogoś kołkiem graniczyło z cudem – wykorzystaniem jakiejś cholernie rzadkiej okazji i tylko pod warunkiem, że w grę wchodził również element zaskoczenia. Zresztą myśląc o wszystkim, co wydarzyło się w hotelu, wcale nie czuła się jak ktoś, kto byłby w stanie się obronić, gdyby to się powtórzyło. Nie miało znaczenia, czy wiedziałaby, co robić – nie, skoro strach paraliżował ją na samo wspomnienie stosu ciał, które pozostawił na środku sali Jason.
Damien nie próbuje nauczyć mnie, jak bronić się przed bratem, pomyślała, w końcu dopuszczając do świadomości to, co wiedziała od samego początku. Gdyby to było takie proste, zdecydowałby się wcześniej. Na Jasona zdecydowanie nie zadziałałby kołek, cały magazynek posrebrzanych nabojów czy inna cudowna broń łowców. W starciu z wampirem takim jak on, w grę wchodził przede wszystkim spryt – tak jak wtedy, gdy zmusiła brata, żeby ją wypuścił, grożąc samobójstwem. Nic więcej i ta perspektywa ją przerażała.
Z drugiej strony, w ciemnościach czaiło się dość niepokojących istnień, by chciała choćby udawać, że może się obronić. Możliwe, że poprawny sposób trzymania kołka, był jakimś rozwiązaniem.
Może.
– Liz? – doszło do niej jakby z oddali. – Hej, Liz, wszystko gra? – zapytała z wahaniem Alice.
Nie tylko ona na nią spoglądała. Złociste oczy wampirzycy nieznacznie pociemniały ze zmartwienia, nagle bardziej przypominając Elizabeth te, którymi mógłby spoglądać na nią wygłodniały łowca, ale momentalnie odrzuciła od siebie tę myśl. Nie, to nie było tak. Zresztą topazowe oczy nawet w takim wydaniu diametralnie różniły się od tych pustych i obojętnych, barwy świeżej krwi.
Wysiliła się na uśmiech, choć przyszło jej to z trudem.
– Jasne – zapewniła, choć wcale nie była tego taka pewna. – W zasadzie… chyba nie mogę się doczekać.
W chwili, gdy wypowiedziała te słowa, uprzytomniła sobie, że na swój sposób były prawdziwe.

Nie była zaskoczona, że ostatecznie znaleźli się z powrotem na dworze. Dom Cullenów znajdował się w dość wygodnym miejscu, otoczony drzewami i odległy od jakichkolwiek ludzkich siedzib. Sam podjazd okazał się wystarczająco duży, by służyć za potencjalne pole walki, chociaż Elizabeth wciąż towarzyszyły wątpliwości. Miejsca było dość, ale nie sądziła, by posłużyło im do czegokolwiek przez wyjątkowo długo. W zasadzie podejrzewała, że po pierwszych kilku upadkach miała z podkulonym ogonem uciec do domu, żałując, że Damien jednak stracił pełnię swoich uzdrawiających mocy.
Drżała, choć to zdecydowanie nie miało związku z panującym na zewnątrz chłodem. Objęła się ramionami, z powątpiewaniem spoglądając na krępującą jej ruchy kurtkę. Powinna ją ściągnąć? W samej bluzie poruszanie się byłoby o wiele prostsze, ale podejrzewała, że wtedy zaczęłaby zamartwiać. Z drugiej strony, ruch miał załatwić sprawę, ale…
– Jak się organizujemy? – zapytał Aldero, wodząc wzrokiem dookoła. Kiedy nie żartował, brzmiał jak ktoś, kto miał szansę odnaleźć się w roli ewentualnego przywódcy. – Na początek mogliby trochę poobserwować, ale nie wiem, czy to na coś się zda. Elenie najlepiej wychodzi, kiedy ćwiczymy w praktyce.
– A co ma do tego Elena? – rzucił z powątpiewaniem Damien.
Przez twarz Aldero przemknął cień – tylko przez ułamek sekundy, ale to wystarczyło, by zaobserwować jego reakcję.
– W zasadzie nic – przyznał, wzruszając ramionami. – Ćwiczyliśmy coś razem, ale to już raczej nieaktualne. Po prostu myślę na głos.
– Praktyka brzmi dobrze – wtrąciła ze swojego miejsca Shannon.
Wyglądała na spiętą i drobniejszą niż zazwyczaj. Zwłaszcza ze skrzyżowanymi na piersiach ramionami, niespokojnie drżąc u boku brata. Do Elizabeth dopiero w tamtej chwili tak naprawdę dotarło, jak delikatna się wydawała. Może to brak czerwonej farby na włosach, a może to, że skulona wyglądała na mniejszą niż w rzeczywistości – Liz nie miała pewności, ale coś w tym odkryciu i tak ją zaskoczyło. Kogo jak kogo, ale Shannon zawsze miała za charakter równie silny, co i w przypadku Eleny.
Machinalnie powiodła wzrokiem dookoła. Nigdzie nie widziała przyjaciółki, wątpiła zresztą, żeby ta była w domu. Liz jakoś nie miała wątpliwości, że dziewczyna pojawiłaby się nawet szybciej od Alice, o ile to w ogóle było możliwe.
Z drugiej strony, taki stan rzeczy jej odpowiadał. Ostatnim, czego chciała, było to, żeby akurat Elena widziała jej nieudolne próby powalenia nieśmiertelnego.
– W porządku. W takim razie ty i Shannon znajdźcie sobie trochę miejsca… I, na litość bogini, dajcie nam wcześniej znać, jeśli będzie chcieli eksperymentować z jej głosem – dodał spiętym tonem, rzucając kuzynowi wymowne spojrzenie. Aldero jedynie wywrócił oczami. – My spróbujemy czegoś innego… Dołączasz się, Nigel? – dodał, spoglądając na wciąż zdystansowanego chłopaka.
– Popatrzę sobie – stwierdził bez większego przekonania.
Damien skinął głową. Świetnie!, jęknęła w duchu, zwłaszcza że to oznaczało tylko jedno. Shannon była wyjątkowa, więc walka wręcz pozostawała w jej przypadku sprawą drugorzędną. Skoro Nigel zamierzał bawić się w obserwatora i co najwyżej dopingować siostrę, jej pozostała rola osoby, która musiała podjąć się niemożliwego.
– Daj spokój. – Damien uśmiechnął się blado. Do Liz dopiero wtedy dotarło, że z powodzeniem mógł śledzić to, co działo się w jej głowie. Co prawda nigdy wprost nie zasugerował, że to robi, ale to nie było ważne. Wystarczyło, że najpewniej doskonale zdawał sobie sprawę z targających nią emocji, zwłaszcza że czuł je równie wyraźnie, co i ona te, które dotyczyły jego. – Raz właściwie mnie znokautowałaś. Mówiłem ci już, że masz sporo siły.
Jedynie prychnęła. Żartował sobie? Aż za dobrze pamiętała, kiedy dała mu w twarz, ale zdecydowanie nie było jej z tego powodu do śmiechu. Po pierwsze, zdecydowanie sobie zasłużył. A po drugie, dalej uważała, że zrobił dla niej najbardziej idiotyczną rzecz na świecie, decydując na poświęcenie, na które absolutnie nie zasłużyła.
– Nie mów, że zamierzasz się teraz za to zemścić – wymamrotała, chociaż to brzmiało niedorzecznie. Damien zdecydowanie nie był typem kogoś, kto bez powodu zdecydowałby się odpowiedzieć złym na złe, ale z drugiej strony…
– W żadnym razie. – Na ustach chłopaka pojawił się uspokajający uśmiech. – Powiedziałbym nawet, że zamierzam dać ci fory.
– On jest niebezpieczny tylko wtedy, kiedy wymachuje floretem! – wtrącił ze swojego miejsca Cameron.
Liz potrząsnęła głowa. Och, jasne – szermierka. O tym też słyszała.
Chyba że nagle pojawi się Elena, przeszło jej przez myśl, ale w ostatniej chwili ugryzła się w język. Prowokowanie kogoś, z kim miało się walczyć, zdecydowanie nie było dobrym pomysłem.
Ze świstem wypuściła powietrze, próbując się uspokoić. Teraz już i tak nie miała większego wyboru.
– Zaczynajmy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa