27 listopada 2018

Sto sześćdziesiąt pięć

Elizabeth
W milczeniu obserwowała Damiena, choć nie próbowała przysłuchiwać się jego rozmowie z siostrą. W zasadzie kiedy chodziło o Alessię, chwilami czuła się jak intruz. Nie było w tym niczego złego, przynajmniej zazwyczaj, ale doświadczenie i tak wydawało się Liz dziwne. Już wcześniej zauważyła, że łącząca ich więź była niezwykła, zresztą teraz miała okazję się o tym przekonać na własnej skórze, wciąż przywykając do tej, która połączyła ją z Damienem, a jednak…
Potrząsnęła głową. O niektórych rzeczach o wiele prościej było po prostu nie myśleć.
– W porządku u niej? – zapytała, wysilając się na blady uśmiech.
Chłopak jedynie wzruszył ramionami. Przez chwilę wpatrywał się w wyświetlacz telefonu, póki ten całkiem się nie wygasił. Dopiero wtedy schował komórkę do kieszeni i przeniósł wzrok na Elizabeth.
– Twierdzi, że tak. Tyle że trochę w to wątpię – przyznał w zamyśleniu. – Znam Ali, więc wiem, kiedy czegoś mi nie mówi. Z drugiej strony, jak na razie nie czuję, żeby coś jej groziło, więc jest dobrze.
– No, tak… – Liz przekrzywiła głowę, wciąż uważnie go obserwując. – Byłbyś w stanie wyczuć, gdyby była zagrożona. Tak jak w przypadku, gdyby coś złego spotkało mnie.
– Tak to działa – wyjaśnił, raptownie się spinając. – Mam nadzieję, że to cię nie przeraża. Wiem, że to dziwne, ale…
– Jest w porządku – zapewniła pośpiesznie.
Nie była zaskoczona tym, że wyglądał na zaniepokojonego. Wciąż spoglądał na nią dziwnie, jakby obawiając się, że w każdej chwili mogłaby usłyszeć coś, co sprawiłoby, że znów ucieknie. Poniekąd sama się o to martwiła, choć zarazem czuła, że w hotelu zmieniło się dość, by więcej nie była w stanie trzymać się w cieniu. Ucieczka prowadziła donikąd, nie tylko sprowadzając nieszczęścia na nią, ale przede wszystkim na tych, którzy byli dla niej ważni. Gdyby była choć odrobinę silniejsza i nie dystansowała się od Damiena, wtedy…
– Cokolwiek sobie teraz myślisz, przestań.
Uniosła głowę, by spojrzeć mu w oczy. Nie zauważyła, kiedy znalazł się tak blisko, dosłownie na wyciągnięcie ręki. Zawahała się, mimo wątpliwości nie próbując protestować, kiedy wyciągnął rękę ku jej twarzy. W dotyku Damiena było coś kojącego, co przyjęła z ulgą. Już nie obawiała się tego, że za ich relacją – przynajmniej z jej strony – mogłaby kryć się wyłącznie wdzięczność za uratowanie życia. To było coś więcej, a jeśli dobrze zrozumiała, żadna więź nie byłaby w stanie między nimi powstać, gdyby nie odwzajemniała jego uczuć.
Nie zmieniało to jednak faktu, że miała dość powodów, żeby się obwiniać. Zwłaszcza kiedy obserwowała panujące dookoła zamieszanie, słuchała jego rozmów z Alessią albo przypominała o tym, co działo z rodzicami Damiena. Co z tego, że nie miała żadnego wpływu na to, w jaki sposób postępowali łowcy? Skoro wszystko sprowadzało się do jej rodziców, a ona uciekała przed tymi, którzy pragnęli ją chronić…
– To nie jest takie proste – stwierdziła zgodnie z prawdą. Zaraz po tym mówiła dalej, zwłaszcza że chłopak otworzył usta, gotów się wtrącić. – Ale w porządku, nie mówmy o tym. Nie moje samopoczucie jest w tym ważne.
Po wyrazie jego twarzy poznała, że sądził inaczej, ale przynajmniej nie próbował ciągnąć tematu. Rozluźniła się w jego ramionach, pozwalając, by zamknął ją w zdecydowanym uścisku. Zadrżała, kiedy ciepłe dłonie przesunęły się po jej plecach, ostatecznie lądując gdzieś na lędźwiach. Jak na zawołanie poczuła falę gorąca, która błyskawicznie rozeszła się po całym jej ciele. Momentalnie wróciło przyciąganie, którego oboje doświadczyli jakiś czas temu – ta tęsknota, która mogłaby zaprowadzić ich naprawdę daleko, gdyby nie ten cholerny wisiorek, który wówczas miała na szyi. Liz zaklęła w duchu, uprzytomniając sobie, że na własne życzenie sprawiła, że Damien prawie ją wtedy zaatakował. Co więcej, teraz miała te symbole na ciele, a to zdecydowanie nie wróżyło dobrze.
Westchnęła, po czym w pośpiechu oswobodziła się z jego uścisku. Nie chciała sprawdzać, czy te dziwne tatuaże zadziałają na niego w ten sam sposób, co i talizman. Inna sprawa, że aż za dobrze pamiętała, że w tym domu ściany miały uszy. Świadomie bądź nie, mieszkańcy słyszeli wszystko, co się działo.
– Tracimy czas – zauważyła z niepewnym uśmiechem.
W spojrzeniu Damiena doszukała się dość, by zorientować się, że niewiele brakowało, by poniosły ją emocje. Mało kto spoglądał na nią w taki sposób; zwykle widywała takie spojrzenia u tych, którzy wodzili wzrokiem za Eleną. To było niezwykłe i na swój sposób krępujące zarazem.
– Kilka minut nas nie zbawi – stwierdził Damien, ale po jego tonie poznała, że dobrze wiedział, czego się obawiała. Cóż, przynajmniej kwestia wyostrzonych zmysłów musiała być dla niego oczywista. – Ale w porządku. Gdzie najpierw?
– Ulrich nie odbiera ode mnie telefonów – przyznała, wznosząc oczy ku górze. – Zresztą chyba nie chcę go niańczyć. Myślałam o tym, żeby w końcu zobaczyć się z Shannon. Chyba należą jej się jakieś wyjaśnienia.
– A ja jadę tam po to, by cię przed nią osłonić, kiedy zacznie krzyczeć? – rzucił zaczepnym tonem.
Liz wywróciła oczami.
– Tak ci tylko przypomnę, że teraz jesteś równie bezbronny, co i ja – mruknęła z rezerwą.
– Nie przesadzajmy – obruszył się Damien. – Już o tym rozmawialiśmy, pamiętasz? Nie uzdrawiam, ale nadal jestem telepatą. W zasadzie powiedziałbym, że dopiero teraz bliżej mi do bycia normalnym.
Prychnęła, przez krótką chwilę mając ochotę raz jeszcze przypomnieć mu, z czym wiązała się ta jego „normalność”. Gdyby znów spróbowała przestawić mu nos, bardzo szybko zatęskniłby za mocami, którymi się dla niej zrzekł. Z drugiej strony, nie mogła zaprzeczyć, że Damien miał rację – na pewno bliżej było mu do zwykłego stanu niż jej, zwłaszcza że wciąż nie miała pewności, co oznaczały te znaki.
To był jeden z powodów, dla którego zaczęła zastanawiać się nad spotkaniem z Niną. Z uporem odsuwała od siebie tę myśl, ale ta wracała raz po raz, tak jak i chęć upewnienia się, że babcia i ojciec bezpiecznie wydostali się z hotelu. Nadal nie wyobrażała sobie spotkania z którymkolwiek z nich, ale czuła, że prędzej czy później będzie musiała się na to zdobyć. Dobry Boże, to nadal była jej rodzina. Co więcej, znalazła się w sytuacji, z której nie potrafiła znaleźć wyjścia. Liczyła, że skoro Nina opowiedziała jej o możliwościach talizmanu ochronnego, mogła powiedzieć coś więcej o tatuażach, ale to nadal wymagało spotkania i choćby cienia zaufania.
Liz nie była pewna, czy czuła się na to gotowa.
Zadrżała, kiedy Damien musnął wargami jej skroń. Mimowolnie uśmiechnęła się, po czym przesunęła w taki sposób, by móc go pocałować. Chwilami wciąż wyczuwała coś w rodzaju dystansu – tę ostrożność, przez krótką miała wrażenie, że zachowywali się jak para nieznajomych, która dopiero odnajdowała się w całkowicie nowej relacji. Sęk w tym, że to okazało się zaskakująco przyjemnym doświadczeniem. Całowali się i czuła się z tym dobrze, tak jak i wolniejszym tempem. Jakaś jej cząstka pragnęła się w tym zatracić, ale Elizabeth stanowczo kazała jej się zamknąć i dać sobie czas na bardziej naturalny rozwój wypadków. Potrzebowała czegoś stałego i bezpiecznego, a przebywanie z Damienem wydawało się czymś, co mogło jej to zapewnić.
Westchnęła w duchu, po czym zamknęła oczy. Może za jakiś czas miała być w stanie wybaczyć nie tyle bliskim, co przede wszystkim sobie.
Może.

– Och… Ooo.
Tylko na tyle było stać Shannon. Dziewczyna tkwiła w progu z założonymi na piersiach ramionami, gniewnie spoglądając to na jednego, to znów na drugiego z przybyłych gości. Wyglądała na zmęczoną, choć wrażenie to równie dobrze mogło brać się stąd, że jej włosy w dużej mierze wróciły do naturalnego koloru. Intensywna czerwień ustąpiła miejsca czerni, ta zaś mocno kontrastowała z jasną karnacją Shannon, dodatkowo podkreślając jej bladość.
– Ehm… Cześć – wyrzuciła z siebie Liz, wysilając się na blady uśmiech.
Czuła, że wyszło jej to – najdelikatniej rzecz ujmując – marnie. Wyraz twarzy stojącej przed nią dziewczyny również mówił sam za siebie. W zasadzie Elizabeth zaczęła czekać na moment, w którym przyjaciółce puszczą nerwy i jednak zdecyduje się zmieść ich z powierzchni ziemi.
– Cześć? – powtórzyła z niedowierzaniem. – Po prostu… cześć? – nie dawała za wygraną, coraz bardziej podenerwowana.
Jakaś ty spięta…, przeszło Liz przez myśl, ale czuła, że taki sposób poprowadzenia rozmowy zdecydowanie nie należałby do najrozsądniejszych posunięć.
Właściwie sama nie była pewna, czego tak naprawdę się spodziewała. W głowie miała mętlik, a przeciągająca się cisza w niczym nie pomagałą. Kątem oka spojrzała na Damiena, po wyrazie jego twarzy próbując poznać, co w obecnej sytuacji on sobie myślał, nim jednak zdążyła wyciągnąć jakiekolwiek wnioski, Shannon jednak zdobyła się na reakcję.
Liz zesztywniała, kiedy nagle znalazła się w zdecydowanym uścisku dotychczas podenerwowanej dziewczyny. W pierwszym odruchu wyprostowała się niczym struna, dopiero po chwili decydując odwzajemnić uścisk – bardzo niepewnie i nieco niezgrabnie, ale jednak. Właściwie sama nie była pewna, kiedy Shannon stała się dla niej kimś więcej, niż tylko znajomą ze szkoły. Wspólna tajemnica zrobiła swoje, tak jak i czas, który spędziły pod jednym dachem, kiedy dziewczyna tak po prostu przyjęła ją do siebie.
Do Elizabeth dopiero wtedy dotarło również to, jak bardzo zaczynała tęsknić za Eleną.
– Wszyscy jesteście niereformowalni. Słyszysz? Niereformowalni! – powtórzyła z naciskiem Shannon, w pośpiechu wyrzucając z siebie kolejne słowa. – A niech to szlag, powiedzcie mi przynajmniej, że wszyscy są cali! – jęknęła, odsuwając się na tyle, by móc spojrzeć na Liz i Damiena.
Dla lepszego efektu położyła obie dłonie na biodrach. Ciemne włosy odrzuciła na plecy, starając się wyglądać przy tym na jak najbardziej zdecydowaną i groźną. Zdaniem Elizabeth, wyszło jej to wręcz niepokojąco dobrze.
– Ehm… W zasadzie tak – powiedziała cicho, ostrożnie dobierając słowa. – Już w porządku. Wybacz, że tak zniknęłam, ale…
– Żartujesz sobie? – Shannon gniewnie zmrużyła oczy. – Nie wiem czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale odchodziłam od zmysłów. Wiesz czym jest zastanawianie się czy ktoś, kogo znasz, wciąż żyje? I czy przypadkiem ja albo ktoś z mojej rodziny…?
Urwała, po czym uciekła wzrokiem gdzieś w bok. Liz nie miała okazji przyjrzeć się jej twarzy, ale tych kilka słów i zachowanie Shannon wystarczyły, żeby zrozumiała. W milczeniu obserwowała dziewczynę, kiedy ta bez jakiegokolwiek ostrzeżenia odwróciła się na piecie i wycofała w głąb mieszkania. Przez chwilę Elizabeth była gotowa przysiąc, że napotka na zamknięte drzwi, kiedy przyjaciółka zatrzaśnie je im przed nosem, ale nic podobnego nie miało miejsca.
W zamian Shannon obejrzała się przez ramię, wyraźnie zniecierpliwiona.
– Wchodzicie czy nie?
Jedynie wymienili wymowne spojrzenia, zanim ruszyli się z miejsca. Damien przepuścił ją przodem, co może i byłoby urocze, gdyby wciąż nie obawiała się reakcji wyraźnie zdenerwowanej Shannon. Igranie z kimś, kogo krzyk mógł okazać się zabójczy, zdecydowanie nie było dobrym pomysłem.
Liz poczuła się co najmniej dziwnie, ledwo tylko przekroczyła próg. Zdążyła poznać ten dom, zwłaszcza że spędziła w nim dość czasu, by uznać go za bezpieczną przystań. Przez jakiś czas był jej azylem – może tylko chwilowym i zapewniającym złudne poczucie bezpieczeństwa, ale jednak. Była gotowa przysiąc, że minęły całe wieki, odkąd znalazła się w tym miejscu po raz ostatni. Jak przez mgłę pamiętała dzień, w którym ojciec Shannon zgodził się podwieźć ją do Ulricha, a także to, co wydarzyło się później – moment, w którym usłyszała głos Nicka, w którym wpadła mu w ramiona i…
W pośpiechu odcięła się od tych wspomnień. Teraz nie miały znaczenia, choć wciąż czaiły się gdzieś na krawędzi jej świadomości, w każdej chwili mogąc dojść do głosu. Równie intensywne okazało się zaskoczenie, które poczuła, kiedy przekonała się, że w domu Shannon tak naprawdę nic się nie zmieniło. Dlaczego miałoby? Nie minęło aż tak dużo czasu, pomyślała mimochodem Liz, ale dziwne uczucie nie zniknęło. Zresztą jak miałaby czuć się inaczej, skoro w krótkim czasie zmieniło się dość, by uznała to za przerażające.
– Kto przyszedł? – usłyszała gdzieś od strony schodów. Nigel chwilę później pojawił się w zasięgu ich wzroku. – Oho…
Przynajmniej widać, że jesteście spokrewnieni.
Liz wysiliła się na blady uśmiech w ramach powitania. Przynajmniej chłopak nie wyglądał na aż tak poruszonego jak jego siostra. Mimo wszystko przez jego twarz przemknął cień, zaraz też podszedł bliżej, wymownie spoglądając na nowo przybyłe towarzystwo.
– Mówiłem, że nie ma powodów, żeby aż tak się przejmować – zwrócił się do Shannon. – Chociaż dobrze was widzieć. To wcale nie tak, że się martwiliśmy.
– Łatwo ci mówić – obruszyła się sama zainteresowana. – Wiedziałam, że coś się dzieje. Nie na co dzień do mojego domu wpadają wampiry i próbują mnie wypytywać. Swoją drogą, to jak nic była twoja rodzina, Damien – dodała, przystając na środku salonu.
– Doprawdy? – zapytał natychmiast chłopak.
Shannon potrząsnęła głową.
– Zapamiętałam całą trójkę po tym, jak wróciliśmy z ośrodka. Swoją drogą, podziękuj tej miłej blondynce za to, że broniła mnie przed twoim wujkiem. Allegra, o ile dobrze pamiętam? Tak czy inaczej, była miła, a Rufusowi daleko do bycia uprzejmym – oznajmiła, wydymając usta.
Liz nie musiała patrzeć na Damiena, żeby wyczuć, że ten drgnął. Przez chwilę panowała wymowna cisza, podczas której każde z nich wpatrywało się w zupełnie inną stronę.
– Obawiam się, że… rozmowa z Allegrą nie będzie możliwa – powiedział w końcu Damien, ostrożnie dobierając słowa.
Nie dodał niczego więcej, ale to okazało się niepotrzebne. Wystarczyło, że Shannon momentalnie pobladła i wzdrygnęła się, nagle jeszcze bardziej niespokojna.
– Och, nie… O mój Boże. – Na moment ukryła twarz w dłoniach, energicznie pocierając przy tym skronie. – Wiedziałam, że coś się dzieje, ale nie miałam pojęcia, że… Przepraszam. Nie wiem czy to coś zmienia, ale jest mi przykro.
– Nie masz powodów, żeby się tłumaczyć – zreflektował się pośpiesznie Damien. – Shannon…
– To dlatego już nie widuję żadnego z was w szkole? Liczyłam, że uda mi się zobaczyć z bliźniakami, ale oni też się nie pojawiają. Nie żebym była zaskoczona nieobecnością Aldero, ale Cammy… – Dziewczyna z wolna wyprostowała się, spoglądając na nich przez rozstawione palce. – Może to nie moja sprawa. Ale odkąd wiem, co się dzieje, trudno mi pozostać obojętną. Jestem przerażona, jasne?
Te słowa zabrzmiały niemalże desperacko, ale Liz wcale nie poczuła się tym zaskoczona. Aż za dobrze rozumiała, jak wiele zmieniało się, kiedy człowiek dowiadywał się o istotach nadnaturalnych. Jakby tego było mało, Shannon ze swoim głosem była niejako częścią tego wszystkiego – świata, którego wciąż nie pojmowała. Elizabeth przez krótką chwilę czuła się tak, jakby spoglądała na siebie. Różnica polegała na tym, że podczas gdy ona uciekała przed rzeczywistością, próbując odnaleźć utraconą równowagę, Shannon robiła wszystko, byleby odnaleźć odpowiedzi – w sposób na tyle desperacki, że prawie zginęła, biorąc udział w Projekcie Beta.
Nigel drgnął, z powątpiewaniem spoglądając na siostrę. Do tej pory wyglądał na względnie spokojnego, ale wszystko zmieniło się w chwili, w której Shannon zaczęły puszczać nerwy. Tkwiła w miejscu – blada, roztrzęsiona i sprawiająca wrażenie kogoś, kto w każdej chwili mógłby się po prostu popłakać.
– Shannon… Hej, Shannon – zaczął z wahaniem Damien, z wolna robiąc krok ku dziewczynie. Spojrzała na niego z powątpiewaniem, jakby w roztargnieniu, zwłaszcza gdy wyciągnął przy niej rękę. – W porządku, to nie było uczciwe. A ty masz powody, żeby się bać.
– Ja…
– Powinniśmy ci pomóc już wtedy, gdy wróciliście z ośrodka. Nie chodzi tylko o to, że dalej jesteśmy wdzięczni za to, co zrobiłaś dla Joce… – Damien zawahał się na moment. – Sądziłem po prostu, że to oczywiste, że zawsze możesz do nas przyjść. Jak nie do bliźniaków, to do mnie albo Eleny.
– To nie jest takie proste – stwierdziła cicho sama zainteresowana.
Jeszcze kiedy mówiła, ciasno objęła się ramionami. Wciąż wyglądała blado, choć wyraźnie robiła wszystko, by doprowadzić się do porządku. Dyskretnie otarła oczy, jedynak powstrzymując się od płaczu. Co prawda nadal wyglądała marnie, ale przynajmniej zdołała otrząsnąć się na tyle, by we względnie spokojny sposób prowadzić rozmowę.
– Na pewno nie jest – zapewnił pośpiesznie Damien. – W ostatnim czasie nic takie nie jest, ale to nie oznacza, że nie damy sobie z tym rady. Zresztą to jedno na pewno jesteśmy wam winni.
– Za Joce? – zapytała z powątpiewaniem Shannon. – Czy może za Liz? Ja nie…
– Tutaj nie chodzi tylko o wdzięczność – obruszył się. – Już wcześniej przyjaźniłaś się z moimi kuzynami. O ile mnie pamięć nie myli, Aldero od początku chciał pomóc.
– O, tak! – Dziewczyna parsknęła nieco wymuszonym, histerycznym śmiechem. – Średnio mu to wyszło, ale… Cóż, przyznaję, że próbował – dodała po chwili zastanowienia.
Liz zawahała się, przez dłuższą chwilę zdolna co najwyżej obserwować. Była wdzięczna Damienowi za to, co mówił. W przeciwieństwie do niej wydawał się wystarczająco opanowany, by mieć szansę odzyskać kontrolę nad sytuacją. Co prawda jego słowa nadal nie rozwiązywały najważniejszego problemu, ale wciąż wydawały się lepszym początkiem, niż wzajemne przepraszanie i szukanie usprawiedliwienia. To było tak, jakby jednak mieli szansę dojść do porozumienia i wspólnie zacząć działać, a przecież o to w tym wszystko chodziło.
– Jesteś człowiekiem, Shannon. Zresztą tak jak i Liz czy Nigel. Nie wiem czy zdajecie sobie z tego sprawę, ale to bardzo kiepsko, skoro znacie prawdę o naszym świecie – odezwał się ponownie chłopak. – Wierzcie mi, że wszyscy jesteśmy wam wdzięczni za to, że utrzymujecie tajemnicę w sekrecie. Tyle że to nadal nie sprawia, że którekolwiek z was jest bezpieczne. Strach w tym wypadku jest w pełni naturalny.
– Co masz na myśli? – wtrącił natychmiast Nigel. – Bo to, że ktoś poluje na Liz już wiemy. Pytanie co w tym wszystkim ze mną i moją siostrą.
Damien jedynie potrząsnął głową. Spiął się, wyraźnie zaniepokojony. Elizabeth zdołała wyczuć to o wiele wyraźniej niż sądziła, w tamtej chwili nie mając wątpliwości, że w grę po raz kolejny wchodziła więź.
– Mam pewien pomysł – oznajmił nagle i to wystarczyło, żeby ją zaskoczyć. Nie jako jedyną zresztą, bo również rodzeństwo spojrzało na niego w pytający sposób. – Waszych rodziców nie ma, prawda?
– Jak widać – zgodziła się Shannon. – Nie wrócą do wieczora.
Skinął głową. Mimo wszystko nie wyglądał na uspokojonego.
– Więc pojedźmy do nas – zasugerował, znacząco spoglądając na drzwi. – Będę potrzebował chłopaków, ale to kwestia czasu. Zorganizujemy się, pogadamy, a potem zadecydujemy co dalej.
– Damien? – rzuciła z powątpiewaniem Liz.
– Pamiętam, że coś ci obiecałem, ale sama powiedziałaś, że Ulrich nie daje znaku życia – przypomniał usłużnie. – Możemy podręczyć go później. Zresztą mam w planach coś, co tobie też może się przydać – dodał, a ona pytająco uniosła brwi, nagle jeszcze bardziej skołowana.
Gdzieś za ich plecami Shannon ze świstem wypuściła powietrze.
– Ulrich? – wtrąciła spiętym tonem. – Ten sam, który…
Liz nie pozwoliła jej dokończyć.
– To materiał na dłuższą rozmowę – stwierdziła wymijająco. To nie był najlepszy moment na pośpieszne streszczanie wszystkiego, co się wydarzyło. – Skupmy się na jednej rzeczy na raz, co? Jakkolwiek powinnam to rozumieć… – mruknęła, nie kryjąc sceptycyzmu.
O dziwo, Damien jedynie uśmiechnął się w nieco zmęczony, choć szczery sposób.
– Na rozmowy jeszcze będzie czas – zapewnił, siląc się na spokój. – A ja pomyślałem o czymś, kiedy Shannon wspomniała o Rufusie… Wiem, że raz sobie z nim poradziłaś, prawda? – zapytał wprost, a Liz stłumiła jęk.
– Przypadkiem! – zapewniła pośpiesznie. To, że w panice dźgnęła wampira kołkiem tylko dlatego, że zaszedł ją od tyłu, nadal do niej nie docierało.
– Ale zrobiłaś to dobrze – zapewnił z przekonaniem. – Ludzie może i są słabsi, ale nie całkowicie bezbronni. Co prawda to mój ojciec o wiele lepiej radzi sobie z walką, ale… Cóż, kilka lekcji jeszcze nikomu nie zaszkodzi.
Wraz z tymi słowami po prostu ruszył ku drzwiom.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa