
Alessia
Wątpliwości wróciły, ledwo
tylko zaczęła mówić. Wspomnienie spojrzenia, którym obdarował ją Michael, kiedy
widziała go po raz ostatni, również, choć Alessia nie potrafiła stwierdzić, co
to oznaczało. To przecież nie tak, że
naprawdę mógłby chcieć mnie zabić… Nie za to, że go zobaczyłam, prawda?,
pomyślała, ale z jakiegoś powodu czuła, że tak naprawdę okłamywała samą
siebie.
Słodka
bogini, ten facet na oczach całego miasta prawie zaszlachtował jej brata. Nie
myślała o tym, ale to nie znaczyło, że ot tak zapomniała i cokolwiek
mu wybaczyła.
– Hm… Mów
dalej.
Zamrugała
nieco nieprzytomnie, początkowo niepewna, czego tak naprawdę oczekiwał od niej
Rufus. W gruncie rzeczy jego głos ją zaskoczył, przez co dopiero po chwili
zdołała zapanować nad sobą na tyle, by skupić na wampirze wzrok. Uprzytomniła
sobie, że od dłuższego czasu wpatrywał się w nią z uwagą, na dodatek w sposób
wystarczająco przenikliwy, bo doszła do wniosku, że może jednak zamierzał jej
wysłuchać. Nie miała pewności, czego powinna spodziewać się po nim i reakcji
na wszystko, co mówiła, ale jeśli Rufus wydawał się czymś zaintrygowany, coś
zdecydowanie musiało być na rzeczy.
– Sama nie
wiem – przyznała niechętnie, krzyżując ramiona na piersiach. – Może to nic, ale
kiedy ostatnim razem go widziałam, zdenerwował się tylko dlatego, że w ogóle
go zauważyłam. To wyglądało, jakby próbował wymknąć się z własnej
kawiarni.
– Michael
jest raczej jedną z ostatnich osób, które muszą się wysilać, by pozostać
niezauważonym – zauważył cicho Rufus.
Mimo
wszystko nie wyglądał na rozeźlonego, jakby podejrzewał, że za jej
wyjaśnieniami kryło się coś więcej. Z drugiej strony, może to oczekiwała
więcej niż powinna, ale mimo wszystko…
– Tyle że
on nie był sam – oznajmiła wprost. – Nie wiem, może nie powinnam o tym
mówić. Jemu na pewno byłoby to na rękę, ale… – Potrząsnęła głową. – Albo
zaczynam wariować przez to, co się dzieje. Tak czy inaczej, Michael wymykał się
gdzieś z jakąś kobietą w kapturze. Zwłaszcza po balu czarne peleryny
kojarzą mi się tylko z jednym.
Nie miało
znaczenia, że cała uroczystość w Volterze ją ominęła. W zasadzie
błogosławiła taki stan rzeczy, zdecydowanie nie tęskniąc za oglądaniem
czyjejkolwiek śmierci albo rzucającego się na prawo i lewo demona w szale.
Wystarczyło, że wiedziała, co się wydarzyło – o Elenie i masakrze,
którą zorganizował Włochom Rafael. Nie zmieniało to jednak faktu, że Volturi
nadal byli problematyczni, zwłaszcza przez wzgląd na pałętająca się po Seattle
Jane.
– Tak…
Michael i Volturi? – Rufus uśmiechnął się w nieco wymuszony,
pobłażliwy sposób. – Śmiem twierdzić, że to dość mało prawdopodobne.
Zacisnęła
usta. Mogła przewidzieć taką reakcję, ale i tak przez moment poczuła się
jak skarcone dziecko – i to nawet pomimo tego, że wampir brzmiał wyjątkowo
mało złośliwie.
– Mówię
tylko o tym, co widziałam. To mógł być ktokolwiek – obruszyła się. – Sam
chciałeś wiedzieć, wujku.
– Ponieważ
zaczęłaś temat – zauważył przytomnie. – Zresztą nie powiedziałem, że wątpię w to,
co zobaczyłaś. Wykluczam jedynie powiązania Michaela z Volturi.
– To w ogóle
ma jakieś znaczenie? – zapytała, nie kryjąc zniecierpliwienia. Właściwie sama
nie była pewna, czy rozpoczynanie tej rozmowy było dobrym pomysłem. –
Pomyślałam po prostu, że to dziwne. I to, że się wymykał, i jak na
mnie patrzył.
– Sposób, w jaki
patrzył? – powtórzył pozornie obojętnym tonem Rufus, ale po wyrazie jego twarzy
poznała, że go zaintrygowała.
– Mhm. W zasadzie…
To nie daje mi spokoju, zwłaszcza odkąd myślę o tym teraz – przyznała,
ostrożnie dobierając słowa. Nie pierwszy raz podczas rozmowy z tym wampirem
czuła się tak, jakby bredziła od rzeczy. – Kiedy mnie zauważył, spojrzał na
mnie tak, jakby chciał mnie zabić. I to dosłownie.
Gwałtowny
dreszcz przebiegł wzdłuż jej kręgosłupa, ledwo tylko wypowiedziała te słowa. W chwili,
w której rozbrzmiały na głos, wydały jej się jeszcze prawdziwe niż do tej
pory. Bezwiednie zacisnęła dłonie w pięści, nagle podenerwowana. Nie tego
się spodziewała, w gruncie rzeczy wciąż mając wrażenie, że rozmowa z Rufusem
sprawi, że ostatecznie uda jej się zwątpić w tok swojego rozumowania.
Niestety, nic podobnego nie miało miejsca. W zamian za to doszła do wniosku,
że coś musiało być na rzeczy – i że najpewniej miała szczęście, skoro
koniec końców Michael pozwolił jej odejść.
Cisza, która
nagle zapadła, wydała jej się zdecydowanie zbyt długa. Czuła na sobie
przenikliwe spojrzenie Rufusa, po wyrazie jego twarzy poznając, że wampir
intensywnie nad czymś myślał. Problem polegał na tym, że chcąc nie chcąc nie
była w stanie stwierdzić, co takiego w tamtej chwili chodziło mu po
głowie.
– Wujku? –
zaryzykowała.
Drgnął, po
czym spojrzał na nią w nieco roztargniony sposób. Nawet się nie skrzywił,
kiedy po raz kolejny zwróciła do niego w ten sposób.
– Michael
od zawsze lubił działać po swojemu. Nie jako jedyny zresztą – powiedział,
ostrożnie dobierając słowa. Alessia nie musiała pytać, żeby zorientować się, że
musiał mieć na myśli również siebie. – Jeśli chcesz ode mnie rady, to mam tylko
jedną: nie mieszaj się w to.
– Ale…
– Uznałaś,
że będę odpowiednią osobą, której powinnaś powiedzieć o tym, co widziałaś.
Śmiem twierdzić, że coś w tym jest, bo nie ukrywam, że ja i Michael
znamy się dość długo – oznajmił, bezceremonialnie wchodząc jej w słowo. – W jakimś
stopniu zdążyłem go poznać, choć prawda jest taka, że gdybym zaczął nadążać za
Michaelem, wtedy naprawdę moglibyśmy mówić o szaleństwie. Tak czy inaczej,
skoro zareagował w ten sposób tylko dlatego, że go zobaczyłaś, to dość
oczywiste, że nie chciał zostać zauważony.
– Zorientowałam
się – mruknęła, z trudem powstrzymując grymas.
Rufus
potrząsnął głową.
–
Powiedziałaś, że nie jesteś pewna, czy powinnaś o tym wspominać. Odpowiedź
brzmi: nie, najpewniej nie powinnaś – stwierdził, a Alessi momentalnie
zrobiło się jeszcze bardziej zimno. – Bądź taka dobra i poprzestań na mnie.
Sam się tym zajmę, z kolei ty… nie wplątuj się w kłopoty większe niż
te, które masz teraz, dobrze?
Spojrzała
na niego z powątpiewaniem, niezdolna wykrztusić z siebie chociażby
słowa. Przez chwilę po prostu tkwiła w bezruchu, niezdolna zdobyć się na
jakąkolwiek reakcję. Ostatecznie skinęła głową, zwłaszcza że Rufus wyglądał na
kogoś, kto oczekiwał odpowiedzi. Nie wydawał się szczególnie usatysfakcjonowany
tym, że ograniczyła się do gestów, ale nie skomentował tego nawet słowem.
Odniosła wręcz wrażenie, że nieznacznie się rozluźnił, choć zarazem nie wyglądał
jak ktoś, kto w pełni jej ufał.
Zawahała
się, wciąż niepewna, co sądzić o jego słowach i radach. Przez moment
poczuła się jak lata temu, kiedy zaczaił się na nią w jedne z uliczek
Miasta Nocy tylko po to, by poinformować ją, co sądził o igraniu z wilkołakami.
W przypadku Rufusa to już zachodziło niemalże o swego rodzaju troskę,
choć sam zainteresowany prędzej osobiście by ją uśmiercił, niż się do tego
przyznał.
– Tak czy
inaczej – odezwał się ponownie wampir – szczerze wątpię, żebyś przyszła tu
tylko po to, żeby plotkować o Michaelu. W szukanie towarzystwa też
nie wierzę, ale skoro już tutaj jesteś…
– To nie
wyrzucisz mnie za drzwi? – podsunęła z bladym uśmiechem.
Rufus
jedynie wywrócił oczami.
– Wciąż się
zastanawiam – mruknął z rezerwą. – Mam kilka rzeczy do zrobienia w Mieście
Nocy. Nadal nie rozeznałem się w sytuacji, a skoro tutaj jesteś, może
będę mógł zaoszczędzić czas. Nie sądzę, żebym na Dworze dowiedział się czegoś
nowego, z kolei Isabeau podobno nie nadaje się do jakiejkolwiek rozmowy.
Ze mną w szczególności, jak mniemam.
– Ciocia jest
dziwna. I przybita, chociaż udaje, że to nieprawda. – Alessia z niedowierzaniem
potrząsnęła głową. – Kiedy ostatni raz ją widziałam, wyrzuciła mnie ze
świątyni.
– Cóż… – Po
wyrazie wampira poznała, że takiej możliwości akurat nie uważał za dziwną. Dzięki, wujku! – I tak uważam, że
powinniście być z nią ostrożni. Już raz pokazała, że nadmierne emocje jej
nie służą.
W zasadzie
nie musiał dodawać niczego więcej. Ali aż za dobrze pamiętała, co działo się z Beau
przez jakiś czas, kiedy zatraciła w sobie człowieczeństwo. Tym razem sprawy
nie miały się aż tak źle, ale nie mogła zaprzeczyć, że sytuacja nadal była w stanie
się pogorszyć. W pamięci wciąż miała słowa ciotki na temat bogini, niejako
sugerujące, że Isabeau zaczynała wątpić. To zdecydowanie nie wróżyło niczego
dobrego, zwłaszcza że Isabeau zawsze wydawała się Alessi jedną z ostatnich
osób, które mogłyby zanegować istnienie Selene.
– Dalej mi
nie powiedziałeś, co robisz w Mieście Nocy – wyrzuciła z siebie na
wydechu, chcąc jak najszybciej zmienić temat.
– Hm? –
Brwi Rufusa powędrowały ku górze. – A kto powiedział, że to zrobię?
Zresztą moja obecność tutaj jest naprawdę logiczna, skoro tutaj mieszkam.
– Wiesz, że
nie o to mi chodzi, wujku – jęknęła, nie kryjąc frustracji. – Claire jest u Rosalee,
a Layla została w Seattle. To znaczy, że albo coś się stało, albo
znowu się pokłóciliście.
– Dlaczego
od razu musisz zakładać najgorsze? – żachnął się. – Mamy się dobrze i niech
tyle ci wystarczy. Z kolei nieobecność Claire powinna być w pełni uzasadniona.
Ani Miasto Nocy, ani Seattle nie są aktualnie miejscami, które uznałbym za
bezpieczne.
Zacisnęła
usta, momentalnie jeszcze bardziej zmartwiona. Jeśli do tego wszystkiego Rufus
zaczynał zachowywać się tak, jakby był przewrażliwiony, coś zdecydowanie
musiało być na rzeczy.
– Damien
informuje mnie na bieżąco – przyznała z wahaniem. – Chociaż nie chciałam
wierzyć, że jest aż tak źle. Teraz największym problemem i tak jest mama,
prawda?
– Nie
mieliśmy do czynienia ani z łowcami, ani z Volturi, więc chyba można
tak powiedzieć – stwierdził bez większego zainteresowania. W tamtej chwili
nabrała pewności, że musiało chodzić o coś więcej. Kiedy na dodatek
westchnął przeciągle i spojrzał na nią w co najmniej rozdrażniony
sposób, jedynie utwierdziła się w tym przekonaniu. – Na litość bogini,
oczywiście, że musisz mi to robić… Nie dasz mi spokoju, jeśli tak po prostu poproszę,
prawda?
– Rzadko
prosisz – zauważyła, wysilając się na blady uśmiech.
Zauważyła,
że wywrócił oczami. Wydawał się w zaskakująco dobrym nastroju, co Alessia
ostatecznie uznała za wpływ laboratorium. Rufus nie lubił się gdziekolwiek
ruszać, więc znajome miejsce musiało jakimś stopniu pomóc mu się uspokoić.
– Nieważne.
– Bezceremonialnie zwrócił się do niej plecami. – Nie drażnisz mnie na tyle,
bym chciał pozwolić ci błąkać się samotnie po mieście. Nie w tej sytuacji –
dodał po chwili zastanowienia. Tak, to zdecydowanie brzmiało jak troska. –
Skoro już tutaj jesteś, to chodź. Tylko, na litość bogini, spróbuj niczego nie
zepsuć!
Otworzyła i zaraz
zamknęła usta, ostatecznie decydując się na milczenie. Rufus zbyt łatwo mógł
zmienić zdanie i kazać jej wyjść, choć takiej możliwości wolała nie brać
pod uwagę. Z drugiej strony, całe lata minęły od czasów, gdy była małą,
roztrzepaną dziewczynką, która przypadkiem mogła doprowadzić do jakiegoś
wypadku. To, że kilka razy prawie doprowadziła do czegoś, co – przynajmniej
zdaniem wampira – mogło zrównać z ziemią całą dzielnicę, nie oznaczało, że
każda jej wizyta w laboratorium miałaby równać się z potencjalnym
nieszczęściem!
Powiodła
wzrokiem dookoła, z powątpiewaniem spoglądając na blaty i całą masę
rzeczy, których nie potrafiła nazwać. To miejsce, zresztą tak jak i Rufus,
kojarzyło jej się tylko z jednym: z chaosem. To nie był po prostu
bałagan, ale coś bardziej złożonego, co paradoksalnie wydawało się mieć w sobie
jakiś głębszy sens. Chwilami sama nie była pewna, jak ten wampir w ogóle
odnajdował się w czymkolwiek, ale wszystko wskazywało na to, że doskonale
sobie radził. Może to dowodziło, że jednak był genialny, choć i tego nie
zamierzała mówić na głos.
Nie
zmieniało to jednak faktu, że laboratorium było inne, odkąd pojawiły się Layla i Claire.
Była w stanie dostrzec rzeczy tej pierwszej. Rozglądając się dookoła,
zauważyła też kilka zapisanych kartek, na których pismo było zdecydowanie zbyt
staranne, uporządkowane i drobne, by rozpoznała w tym rękę kuzynki. To
były drobiazgi, ale wystarczyły, żeby uznała, że to miejsce nagle stało się
dziwnie puste. Mimochodem pomyślała, że to tez mogło być powodem, dla którego
Rufus jednak pozwolił jej zostać. Alessia nie mogła pozbyć się wrażenia, że gdy
już raz porzuciło się samotność, bardzo trudno było ot tak do niej przywyknąć
na nowo.
– Więc
twierdzisz, że Damien mówi ci o wszystkim, co się dzieje… – Wampir nagle
przystanął, po czym przeniósł na nią wzrok. Plecami oparł się o jeden z blatów,
wcześniej jakby od niechcenia odsuwając kilka zalegających na nim rzeczy, by
zrobić trochę miejsca. – Jakoś nie wątpię. Pytanie czy zdążyłaś poznać dwójkę
dzieciaków, którymi interesowałem się ja i Renesmee.
– Trudno,
żebym nie zauważyła, że mama ciskała się o wykorzystywanie piwnicy jako
więzienia. Znowu.
Jedynie
parsknął śmiechem – nieco złośliwym, ale jednak zadziwiająco szczerym.
– Macie
zadziwiającą skłonność do doszukiwania się najgorszych scenariuszy – stwierdził,
wznosząc oczy ku górze. – Ja bym to uznał raczej za środki bezpieczeństwa,
zwłaszcza że nikt nie ucierpiał. To raczej ja i Claire mogliśmy.
– I to
jest powód, dla którego wróciłeś? – nie dawała za wygraną. – Layla na pewno
chciałaby im pomóc. Skoro to po części wampiry… i demony. Dobrze
zrozumiałam? Łowcy eksperymentowali z krwią.
– W tym
rzecz. – Spojrzał na nią dziwnie, jakby zaskoczony tym, że cokolwiek rozumiała.
Ostatecznie jak gdyby nigdy nic ciągnął dalej, w pośpiechu wyrzucając z siebie
kolejne słowa. – Zacząłem podejrzewać w czym rzecz, kiedy zniknęła Layla, a Renesmee
powiedziała mi, co dzieje się na jej uczelni. Chociaż żadne z tych
dzieciaków nie ma bezpośredniego związku z Laylą. Sądząc po objawach,
które oboje mają, w ich przypadku zaczęło się dużo wcześniej – przyznał, w tamtej
chwili wydając się zwracać bardziej do siebie niż kogokolwiek innego. – W szczególności
chłopak mnie martwi. Tu już mamy do czynienia z demonami, a to niedobrze.
Nie muszę chyba tłumaczyć, co by to oznaczało?
Wzdrygnęła
się i to najwyraźniej wystarczyło mu za odpowiedź. W gruncie rzeczy
jakiekolwiek tłumaczenia były zbędne. Skoro mieli do czynienia z kimś, kto
zaraził się za sprawą krwi demona, to znaczyło, że łowcy musieli mieć do jakiegoś
dostęp.
– A co
na to Rafael? Skoro kręci się przy Elenie…
– Uważasz,
że nie próbowałem tego sprawdzać? On i jego siostra zarzekają się, że
żaden demon sam z siebie nie podzieliłby się krwią z ludźmi. Widziałem
dość, by im wierzyć.
– To nie ma
sensu – westchnęła z niedowierzaniem, coraz bardziej skołowana.
Spodziewała
się, że Rufus prychnie albo wyśmieje ją za kolejne oczywiste stwierdzenie, ale
on jedynie skinął głową. Poczuła się dziwnie, kiedy nagle zaczął krążyć tam i z
powrotem.
– Żeby
tylko to – mruknął w zamyśleniu. – Tutaj nie chodzi o samą krew, skoro
już jesteśmy przy temacie. Nie wiem jak było z demonicznym chłopakiem, ale
dziewczyna, którą przyprowadziliśmy z Renesmee, dostała od łowców leki,
które przejmowała. Żadnym zaskoczeniem jest dla mnie obecność wampirzej krwi,
bo przecież jakoś musiała ją przyjmować, ale…
– Ale? –
zaniepokoiła się Alessia. Jego wyjaśnienia brzmiały coraz bardziej niepokojąco.
– Nie
przerywaj mi. – Westchnął przeciągle. – Nie wiem na ile jesteś w stanie
zrozumieć to, o czym mówię, ale w tych lekach było coś więcej. Poniekąd
dlatego tutaj jestem – wyjaśnił, krzyżując ramiona. – Już raz sprawdzałem te
próbki, ale wtedy nie miałem tak dobrych warunków jak w laboratorium.
Swoją drogą, to niepokojące, chociaż ciekawe… Wychodzi na to, że ktoś znał się
na rzeczy, przynajmniej jeśli chodzi o chemię – dodał po chwili zastanowienia.
Zaczynasz brzmieć na zafascynowanego…,
przeszło Alessi przez myśl, ale w porę ugryzła się w język. Zawsze
czułą się nieswojo, gdy Rufus zaczynał się zapędzać. – Co było nie tak z twoją
siostrą, kiedy wróciła do domu? – zapytał nieoczekiwanie, tym samym wyrywając ją
z zamyślenia.
– Och… Z Joce?
– rzuciła w roztargnieniu.
Rufus wzniósł
oczy ku górze.
– A masz
inną siostrę?
Puściła
jego słowa mimo uszu. Chcąc nie chcąc skupiła się na jego pytaniu, dochodząc do
wniosku, że w obecnej sytuacji i tak nie miała zbyt wiele do
stracenia. Skoro Rufus zaczynał traktować ją tak, jakby mogła okazać się
przydatna, mieli progres.
– Nie
jestem pewna – przyznała, ostrożnie dobierając słowa. – Joce była wyczerpana, a z
tego, co słyszałam… Cóż, Layla… – Urwała, po wyrazie twarzy wampira poznając,
że tego epizodu akurat był w pełni świadomy. – Ale chodziło o coś
jeszcze. Carlisle zabrał ją do szpitala, bo właściwie płakała z bólu. Może
coś pomieszałam, ale już przy tym całym Projekcie
Beta Joce wspominała, że dostała coś, po czym przestała widzieć duchy.
– Hm… A to
niedobrze? – Rufus z uwagą zmierzył ją wzrokiem. – O ile zauważyłem,
niezbyt dobrze to znosi. Nie byłbym zaskoczony, gdyby chciała się pozbyć tego
daru.
– Ja też
nie – przyznała zgodnie z prawdą Alessia. – Ale to przez te leki tak źle
się czuła. Twierdziła, że głowa najbardziej boli ją wtedy, gdy oni próbują do
niej mówić, a ona ich nie słyszy.
O bogini, to źle zabrzmiało…, pomyślała,
ledwo tylko wypowiedziała ostatnie słowa. Przez moment poczuła się tak, jakby
wylądowała w „Szóstym Zmyśle” albo równie niepokojącym filmie. Dar Jocelyne
chwilami wciąż brzmiał jak coś niemożliwego. W efekcie chociaż słyszała
dość, by siostrze wierzyć, nie była w stanie bez cienia emocji rozmawiać o duchach
i wszystkim, co wiązało się z nekromancją.
– I dopiero
to jest niepokojące. Zabawa hybrydami, nadzwyczajnymi zdolnościami, kryształem i bronią,
która mogłaby być problematyczna dla takich jak my… A wszystko w rękach
grupki ludzi, którzy okazali się na tyle nieostrożni, by masowo zginąć z rąk
jednego wampira. – Rufus potrząsnął głową. – Jak żyję, tak do tej pory się z czymś
takim nie spotkałem. A wierz mi, że widziałem dość.
Jakoś w to
nie wątpiła, tym bardziej że wiedziała, że naukowiec miał w przeszłości
coś wspólnego z Isobel. Nie bez powodu czasami uważali go za szalonego,
choć to wydawało się niczym w porównaniu ze sposobem, w jaki w tamtej
chwili zaczynała postrzegać łowców. Nie miała pojęcia, jaki był ten Rufus
sprzed lat, zanim Layla wymogła na nim więcej ludzkich odruchów, ale nie
sądziła, żeby było z nim aż tak źle. A może po prostu naiwnie
próbowała dostrzegać w nim pełnię człowieczeństwa, zwłaszcza że byli
rodziną – i to niezależnie od tego, co na ten temat sądził sam
zainteresowany.
– Może Joce
mogłaby powiedzieć coś więcej – zasugerowała, ostrożnie dobierając słowa. –
Przynajmniej o tym, co jej dolegało.
– Och,
bardzo chętnie porozmawiałbym sobie z Joce… Tyle że na to trochę za późno,
skoro niczego szczególnego nie znalazłbym w jej krwi – zauważył i zabrzmiał
jej przy tym na co najmniej rozczarowanego. Gdyby
mama w ogóle miała pozwolić ci zbliżyć się do niej na tyle, byś dostał jej
krew, pomyślała z niedowierzaniem Alessia. Z łatwością mogła
sobie wyobrazić reakcję Nessie na jakąkolwiek sugestię eksperymentowania na
którymś z jej dzieci. – Nie sądzę też, by zdołała powiedzieć mi coś
konkretnego. To, że okazyjnie traci siły, zdążyłem zauważyć sam.
– Dalej nie
wiem, czego szukasz.
Wampir
prychnął, bynajmniej nie zaskoczony jej słowami. W zamian uśmiechnął się w nieco
gorzki sposób, wysuwając przy tym kły.
– Ja też
nie, ale wierzę, że to kwestia czasu. Na razie sprawdzę to, z czym tutaj
przyjechałem – stwierdził, prostując się i odsuwając od blatu. – A ty…
Cóż, skoro już tutaj jesteś, to usiądź pod ścianą i nie przeszkadzaj, co? Lubię
pracować w ciszy.
Alessia
jedynie potrząsnęła głową, sama niepewna czy powinna się śmiać, czy może
płakać. Nie wyrzucił jej i to już o czym świadczyło, a jednak w tamtej
chwili zwątpiła, czy naprawdę chciała mu towarzyszyć. Dowiedziała się o wiele
więcej niż chciała i to wystarczyło, by poczuła się nieswojo.
Z tym, że
nie miała wyboru.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz