4 grudnia 2018

Sto siedemdziesiąt

Elena
Z powątpiewaniem spojrzała na przyjaciółkę.
– Liz?
Nie od razu doczekała się odpowiedzi. Co więcej, zdecydowanie nie takiej, jakiej mogłaby oczekiwać.
– Jak wam się układa z Rafaelem? – zapytała wprost Elizabeth, a Elena prychnęła, co najmniej zaskoczona takim obrotem spraw.
– Nie o tym chcesz rozmawiać – stwierdziła zgodnie z prawdą.
Przez twarz Liz przemknął cień.
– To prawda – przyznała niechętnie. – Ale odpowiedz mi. Wiem, że ostatnio mieliście problemy, więc…
Urwała, ostatecznie ograniczając się do niedbałego wzruszenia ramionami. Elena przez dłuższą chwilę spoglądała na nią z powątpiewaniem, próbując zrozumieć, dokąd zmierzała ta rozmowa. Liz zdecydowanie nie była osobą, która kluczyła, gdy miała coś ważnego do powiedzenia, jednak w tamtej chwili wyraźnie to robiła. Ta świadomość sprawiła, że ostatecznie zdecydowała się odpuścić, nawet mimo braku pewności, dokąd miało je to zaprowadzić.
– Lepiej niż do tej pory – powiedziała w końcu, ostrożnie dobierając słowa. Uśmiechnęła się, nie mogąc powstrzymać od takiej reakcji. – Nie wiem, co słyszałaś, ale już naprawdę jest dobrze. Chociaż porozumienie z Rafaelem bywa… dość trudne.
– Hm, to prawda. – Liz zawahała się na moment. – Pamiętam, że miał spore problemy, żeby poprosić, kiedy pomagałam mu wybierać dla was obrączki.
Elena wywróciła oczami.
– Dalej ci jestem za to wdzięczna. Są prześliczne, chociaż trochę przeraża mnie, że mój własny mąż rozpoznaje mnie tylko wtedy, gdy mam ją na palcu.
– Przez Beatrycze – domyśliła się Liz. – To też jest dziwne, tak swoją drogą. Nie tak jak to, że zaczynam się do tego przyzwyczajać, ale jednak.
– Bardziej dziwne jest widzieć ją z Lawrence’em – stwierdziła zgodnie z prawdą, krzyżując ramiona na piersiach. – Wygląda jak ja, nie? To trochę…
– Nie musisz mi mówić.
Skinęła głowa, nagle jeszcze bardziej uspokojona. Oczywiście, że nie musiała niczego tłumaczyć – nie przed Liz, która po prostu rozumiała. A może to raczej Elena pragnęła, żeby tak było. Prawie jak wtedy, gdy rozmawiały o mało istotnych kwestiach, wydających się niczym przy wszystkim, co wiązało się ze światem nieśmiertelnych. Co prawda zachowanie przyjaciółki w ostatnim czasie przeczyło, by była gotowa radzić sobie z całym tym szaleństwem, ale w tamtej chwili Elena była gotowa przysiąc, że dziewczyna po prostu rozumiała.
– Tak czy inaczej, mamy zamiar razem zamieszkać. Ja i Rafa – podjęła, starannie dobierając słowa. Wciąż czuła się dziwnie, mówiąc o tym z taką swobodą i na głos. – L. zostawił nas tamten uroczy apartament, więc zamierzam z niego skorzystać. Zwłaszcza że Rafie się podoba i… Wiesz, szczerze mówiąc teraz rozumiem, skąd ta jego fascynacja niebem.
Machinalnie spojrzała w górę, by pomiędzy nagimi gałęziami drzew doszukać się zachmurzonego nieboskłonu. Była gotowa przysiąc, że opady śniegu kolejny raz stanowiły zaledwie kwestię czasu, ale to jej nie przeszkadzało. Chłód już od jakiegoś czasu nie miał znaczenia.
– Dalej nie mogę wyobrazić sobie ciebie ze skrzydłami – oznajmiła spiętym tonem Liz. – Zwłaszcza takimi, które upodobniłyby cię do anioła.
– Dzięki!
– Z całą miłością do ciebie oświadczam, że daleko ci do niebiańskiego posłańca – dodała, a Elena roześmiała się, zaskoczona tym, jak lekko nagle się poczuła.
Och, jakoś nie wątpiła, że tak właśnie było. Sama nie utożsamiała siebie z aniołem, mając ochotę wywracać oczami za każdym razem, gdy Rafael nazywał ją w ten sposób. Słodka bogini, bez żartów! Białe skrzydła i uroda, która najwyraźniej stanowiła w tym wypadku element jakiegoś większego planu, zdecydowanie nie szły w parze z charakterem! To, że wciąż była wdzięczna losowi za powrót do żywych, zdecydowanie nie oznaczało, że zamierzała zacząć zachowywać się jak ułożona, przesadnie religijna cnotka.
Mimo wszystko zmusiła się, żeby spoważnieć i jednak spojrzeć na Liz w niemalże urażony sposób. To okazało się trudne, zwłaszcza że zdecydowanie nie była na przyjaciółkę zła.
– To nie było miłe – oznajmiła, spoglądając jej w oczy. – Zresztą zawsze mogę ci pokazać, jaki ze mnie anioł. Chcesz polatać? – dodała, a Liz momentalnie pobladła.
– Może kiedy indziej!
Nie ma jak zaufanie!, prychnęła w duchu, ale w gruncie rzeczy taka odpowiedź była jej na rękę. Wolała nie zastanawiać się, jakby to było, gdyby przy lataniu musiała nosić kogoś na rękach. Gdyby na dodatek popisała się koordynacją ruchową na miarę rozkojarzonego Rafaela, Liz w najgorszym wypadku skończyłaby połamana.
– Jak sobie chcesz – rzuciła, ruszając w dalszą drogę. Stanie w miejscu sprawiało, że czuła się nieswojo. – Ale uwierz mi, że to niezwykłe uczucie. Ostatnio dużo rozmawiałam z Rafą i… Hm, nigdy nie słyszałam, by ktokolwiek z taką fascynacją mówił o niebie. Nigdy.
Wyczuła, że jej głos złagodniał przy ostatnich słowach. Jak na zawołanie poczuła na sobie przenikliwe spojrzenie Liz, kiedy zaś obejrzała się przez ramię, przekonała się, że przyjaciółka właściwie nie odrywała od niej wzroku. W tamtej chwili już nie wyglądała na rozbawioną, ale… dziwnie smutną, choć Elena nie miała pojęcia, co to oznaczało. Czymkolwiek by jednak nie było, w zupełności wystarczyło, by poczuła się jeszcze bardziej nieswojo.
– Ty też jesteś inna – oznajmiła nagle Liz, ostrożnie dobierając słowa. – Zauważyłam już wcześniej, ale teraz widzę to wyraźniej. Może to przez to, że spędzamy ze sobą tak mało czasu, ale… – Potrząsnęła głową. – Elena, którą znałam, była inna.
Coś w tych słowach przyprawiło ją o dreszcze. Nie tak dawno temu usłyszała coś podobnego od Camerona, jednak w przypadku kuzyna te słowa nie robiły na niej aż takiego wrażenia jak wtedy, gdy wypowiedział je kuzyn. Różnica polegała na tym, że w przypadku Cammy’ego nie czuła się tak, jakby w każdej chwili mogła go stracić. Z Liz sprawy miały się zupełnie inaczej i zdążyła się już o tym przekonać.
– Co masz na myśli? – zapytała tak cicho, że aż zwątpiła w to, czy przyjaciółka była w stanie ją usłyszeć. Głos nieznacznie jej zadrżał, choć próbowała nad nim zapanować.
– Nie jestem pewna – przyznała Elizabeth. – Ale nic złego. Po prostu mam wrażenie… Nie wiem, jak to możliwe, ale odkąd pojawił się Rafael, jesteś bardziej ludzka. Tak przynajmniej mi się wydaje. – Zawahała się, po czym wzruszyła ramionami. – Albo plotę od rzeczy.
Elena spojrzała na nią z powątpiewaniem, w roztargnieniu raz po raz przeczesując włosy palcami. Ludzka? Co to tak naprawdę oznaczało? Próbowała zrozumieć, ale słowa Liz jedynie sprawiły, że w głowie miała mętlik większy niż do tej pory. Może powinna się cieszyć, że nie chodziło o „nic złego”, ale wcale nie poczuła się dzięki temu lepiej. Wręcz przeciwnie.
– Ludzka… – powtórzyła, a Liz po raz kolejny westchnęła. W tamtej chwili wyglądała przede wszystkim na bardzo zmęczoną.
– Obrazisz się na mnie, jeśli będę z tobą szczera? – zapytała, jednak nie nawet nie czekała na odpowiedź. – Jesteś moją przyjaciółką. Zawsze byłaś, ale… Cóż, jesteś trudna. I jak cię uwielbiam, tak czasami mam ochotę porządnie ci przyłożyć. To tak, jakbyś… Czy ja wiem, grała? Chwilami naprawdę tego nie rozumiem, ale to zawsze byłaś po prostu ty.
– Uważasz, że grałam? – zapytała, nie dając za wygraną. – Mam sporo tajemnic. Zwłaszcza teraz powinnaś rozumieć, że ja…
– Nie o to mi chodziło – przerwała natychmiast Liz. – Nie do końca. Ja… – Zamilkła, przekrzywiając przy tym głowę tak, jakby spojrzenie na Elenę pod innym kątem, mogło pozwolić jej na wyciągnięcie dodatkowych wniosków. – Cały czas chodzi tylko o ciebie. Widziałam jak bawisz się facetami, jak w jednej chwili zachowujesz się, jakby twój wygląd był najważniejszy, a potem… Ale nie potrafiłabym się z tobą przyjaźnić, gdybyś była po prostu taka. Za to teraz coś się zmieniło i to nie daje mi spokoju.
Otworzyła i zaraz zamknęła usta. Zastygła w bezruchu, zdolna co najwyżej wpatrywać się w przyjaciółkę. Analizowała jej słowa, choć te brzmiały tak, jakby zostały wypowiedziane w jakimś innym języku. Co prawda rozumiała ich sens, sposób w jaki układały się w konkretne zdania, ale i tak potrzebowała dłuższej chwili, by uporządkować je w głowie, a co dopiero sensownie zareagować.
Miała wrażenie, że milczała całą wieczność, zanim w końcu zdecydowała się odezwać.
– Czułaś się kiedyś tak, jakbyś szukała czegoś bardzo ważnego, choć niczego nie zgubiłaś?
Dopiero po chwili uprzytomniła sobie, że wypowiedziała te słowa na głos. Nie miała pojęcia, jak długo ją dręczyły – powracały na długo przed tym jak Rafael w ogóle pojawił się na jej drodze. Znów pomyślała o tym dziwnym uczuciu pustki, które nie tak dawno temu próbowała zrozumieć. Za każdym razem bez skutku, przez co z czasem nauczyła się je ignorować, choć to bynajmniej nie sprawiło, że dręczące ją wątpliwości zniknęły. To było zaledwie chwilowe, niedoskonałe rozwiązanie, które prędzej czy później i tak ją zawodziło.
Co więcej, nigdy wcześniej nie próbowała o tym rozmawiać. Ani z Liz, ani z Rosalie, ani kimkolwiek innym. To był jej osobisty problem – pogoń za czymś, co musiała odnaleźć osobiście, choć w pewnym momencie zwątpiła czy to w ogóle możliwe.
Do czasu.
– Elena? – rzuciła z wahaniem Liz.
Jedynie pokręciła głową. Objęła się ramionami, nagle zaczynając czuć się nieswojo, choć zarazem nie miała poczucia, by działo się coś niewłaściwego. Jeśli z kimś mogła o tym porozmawiać, to zdecydowanie z przyjaciółką.
– Dalej wydaje mi się to bezsensowne. Jak miałabym szukać czegoś, czego nawet nie potrafię nazwać? A jednak… – Elena westchnęła, po czym w końcu skupiła wzrok na Liz. Z jakiegoś powodu miała opory przed tym, by spojrzeć przyjaciółce w oczy. – Szukałam, okej? Cały czas. Każdy kolejny związek… Przez moment zawsze mi się wydawało, że o to chodziło. Jak inaczej pozbyć się pustki, jeśli nie z kimś u boku. A potem coś zawsze się pieprzyło, a ja zamiast dać sobie spokój, uparcie szukałam dalej. – Zaśmiała się w nieco gorzki sposób. – Tak zerwałam z Nigelem, wiesz? Chociaż on był uprzejmy. Nie czułam się przy nim… No, nie tak jak z Brianem – wyjaśniła, rzucając przyjaciółce wymowne spojrzenie. – Przynajmniej patrzył na mnie inaczej niż po prostu na kogoś, kto ładnie wygląda.
– Powiedziałaś mi, że zerwaliście przez charaktery – przypomniała Liz. – Nawet w to uwierzyłam. Nigel nie wydaje się kimś, kogo ciągnie do dziewczyny tylko dlatego, że jest popularna. No a ty…
– Ja byłam.
– Dalej jesteś – poprawiła natychmiast Elizabeth. – Co prawda dawno nie byłam w szkole i chwilowo nie mam do tego głowy, ale…
– A ja nie wracam tam wcale. To już chyba oficjalne. – Elena wysiliła się na blady uśmiech. – Uświadomiłam sobie, że nie chcę, kiedy mama zapytała mnie, co planuję. Na razie nie mam nawet pojęcia, kim jestem. Szkoła mi w tym nie pomoże.
Po jej słowach zapadła wymowna, przenikliwa cisza. Jeśli do tej pory Liz spoglądała na nią w dziwny sposób, coś w sposobie, w jaki nagle zmierzyła ją wzrokiem, skutecznie przyprawiło Elenę o dreszcze. Z wahaniem spojrzała na przyjaciółkę, próbując pojąc, czy jej wyjaśnienia były aż takie zaskakujące. Nigdy nie była geniuszem, a jeśli chodziło o liceum, pojawiała się tam z konieczności. To, że mogłaby skorzystać z okazji, by sobie odpuścić, zdecydowanie nie było takie dziwne, a jednak…
– Więc rozumiesz – oznajmiła Liz, tym samym skutecznie wytrącając Elenę z równowagi. Nie tego się spodziewała. – To jedno na pewno.
– Ehm… Niekoniecznie?
Dziewczyna energicznie pokręciła głową. Kiedy nagle ruszyła przed siebie, Elena musiała niemalże biec, żeby dotrzymać jej kroku.
– Jak to jest? Mogłabym przysiąc, że radzisz sobie całkiem nieźle, odkąd wróciłaś i… No, sama wiesz – mruknęła, nie zamierzając wspominać o śmierci i zaświatach. – A teraz mówisz, że nie masz pojęcia, kim jesteś. Co to znaczy?
– A bo ja wiem? – Elena potrząsnęła głową. – Radzę sobie? Bez żartów! Gdyby nie Rafa, pewnie już dawno dostałabym szału – stwierdziła, uprzytomniając sobie, że to prawda. Zaraz po tym ostatecznie straciła cierpliwość, pod wpływem impulsu chwytając przyjaciółkę za ramię i obracając ją w swoją stronę. – Hej, Liz, o co chodzi? Ta rozmowa… robi się dziwna.
– Poważnie pytasz? – westchnęła Elizabeth, spoglądając na nią tak, jakby widziały się po raz pierwszy. – Jestem przerażona. Nadal, chociaż tym razem nie zamierzam uciekać. Nie na co dzień obwiniasz kogoś bliskiego o skrzywdzenie kogoś, kto jest dla ciebie równie ważny, a ja… Do cholery, prawie umarłam – wyrzuciła z siebie na wydechu. Chociaż szeptała, Elena aż nazbyt wyraźnie usłyszała jej słowa. Również przekleństwo wydało jej się nagle aż nazbyt właściwe. – Mój własny brat mnie ugryzł, a ja wiłam się z bólu i błagałam Damiena o to, żeby mnie dobił. Nie powiesz mi, że to normalne. To, co dla mnie zrobił, tym bardziej.
Poczuła się co najmniej osaczona, gdy na domiar złego dostrzegła łzy w oczach przyjaciółki. Liz też musiała je poczuć, bo zniecierpliwionym, wręcz gniewnym ruchem otarła twarz rękawem, ale to niczego nie zmieniło. Nadal była blada, na pierwszy rzut oka sprawiając wrażenie kogoś, kto nade wszystko pragnął rzucić się do ucieczki.
Elena machinalnie wzmogła uścisk wokół jej ramienia. Nie sądziła, żeby to cokolwiek dało, ale i tak odruch okazał się silniejszy od niej. Już raz pozwoliła Liz odejść i nie skończyło się to dobrze.
– Nawet nie potrafię stwierdzić, czy łączy nas coś więcej, niż moja wdzięczność. Och, Eleno… – jęknęła, uciekając wzrokiem gdzieś w bok. – W tym, co mi mówiłaś, chodziło o Rafaela, prawda? To jego szukałaś? – zapytała na tyle niespodziewanie, że Elena po prostu zdecydowała się odpowiedzieć.
– Tak. – Nawet się nie zawahała. – Chociaż to też nie było takie oczywiste, ale… Już nie czuję, że muszę biec. Zatrzymałam się i dobrze mi z tym – dodała, po czym wysiliła się na blady, choć szczery uśmiech. – Dla niego i tak nie jestem idealna, ale to dobrze. Dla mnie też nie jest. I chyba o to w tym chodzi.
Znów pomyślała o zarzutach Miry, dającej jej do zrozumienia, że była demonowi coś winna. Początkowo miała ochotę demonicę za to zabić, ale tylko dlatego, że ta trafiła w sedno. Teraz to widziała – sposób, w jaki uzupełniali się z Rafaelem, wymuszając na sobie coś, co dla żadnego z nich nie było naturalne. Cały czas chodziło o coś więcej, aniżeli wzajemne zauroczenie, jednak zrozumiała to dopiero niedawno.
– Przy Damienie czuję się bezpieczna – oznajmiła nagle Liz. – Zanim przyszłaś tutaj z Rafaelem, walczyliśmy, ale nawet wtedy tak było. Wcześniej było coś jeszcze, ale popsułam to tym nieszczęsnym wisiorkiem. – Objęła się ramionami. – Dalej nie wiem, co oznaczają te symbole. I dlaczego mam je na skórze. Wiem, że nie chcesz słuchać o tym, że ja i Damien moglibyśmy… – Urwała, ale rumieńce na jej twarzy jasno dały Elenie do zrozumienia, co miała na myśli. – Ale boję się. Tak bardzo się boję, że nie będzie potrafił na mnie patrzeć. Gdybym wiedziała, że coś jest nie tak z tym amuletem, mogłabym go ściągnąć, ale jak mam zakryć wzory na skórze?
Elena zawahała się, momentalnie jeszcze mniej pewna, w jaki sposób powinna zareagować. Wątpliwości Elizabeth wydały jej się aż nazbyt zrozumiałe, zwłaszcza że aż za dobrze pamiętała własną reakcję na wisiorek na szyi przyjaciółki. Coś ścisnęło ją w gardle na wspomnienie głodu, którego wtedy doświadczyła. Przez krótką chwilę czuła go ponownie – nie aż tak intensywnie, ale jednak. To wystarczyło, by zapragnęła się wycofać, nagle zaczynając wątpić w to, czy nadal powinna dotrzymywać Liz towarzystwa.
Weź się w garść, warknęła na siebie w duchu. Ostatnim, czego chciała, była konieczność popędzenia po pomoc do Rafaela lub – co gorsza – do Aldero. Z jednej strony wciąż przerażała ją perspektywa uzależnienia tylko od jednej krwi, ale z drugiej czuła, że tak naprawdę nie miała wyboru. Jak długo kuzyn pozostawał jedyną alternatywą, jaką miała, nie zamierzała go wykorzystywać. Słodka bogini, już i tak za długo go ciągnęli.
– To pewne, że te twoje tatuaże działają tak samo? – zapytała z powątpiewaniem, chcąc przerwać przeciągającą się cisze. Milczenie doprowadzało ją do szału. – To znaczy…
– Nie wiem. – Liz uciekła wzrokiem gdzieś w bok. – Damien wszedł mi do łazienki, więc chyba je widział. Co prawda nie rzucił się na mnie, ale to pewnie dlatego, że bardziej przejął się tym, że chciałam go rozszarpać.
Święty Damien wszedł ci do łazienki?! – powtórzyła z niedowierzaniem.
– Elena! – jęknęła w odpowiedzi Liz, wyrzucając obie ręce ku górze w poddańczym geście. – Akurat to wyłapałaś z mojej wypowiedzi?
– A co innego miałam wyłapać? – obruszyła się, potrząsając głową. – Zresztą nieważne. Pewnie powiedziałby ci, gdyby coś było nie tak, więc…
– Ale wciąż nie mam pewności – oznajmiła spiętym tonem. – I nie zamierzam sprawdzać, co się stanie, jeśli dokładnie obejrzy te znaki. Nie chodzi o to, że się go boję, ale… Och, po prostu nie chodzi w tym o to! – powtórzyła, chociaż zdaniem Eleny to w ogóle nie miało sensu.
Spojrzała na przyjaciółkę z powątpiewaniem, sama niepewna, co niepokoiło ją bardziej – jej słowa czy to, jak nieporadna się tłumaczyła. Znała Elizabeth zbyt dobrze, by umknęły jej zmiany w zachowaniu dziewczyny. W tamtej chwili ta zdecydowanie wyglądała na chętną, by wyjść z siebie i stanąć obok, a to zdecydowanie nie było normalne.
– W porządku – dała za wygraną, chcąc jakoś załagodzić sytuację. – Przecież nie naciskam ani nic z tych rzeczy. Chociaż… A jak z twoim bratem? – wypaliła, dopiero po chwili uprzytomniając sobie, że to nie było najszczęśliwsze pytanie na świecie.
Liz zamrugała nieco nieprzytomnie. W roztargnieniu przeczesała ciemne włosy palcami, dopiero po chwili decydując się skupić wzrok z powrotem na Elenie. Po wyrazie jej twarzy trudno było stwierdzić, co tak naprawdę sobie myślała.
– Słucham…?
– Co z Jasonem? – powtórzyła, choć w tamtej chwili zwątpiła, czy zaczynanie tego tematu było najlepszym pomysłem. – Wybacz, że pytam. Po prostu się martwię.
– Och… Uciekł. I w zasadzie tyle wiem. – Przez twarz Elizabeth przemknął cień. – Nie wiem, co teraz zamierza, ale nie chcę o tym myśleć. W zasadzie mam dość wszystkiego, co wiąże się z moją rodziną… Tyle że zaczynam dochodzić do wniosku, że spotkania są nam pisane.
– Nie do końca rozumiem – przyznała, ostrożnie dobierając słowa.
Dziewczyna westchnęła. Nagle wydała się Elenie jeszcze bardziej zmęczona.
– Czuję, że powinnam porozmawiać z Niną. Choćby tylko o tym – wyjaśniła, znacząco dotykając piersi. – Rozmawiała ze mną o wisiorku, zresztą miałam go od niej, więc może mogłaby powiedzieć mi coś więcej.
– Więc w czym problem? – zapytała natychmiast Elena. – Dalej nie dociera do mnie, że twoja babcia żyje. No i tata… W to, że są łowcami, jakoś łatwiej. Wiesz, Nina zawsze była przerażająca.
– Nie chcę widzieć żadnego z nich.
Było coś ostatecznego w sposobie, w jaki Liz wypowiedziała to jedno zdanie. Elena spojrzała na nią z niedowierzaniem, co najmniej zaskoczona. Wiedziała, co się wydarzyło – oczywiście – a jednak… to wciąż nie pasowało do tej dziewczyny. Perspektywa nienawidzenia własnych bliskich była czymś niepojętym, zwłaszcza w przypadku Elizabeth.
Dziewczyna musiała zdawać sobie z tego sprawę, bo prawie natychmiast zamilkła i uniosła dłoń do ust. Przez chwilę tkwiła w bezruchu, blada i roztrzęsiona, choć wyraźnie próbowała nad sobą zapanować.
– Czas. Potrzebujecie czasu – powiedziała, siląc się na spokój. Czuła, że pocieszanie tak czy inaczej wychodziło jej marnie. – To w pełni zrozumiałe. Ty po prostu…
– Nie wiem, czy to będzie takie proste – mruknęła z rezerwą Liz.
Tym razem Elena zdecydowała się ją zignorować. W zamian bez słowa ujęła przyjaciółkę za sobą.
– Wracajmy. Mam wrażenie, że minęło trochę więcej niż piętnaście minut…
Z ulgą przyjęła fakt, że nie doczekała się protestu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa