5 grudnia 2018

Sto siedemdziesiąt jeden

Elena
Czarne skrzydła pojawiły się znikąd, ledwo tylko wyszły spomiędzy drzew. Elizabeth zesztywniała, po czym cofnęła się o krok. Elena wyraźnie słyszała, że serce dziewczyny gwałtownie przyśpieszyło ze zdenerwowania, gdy w oszołomieniu spojrzała na stojącego tuż przed nią demona.
– Rafa… – zaczęła, gotowa na niego warknąć za straszenie przyjaciółki, jednak nie miała okazji dokończyć.
Przerwał jej wrzask. Na dodatek nie taki zwykły, ale głośny, przenikliwy i aż nazbyt znajomy. Aż się wzdrygnęła, przez moment mając ochotę z powrotem wycofać do gęstwiny albo przynajmniej zasłonić uszy dłońmi. Nie pierwszy raz słyszała jakże niebezpieczny wrzask Shannon – coś więcej niż tylko dźwięk, choć nie była w stanie sprecyzować, co to tak naprawdę oznaczało. Wiedziała jedynie, że potrafiło być niebezpieczne – i najpewniej takie by się stało, gdyby nie stojący tuż przed nimi Rafael.
Uniosła brwi, z powątpiewaniem spoglądając to na rozłożyste czarne skrzydła, to znów na twarz męża. Ze świstem wypuściła powietrze, w końcu zaczynając się uspokajać. Wszystko wskazywało na to, że bliźniakom jednak udało się przekonać Shannon do współpracy, choć Elena nie była pewna, czy to na pewno taki dobry pomysł. Cóż, na pewno wejście dziewczynie w drogę nie należałoby do najrozsądniejszych posunięć.
– Zajęło wam trochę dłużej niż kwadrans – stwierdził cicho Rafael, ledwo tylko dookoła zapanowała przenikliwa cisza.
Nie dodał niczego więcej, w zamian po prostu składając skrzydła. Ponad jego ramieniem w końcu była w stanie dostrzec, co się działo. Większość skryła się za Aldero i Damienem, a po wyczuwalnym w powietrzu zapachu ozonu, Elena zorientowała się, że obaj telepaci wykorzystywali moc, by trzymać zdolności Shannon w ryzach. Jedynie Cameron stał bliżej niej, uśmiechając się blado i zachowując tak, jakby wcale na własne życzenie nie ryzykować, że jednak oberwie.
Po wyrazie twarzy dziewczyny trudno było stwierdzić, co tak naprawdę sobie myślała. Oddychała szybko i płytko, niespokojnie wodząc wzorkiem dookoła, jakby w obawie, że jednak zrobiła komuś krzywdę. Wyraźnie rozluźniła się, gdy nabrała pewności, że jej wątpliwości były bezpodstawne. Zawahała się jedynie w momencie, w którym spojrzała na Rafaela, prawie natychmiast uciekając wzrokiem gdzieś w bok. Elena nie była w stanie określić, czy reakcja miała związek z tym, że demon musiał osłonić ją i Liz, czy może raczej z ciągłą obecnością skrzydeł.
– Nie jest źle – stwierdził Cammy, jako pierwszy przerywając przeciągającą się ciszę. – Gdybyśmy spróbowali jeszcze raz…
– Nie chcę – zaoponowała natychmiast Shannon.
Wampir spojrzał na nią z powątpiewaniem. Wyglądał przede wszystkim na zatroskanego, chociaż to wydało się Elenie dziwne. Wyraźnie zależało mu na tym, żeby dziewczynie pomóc, ale mimo wszystko…
– Nic się nie stało, tak? Nawet okna samą całe. – Cameron wysilił się na uspokajający uśmiech. – Ja też jestem cały i nie zamierzam paść trupem.
– Średnio zabawne, zwłaszcza że masz kły – padło w odpowiedzi. Shannon podejrzliwie zmrużyła oczy. – To nie tak, że jesteście martwi sami w sobie? – wypaliła, najwyraźniej nie mogąc się powstrzymać.
– Głupie pomówienia – żachnął się Aldero.
Shannon i tak nie wyglądała na przekonaną. Tkwiła w miejscu, póki nie puściły jej nerwy. Wtedy zaczęła niespokojnie krążyć, wyglądając na kogoś, kto jest na dobrej drodze, by wyjść z siebie i stanąć obok.
– Jak mam kontrolować krzyk? Jasna cholera… – jęknęła, w pośpiechu wyrzucając kolejne słowa. W tamtej chwili brzmiała tak, jakby zwracała się przede wszystkim do siebie, nie zaś kogoś konkretnego. – Tu już nie chodzi tylko o to czy śpiewam, prawda? Ktoś kiedyś mnie zdenerwuje i naprawdę zrobi się nieciekawie.
– Moim zdaniem śpiewanie może pomóc – wtrącił Al, ale osiągnął jedynie tyle, że dziewczyna spojrzała na niego w co najmniej rozdrażniony sposób.
– Przestań, Aldero – wycedziła przez zaciśnięte zęby. – Nie mam głowy do zespołu, śpiewania ani niczego innego. Zresztą jeśli akurat ty nie rozumiesz, dlaczego nie mogę dalej śpiewać, to…
– Nie chodzi mi o zespół. Jeszcze nie upadłem na głowę – zapewnił pośpiesznie Aldero. – Ale wtedy kontrolujesz oddech i dźwięk, tak? To prawie to samo.
– Zabójczy krzyk i wokaliza to dokładnie to samo. Że też na to nie wpadłam! – zadrwiła i zabrzmiało to w nieco histeryczny sposób.
Urwała, w pośpiechu uciekając wzrokiem gdzieś w bok. Ukryła twarz w dłoniach, w końcu nieruchomiejąc i nie reagując nawet wtedy, gdy tuż obok niej zmaterializowała się Alice. Wampirzyca niepewnie dotknęła jej ramienia, uśmiechając się przy tym przyjaźnie. Jej pocieszanie przychodziło naturalnie, czego zresztą Elena powoli zaczynała siostrze zazdrościć. Może wtedy byłoby jej o wiele łatwiej rozmawiać z Liz.
– Hej, bez pośpiechu. Może wejdźmy do środka, co? – zaproponowała, zachowując się tak, jakby nic wartego uwagi nie miało uwagi. Znacząco spojrzała na dom. – Za długo tutaj sterczycie. No i niedługo wróci reszta, więc…
– Wracamy do siebie. Serio, nie będziemy przeszkadzać, skoro macie swoje sprawy. – Shannon nerwowym gestem przeczesała włosy, odgarniając je na ramię. – Prawda, Nigel? I tak sporo zrobiliście. Dzięki, Damien… Wam też – dodała, wymownie spoglądając na bliźniaków.
– Ale… – zaczęła natychmiast Alice, jednak Shannon nawet nie pozwoliła jej dokończyć.
Chłopak westchnął, ale nie zaoponował, pośpiesznie ruszając za siostrą. Jako jedyny wysilił się na nieco wymuszony, ale szczery uśmiech.
– Przejdzie jej – stwierdził na tyle cicho, by nie miała szansy go usłyszeć. – I tak dzięki.
– Odwiozę was – zaproponował natychmiast Damien. – Zostajesz, Liz? – dodał, z niejaką obawą spoglądając na wciąż tkwiącą u boku Eleny i Rafaela dziewczynę.
– Jasne – zapewniła. Jej głos zabrzmiał w pełni spokojnie i tylko wciąż przyśpieszony puls zdradzał, że czuła się jakkolwiek nieswojo w obecności demona. – Poczekam tutaj. Zawsze mogę ci streścić, co się działo, o ile rozmowa będzie dotyczyła również mnie.
Elena uniosła brwi.
– Oczywiście, że tak – obruszyła się. – Nie wiem, dlaczego tata chciał, żebym tu przyszła, ale cokolwiek to jest, na pewno możesz to usłyszeć.
– Więc załatwione – stwierdził Damien. Rzucił jej dziwne, przenikliwe spojrzenie, po czym skinął głową. To było prawie jak… wdzięczność? – Wrócę tak szybko, jak tylko się da… Hej, Shannon, czekaj!
Wystarczyła chwila, by zniknął im z oczu. Elena odprowadziła go wzrokiem, wciąż pełna wątpliwości. Dopiero gdy nabrała pewności, że całą trójka znalazła się w samochodzie i odjechała na tyle, by nie byli w stanie jej usłyszeć, zdecydowała się odezwać.
– I co z Shannon? – zapytała, choć nie miała pewności, czy drążenie tematu miało sens. – Bo to, że mogłaby tym krzykiem narobić szkód, zauważyłam. Pytanie, co z tym zrobić.
Nie chciała zabrzmieć tak, jakby wątpiła, ale poniekąd właśnie w ten sposób się czuła. Miała wątpliwości, zwłaszcza że Shannon już od dłuższego czasu nie radziła sobie ze zdolnościami. Teraz przynajmniej była świadoma tego, co potrafiła, ale próby unikania wykorzystywania tej mocy zdecydowanie nie rozwiązywały problemu.
– Dobre pytanie – stwierdził z rezerwą Aldero. W końcu nie zabrzmiał tak, jakby wciąż był na nią obrażony. Myślami wydawał się być gdzieś daleko, na dodatek poważniejszy niż zazwyczaj, a to nie zdarzało się często. – Mnie to przypomina falę uderzeniową. I dalej uważam, że mogłaby nad tym zapanować, chociaż po części.
– Jak nad śpiewem? – zapytał Cammy, wymownie spoglądając na brata. – Serio?
Wampir jedynie wzruszył ramionami.
– To nie jest aż takie głupie, prawda? Shannon zawsze miała kontrolę nad tym, co robi. Jak na moje, to teraz po prostu się boi – stwierdził, a Elena mimochodem doszła do wniosku, że jego słowa brzmiały zadziwiająco logicznie.
– Fala uderzeniowa. Jak w telepatii – powiedziała, tym samym jak na zawołanie ściągając na siebie uwagę zebranych.
– Fajnie, że coś zapamiętałaś, kuzyneczko – rzucił zaczepnym tonem Aldero, ale w jego tonie i tak wyczuła więcej złośliwości niż czegoś, co świadczyłoby o zwykłym przekomarzaniu się.
– Po prostu chcę zrozumieć – obruszyła się, próbując zachować cierpliwość. Naskoczenie na niego zdecydowanie nie było dobrym pomysłem, przynajmniej na razie. – Shannon mogłaby nad tym zapanować, ale… w jakim sensie?
– Choćby w takim, by zacząć celować w odpowiednią stronę, zamiast narażać wszystkich wokół – wyjaśnił Cameron, w pośpiechu ubiegając brata. Elena była gotowa przysiąc, że bez trudu wyczuł narastające miedzy nią a Aldero napięcie. – Potem spróbuję z nią jeszcze pogadać. Nigel pewnie ma rację z tym, że potrzebuje czasu.
Nikt nie zaprotestował, ale Elena i tak miała wątpliwości. Gdyby chodziło tylko o czas, Shannon już dawno zdołałaby się otrząsnąć. Z drugiej strony, wcześniej sama szukała pomocy – czy to w ośrodku, czy najwyraźniej próbując zapanować nad sobą na własną rękę. Kiedy pomogła im podczas imprezy szkolnej, zdecydowanie wydawała się bardziej świadoma… Albo raczej napędzana adrenaliną.
Intencje… Znowu chodzi o intencje, uprzytomniła sobie, ale również z tym odkryciem nie poczuła się lepiej. Pomijając zbieżność z tym, co tłumaczył jej Rafael, czy cokolwiek się dzięki temu zmieniło? Shannon się bała i w każdej chwili mogła kogoś nieświadomie skrzywdzić. Elena obawiała się, że w takim wypadku mieli do czynienia z błędnym kołem; w końcu strach był naturalny, choć paradoksalnie blokował dziewczynę przed podjęciem jakichkolwiek konkretnych działać.
Tym razem nikt nie zaprotestował, kiedy Alice znów zaczęła naciskać na wejście do domu. Elena w milczeniu obserwowała siostrę, próbując wychwycić w jej zachowaniu cokolwiek, co świadczyłoby o niechęci do Rafaela, jednak nic podobnego nie miało miejsca. Przyjęła to z ulga, nawet mimo wrażenia, że wampirzyca po prostu doskonale ukrywała emocje. Nawet jeśli to wszystko sprowadzało się wyłącznie do gry, Elena była jej za to wdzięczna. Nie śmiała prosić o nic więcej, przynajmniej na razie, póki sytuacja z Rafą była aż tak świeża.
W końcu przejście do porządku dziennego z tym, że ma się naczelnego demona w rodzinie, jest takie proste…, zadrwiła w duchu.
– Potrzebujecie czegoś? – rzuciła pogodnym tonem wampirzyca. Wyraźnie robiła wszystko, by jak najlepiej zastąpić Esme pod jej nieobecność. – Dalej mamy trochę krwi, tak jakby co.
– Nie sądzę, żeby ktoś tutaj potrzebował akurat takiej krwi – mruknął Aldero.
Elena rzuciła mu poirytowane spojrzenie. Wiedziała, że chodziło mu o nią. Co prawda nie powiedział tego wprost, ale to w gruncie rzeczy nie miało znaczenia. Nie musiał nawet na nią patrzeć, czego zresztą nie zrobił, jakby od niechcenia spoglądając w bliżej nieokreślony punkt przestrzeni.
Musisz to robić?, jęknęła w duchu, mając nadzieję, że wciąż lustrował jej myśli, choćby i powierzchownie. Aldero…
Pogadamy przy innej okazji.
Zacisnęła usta. Mogła się tego spodziewać, ale i tak zapragnęła nim porządnie potrząsnąć. Słodka bogini, ostatnim, czego potrzebowała, to dalej walczyć z własną rodziną!
A to wciąż był zaledwie początek. Nie miała pojęcia, co do przekazania mieli jej rodzice, ale im dłużej o tym myślała, tym bardziej się bała.
Ona i każda z jej córek…
Gwałtowny dreszcz wstrząsnął całym jej ciałem. Nie miała pojęcia, dlaczego akurat ta linijka przyszła jej do głowy, ale to nie było istotne. Prawda była taka, że już od jakiegoś czasu podświadomie wyczekiwała momentu, w którym wszystko się skomplikuje. Najpewniej nie jako jedyna, bo dokładnie w ten sam sposób zachowywał się Rafael – z tym, że w przeciwieństwie do niej potrafił to ukryć.
Zamknęła oczy. Chcąc nie chcąc pozostało jej co najwyżej czekać.
Gabriel
Świadomość wróciła nagle, ale nie przywitał tego z entuzjazmem. Perspektywa otwarcia oczu napawała go lękiem, choć zdecydowanie nie chciał tego przyznać – nawet przed samym sobą. Odciął się od strachu, ale nie był w stanie tak po prostu uwolnić się od prostego pytania, które jak na zawołanie nasunęło mu się na myśl.
„Co się stało?”.
Nie miał pewności, czy chciał to wiedzieć.
To znów się zdarzyło, niezależnie od tego, czego tak naprawdę chciał. Przez dłuższą chwilę nie był w stanie przypomnieć sobie szczegółów tego, co robił wcześniej. Próbował, ale w głowie miał pustkę, a  niespójne skrawki myśli za żadne skarby nie chciały ułożyć się w sensowną całość. Z drugiej strony, może tak naprawdę wcale nie chciał pozwolić sobie na to, żeby zrozumieć, podświadomie czując, że odpowiedź w najmniejszym nawet stopniu by go nie zadowoliła. W gruncie rzeczy miał wrażenie, że trwanie w mroku było o wiele bezpieczniejszą perspektywą, niezależnie od dręczących go wątpliwości.
Gdy to tylko było takie proste…
Wspomnienie rudych włosów było aż nazbyt żywe. Tego, że choć przez chwilę trzymał w ramionach znajomą, drobną postać, tym bardziej, choć początkowo uznał to za senny majak. Co więcej, to zdecydowanie nie była Renesmee. Musiał o tym pamiętać, choć ukracanie nadziei na to, że wszystko jednak wróciło do normy, niezmiennie sprawiało mu ból. Prawda taka była – irytująco bolesna – ale i tak okazała się lepsza od okłamywania się. Wtedy przynajmniej pamiętał, że powinien działać, będąc aż nazbyt wiele winny tej, którą skrzywdził.
Do głowy przyszło mu, że jednak powinien zobaczyć Nessie, zwłaszcza jeśli stracił przytomność, ale nie przypominał sobie żadnego spotkania w świecie snów. Może tak było lepiej, zwłaszcza że nie chciał, by zobaczyła go w takim stanie. Nieważne, że sam nade wszystko pragnął zamienić z nią choćby kilka słów – upewnić się, że nadal gdzieś tam była i wciąż miał czas. Nie miał pojęcia, jak wiele go stracił, bezcelowo uganiając się po mieście za czymś, czego nawet nie potrafił pochwycić, ale wolał się nad tym nie zastanawiać. Wtedy musiałby przyznać, że najpewniej zawiódł, a na domiar złego…
Nie, tego zdecydowanie nie chciał brać pod uwagę. To niemożliwe, by skończył się jej czas.
Wątpliwości wróciły, tak jak i niespójne wspomnienia tego, czego doświadczył przed zapadnięciem się w ciemność. To nie był pierwszy raz, kiedy tracił poczucie czasu i kontrolę nad własnymi odruchami. Aż za dobrze pamiętał ten moment w Chianni, gdy nagle ocknął się w samym środku lasu, trzymając w ramionach martwą dziewczynę. Tym razem nie czuł się tak, jakby klęczał, a tym bardziej nie wyczuwał w ustach posmaku cudzej krwi. Co więcej, nie miał wrażenia, że kolejny raz spijał cudzą energię. Wręcz przeciwnie – nadal czuł się wykończony, co może i nie ułatwiało mu skupienia się, ale przynajmniej trochę go uspokoiło.
Nie zabił. Chyba, chociaż to wcale nie było takie oczywiste. Wiedział, że powinien otworzyć oczy i w końcu to sprawdzić, ale nie chciał.
Jeszcze nie teraz.
Niechciane myśli coraz bardziej dawały mu się we znaki. Zmierzały w kierunkach, które zdecydowanie nie były mu na rękę, coraz bardziej doprowadzając Gabriela do szału. Jakby tego było mało, przez krótką chwilę znów widział to, co tylko z wyglądu przypominał Renesmee – ukochane ciało, którym zawładnęło coś, czego nadal nie potrafił nazwać. Pamiętał jak balansowała gdzieś na krawędzi drogi, sprawiając wrażenie chętnej, by rzucić się pod nadjeżdżająca ciężarówkę. I choć przez ułamek sekundy osobiście miał ochotę ją pod nią popchnąć, by zakończyć całe to szaleństwo, jednocześnie trafiał go z tego powodu szlag.
Do cholery, robiła to specjalnie? Zabrała mu Renesmee tylko po to, by ostatecznie ją pogrzebać? Nie tylko dusza, ale również ciało było ważne. Isabeau określiła je mianem „naczynia”, do którego musiała wrócić Nessie. W jaki sposób mieliby ją sprowadzić, gdyby cielesna powłoka ucierpiała, na dodatek w tak znaczący sposób.
Pamiętał, że był zły. Zdążył, ale i tak miał ochotę rozszarpać na kawałki każdego, kto próbował zaszkodzić jego żonie. Z kolei później…
Co stało się później?
Wspomnienie pościgu było aż nazbyt żywe, ale Gabriel nie od razu dopuścił je do siebie. Przyznanie się do tego, że nie potrafił powstrzymać tej istoty przed ucieczką, zdecydowanie nie było proste. Już nawet nie chodziło o dumę, choć i ona miała znaczenie. O wiele ważniejsze było to, że mógłby zawieść – kolejny raz, jakby mało było, że to on doprowadził Renesmee do takiego stanu.
Wykorzystywanie mocy, gdy ta praktycznie uciekała mu między palcami, zanikając tak błyskawicznie, że nie nadążał jej uzupełniać, było głupie. Sęk w tym, że nie miał wyboru.
Nie miał… wyboru…
Zaklął w duchu, coraz bardziej sfrustrowany. Jasność umysłu wróciła i to nawet mimo wciąż dającego mu się we znaki zmęczenia. Przez chwilę miał wrażenie, że oszaleje, w efekcie już nie będąc w stanie sobie wyobrazić ucieczki ani w ciemność, ani w jakże znajomy mu sen. To, że nie przejmował się sobą, również okazało się pozbawione znaczenia. Nie było ważne, skoro wiedział, że gdyby dał się zabić, to było tak, jakby się poddał – a tym samym pozwolił, żeby Renesmee stała się krzywda. Nieważne jak bardzo zawinił, zbliżając się do tego cholernego kryształu. Mógł pozwolić, by stało się z nim dosłownie wszystko, ale tak czy siak zamierzał dokonać jednego: ściągnąć żonę z powrotem, nieważne jak wielu poświęceń by to wymagało.
Otworzył oczy. Spodziewał się wielu rzeczy, ale na pewno nie tego, że będzie leżał – i to bynajmniej nie na ulicy w środku ruchliwego Seattle, ale na materacu, na dodatek w podejrzanie cichym miejscu. Natychmiast wyprostował się niczym struna, podrywając do siadu. To był zły pomysł, o czym przekonał się, gdy pociemniało mu przed oczami, ale natychmiast zignorował słabość. Palce zacisnął na pościeli, całą energię wkładając w to, by utrzymać się w pozycji siedzącej.
Zamrugał, próbując przyzwyczaić oczy do panującego dookoła półmroku. Widział wystarczająco wyraźnie, by dostrzec zarys mebli, składających się na skromne wyposażenie niewielkiego, zaniedbanego pokoiku, ale i tak nie poczuł się dzięki temu pewniej. Wręcz przeciwnie – nie miał pojęcia, gdzie się znajduje. W powietrzu dało się wyczuć kurz, ale to również nie okazało się żadną praktyczną wskazówką. Miejsce było obce, najwyraźniej dotychczas sporadycznie używane i tak ciche, że to wydało się Gabrielowi wręcz nienaturalne.
Poruszając się trochę jak w transie, zmusił się do poderwania na równe nogi. Zmęczenie wciąż dawało mu się we znaki, ale adrenalina zrobiła swoje, pozwalając utrzymać się w pionie. Napiął mięśnie, machinalnie przybierając pozycję obronną, w razie gdyby przyszło mu rzucić się do ataku. Co prawda podejrzewał, że ten jeden raz nawet najsłabszy przeciwnik zdołałby go powalić i to bez większego wysiłku, ale i tak nie zamierzał stać i czekać na śmierć. Najbardziej niepokoił go brak możliwości skorzystania z mocy, ale o tym wolał nie myśleć. Nie zmieniało to jednak faktu, że już raz popełnił błąd i nie zamierzał go powtarzać.
Potrzebował energii. Musiał poszukać wyjścia, a potem ofiary – jakiejkolwiek, byleby w choć niewielkim stopni doprowadzić się do porządku. Przez myśl przeszło mu, że mógł spróbować skontaktować się z Laylą, ale i to wymagało wysiłku, który mógł okazać się opłakany w skutkach. Co więcej, na myśl o siostrze do głowy jak na zawołanie przyszło mu, że kolejny raz w grę mogli wchodzić łowcy. Co prawda miejsce nie wyglądało jak to, w którym znaleźli wampirzycę, ale z drugiej strony…
– Nareszcie. Szczerze mówiąc, zaczynałam się przejmować – usłyszał znajomy głos i to wystarczyło, by wytrącić go z równowagi.
Nie miał pojęcia, jakim cudem umknęło mu pojawienie się kogokolwiek. Zmysły wciąż odmawiały mu posłuszeństwa, choć próbował nad tym zapanować. Za wszelką cenę usiłował się skupić, ale i to wydawało się prowadzić donikąd. Mimo wszystko z cichym warknięciem odwrócił się, gotów spróbować bronić – i to pomimo tego, że czuł, że jego ruchy są zdecydowanie zbyt wolne i nieporadne.
– Ty… – zaczął, ale nie był w stanie wykrztusić z siebie chociażby i słowa więcej.
Stojąca w progu pomieszczenia kobieta jedynie się uśmiechnęła – w nieco zimny, ale jednak szczery sposób. Poczuł się nieswojo, kiedy podeszła bliżej, bynajmniej niezaniepokojona tym, że mógłby się na nią rzucić.
– Dobry wieczór, Gabrielu – powiedziała ze spokojem. – Dawno się nie widzieliśmy…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa