
Elizabeth
W milczeniu obserwowała
Damiena, choć nie próbowała przysłuchiwać się jego rozmowie z siostrą. W zasadzie
kiedy chodziło o Alessię, chwilami czuła się jak intruz. Nie było w tym
niczego złego, przynajmniej zazwyczaj, ale doświadczenie i tak wydawało
się Liz dziwne. Już wcześniej zauważyła, że łącząca ich więź była niezwykła,
zresztą teraz miała okazję się o tym przekonać na własnej skórze, wciąż
przywykając do tej, która połączyła ją z Damienem, a jednak…
Potrząsnęła
głową. O niektórych rzeczach o wiele prościej było po prostu nie
myśleć.
– W porządku
u niej? – zapytała, wysilając się na blady uśmiech.
Chłopak
jedynie wzruszył ramionami. Przez chwilę wpatrywał się w wyświetlacz
telefonu, póki ten całkiem się nie wygasił. Dopiero wtedy schował komórkę do
kieszeni i przeniósł wzrok na Elizabeth.
– Twierdzi,
że tak. Tyle że trochę w to wątpię – przyznał w zamyśleniu. – Znam
Ali, więc wiem, kiedy czegoś mi nie mówi. Z drugiej strony, jak na razie
nie czuję, żeby coś jej groziło, więc jest dobrze.
– No, tak… –
Liz przekrzywiła głowę, wciąż uważnie go obserwując. – Byłbyś w stanie
wyczuć, gdyby była zagrożona. Tak jak w przypadku, gdyby coś złego
spotkało mnie.
– Tak to
działa – wyjaśnił, raptownie się spinając. – Mam nadzieję, że to cię nie
przeraża. Wiem, że to dziwne, ale…
– Jest w porządku
– zapewniła pośpiesznie.
Nie była
zaskoczona tym, że wyglądał na zaniepokojonego. Wciąż spoglądał na nią dziwnie,
jakby obawiając się, że w każdej chwili mogłaby usłyszeć coś, co
sprawiłoby, że znów ucieknie. Poniekąd sama się o to martwiła, choć
zarazem czuła, że w hotelu zmieniło się dość, by więcej nie była w stanie
trzymać się w cieniu. Ucieczka prowadziła donikąd, nie tylko sprowadzając
nieszczęścia na nią, ale przede wszystkim na tych, którzy byli dla niej ważni.
Gdyby była choć odrobinę silniejsza i nie dystansowała się od Damiena,
wtedy…
– Cokolwiek
sobie teraz myślisz, przestań.
Uniosła
głowę, by spojrzeć mu w oczy. Nie zauważyła, kiedy znalazł się tak blisko,
dosłownie na wyciągnięcie ręki. Zawahała się, mimo wątpliwości nie próbując
protestować, kiedy wyciągnął rękę ku jej twarzy. W dotyku Damiena było coś
kojącego, co przyjęła z ulgą. Już nie obawiała się tego, że za ich relacją
– przynajmniej z jej strony – mogłaby kryć się wyłącznie wdzięczność za
uratowanie życia. To było coś więcej, a jeśli dobrze zrozumiała, żadna
więź nie byłaby w stanie między nimi powstać, gdyby nie odwzajemniała jego
uczuć.
Nie
zmieniało to jednak faktu, że miała dość powodów, żeby się obwiniać. Zwłaszcza
kiedy obserwowała panujące dookoła zamieszanie, słuchała jego rozmów z Alessią
albo przypominała o tym, co działo z rodzicami Damiena. Co z tego,
że nie miała żadnego wpływu na to, w jaki sposób postępowali łowcy? Skoro
wszystko sprowadzało się do jej rodziców, a ona uciekała przed tymi,
którzy pragnęli ją chronić…
– To nie
jest takie proste – stwierdziła zgodnie z prawdą. Zaraz po tym mówiła
dalej, zwłaszcza że chłopak otworzył usta, gotów się wtrącić. – Ale w porządku,
nie mówmy o tym. Nie moje samopoczucie jest w tym ważne.
Po wyrazie
jego twarzy poznała, że sądził inaczej, ale przynajmniej nie próbował ciągnąć
tematu. Rozluźniła się w jego ramionach, pozwalając, by zamknął ją w zdecydowanym
uścisku. Zadrżała, kiedy ciepłe dłonie przesunęły się po jej plecach,
ostatecznie lądując gdzieś na lędźwiach. Jak na zawołanie poczuła falę gorąca,
która błyskawicznie rozeszła się po całym jej ciele. Momentalnie wróciło przyciąganie,
którego oboje doświadczyli jakiś czas temu – ta tęsknota, która mogłaby zaprowadzić
ich naprawdę daleko, gdyby nie ten cholerny wisiorek, który wówczas miała na
szyi. Liz zaklęła w duchu, uprzytomniając sobie, że na własne życzenie
sprawiła, że Damien prawie ją wtedy zaatakował. Co więcej, teraz miała te
symbole na ciele, a to zdecydowanie nie wróżyło dobrze.
Westchnęła,
po czym w pośpiechu oswobodziła się z jego uścisku. Nie chciała
sprawdzać, czy te dziwne tatuaże zadziałają na niego w ten sam sposób, co i talizman.
Inna sprawa, że aż za dobrze pamiętała, że w tym domu ściany miały uszy. Świadomie
bądź nie, mieszkańcy słyszeli wszystko, co się działo.
– Tracimy
czas – zauważyła z niepewnym uśmiechem.
W spojrzeniu
Damiena doszukała się dość, by zorientować się, że niewiele brakowało, by
poniosły ją emocje. Mało kto spoglądał na nią w taki sposób; zwykle
widywała takie spojrzenia u tych, którzy wodzili wzrokiem za Eleną. To
było niezwykłe i na swój sposób krępujące zarazem.
– Kilka
minut nas nie zbawi – stwierdził Damien, ale po jego tonie poznała, że dobrze
wiedział, czego się obawiała. Cóż, przynajmniej kwestia wyostrzonych zmysłów
musiała być dla niego oczywista. – Ale w porządku. Gdzie najpierw?
– Ulrich
nie odbiera ode mnie telefonów – przyznała, wznosząc oczy ku górze. – Zresztą chyba
nie chcę go niańczyć. Myślałam o tym, żeby w końcu zobaczyć się z Shannon.
Chyba należą jej się jakieś wyjaśnienia.
– A ja
jadę tam po to, by cię przed nią osłonić, kiedy zacznie krzyczeć? – rzucił zaczepnym
tonem.
Liz wywróciła
oczami.
– Tak ci tylko
przypomnę, że teraz jesteś równie bezbronny, co i ja – mruknęła z rezerwą.
– Nie
przesadzajmy – obruszył się Damien. – Już o tym rozmawialiśmy, pamiętasz?
Nie uzdrawiam, ale nadal jestem telepatą. W zasadzie powiedziałbym, że
dopiero teraz bliżej mi do bycia normalnym.
Prychnęła,
przez krótką chwilę mając ochotę raz jeszcze przypomnieć mu, z czym wiązała
się ta jego „normalność”. Gdyby znów spróbowała przestawić mu nos, bardzo
szybko zatęskniłby za mocami, którymi się dla niej zrzekł. Z drugiej
strony, nie mogła zaprzeczyć, że Damien miał rację – na pewno bliżej było mu do
zwykłego stanu niż jej, zwłaszcza że wciąż nie miała pewności, co oznaczały te
znaki.
To był
jeden z powodów, dla którego zaczęła zastanawiać się nad spotkaniem z Niną.
Z uporem odsuwała od siebie tę myśl, ale ta wracała raz po raz, tak jak i chęć
upewnienia się, że babcia i ojciec bezpiecznie wydostali się z hotelu.
Nadal nie wyobrażała sobie spotkania z którymkolwiek z nich, ale
czuła, że prędzej czy później będzie musiała się na to zdobyć. Dobry Boże, to
nadal była jej rodzina. Co więcej, znalazła się w sytuacji, z której
nie potrafiła znaleźć wyjścia. Liczyła, że skoro Nina opowiedziała jej o możliwościach
talizmanu ochronnego, mogła powiedzieć coś więcej o tatuażach, ale to
nadal wymagało spotkania i choćby cienia zaufania.
Liz nie
była pewna, czy czuła się na to gotowa.
Zadrżała,
kiedy Damien musnął wargami jej skroń. Mimowolnie uśmiechnęła się, po czym
przesunęła w taki sposób, by móc go pocałować. Chwilami wciąż wyczuwała coś
w rodzaju dystansu – tę ostrożność, przez krótką miała wrażenie, że
zachowywali się jak para nieznajomych, która dopiero odnajdowała się w całkowicie
nowej relacji. Sęk w tym, że to okazało się zaskakująco przyjemnym
doświadczeniem. Całowali się i czuła się z tym dobrze, tak jak i wolniejszym
tempem. Jakaś jej cząstka pragnęła się w tym zatracić, ale Elizabeth stanowczo
kazała jej się zamknąć i dać sobie czas na bardziej naturalny rozwój
wypadków. Potrzebowała czegoś stałego i bezpiecznego, a przebywanie z Damienem
wydawało się czymś, co mogło jej to zapewnić.
Westchnęła w duchu,
po czym zamknęła oczy. Może za jakiś czas miała być w stanie wybaczyć nie
tyle bliskim, co przede wszystkim sobie.
Może.
– Och… Ooo.
Tylko na
tyle było stać Shannon. Dziewczyna tkwiła w progu z założonymi na
piersiach ramionami, gniewnie spoglądając to na jednego, to znów na drugiego z przybyłych
gości. Wyglądała na zmęczoną, choć wrażenie to równie dobrze mogło brać się
stąd, że jej włosy w dużej mierze wróciły do naturalnego koloru. Intensywna
czerwień ustąpiła miejsca czerni, ta zaś mocno kontrastowała z jasną
karnacją Shannon, dodatkowo podkreślając jej bladość.
– Ehm…
Cześć – wyrzuciła z siebie Liz, wysilając się na blady uśmiech.
Czuła, że
wyszło jej to – najdelikatniej rzecz ujmując – marnie. Wyraz twarzy stojącej
przed nią dziewczyny również mówił sam za siebie. W zasadzie Elizabeth
zaczęła czekać na moment, w którym przyjaciółce puszczą nerwy i jednak
zdecyduje się zmieść ich z powierzchni ziemi.
– Cześć? –
powtórzyła z niedowierzaniem. – Po prostu… cześć? – nie dawała za wygraną,
coraz bardziej podenerwowana.
Jakaś ty spięta…, przeszło Liz przez myśl,
ale czuła, że taki sposób poprowadzenia rozmowy zdecydowanie nie należałby do
najrozsądniejszych posunięć.
Właściwie
sama nie była pewna, czego tak naprawdę się spodziewała. W głowie miała mętlik,
a przeciągająca się cisza w niczym nie pomagałą. Kątem oka spojrzała
na Damiena, po wyrazie jego twarzy próbując poznać, co w obecnej sytuacji
on sobie myślał, nim jednak zdążyła wyciągnąć jakiekolwiek wnioski, Shannon
jednak zdobyła się na reakcję.
Liz
zesztywniała, kiedy nagle znalazła się w zdecydowanym uścisku dotychczas podenerwowanej
dziewczyny. W pierwszym odruchu wyprostowała się niczym struna, dopiero po
chwili decydując odwzajemnić uścisk – bardzo niepewnie i nieco niezgrabnie,
ale jednak. Właściwie sama nie była pewna, kiedy Shannon stała się dla niej
kimś więcej, niż tylko znajomą ze szkoły. Wspólna tajemnica zrobiła swoje, tak
jak i czas, który spędziły pod jednym dachem, kiedy dziewczyna tak po
prostu przyjęła ją do siebie.
Do
Elizabeth dopiero wtedy dotarło również to, jak bardzo zaczynała tęsknić za Eleną.
– Wszyscy
jesteście niereformowalni. Słyszysz? Niereformowalni!
– powtórzyła z naciskiem Shannon, w pośpiechu wyrzucając z siebie
kolejne słowa. – A niech to szlag, powiedzcie mi przynajmniej, że wszyscy
są cali! – jęknęła, odsuwając się na tyle, by móc spojrzeć na Liz i Damiena.
Dla lepszego
efektu położyła obie dłonie na biodrach. Ciemne włosy odrzuciła na plecy,
starając się wyglądać przy tym na jak najbardziej zdecydowaną i groźną.
Zdaniem Elizabeth, wyszło jej to wręcz niepokojąco dobrze.
– Ehm… W zasadzie
tak – powiedziała cicho, ostrożnie dobierając słowa. – Już w porządku. Wybacz,
że tak zniknęłam, ale…
– Żartujesz
sobie? – Shannon gniewnie zmrużyła oczy. – Nie wiem czy zdajesz sobie z tego
sprawę, ale odchodziłam od zmysłów. Wiesz czym jest zastanawianie się czy ktoś,
kogo znasz, wciąż żyje? I czy przypadkiem ja albo ktoś z mojej rodziny…?
Urwała, po
czym uciekła wzrokiem gdzieś w bok. Liz nie miała okazji przyjrzeć się jej
twarzy, ale tych kilka słów i zachowanie Shannon wystarczyły, żeby
zrozumiała. W milczeniu obserwowała dziewczynę, kiedy ta bez jakiegokolwiek
ostrzeżenia odwróciła się na piecie i wycofała w głąb mieszkania.
Przez chwilę Elizabeth była gotowa przysiąc, że napotka na zamknięte drzwi, kiedy
przyjaciółka zatrzaśnie je im przed nosem, ale nic podobnego nie miało miejsca.
W zamian
Shannon obejrzała się przez ramię, wyraźnie zniecierpliwiona.
–
Wchodzicie czy nie?
Jedynie
wymienili wymowne spojrzenia, zanim ruszyli się z miejsca. Damien przepuścił
ją przodem, co może i byłoby urocze, gdyby wciąż nie obawiała się reakcji
wyraźnie zdenerwowanej Shannon. Igranie z kimś, kogo krzyk mógł okazać się
zabójczy, zdecydowanie nie było dobrym pomysłem.
Liz poczuła
się co najmniej dziwnie, ledwo tylko przekroczyła próg. Zdążyła poznać ten dom,
zwłaszcza że spędziła w nim dość czasu, by uznać go za bezpieczną
przystań. Przez jakiś czas był jej azylem – może tylko chwilowym i zapewniającym
złudne poczucie bezpieczeństwa, ale jednak. Była gotowa przysiąc, że minęły całe
wieki, odkąd znalazła się w tym miejscu po raz ostatni. Jak przez mgłę
pamiętała dzień, w którym ojciec Shannon zgodził się podwieźć ją do
Ulricha, a także to, co wydarzyło się później – moment, w którym
usłyszała głos Nicka, w którym wpadła mu w ramiona i…
W pośpiechu
odcięła się od tych wspomnień. Teraz nie miały znaczenia, choć wciąż czaiły się
gdzieś na krawędzi jej świadomości, w każdej chwili mogąc dojść do głosu. Równie
intensywne okazało się zaskoczenie, które poczuła, kiedy przekonała się, że w domu
Shannon tak naprawdę nic się nie zmieniło. Dlaczego
miałoby? Nie minęło aż tak dużo czasu, pomyślała mimochodem Liz, ale dziwne
uczucie nie zniknęło. Zresztą jak miałaby czuć się inaczej, skoro w krótkim
czasie zmieniło się dość, by uznała to za przerażające.
– Kto
przyszedł? – usłyszała gdzieś od strony schodów. Nigel chwilę później pojawił
się w zasięgu ich wzroku. – Oho…
Przynajmniej widać, że jesteście
spokrewnieni.
Liz wysiliła
się na blady uśmiech w ramach powitania. Przynajmniej chłopak nie wyglądał
na aż tak poruszonego jak jego siostra. Mimo wszystko przez jego twarz przemknął
cień, zaraz też podszedł bliżej, wymownie spoglądając na nowo przybyłe
towarzystwo.
– Mówiłem,
że nie ma powodów, żeby aż tak się przejmować – zwrócił się do Shannon. –
Chociaż dobrze was widzieć. To wcale nie tak, że się martwiliśmy.
– Łatwo ci
mówić – obruszyła się sama zainteresowana. – Wiedziałam, że coś się dzieje. Nie
na co dzień do mojego domu wpadają wampiry i próbują mnie wypytywać. Swoją
drogą, to jak nic była twoja rodzina, Damien – dodała, przystając na środku
salonu.
– Doprawdy?
– zapytał natychmiast chłopak.
Shannon
potrząsnęła głową.
– Zapamiętałam
całą trójkę po tym, jak wróciliśmy z ośrodka. Swoją drogą, podziękuj tej miłej
blondynce za to, że broniła mnie przed twoim wujkiem. Allegra, o ile dobrze
pamiętam? Tak czy inaczej, była miła, a Rufusowi daleko do bycia uprzejmym
– oznajmiła, wydymając usta.
Liz nie
musiała patrzeć na Damiena, żeby wyczuć, że ten drgnął. Przez chwilę panowała wymowna
cisza, podczas której każde z nich wpatrywało się w zupełnie inną
stronę.
– Obawiam
się, że… rozmowa z Allegrą nie będzie możliwa – powiedział w końcu
Damien, ostrożnie dobierając słowa.
Nie dodał
niczego więcej, ale to okazało się niepotrzebne. Wystarczyło, że Shannon
momentalnie pobladła i wzdrygnęła się, nagle jeszcze bardziej niespokojna.
– Och, nie…
O mój Boże. – Na moment ukryła twarz w dłoniach, energicznie
pocierając przy tym skronie. – Wiedziałam, że coś się dzieje, ale nie miałam
pojęcia, że… Przepraszam. Nie wiem czy to coś zmienia, ale jest mi przykro.
– Nie masz
powodów, żeby się tłumaczyć – zreflektował się pośpiesznie Damien. – Shannon…
– To
dlatego już nie widuję żadnego z was w szkole? Liczyłam, że uda mi
się zobaczyć z bliźniakami, ale oni też się nie pojawiają. Nie żebym była
zaskoczona nieobecnością Aldero, ale Cammy… – Dziewczyna z wolna
wyprostowała się, spoglądając na nich przez rozstawione palce. – Może to nie
moja sprawa. Ale odkąd wiem, co się dzieje, trudno mi pozostać obojętną. Jestem
przerażona, jasne?
Te słowa
zabrzmiały niemalże desperacko, ale Liz wcale nie poczuła się tym zaskoczona.
Aż za dobrze rozumiała, jak wiele zmieniało się, kiedy człowiek dowiadywał się o istotach
nadnaturalnych. Jakby tego było mało, Shannon ze swoim głosem była niejako częścią
tego wszystkiego – świata, którego wciąż nie pojmowała. Elizabeth przez krótką
chwilę czuła się tak, jakby spoglądała na siebie. Różnica polegała na tym, że
podczas gdy ona uciekała przed rzeczywistością, próbując odnaleźć utraconą równowagę,
Shannon robiła wszystko, byleby odnaleźć odpowiedzi – w sposób na tyle
desperacki, że prawie zginęła, biorąc udział w Projekcie Beta.
Nigel
drgnął, z powątpiewaniem spoglądając na siostrę. Do tej pory wyglądał na
względnie spokojnego, ale wszystko zmieniło się w chwili, w której Shannon
zaczęły puszczać nerwy. Tkwiła w miejscu – blada, roztrzęsiona i sprawiająca
wrażenie kogoś, kto w każdej chwili mógłby się po prostu popłakać.
– Shannon…
Hej, Shannon – zaczął z wahaniem Damien, z wolna robiąc krok ku
dziewczynie. Spojrzała na niego z powątpiewaniem, jakby w roztargnieniu,
zwłaszcza gdy wyciągnął przy niej rękę. – W porządku, to nie było uczciwe.
A ty masz powody, żeby się bać.
– Ja…
– Powinniśmy
ci pomóc już wtedy, gdy wróciliście z ośrodka. Nie chodzi tylko o to,
że dalej jesteśmy wdzięczni za to, co zrobiłaś dla Joce… – Damien zawahał się
na moment. – Sądziłem po prostu, że to oczywiste, że zawsze możesz do nas przyjść.
Jak nie do bliźniaków, to do mnie albo Eleny.
– To nie
jest takie proste – stwierdziła cicho sama zainteresowana.
Jeszcze
kiedy mówiła, ciasno objęła się ramionami. Wciąż wyglądała blado, choć wyraźnie
robiła wszystko, by doprowadzić się do porządku. Dyskretnie otarła oczy,
jedynak powstrzymując się od płaczu. Co prawda nadal wyglądała marnie, ale
przynajmniej zdołała otrząsnąć się na tyle, by we względnie spokojny sposób
prowadzić rozmowę.
– Na pewno
nie jest – zapewnił pośpiesznie Damien. – W ostatnim czasie nic takie nie
jest, ale to nie oznacza, że nie damy sobie z tym rady. Zresztą to jedno
na pewno jesteśmy wam winni.
– Za Joce? –
zapytała z powątpiewaniem Shannon. – Czy może za Liz? Ja nie…
– Tutaj nie
chodzi tylko o wdzięczność – obruszył się. – Już wcześniej przyjaźniłaś
się z moimi kuzynami. O ile mnie pamięć nie myli, Aldero od początku
chciał pomóc.
– O, tak! –
Dziewczyna parsknęła nieco wymuszonym, histerycznym śmiechem. – Średnio mu to
wyszło, ale… Cóż, przyznaję, że próbował – dodała po chwili zastanowienia.
Liz zawahała
się, przez dłuższą chwilę zdolna co najwyżej obserwować. Była wdzięczna Damienowi
za to, co mówił. W przeciwieństwie do niej wydawał się wystarczająco
opanowany, by mieć szansę odzyskać kontrolę nad sytuacją. Co prawda jego słowa
nadal nie rozwiązywały najważniejszego problemu, ale wciąż wydawały się lepszym
początkiem, niż wzajemne przepraszanie i szukanie usprawiedliwienia. To
było tak, jakby jednak mieli szansę dojść do porozumienia i wspólnie
zacząć działać, a przecież o to w tym wszystko chodziło.
– Jesteś
człowiekiem, Shannon. Zresztą tak jak i Liz czy Nigel. Nie wiem czy
zdajecie sobie z tego sprawę, ale to bardzo kiepsko, skoro znacie prawdę o naszym
świecie – odezwał się ponownie chłopak. – Wierzcie mi, że wszyscy jesteśmy wam
wdzięczni za to, że utrzymujecie tajemnicę w sekrecie. Tyle że to nadal
nie sprawia, że którekolwiek z was jest bezpieczne. Strach w tym wypadku
jest w pełni naturalny.
– Co masz
na myśli? – wtrącił natychmiast Nigel. – Bo to, że ktoś poluje na Liz już wiemy.
Pytanie co w tym wszystkim ze mną i moją siostrą.
Damien
jedynie potrząsnął głową. Spiął się, wyraźnie zaniepokojony. Elizabeth zdołała
wyczuć to o wiele wyraźniej niż sądziła, w tamtej chwili nie mając
wątpliwości, że w grę po raz kolejny wchodziła więź.
– Mam
pewien pomysł – oznajmił nagle i to wystarczyło, żeby ją zaskoczyć. Nie
jako jedyną zresztą, bo również rodzeństwo spojrzało na niego w pytający
sposób. – Waszych rodziców nie ma, prawda?
– Jak widać
– zgodziła się Shannon. – Nie wrócą do wieczora.
Skinął głową.
Mimo wszystko nie wyglądał na uspokojonego.
– Więc
pojedźmy do nas – zasugerował, znacząco spoglądając na drzwi. – Będę potrzebował
chłopaków, ale to kwestia czasu. Zorganizujemy się, pogadamy, a potem
zadecydujemy co dalej.
– Damien? –
rzuciła z powątpiewaniem Liz.
– Pamiętam,
że coś ci obiecałem, ale sama powiedziałaś, że Ulrich nie daje znaku życia –
przypomniał usłużnie. – Możemy podręczyć go później. Zresztą mam w planach
coś, co tobie też może się przydać – dodał, a ona pytająco uniosła brwi,
nagle jeszcze bardziej skołowana.
Gdzieś za
ich plecami Shannon ze świstem wypuściła powietrze.
– Ulrich? –
wtrąciła spiętym tonem. – Ten sam, który…
Liz nie
pozwoliła jej dokończyć.
– To
materiał na dłuższą rozmowę – stwierdziła wymijająco. To nie był najlepszy moment
na pośpieszne streszczanie wszystkiego, co się wydarzyło. – Skupmy się na
jednej rzeczy na raz, co? Jakkolwiek powinnam to rozumieć… – mruknęła, nie kryjąc
sceptycyzmu.
O dziwo,
Damien jedynie uśmiechnął się w nieco zmęczony, choć szczery sposób.
– Na
rozmowy jeszcze będzie czas – zapewnił, siląc się na spokój. – A ja
pomyślałem o czymś, kiedy Shannon wspomniała o Rufusie… Wiem, że raz
sobie z nim poradziłaś, prawda? – zapytał wprost, a Liz stłumiła jęk.
–
Przypadkiem! – zapewniła pośpiesznie. To, że w panice dźgnęła wampira
kołkiem tylko dlatego, że zaszedł ją od tyłu, nadal do niej nie docierało.
– Ale
zrobiłaś to dobrze – zapewnił z przekonaniem. – Ludzie może i są słabsi,
ale nie całkowicie bezbronni. Co prawda to mój ojciec o wiele lepiej radzi
sobie z walką, ale… Cóż, kilka lekcji jeszcze nikomu nie zaszkodzi.
Wraz z tymi
słowami po prostu ruszył ku drzwiom.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz