26 listopada 2018

Sto sześćdziesiąt cztery

Alessia
Wątpliwości wróciły, ledwo tylko zaczęła mówić. Wspomnienie spojrzenia, którym obdarował ją Michael, kiedy widziała go po raz ostatni, również, choć Alessia nie potrafiła stwierdzić, co to oznaczało. To przecież nie tak, że naprawdę mógłby chcieć mnie zabić… Nie za to, że go zobaczyłam, prawda?, pomyślała, ale z jakiegoś powodu czuła, że tak naprawdę okłamywała samą siebie.
Słodka bogini, ten facet na oczach całego miasta prawie zaszlachtował jej brata. Nie myślała o tym, ale to nie znaczyło, że ot tak zapomniała i cokolwiek mu wybaczyła.
– Hm… Mów dalej.
Zamrugała nieco nieprzytomnie, początkowo niepewna, czego tak naprawdę oczekiwał od niej Rufus. W gruncie rzeczy jego głos ją zaskoczył, przez co dopiero po chwili zdołała zapanować nad sobą na tyle, by skupić na wampirze wzrok. Uprzytomniła sobie, że od dłuższego czasu wpatrywał się w nią z uwagą, na dodatek w sposób wystarczająco przenikliwy, bo doszła do wniosku, że może jednak zamierzał jej wysłuchać. Nie miała pewności, czego powinna spodziewać się po nim i reakcji na wszystko, co mówiła, ale jeśli Rufus wydawał się czymś zaintrygowany, coś zdecydowanie musiało być na rzeczy.
– Sama nie wiem – przyznała niechętnie, krzyżując ramiona na piersiach. – Może to nic, ale kiedy ostatnim razem go widziałam, zdenerwował się tylko dlatego, że w ogóle go zauważyłam. To wyglądało, jakby próbował wymknąć się z własnej kawiarni.
– Michael jest raczej jedną z ostatnich osób, które muszą się wysilać, by pozostać niezauważonym – zauważył cicho Rufus.
Mimo wszystko nie wyglądał na rozeźlonego, jakby podejrzewał, że za jej wyjaśnieniami kryło się coś więcej. Z drugiej strony, może to oczekiwała więcej niż powinna, ale mimo wszystko…
– Tyle że on nie był sam – oznajmiła wprost. – Nie wiem, może nie powinnam o tym mówić. Jemu na pewno byłoby to na rękę, ale… – Potrząsnęła głową. – Albo zaczynam wariować przez to, co się dzieje. Tak czy inaczej, Michael wymykał się gdzieś z jakąś kobietą w kapturze. Zwłaszcza po balu czarne peleryny kojarzą mi się tylko z jednym.
Nie miało znaczenia, że cała uroczystość w Volterze ją ominęła. W zasadzie błogosławiła taki stan rzeczy, zdecydowanie nie tęskniąc za oglądaniem czyjejkolwiek śmierci albo rzucającego się na prawo i lewo demona w szale. Wystarczyło, że wiedziała, co się wydarzyło – o Elenie i masakrze, którą zorganizował Włochom Rafael. Nie zmieniało to jednak faktu, że Volturi nadal byli problematyczni, zwłaszcza przez wzgląd na pałętająca się po Seattle Jane.
– Tak… Michael i Volturi? – Rufus uśmiechnął się w nieco wymuszony, pobłażliwy sposób. – Śmiem twierdzić, że to dość mało prawdopodobne.
Zacisnęła usta. Mogła przewidzieć taką reakcję, ale i tak przez moment poczuła się jak skarcone dziecko – i to nawet pomimo tego, że wampir brzmiał wyjątkowo mało złośliwie.
– Mówię tylko o tym, co widziałam. To mógł być ktokolwiek – obruszyła się. – Sam chciałeś wiedzieć, wujku.
– Ponieważ zaczęłaś temat – zauważył przytomnie. – Zresztą nie powiedziałem, że wątpię w to, co zobaczyłaś. Wykluczam jedynie powiązania Michaela z Volturi.
– To w ogóle ma jakieś znaczenie? – zapytała, nie kryjąc zniecierpliwienia. Właściwie sama nie była pewna, czy rozpoczynanie tej rozmowy było dobrym pomysłem. – Pomyślałam po prostu, że to dziwne. I to, że się wymykał, i jak na mnie patrzył.
– Sposób, w jaki patrzył? – powtórzył pozornie obojętnym tonem Rufus, ale po wyrazie jego twarzy poznała, że go zaintrygowała.
– Mhm. W zasadzie… To nie daje mi spokoju, zwłaszcza odkąd myślę o tym teraz – przyznała, ostrożnie dobierając słowa. Nie pierwszy raz podczas rozmowy z tym wampirem czuła się tak, jakby bredziła od rzeczy. – Kiedy mnie zauważył, spojrzał na mnie tak, jakby chciał mnie zabić. I to dosłownie.
Gwałtowny dreszcz przebiegł wzdłuż jej kręgosłupa, ledwo tylko wypowiedziała te słowa. W chwili, w której rozbrzmiały na głos, wydały jej się jeszcze prawdziwe niż do tej pory. Bezwiednie zacisnęła dłonie w pięści, nagle podenerwowana. Nie tego się spodziewała, w gruncie rzeczy wciąż mając wrażenie, że rozmowa z Rufusem sprawi, że ostatecznie uda jej się zwątpić w tok swojego rozumowania. Niestety, nic podobnego nie miało miejsca. W zamian za to doszła do wniosku, że coś musiało być na rzeczy – i że najpewniej miała szczęście, skoro koniec końców Michael pozwolił jej odejść.
Cisza, która nagle zapadła, wydała jej się zdecydowanie zbyt długa. Czuła na sobie przenikliwe spojrzenie Rufusa, po wyrazie jego twarzy poznając, że wampir intensywnie nad czymś myślał. Problem polegał na tym, że chcąc nie chcąc nie była w stanie stwierdzić, co takiego w tamtej chwili chodziło mu po głowie.
– Wujku? – zaryzykowała.
Drgnął, po czym spojrzał na nią w nieco roztargniony sposób. Nawet się nie skrzywił, kiedy po raz kolejny zwróciła do niego w ten sposób.
– Michael od zawsze lubił działać po swojemu. Nie jako jedyny zresztą – powiedział, ostrożnie dobierając słowa. Alessia nie musiała pytać, żeby zorientować się, że musiał mieć na myśli również siebie. – Jeśli chcesz ode mnie rady, to mam tylko jedną: nie mieszaj się w to.
– Ale…
– Uznałaś, że będę odpowiednią osobą, której powinnaś powiedzieć o tym, co widziałaś. Śmiem twierdzić, że coś w tym jest, bo nie ukrywam, że ja i Michael znamy się dość długo – oznajmił, bezceremonialnie wchodząc jej w słowo. – W jakimś stopniu zdążyłem go poznać, choć prawda jest taka, że gdybym zaczął nadążać za Michaelem, wtedy naprawdę moglibyśmy mówić o szaleństwie. Tak czy inaczej, skoro zareagował w ten sposób tylko dlatego, że go zobaczyłaś, to dość oczywiste, że nie chciał zostać zauważony.
– Zorientowałam się – mruknęła, z trudem powstrzymując grymas.
Rufus potrząsnął głową.
– Powiedziałaś, że nie jesteś pewna, czy powinnaś o tym wspominać. Odpowiedź brzmi: nie, najpewniej nie powinnaś – stwierdził, a Alessi momentalnie zrobiło się jeszcze bardziej zimno. – Bądź taka dobra i poprzestań na mnie. Sam się tym zajmę, z kolei ty… nie wplątuj się w kłopoty większe niż te, które masz teraz, dobrze?
Spojrzała na niego z powątpiewaniem, niezdolna wykrztusić z siebie chociażby słowa. Przez chwilę po prostu tkwiła w bezruchu, niezdolna zdobyć się na jakąkolwiek reakcję. Ostatecznie skinęła głową, zwłaszcza że Rufus wyglądał na kogoś, kto oczekiwał odpowiedzi. Nie wydawał się szczególnie usatysfakcjonowany tym, że ograniczyła się do gestów, ale nie skomentował tego nawet słowem. Odniosła wręcz wrażenie, że nieznacznie się rozluźnił, choć zarazem nie wyglądał jak ktoś, kto w pełni jej ufał.
Zawahała się, wciąż niepewna, co sądzić o jego słowach i radach. Przez moment poczuła się jak lata temu, kiedy zaczaił się na nią w jedne z uliczek Miasta Nocy tylko po to, by poinformować ją, co sądził o igraniu z wilkołakami. W przypadku Rufusa to już zachodziło niemalże o swego rodzaju troskę, choć sam zainteresowany prędzej osobiście by ją uśmiercił, niż się do tego przyznał.
– Tak czy inaczej – odezwał się ponownie wampir – szczerze wątpię, żebyś przyszła tu tylko po to, żeby plotkować o Michaelu. W szukanie towarzystwa też nie wierzę, ale skoro już tutaj jesteś…
– To nie wyrzucisz mnie za drzwi? – podsunęła z bladym uśmiechem.
Rufus jedynie wywrócił oczami.
– Wciąż się zastanawiam – mruknął z rezerwą. – Mam kilka rzeczy do zrobienia w Mieście Nocy. Nadal nie rozeznałem się w sytuacji, a skoro tutaj jesteś, może będę mógł zaoszczędzić czas. Nie sądzę, żebym na Dworze dowiedział się czegoś nowego, z kolei Isabeau podobno nie nadaje się do jakiejkolwiek rozmowy. Ze mną w szczególności, jak mniemam.
– Ciocia jest dziwna. I przybita, chociaż udaje, że to nieprawda. – Alessia z niedowierzaniem potrząsnęła głową. – Kiedy ostatni raz ją widziałam, wyrzuciła mnie ze świątyni.
– Cóż… – Po wyrazie wampira poznała, że takiej możliwości akurat nie uważał za dziwną. Dzięki, wujku! – I tak uważam, że powinniście być z nią ostrożni. Już raz pokazała, że nadmierne emocje jej nie służą.
W zasadzie nie musiał dodawać niczego więcej. Ali aż za dobrze pamiętała, co działo się z Beau przez jakiś czas, kiedy zatraciła w sobie człowieczeństwo. Tym razem sprawy nie miały się aż tak źle, ale nie mogła zaprzeczyć, że sytuacja nadal była w stanie się pogorszyć. W pamięci wciąż miała słowa ciotki na temat bogini, niejako sugerujące, że Isabeau zaczynała wątpić. To zdecydowanie nie wróżyło niczego dobrego, zwłaszcza że Isabeau zawsze wydawała się Alessi jedną z ostatnich osób, które mogłyby zanegować istnienie Selene.
– Dalej mi nie powiedziałeś, co robisz w Mieście Nocy – wyrzuciła z siebie na wydechu, chcąc jak najszybciej zmienić temat.
– Hm? – Brwi Rufusa powędrowały ku górze. – A kto powiedział, że to zrobię? Zresztą moja obecność tutaj jest naprawdę logiczna, skoro tutaj mieszkam.
– Wiesz, że nie o to mi chodzi, wujku – jęknęła, nie kryjąc frustracji. – Claire jest u Rosalee, a Layla została w Seattle. To znaczy, że albo coś się stało, albo znowu się pokłóciliście.
– Dlaczego od razu musisz zakładać najgorsze? – żachnął się. – Mamy się dobrze i niech tyle ci wystarczy. Z kolei nieobecność Claire powinna być w pełni uzasadniona. Ani Miasto Nocy, ani Seattle nie są aktualnie miejscami, które uznałbym za bezpieczne.
Zacisnęła usta, momentalnie jeszcze bardziej zmartwiona. Jeśli do tego wszystkiego Rufus zaczynał zachowywać się tak, jakby był przewrażliwiony, coś zdecydowanie musiało być na rzeczy.
– Damien informuje mnie na bieżąco – przyznała z wahaniem. – Chociaż nie chciałam wierzyć, że jest aż tak źle. Teraz największym problemem i tak jest mama, prawda?
– Nie mieliśmy do czynienia ani z łowcami, ani z Volturi, więc chyba można tak powiedzieć – stwierdził bez większego zainteresowania. W tamtej chwili nabrała pewności, że musiało chodzić o coś więcej. Kiedy na dodatek westchnął przeciągle i spojrzał na nią w co najmniej rozdrażniony sposób, jedynie utwierdziła się w tym przekonaniu. – Na litość bogini, oczywiście, że musisz mi to robić… Nie dasz mi spokoju, jeśli tak po prostu poproszę, prawda?
– Rzadko prosisz – zauważyła, wysilając się na blady uśmiech.
Zauważyła, że wywrócił oczami. Wydawał się w zaskakująco dobrym nastroju, co Alessia ostatecznie uznała za wpływ laboratorium. Rufus nie lubił się gdziekolwiek ruszać, więc znajome miejsce musiało jakimś stopniu pomóc mu się uspokoić.
– Nieważne. – Bezceremonialnie zwrócił się do niej plecami. – Nie drażnisz mnie na tyle, bym chciał pozwolić ci błąkać się samotnie po mieście. Nie w tej sytuacji – dodał po chwili zastanowienia. Tak, to zdecydowanie brzmiało jak troska. – Skoro już tutaj jesteś, to chodź. Tylko, na litość bogini, spróbuj niczego nie zepsuć!
Otworzyła i zaraz zamknęła usta, ostatecznie decydując się na milczenie. Rufus zbyt łatwo mógł zmienić zdanie i kazać jej wyjść, choć takiej możliwości wolała nie brać pod uwagę. Z drugiej strony, całe lata minęły od czasów, gdy była małą, roztrzepaną dziewczynką, która przypadkiem mogła doprowadzić do jakiegoś wypadku. To, że kilka razy prawie doprowadziła do czegoś, co – przynajmniej zdaniem wampira – mogło zrównać z ziemią całą dzielnicę, nie oznaczało, że każda jej wizyta w laboratorium miałaby równać się z potencjalnym nieszczęściem!
Powiodła wzrokiem dookoła, z powątpiewaniem spoglądając na blaty i całą masę rzeczy, których nie potrafiła nazwać. To miejsce, zresztą tak jak i Rufus, kojarzyło jej się tylko z jednym: z chaosem. To nie był po prostu bałagan, ale coś bardziej złożonego, co paradoksalnie wydawało się mieć w sobie jakiś głębszy sens. Chwilami sama nie była pewna, jak ten wampir w ogóle odnajdował się w czymkolwiek, ale wszystko wskazywało na to, że doskonale sobie radził. Może to dowodziło, że jednak był genialny, choć i tego nie zamierzała mówić na głos.
Nie zmieniało to jednak faktu, że laboratorium było inne, odkąd pojawiły się Layla i Claire. Była w stanie dostrzec rzeczy tej pierwszej. Rozglądając się dookoła, zauważyła też kilka zapisanych kartek, na których pismo było zdecydowanie zbyt staranne, uporządkowane i drobne, by rozpoznała w tym rękę kuzynki. To były drobiazgi, ale wystarczyły, żeby uznała, że to miejsce nagle stało się dziwnie puste. Mimochodem pomyślała, że to tez mogło być powodem, dla którego Rufus jednak pozwolił jej zostać. Alessia nie mogła pozbyć się wrażenia, że gdy już raz porzuciło się samotność, bardzo trudno było ot tak do niej przywyknąć na nowo.
– Więc twierdzisz, że Damien mówi ci o wszystkim, co się dzieje… – Wampir nagle przystanął, po czym przeniósł na nią wzrok. Plecami oparł się o jeden z blatów, wcześniej jakby od niechcenia odsuwając kilka zalegających na nim rzeczy, by zrobić trochę miejsca. – Jakoś nie wątpię. Pytanie czy zdążyłaś poznać dwójkę dzieciaków, którymi interesowałem się ja i Renesmee.
– Trudno, żebym nie zauważyła, że mama ciskała się o wykorzystywanie piwnicy jako więzienia. Znowu.
Jedynie parsknął śmiechem – nieco złośliwym, ale jednak zadziwiająco szczerym.
– Macie zadziwiającą skłonność do doszukiwania się najgorszych scenariuszy – stwierdził, wznosząc oczy ku górze. – Ja bym to uznał raczej za środki bezpieczeństwa, zwłaszcza że nikt nie ucierpiał. To raczej ja i Claire mogliśmy.
– I to jest powód, dla którego wróciłeś? – nie dawała za wygraną. – Layla na pewno chciałaby im pomóc. Skoro to po części wampiry… i demony. Dobrze zrozumiałam? Łowcy eksperymentowali z krwią.
– W tym rzecz. – Spojrzał na nią dziwnie, jakby zaskoczony tym, że cokolwiek rozumiała. Ostatecznie jak gdyby nigdy nic ciągnął dalej, w pośpiechu wyrzucając z siebie kolejne słowa. – Zacząłem podejrzewać w czym rzecz, kiedy zniknęła Layla, a Renesmee powiedziała mi, co dzieje się na jej uczelni. Chociaż żadne z tych dzieciaków nie ma bezpośredniego związku z Laylą. Sądząc po objawach, które oboje mają, w ich przypadku zaczęło się dużo wcześniej – przyznał, w tamtej chwili wydając się zwracać bardziej do siebie niż kogokolwiek innego. – W szczególności chłopak mnie martwi. Tu już mamy do czynienia z demonami, a to niedobrze. Nie muszę chyba tłumaczyć, co by to oznaczało?
Wzdrygnęła się i to najwyraźniej wystarczyło mu za odpowiedź. W gruncie rzeczy jakiekolwiek tłumaczenia były zbędne. Skoro mieli do czynienia z kimś, kto zaraził się za sprawą krwi demona, to znaczyło, że łowcy musieli mieć do jakiegoś dostęp.
– A co na to Rafael? Skoro kręci się przy Elenie…
– Uważasz, że nie próbowałem tego sprawdzać? On i jego siostra zarzekają się, że żaden demon sam z siebie nie podzieliłby się krwią z ludźmi. Widziałem dość, by im wierzyć.
– To nie ma sensu – westchnęła z niedowierzaniem, coraz bardziej skołowana.
Spodziewała się, że Rufus prychnie albo wyśmieje ją za kolejne oczywiste stwierdzenie, ale on jedynie skinął głową. Poczuła się dziwnie, kiedy nagle zaczął krążyć tam i z powrotem.
– Żeby tylko to – mruknął w zamyśleniu. – Tutaj nie chodzi o samą krew, skoro już jesteśmy przy temacie. Nie wiem jak było z demonicznym chłopakiem, ale dziewczyna, którą przyprowadziliśmy z Renesmee, dostała od łowców leki, które przejmowała. Żadnym zaskoczeniem jest dla mnie obecność wampirzej krwi, bo przecież jakoś musiała ją przyjmować, ale…
– Ale? – zaniepokoiła się Alessia. Jego wyjaśnienia brzmiały coraz bardziej niepokojąco.
– Nie przerywaj mi. – Westchnął przeciągle. – Nie wiem na ile jesteś w stanie zrozumieć to, o czym mówię, ale w tych lekach było coś więcej. Poniekąd dlatego tutaj jestem – wyjaśnił, krzyżując ramiona. – Już raz sprawdzałem te próbki, ale wtedy nie miałem tak dobrych warunków jak w laboratorium. Swoją drogą, to niepokojące, chociaż ciekawe… Wychodzi na to, że ktoś znał się na rzeczy, przynajmniej jeśli chodzi o chemię – dodał po chwili zastanowienia. Zaczynasz brzmieć na zafascynowanego…, przeszło Alessi przez myśl, ale w porę ugryzła się w język. Zawsze czułą się nieswojo, gdy Rufus zaczynał się zapędzać. – Co było nie tak z twoją siostrą, kiedy wróciła do domu? – zapytał nieoczekiwanie, tym samym wyrywając ją z zamyślenia.
– Och… Z Joce? – rzuciła w roztargnieniu.
Rufus wzniósł oczy ku górze.
– A masz inną siostrę?
Puściła jego słowa mimo uszu. Chcąc nie chcąc skupiła się na jego pytaniu, dochodząc do wniosku, że w obecnej sytuacji i tak nie miała zbyt wiele do stracenia. Skoro Rufus zaczynał traktować ją tak, jakby mogła okazać się przydatna, mieli progres.
– Nie jestem pewna – przyznała, ostrożnie dobierając słowa. – Joce była wyczerpana, a z tego, co słyszałam… Cóż, Layla… – Urwała, po wyrazie twarzy wampira poznając, że tego epizodu akurat był w pełni świadomy. – Ale chodziło o coś jeszcze. Carlisle zabrał ją do szpitala, bo właściwie płakała z bólu. Może coś pomieszałam, ale już przy tym całym Projekcie Beta Joce wspominała, że dostała coś, po czym przestała widzieć duchy.
– Hm… A to niedobrze? – Rufus z uwagą zmierzył ją wzrokiem. – O ile zauważyłem, niezbyt dobrze to znosi. Nie byłbym zaskoczony, gdyby chciała się pozbyć tego daru.
– Ja też nie – przyznała zgodnie z prawdą Alessia. – Ale to przez te leki tak źle się czuła. Twierdziła, że głowa najbardziej boli ją wtedy, gdy oni próbują do niej mówić, a ona ich nie słyszy.
O bogini, to źle zabrzmiało…, pomyślała, ledwo tylko wypowiedziała ostatnie słowa. Przez moment poczuła się tak, jakby wylądowała w „Szóstym Zmyśle” albo równie niepokojącym filmie. Dar Jocelyne chwilami wciąż brzmiał jak coś niemożliwego. W efekcie chociaż słyszała dość, by siostrze wierzyć, nie była w stanie bez cienia emocji rozmawiać o duchach i wszystkim, co wiązało się z nekromancją.
– I dopiero to jest niepokojące. Zabawa hybrydami, nadzwyczajnymi zdolnościami, kryształem i bronią, która mogłaby być problematyczna dla takich jak my… A wszystko w rękach grupki ludzi, którzy okazali się na tyle nieostrożni, by masowo zginąć z rąk jednego wampira. – Rufus potrząsnął głową. – Jak żyję, tak do tej pory się z czymś takim nie spotkałem. A wierz mi, że widziałem dość.
Jakoś w to nie wątpiła, tym bardziej że wiedziała, że naukowiec miał w przeszłości coś wspólnego z Isobel. Nie bez powodu czasami uważali go za szalonego, choć to wydawało się niczym w porównaniu ze sposobem, w jaki w tamtej chwili zaczynała postrzegać łowców. Nie miała pojęcia, jaki był ten Rufus sprzed lat, zanim Layla wymogła na nim więcej ludzkich odruchów, ale nie sądziła, żeby było z nim aż tak źle. A może po prostu naiwnie próbowała dostrzegać w nim pełnię człowieczeństwa, zwłaszcza że byli rodziną – i to niezależnie od tego, co na ten temat sądził sam zainteresowany.
– Może Joce mogłaby powiedzieć coś więcej – zasugerowała, ostrożnie dobierając słowa. – Przynajmniej o tym, co jej dolegało.
– Och, bardzo chętnie porozmawiałbym sobie z Joce… Tyle że na to trochę za późno, skoro niczego szczególnego nie znalazłbym w jej krwi – zauważył i zabrzmiał jej przy tym na co najmniej rozczarowanego. Gdyby mama w ogóle miała pozwolić ci zbliżyć się do niej na tyle, byś dostał jej krew, pomyślała z niedowierzaniem Alessia. Z łatwością mogła sobie wyobrazić reakcję Nessie na jakąkolwiek sugestię eksperymentowania na którymś z jej dzieci. – Nie sądzę też, by zdołała powiedzieć mi coś konkretnego. To, że okazyjnie traci siły, zdążyłem zauważyć sam.
– Dalej nie wiem, czego szukasz.
Wampir prychnął, bynajmniej nie zaskoczony jej słowami. W zamian uśmiechnął się w nieco gorzki sposób, wysuwając przy tym kły.
– Ja też nie, ale wierzę, że to kwestia czasu. Na razie sprawdzę to, z czym tutaj przyjechałem – stwierdził, prostując się i odsuwając od blatu. – A ty… Cóż, skoro już tutaj jesteś, to usiądź pod ścianą i nie przeszkadzaj, co? Lubię pracować w ciszy.
Alessia jedynie potrząsnęła głową, sama niepewna czy powinna się śmiać, czy może płakać. Nie wyrzucił jej i to już o czym świadczyło, a jednak w tamtej chwili zwątpiła, czy naprawdę chciała mu towarzyszyć. Dowiedziała się o wiele więcej niż chciała i to wystarczyło, by poczuła się nieswojo.
Z tym, że nie miała wyboru.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa