
Elena
Z powątpiewaniem spojrzała na
przyjaciółkę.
– Liz?
Nie od razu
doczekała się odpowiedzi. Co więcej, zdecydowanie nie takiej, jakiej mogłaby
oczekiwać.
– Jak wam
się układa z Rafaelem? – zapytała wprost Elizabeth, a Elena
prychnęła, co najmniej zaskoczona takim obrotem spraw.
– Nie o tym
chcesz rozmawiać – stwierdziła zgodnie z prawdą.
Przez twarz
Liz przemknął cień.
– To prawda
– przyznała niechętnie. – Ale odpowiedz mi. Wiem, że ostatnio mieliście
problemy, więc…
Urwała,
ostatecznie ograniczając się do niedbałego wzruszenia ramionami. Elena przez
dłuższą chwilę spoglądała na nią z powątpiewaniem, próbując zrozumieć, dokąd
zmierzała ta rozmowa. Liz zdecydowanie nie była osobą, która kluczyła, gdy miała
coś ważnego do powiedzenia, jednak w tamtej chwili wyraźnie to robiła. Ta
świadomość sprawiła, że ostatecznie zdecydowała się odpuścić, nawet mimo braku
pewności, dokąd miało je to zaprowadzić.
– Lepiej
niż do tej pory – powiedziała w końcu, ostrożnie dobierając słowa.
Uśmiechnęła się, nie mogąc powstrzymać od takiej reakcji. – Nie wiem, co
słyszałaś, ale już naprawdę jest dobrze. Chociaż porozumienie z Rafaelem
bywa… dość trudne.
– Hm, to
prawda. – Liz zawahała się na moment. – Pamiętam, że miał spore problemy, żeby
poprosić, kiedy pomagałam mu wybierać dla was obrączki.
Elena
wywróciła oczami.
– Dalej ci
jestem za to wdzięczna. Są prześliczne, chociaż trochę przeraża mnie, że mój
własny mąż rozpoznaje mnie tylko wtedy, gdy mam ją na palcu.
– Przez
Beatrycze – domyśliła się Liz. – To też jest dziwne, tak swoją drogą. Nie tak
jak to, że zaczynam się do tego przyzwyczajać, ale jednak.
– Bardziej dziwne
jest widzieć ją z Lawrence’em – stwierdziła zgodnie z prawdą,
krzyżując ramiona na piersiach. – Wygląda jak ja, nie? To trochę…
– Nie
musisz mi mówić.
Skinęła
głowa, nagle jeszcze bardziej uspokojona. Oczywiście, że nie musiała niczego
tłumaczyć – nie przed Liz, która po prostu rozumiała. A może to raczej
Elena pragnęła, żeby tak było. Prawie jak wtedy, gdy rozmawiały o mało istotnych
kwestiach, wydających się niczym przy wszystkim, co wiązało się ze światem
nieśmiertelnych. Co prawda zachowanie przyjaciółki w ostatnim czasie
przeczyło, by była gotowa radzić sobie z całym tym szaleństwem, ale w tamtej
chwili Elena była gotowa przysiąc, że dziewczyna po prostu rozumiała.
– Tak czy
inaczej, mamy zamiar razem zamieszkać. Ja i Rafa – podjęła, starannie
dobierając słowa. Wciąż czuła się dziwnie, mówiąc o tym z taką swobodą
i na głos. – L. zostawił nas tamten uroczy apartament, więc zamierzam z niego
skorzystać. Zwłaszcza że Rafie się podoba i… Wiesz, szczerze mówiąc teraz
rozumiem, skąd ta jego fascynacja niebem.
Machinalnie
spojrzała w górę, by pomiędzy nagimi gałęziami drzew doszukać się zachmurzonego
nieboskłonu. Była gotowa przysiąc, że opady śniegu kolejny raz stanowiły zaledwie
kwestię czasu, ale to jej nie przeszkadzało. Chłód już od jakiegoś czasu nie
miał znaczenia.
– Dalej nie
mogę wyobrazić sobie ciebie ze skrzydłami – oznajmiła spiętym tonem Liz. –
Zwłaszcza takimi, które upodobniłyby cię do anioła.
– Dzięki!
– Z całą
miłością do ciebie oświadczam, że daleko ci do niebiańskiego posłańca – dodała,
a Elena roześmiała się, zaskoczona tym, jak lekko nagle się poczuła.
Och, jakoś
nie wątpiła, że tak właśnie było. Sama nie utożsamiała siebie z aniołem,
mając ochotę wywracać oczami za każdym razem, gdy Rafael nazywał ją w ten
sposób. Słodka bogini, bez żartów! Białe skrzydła i uroda, która najwyraźniej
stanowiła w tym wypadku element jakiegoś większego planu, zdecydowanie nie
szły w parze z charakterem! To, że wciąż była wdzięczna losowi za
powrót do żywych, zdecydowanie nie oznaczało, że zamierzała zacząć zachowywać
się jak ułożona, przesadnie religijna cnotka.
Mimo wszystko
zmusiła się, żeby spoważnieć i jednak spojrzeć na Liz w niemalże
urażony sposób. To okazało się trudne, zwłaszcza że zdecydowanie nie była na
przyjaciółkę zła.
– To nie
było miłe – oznajmiła, spoglądając jej w oczy. – Zresztą zawsze mogę ci pokazać,
jaki ze mnie anioł. Chcesz polatać? – dodała, a Liz momentalnie pobladła.
– Może kiedy
indziej!
Nie ma jak zaufanie!, prychnęła w duchu,
ale w gruncie rzeczy taka odpowiedź była jej na rękę. Wolała nie
zastanawiać się, jakby to było, gdyby przy lataniu musiała nosić kogoś na
rękach. Gdyby na dodatek popisała się koordynacją ruchową na miarę
rozkojarzonego Rafaela, Liz w najgorszym wypadku skończyłaby połamana.
– Jak sobie
chcesz – rzuciła, ruszając w dalszą drogę. Stanie w miejscu
sprawiało, że czuła się nieswojo. – Ale uwierz mi, że to niezwykłe uczucie. Ostatnio
dużo rozmawiałam z Rafą i… Hm, nigdy nie słyszałam, by ktokolwiek z taką
fascynacją mówił o niebie. Nigdy.
Wyczuła, że
jej głos złagodniał przy ostatnich słowach. Jak na zawołanie poczuła na sobie
przenikliwe spojrzenie Liz, kiedy zaś obejrzała się przez ramię, przekonała
się, że przyjaciółka właściwie nie odrywała od niej wzroku. W tamtej
chwili już nie wyglądała na rozbawioną, ale… dziwnie smutną, choć Elena nie
miała pojęcia, co to oznaczało. Czymkolwiek by jednak nie było, w zupełności
wystarczyło, by poczuła się jeszcze bardziej nieswojo.
– Ty też
jesteś inna – oznajmiła nagle Liz, ostrożnie dobierając słowa. – Zauważyłam już
wcześniej, ale teraz widzę to wyraźniej. Może to przez to, że spędzamy ze sobą tak
mało czasu, ale… – Potrząsnęła głową. – Elena, którą znałam, była inna.
Coś w tych
słowach przyprawiło ją o dreszcze. Nie tak dawno temu usłyszała coś
podobnego od Camerona, jednak w przypadku kuzyna te słowa nie robiły na
niej aż takiego wrażenia jak wtedy, gdy wypowiedział je kuzyn. Różnica polegała
na tym, że w przypadku Cammy’ego nie czuła się tak, jakby w każdej
chwili mogła go stracić. Z Liz sprawy miały się zupełnie inaczej i zdążyła
się już o tym przekonać.
– Co masz
na myśli? – zapytała tak cicho, że aż zwątpiła w to, czy przyjaciółka była
w stanie ją usłyszeć. Głos nieznacznie jej zadrżał, choć próbowała nad nim
zapanować.
– Nie jestem
pewna – przyznała Elizabeth. – Ale nic złego. Po prostu mam wrażenie… Nie wiem,
jak to możliwe, ale odkąd pojawił się Rafael, jesteś bardziej ludzka. Tak
przynajmniej mi się wydaje. – Zawahała się, po czym wzruszyła ramionami. – Albo
plotę od rzeczy.
Elena
spojrzała na nią z powątpiewaniem, w roztargnieniu raz po raz
przeczesując włosy palcami. Ludzka? Co to tak naprawdę oznaczało? Próbowała zrozumieć,
ale słowa Liz jedynie sprawiły, że w głowie miała mętlik większy niż do
tej pory. Może powinna się cieszyć, że nie chodziło o „nic złego”, ale
wcale nie poczuła się dzięki temu lepiej. Wręcz przeciwnie.
– Ludzka… –
powtórzyła, a Liz po raz kolejny westchnęła. W tamtej chwili
wyglądała przede wszystkim na bardzo zmęczoną.
– Obrazisz
się na mnie, jeśli będę z tobą szczera? – zapytała, jednak nie nawet nie
czekała na odpowiedź. – Jesteś moją przyjaciółką. Zawsze byłaś, ale… Cóż,
jesteś trudna. I jak cię uwielbiam, tak czasami mam ochotę porządnie ci
przyłożyć. To tak, jakbyś… Czy ja wiem, grała? Chwilami naprawdę tego nie rozumiem,
ale to zawsze byłaś po prostu ty.
– Uważasz,
że grałam? – zapytała, nie dając za wygraną. – Mam sporo tajemnic. Zwłaszcza
teraz powinnaś rozumieć, że ja…
– Nie o to
mi chodziło – przerwała natychmiast Liz. – Nie do końca. Ja… – Zamilkła, przekrzywiając
przy tym głowę tak, jakby spojrzenie na Elenę pod innym kątem, mogło pozwolić
jej na wyciągnięcie dodatkowych wniosków. – Cały czas chodzi tylko o ciebie.
Widziałam jak bawisz się facetami, jak w jednej chwili zachowujesz się,
jakby twój wygląd był najważniejszy, a potem… Ale nie potrafiłabym się z tobą
przyjaźnić, gdybyś była po prostu taka. Za to teraz coś się zmieniło i to
nie daje mi spokoju.
Otworzyła i zaraz
zamknęła usta. Zastygła w bezruchu, zdolna co najwyżej wpatrywać się w przyjaciółkę.
Analizowała jej słowa, choć te brzmiały tak, jakby zostały wypowiedziane w jakimś
innym języku. Co prawda rozumiała ich sens, sposób w jaki układały się w konkretne
zdania, ale i tak potrzebowała dłuższej chwili, by uporządkować je w głowie,
a co dopiero sensownie zareagować.
Miała
wrażenie, że milczała całą wieczność, zanim w końcu zdecydowała się
odezwać.
– Czułaś się
kiedyś tak, jakbyś szukała czegoś bardzo ważnego, choć niczego nie zgubiłaś?
Dopiero po
chwili uprzytomniła sobie, że wypowiedziała te słowa na głos. Nie miała pojęcia,
jak długo ją dręczyły – powracały na długo przed tym jak Rafael w ogóle
pojawił się na jej drodze. Znów pomyślała o tym dziwnym uczuciu pustki,
które nie tak dawno temu próbowała zrozumieć. Za każdym razem bez skutku, przez
co z czasem nauczyła się je ignorować, choć to bynajmniej nie sprawiło, że
dręczące ją wątpliwości zniknęły. To było zaledwie chwilowe, niedoskonałe
rozwiązanie, które prędzej czy później i tak ją zawodziło.
Co więcej,
nigdy wcześniej nie próbowała o tym rozmawiać. Ani z Liz, ani z Rosalie,
ani kimkolwiek innym. To był jej osobisty problem – pogoń za czymś, co musiała
odnaleźć osobiście, choć w pewnym momencie zwątpiła czy to w ogóle
możliwe.
Do czasu.
– Elena? – rzuciła
z wahaniem Liz.
Jedynie pokręciła
głową. Objęła się ramionami, nagle zaczynając czuć się nieswojo, choć zarazem
nie miała poczucia, by działo się coś niewłaściwego. Jeśli z kimś mogła o tym
porozmawiać, to zdecydowanie z przyjaciółką.
– Dalej
wydaje mi się to bezsensowne. Jak miałabym szukać czegoś, czego nawet nie
potrafię nazwać? A jednak… – Elena westchnęła, po czym w końcu
skupiła wzrok na Liz. Z jakiegoś powodu miała opory przed tym, by spojrzeć
przyjaciółce w oczy. – Szukałam, okej? Cały czas. Każdy kolejny związek…
Przez moment zawsze mi się wydawało, że o to chodziło. Jak inaczej pozbyć
się pustki, jeśli nie z kimś u boku. A potem coś zawsze się pieprzyło,
a ja zamiast dać sobie spokój, uparcie szukałam dalej. – Zaśmiała się w nieco
gorzki sposób. – Tak zerwałam z Nigelem, wiesz? Chociaż on był uprzejmy. Nie
czułam się przy nim… No, nie tak jak z Brianem – wyjaśniła, rzucając
przyjaciółce wymowne spojrzenie. – Przynajmniej patrzył na mnie inaczej niż po
prostu na kogoś, kto ładnie wygląda.
–
Powiedziałaś mi, że zerwaliście przez charaktery – przypomniała Liz. – Nawet w to
uwierzyłam. Nigel nie wydaje się kimś, kogo ciągnie do dziewczyny tylko
dlatego, że jest popularna. No a ty…
– Ja byłam.
– Dalej
jesteś – poprawiła natychmiast Elizabeth. – Co prawda dawno nie byłam w szkole
i chwilowo nie mam do tego głowy, ale…
– A ja
nie wracam tam wcale. To już chyba oficjalne. – Elena wysiliła się na blady
uśmiech. – Uświadomiłam sobie, że nie chcę, kiedy mama zapytała mnie, co planuję.
Na razie nie mam nawet pojęcia, kim jestem. Szkoła mi w tym nie pomoże.
Po jej
słowach zapadła wymowna, przenikliwa cisza. Jeśli do tej pory Liz spoglądała na
nią w dziwny sposób, coś w sposobie, w jaki nagle zmierzyła ją
wzrokiem, skutecznie przyprawiło Elenę o dreszcze. Z wahaniem
spojrzała na przyjaciółkę, próbując pojąc, czy jej wyjaśnienia były aż takie
zaskakujące. Nigdy nie była geniuszem, a jeśli chodziło o liceum,
pojawiała się tam z konieczności. To, że mogłaby skorzystać z okazji,
by sobie odpuścić, zdecydowanie nie było takie dziwne, a jednak…
– Więc
rozumiesz – oznajmiła Liz, tym samym skutecznie wytrącając Elenę z równowagi.
Nie tego się spodziewała. – To jedno na pewno.
– Ehm…
Niekoniecznie?
Dziewczyna
energicznie pokręciła głową. Kiedy nagle ruszyła przed siebie, Elena musiała
niemalże biec, żeby dotrzymać jej kroku.
– Jak to
jest? Mogłabym przysiąc, że radzisz sobie całkiem nieźle, odkąd wróciłaś i… No,
sama wiesz – mruknęła, nie zamierzając wspominać o śmierci i zaświatach.
– A teraz mówisz, że nie masz pojęcia, kim jesteś. Co to znaczy?
– A bo
ja wiem? – Elena potrząsnęła głową. – Radzę sobie? Bez żartów! Gdyby nie Rafa,
pewnie już dawno dostałabym szału – stwierdziła, uprzytomniając sobie, że to
prawda. Zaraz po tym ostatecznie straciła cierpliwość, pod wpływem impulsu chwytając
przyjaciółkę za ramię i obracając ją w swoją stronę. – Hej, Liz, o co
chodzi? Ta rozmowa… robi się dziwna.
– Poważnie
pytasz? – westchnęła Elizabeth, spoglądając na nią tak, jakby widziały się po
raz pierwszy. – Jestem przerażona. Nadal, chociaż tym razem nie zamierzam
uciekać. Nie na co dzień obwiniasz kogoś bliskiego o skrzywdzenie kogoś,
kto jest dla ciebie równie ważny, a ja… Do cholery, prawie umarłam –
wyrzuciła z siebie na wydechu. Chociaż szeptała, Elena aż nazbyt wyraźnie
usłyszała jej słowa. Również przekleństwo wydało jej się nagle aż nazbyt właściwe.
– Mój własny brat mnie ugryzł, a ja wiłam się z bólu i błagałam
Damiena o to, żeby mnie dobił. Nie powiesz mi, że to normalne. To, co dla
mnie zrobił, tym bardziej.
Poczuła się
co najmniej osaczona, gdy na domiar złego dostrzegła łzy w oczach
przyjaciółki. Liz też musiała je poczuć, bo zniecierpliwionym, wręcz gniewnym
ruchem otarła twarz rękawem, ale to niczego nie zmieniło. Nadal była blada, na
pierwszy rzut oka sprawiając wrażenie kogoś, kto nade wszystko pragnął rzucić
się do ucieczki.
Elena
machinalnie wzmogła uścisk wokół jej ramienia. Nie sądziła, żeby to cokolwiek
dało, ale i tak odruch okazał się silniejszy od niej. Już raz pozwoliła
Liz odejść i nie skończyło się to dobrze.
– Nawet nie
potrafię stwierdzić, czy łączy nas coś więcej, niż moja wdzięczność. Och,
Eleno… – jęknęła, uciekając wzrokiem gdzieś w bok. – W tym, co mi
mówiłaś, chodziło o Rafaela, prawda? To jego szukałaś? – zapytała na tyle
niespodziewanie, że Elena po prostu zdecydowała się odpowiedzieć.
– Tak. –
Nawet się nie zawahała. – Chociaż to też nie było takie oczywiste, ale… Już nie
czuję, że muszę biec. Zatrzymałam się i dobrze mi z tym – dodała, po
czym wysiliła się na blady, choć szczery uśmiech. – Dla niego i tak nie
jestem idealna, ale to dobrze. Dla mnie też nie jest. I chyba o to w tym
chodzi.
Znów
pomyślała o zarzutach Miry, dającej jej do zrozumienia, że była demonowi
coś winna. Początkowo miała ochotę demonicę za to zabić, ale tylko dlatego, że
ta trafiła w sedno. Teraz to widziała – sposób, w jaki uzupełniali
się z Rafaelem, wymuszając na sobie coś, co dla żadnego z nich nie
było naturalne. Cały czas chodziło o coś więcej, aniżeli wzajemne
zauroczenie, jednak zrozumiała to dopiero niedawno.
– Przy
Damienie czuję się bezpieczna – oznajmiła nagle Liz. – Zanim przyszłaś tutaj z Rafaelem,
walczyliśmy, ale nawet wtedy tak było. Wcześniej było coś jeszcze, ale popsułam
to tym nieszczęsnym wisiorkiem. – Objęła się ramionami. – Dalej nie wiem, co
oznaczają te symbole. I dlaczego mam je na skórze. Wiem, że nie chcesz
słuchać o tym, że ja i Damien moglibyśmy… – Urwała, ale rumieńce na
jej twarzy jasno dały Elenie do zrozumienia, co miała na myśli. – Ale boję się.
Tak bardzo się boję, że nie będzie potrafił na mnie patrzeć. Gdybym wiedziała, że
coś jest nie tak z tym amuletem, mogłabym go ściągnąć, ale jak mam zakryć
wzory na skórze?
Elena
zawahała się, momentalnie jeszcze mniej pewna, w jaki sposób powinna zareagować.
Wątpliwości Elizabeth wydały jej się aż nazbyt zrozumiałe, zwłaszcza że aż za
dobrze pamiętała własną reakcję na wisiorek na szyi przyjaciółki. Coś ścisnęło
ją w gardle na wspomnienie głodu, którego wtedy doświadczyła. Przez krótką
chwilę czuła go ponownie – nie aż tak intensywnie, ale jednak. To wystarczyło,
by zapragnęła się wycofać, nagle zaczynając wątpić w to, czy nadal powinna
dotrzymywać Liz towarzystwa.
Weź się w garść, warknęła na siebie
w duchu. Ostatnim, czego chciała, była konieczność popędzenia po pomoc do
Rafaela lub – co gorsza – do Aldero. Z jednej strony wciąż przerażała ją
perspektywa uzależnienia tylko od jednej krwi, ale z drugiej czuła, że tak
naprawdę nie miała wyboru. Jak długo kuzyn pozostawał jedyną alternatywą, jaką
miała, nie zamierzała go wykorzystywać. Słodka bogini, już i tak za długo
go ciągnęli.
– To pewne,
że te twoje tatuaże działają tak samo? – zapytała z powątpiewaniem, chcąc
przerwać przeciągającą się cisze. Milczenie doprowadzało ją do szału. – To znaczy…
– Nie wiem.
– Liz uciekła wzrokiem gdzieś w bok. – Damien wszedł mi do łazienki, więc
chyba je widział. Co prawda nie rzucił się na mnie, ale to pewnie dlatego, że bardziej
przejął się tym, że chciałam go rozszarpać.
– Święty Damien wszedł ci do łazienki?! –
powtórzyła z niedowierzaniem.
– Elena! – jęknęła
w odpowiedzi Liz, wyrzucając obie ręce ku górze w poddańczym geście. –
Akurat to wyłapałaś z mojej wypowiedzi?
– A co
innego miałam wyłapać? – obruszyła się, potrząsając głową. – Zresztą nieważne.
Pewnie powiedziałby ci, gdyby coś było nie tak, więc…
– Ale wciąż
nie mam pewności – oznajmiła spiętym tonem. – I nie zamierzam sprawdzać,
co się stanie, jeśli dokładnie obejrzy te znaki. Nie chodzi o to, że się
go boję, ale… Och, po prostu nie chodzi w tym o to! – powtórzyła,
chociaż zdaniem Eleny to w ogóle nie miało sensu.
Spojrzała
na przyjaciółkę z powątpiewaniem, sama niepewna, co niepokoiło ją bardziej
– jej słowa czy to, jak nieporadna się tłumaczyła. Znała Elizabeth zbyt dobrze,
by umknęły jej zmiany w zachowaniu dziewczyny. W tamtej chwili ta zdecydowanie
wyglądała na chętną, by wyjść z siebie i stanąć obok, a to
zdecydowanie nie było normalne.
– W porządku
– dała za wygraną, chcąc jakoś załagodzić sytuację. – Przecież nie naciskam ani
nic z tych rzeczy. Chociaż… A jak z twoim bratem? – wypaliła, dopiero
po chwili uprzytomniając sobie, że to nie było najszczęśliwsze pytanie na
świecie.
Liz zamrugała
nieco nieprzytomnie. W roztargnieniu przeczesała ciemne włosy palcami,
dopiero po chwili decydując się skupić wzrok z powrotem na Elenie. Po
wyrazie jej twarzy trudno było stwierdzić, co tak naprawdę sobie myślała.
– Słucham…?
– Co z Jasonem?
– powtórzyła, choć w tamtej chwili zwątpiła, czy zaczynanie tego tematu
było najlepszym pomysłem. – Wybacz, że pytam. Po prostu się martwię.
– Och…
Uciekł. I w zasadzie tyle wiem. – Przez twarz Elizabeth przemknął
cień. – Nie wiem, co teraz zamierza, ale nie chcę o tym myśleć. W zasadzie
mam dość wszystkiego, co wiąże się z moją rodziną… Tyle że zaczynam
dochodzić do wniosku, że spotkania są nam pisane.
– Nie do
końca rozumiem – przyznała, ostrożnie dobierając słowa.
Dziewczyna
westchnęła. Nagle wydała się Elenie jeszcze bardziej zmęczona.
– Czuję, że
powinnam porozmawiać z Niną. Choćby tylko o tym – wyjaśniła, znacząco
dotykając piersi. – Rozmawiała ze mną o wisiorku, zresztą miałam go od
niej, więc może mogłaby powiedzieć mi coś więcej.
– Więc w czym
problem? – zapytała natychmiast Elena. – Dalej nie dociera do mnie, że twoja
babcia żyje. No i tata… W to, że są łowcami, jakoś łatwiej. Wiesz,
Nina zawsze była przerażająca.
– Nie chcę
widzieć żadnego z nich.
Było coś
ostatecznego w sposobie, w jaki Liz wypowiedziała to jedno zdanie.
Elena spojrzała na nią z niedowierzaniem, co najmniej zaskoczona.
Wiedziała, co się wydarzyło – oczywiście – a jednak… to wciąż nie pasowało
do tej dziewczyny. Perspektywa nienawidzenia własnych bliskich była czymś
niepojętym, zwłaszcza w przypadku Elizabeth.
Dziewczyna
musiała zdawać sobie z tego sprawę, bo prawie natychmiast zamilkła i uniosła
dłoń do ust. Przez chwilę tkwiła w bezruchu, blada i roztrzęsiona,
choć wyraźnie próbowała nad sobą zapanować.
– Czas.
Potrzebujecie czasu – powiedziała, siląc się na spokój. Czuła, że pocieszanie
tak czy inaczej wychodziło jej marnie. – To w pełni zrozumiałe. Ty po
prostu…
– Nie wiem,
czy to będzie takie proste – mruknęła z rezerwą Liz.
Tym razem
Elena zdecydowała się ją zignorować. W zamian bez słowa ujęła przyjaciółkę
za sobą.
– Wracajmy.
Mam wrażenie, że minęło trochę więcej niż piętnaście minut…
Z ulgą
przyjęła fakt, że nie doczekała się protestu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz