
Elena
Czarne skrzydła pojawiły się znikąd,
ledwo tylko wyszły spomiędzy drzew. Elizabeth zesztywniała, po czym cofnęła się
o krok. Elena wyraźnie słyszała, że serce dziewczyny gwałtownie
przyśpieszyło ze zdenerwowania, gdy w oszołomieniu spojrzała na stojącego
tuż przed nią demona.
– Rafa… –
zaczęła, gotowa na niego warknąć za straszenie przyjaciółki, jednak nie miała
okazji dokończyć.
Przerwał
jej wrzask. Na dodatek nie taki zwykły, ale głośny, przenikliwy i aż nazbyt
znajomy. Aż się wzdrygnęła, przez moment mając ochotę z powrotem wycofać
do gęstwiny albo przynajmniej zasłonić uszy dłońmi. Nie pierwszy raz słyszała
jakże niebezpieczny wrzask Shannon – coś więcej niż tylko dźwięk, choć nie była
w stanie sprecyzować, co to tak naprawdę oznaczało. Wiedziała jedynie, że
potrafiło być niebezpieczne – i najpewniej takie by się stało, gdyby nie
stojący tuż przed nimi Rafael.
Uniosła
brwi, z powątpiewaniem spoglądając to na rozłożyste czarne skrzydła, to
znów na twarz męża. Ze świstem wypuściła powietrze, w końcu zaczynając się
uspokajać. Wszystko wskazywało na to, że bliźniakom jednak udało się przekonać
Shannon do współpracy, choć Elena nie była pewna, czy to na pewno taki dobry
pomysł. Cóż, na pewno wejście dziewczynie w drogę nie należałoby do
najrozsądniejszych posunięć.
– Zajęło wam
trochę dłużej niż kwadrans – stwierdził cicho Rafael, ledwo tylko dookoła
zapanowała przenikliwa cisza.
Nie dodał
niczego więcej, w zamian po prostu składając skrzydła. Ponad jego
ramieniem w końcu była w stanie dostrzec, co się działo. Większość
skryła się za Aldero i Damienem, a po wyczuwalnym w powietrzu zapachu
ozonu, Elena zorientowała się, że obaj telepaci wykorzystywali moc, by trzymać
zdolności Shannon w ryzach. Jedynie Cameron stał bliżej niej, uśmiechając
się blado i zachowując tak, jakby wcale na własne życzenie nie ryzykować,
że jednak oberwie.
Po wyrazie
twarzy dziewczyny trudno było stwierdzić, co tak naprawdę sobie myślała.
Oddychała szybko i płytko, niespokojnie wodząc wzorkiem dookoła, jakby w obawie,
że jednak zrobiła komuś krzywdę. Wyraźnie rozluźniła się, gdy nabrała pewności,
że jej wątpliwości były bezpodstawne. Zawahała się jedynie w momencie, w którym
spojrzała na Rafaela, prawie natychmiast uciekając wzrokiem gdzieś w bok.
Elena nie była w stanie określić, czy reakcja miała związek z tym, że
demon musiał osłonić ją i Liz, czy może raczej z ciągłą obecnością
skrzydeł.
– Nie jest
źle – stwierdził Cammy, jako pierwszy przerywając przeciągającą się ciszę. –
Gdybyśmy spróbowali jeszcze raz…
– Nie chcę –
zaoponowała natychmiast Shannon.
Wampir
spojrzał na nią z powątpiewaniem. Wyglądał przede wszystkim na
zatroskanego, chociaż to wydało się Elenie dziwne. Wyraźnie zależało mu na tym,
żeby dziewczynie pomóc, ale mimo wszystko…
– Nic się
nie stało, tak? Nawet okna samą całe. – Cameron wysilił się na uspokajający
uśmiech. – Ja też jestem cały i nie zamierzam paść trupem.
– Średnio
zabawne, zwłaszcza że masz kły – padło w odpowiedzi. Shannon podejrzliwie
zmrużyła oczy. – To nie tak, że jesteście martwi sami w sobie? – wypaliła,
najwyraźniej nie mogąc się powstrzymać.
– Głupie
pomówienia – żachnął się Aldero.
Shannon i tak
nie wyglądała na przekonaną. Tkwiła w miejscu, póki nie puściły jej nerwy.
Wtedy zaczęła niespokojnie krążyć, wyglądając na kogoś, kto jest na dobrej
drodze, by wyjść z siebie i stanąć obok.
– Jak mam kontrolować
krzyk? Jasna cholera… – jęknęła, w pośpiechu wyrzucając kolejne słowa. W tamtej
chwili brzmiała tak, jakby zwracała się przede wszystkim do siebie, nie zaś
kogoś konkretnego. – Tu już nie chodzi tylko o to czy śpiewam, prawda?
Ktoś kiedyś mnie zdenerwuje i naprawdę zrobi się nieciekawie.
– Moim
zdaniem śpiewanie może pomóc – wtrącił Al, ale osiągnął jedynie tyle, że
dziewczyna spojrzała na niego w co najmniej rozdrażniony sposób.
– Przestań,
Aldero – wycedziła przez zaciśnięte zęby. – Nie mam głowy do zespołu, śpiewania
ani niczego innego. Zresztą jeśli akurat ty nie rozumiesz, dlaczego nie mogę
dalej śpiewać, to…
– Nie
chodzi mi o zespół. Jeszcze nie upadłem na głowę – zapewnił pośpiesznie
Aldero. – Ale wtedy kontrolujesz oddech i dźwięk, tak? To prawie to samo.
– Zabójczy
krzyk i wokaliza to dokładnie to samo. Że też na to nie wpadłam! –
zadrwiła i zabrzmiało to w nieco histeryczny sposób.
Urwała, w pośpiechu
uciekając wzrokiem gdzieś w bok. Ukryła twarz w dłoniach, w końcu
nieruchomiejąc i nie reagując nawet wtedy, gdy tuż obok niej
zmaterializowała się Alice. Wampirzyca niepewnie dotknęła jej ramienia,
uśmiechając się przy tym przyjaźnie. Jej pocieszanie przychodziło naturalnie,
czego zresztą Elena powoli zaczynała siostrze zazdrościć. Może wtedy byłoby jej
o wiele łatwiej rozmawiać z Liz.
– Hej, bez
pośpiechu. Może wejdźmy do środka, co? – zaproponowała, zachowując się tak,
jakby nic wartego uwagi nie miało uwagi. Znacząco spojrzała na dom. – Za długo
tutaj sterczycie. No i niedługo wróci reszta, więc…
– Wracamy
do siebie. Serio, nie będziemy przeszkadzać, skoro macie swoje sprawy. –
Shannon nerwowym gestem przeczesała włosy, odgarniając je na ramię. – Prawda,
Nigel? I tak sporo zrobiliście. Dzięki, Damien… Wam też – dodała, wymownie
spoglądając na bliźniaków.
– Ale… – zaczęła
natychmiast Alice, jednak Shannon nawet nie pozwoliła jej dokończyć.
Chłopak
westchnął, ale nie zaoponował, pośpiesznie ruszając za siostrą. Jako jedyny
wysilił się na nieco wymuszony, ale szczery uśmiech.
– Przejdzie
jej – stwierdził na tyle cicho, by nie miała szansy go usłyszeć. – I tak
dzięki.
– Odwiozę
was – zaproponował natychmiast Damien. – Zostajesz, Liz? – dodał, z niejaką
obawą spoglądając na wciąż tkwiącą u boku Eleny i Rafaela dziewczynę.
– Jasne –
zapewniła. Jej głos zabrzmiał w pełni spokojnie i tylko wciąż
przyśpieszony puls zdradzał, że czuła się jakkolwiek nieswojo w obecności
demona. – Poczekam tutaj. Zawsze mogę ci streścić, co się działo, o ile
rozmowa będzie dotyczyła również mnie.
Elena
uniosła brwi.
–
Oczywiście, że tak – obruszyła się. – Nie wiem, dlaczego tata chciał, żebym tu
przyszła, ale cokolwiek to jest, na pewno możesz to usłyszeć.
– Więc
załatwione – stwierdził Damien. Rzucił jej dziwne, przenikliwe spojrzenie, po
czym skinął głową. To było prawie jak… wdzięczność? – Wrócę tak szybko, jak
tylko się da… Hej, Shannon, czekaj!
Wystarczyła
chwila, by zniknął im z oczu. Elena odprowadziła go wzrokiem, wciąż pełna
wątpliwości. Dopiero gdy nabrała pewności, że całą trójka znalazła się w samochodzie
i odjechała na tyle, by nie byli w stanie jej usłyszeć, zdecydowała
się odezwać.
– I co
z Shannon? – zapytała, choć nie miała pewności, czy drążenie tematu miało
sens. – Bo to, że mogłaby tym krzykiem narobić szkód, zauważyłam. Pytanie, co z tym
zrobić.
Nie chciała
zabrzmieć tak, jakby wątpiła, ale poniekąd właśnie w ten sposób się czuła.
Miała wątpliwości, zwłaszcza że Shannon już od dłuższego czasu nie radziła
sobie ze zdolnościami. Teraz przynajmniej była świadoma tego, co potrafiła, ale
próby unikania wykorzystywania tej mocy zdecydowanie nie rozwiązywały problemu.
– Dobre
pytanie – stwierdził z rezerwą Aldero. W końcu nie zabrzmiał tak, jakby
wciąż był na nią obrażony. Myślami wydawał się być gdzieś daleko, na dodatek
poważniejszy niż zazwyczaj, a to nie zdarzało się często. – Mnie to
przypomina falę uderzeniową. I dalej uważam, że mogłaby nad tym zapanować,
chociaż po części.
– Jak nad
śpiewem? – zapytał Cammy, wymownie spoglądając na brata. – Serio?
Wampir
jedynie wzruszył ramionami.
– To nie
jest aż takie głupie, prawda? Shannon zawsze miała kontrolę nad tym, co robi.
Jak na moje, to teraz po prostu się boi – stwierdził, a Elena mimochodem
doszła do wniosku, że jego słowa brzmiały zadziwiająco logicznie.
– Fala
uderzeniowa. Jak w telepatii – powiedziała, tym samym jak na zawołanie ściągając
na siebie uwagę zebranych.
– Fajnie,
że coś zapamiętałaś, kuzyneczko – rzucił zaczepnym tonem Aldero, ale w jego
tonie i tak wyczuła więcej złośliwości niż czegoś, co świadczyłoby o zwykłym
przekomarzaniu się.
– Po prostu
chcę zrozumieć – obruszyła się, próbując zachować cierpliwość. Naskoczenie na
niego zdecydowanie nie było dobrym pomysłem, przynajmniej na razie. – Shannon
mogłaby nad tym zapanować, ale… w jakim sensie?
– Choćby w takim,
by zacząć celować w odpowiednią stronę, zamiast narażać wszystkich wokół –
wyjaśnił Cameron, w pośpiechu ubiegając brata. Elena była gotowa przysiąc,
że bez trudu wyczuł narastające miedzy nią a Aldero napięcie. – Potem
spróbuję z nią jeszcze pogadać. Nigel pewnie ma rację z tym, że
potrzebuje czasu.
Nikt nie
zaprotestował, ale Elena i tak miała wątpliwości. Gdyby chodziło tylko o czas,
Shannon już dawno zdołałaby się otrząsnąć. Z drugiej strony, wcześniej
sama szukała pomocy – czy to w ośrodku, czy najwyraźniej próbując
zapanować nad sobą na własną rękę. Kiedy pomogła im podczas imprezy szkolnej,
zdecydowanie wydawała się bardziej świadoma… Albo raczej napędzana adrenaliną.
Intencje… Znowu chodzi o intencje,
uprzytomniła sobie, ale również z tym odkryciem nie poczuła się lepiej.
Pomijając zbieżność z tym, co tłumaczył jej Rafael, czy cokolwiek się
dzięki temu zmieniło? Shannon się bała i w każdej chwili mogła kogoś
nieświadomie skrzywdzić. Elena obawiała się, że w takim wypadku mieli do
czynienia z błędnym kołem; w końcu strach był naturalny, choć paradoksalnie
blokował dziewczynę przed podjęciem jakichkolwiek konkretnych działać.
Tym razem
nikt nie zaprotestował, kiedy Alice znów zaczęła naciskać na wejście do domu.
Elena w milczeniu obserwowała siostrę, próbując wychwycić w jej
zachowaniu cokolwiek, co świadczyłoby o niechęci do Rafaela, jednak nic
podobnego nie miało miejsca. Przyjęła to z ulga, nawet mimo wrażenia, że
wampirzyca po prostu doskonale ukrywała emocje. Nawet jeśli to wszystko
sprowadzało się wyłącznie do gry, Elena była jej za to wdzięczna. Nie śmiała
prosić o nic więcej, przynajmniej na razie, póki sytuacja z Rafą była
aż tak świeża.
W końcu przejście do porządku dziennego z tym,
że ma się naczelnego demona w rodzinie, jest takie proste…, zadrwiła w duchu.
–
Potrzebujecie czegoś? – rzuciła pogodnym tonem wampirzyca. Wyraźnie robiła wszystko,
by jak najlepiej zastąpić Esme pod jej nieobecność. – Dalej mamy trochę krwi, tak
jakby co.
– Nie
sądzę, żeby ktoś tutaj potrzebował akurat takiej krwi – mruknął Aldero.
Elena rzuciła
mu poirytowane spojrzenie. Wiedziała, że chodziło mu o nią. Co prawda nie
powiedział tego wprost, ale to w gruncie rzeczy nie miało znaczenia. Nie
musiał nawet na nią patrzeć, czego zresztą nie zrobił, jakby od niechcenia
spoglądając w bliżej nieokreślony punkt przestrzeni.
Musisz to robić?, jęknęła w duchu, mając
nadzieję, że wciąż lustrował jej myśli, choćby i powierzchownie. Aldero…
Pogadamy przy innej okazji.
Zacisnęła
usta. Mogła się tego spodziewać, ale i tak zapragnęła nim porządnie
potrząsnąć. Słodka bogini, ostatnim, czego potrzebowała, to dalej walczyć z własną
rodziną!
A to wciąż
był zaledwie początek. Nie miała pojęcia, co do przekazania mieli jej rodzice,
ale im dłużej o tym myślała, tym bardziej się bała.
Ona i każda z jej córek…
Gwałtowny dreszcz
wstrząsnął całym jej ciałem. Nie miała pojęcia, dlaczego akurat ta linijka
przyszła jej do głowy, ale to nie było istotne. Prawda była taka, że już od
jakiegoś czasu podświadomie wyczekiwała momentu, w którym wszystko się skomplikuje.
Najpewniej nie jako jedyna, bo dokładnie w ten sam sposób zachowywał się
Rafael – z tym, że w przeciwieństwie do niej potrafił to ukryć.
Zamknęła
oczy. Chcąc nie chcąc pozostało jej co najwyżej czekać.

Gabriel
Świadomość wróciła nagle, ale
nie przywitał tego z entuzjazmem. Perspektywa otwarcia oczu napawała go lękiem,
choć zdecydowanie nie chciał tego przyznać – nawet przed samym sobą. Odciął się
od strachu, ale nie był w stanie tak po prostu uwolnić się od prostego
pytania, które jak na zawołanie nasunęło mu się na myśl.
„Co się
stało?”.
Nie miał
pewności, czy chciał to wiedzieć.
To znów się
zdarzyło, niezależnie od tego, czego tak naprawdę chciał. Przez dłuższą chwilę
nie był w stanie przypomnieć sobie szczegółów tego, co robił wcześniej.
Próbował, ale w głowie miał pustkę, a niespójne skrawki myśli za żadne
skarby nie chciały ułożyć się w sensowną całość. Z drugiej strony,
może tak naprawdę wcale nie chciał pozwolić sobie na to, żeby zrozumieć,
podświadomie czując, że odpowiedź w najmniejszym nawet stopniu by go nie
zadowoliła. W gruncie rzeczy miał wrażenie, że trwanie w mroku było o wiele
bezpieczniejszą perspektywą, niezależnie od dręczących go wątpliwości.
Gdy to tylko
było takie proste…
Wspomnienie
rudych włosów było aż nazbyt żywe. Tego, że choć przez chwilę trzymał w ramionach
znajomą, drobną postać, tym bardziej, choć początkowo uznał to za senny majak.
Co więcej, to zdecydowanie nie była Renesmee. Musiał o tym pamiętać, choć ukracanie
nadziei na to, że wszystko jednak wróciło do normy, niezmiennie sprawiało mu
ból. Prawda taka była – irytująco bolesna – ale i tak okazała się lepsza
od okłamywania się. Wtedy przynajmniej pamiętał, że powinien działać, będąc aż
nazbyt wiele winny tej, którą skrzywdził.
Do głowy
przyszło mu, że jednak powinien zobaczyć Nessie, zwłaszcza jeśli stracił przytomność,
ale nie przypominał sobie żadnego spotkania w świecie snów. Może tak było
lepiej, zwłaszcza że nie chciał, by zobaczyła go w takim stanie. Nieważne,
że sam nade wszystko pragnął zamienić z nią choćby kilka słów – upewnić
się, że nadal gdzieś tam była i wciąż miał czas. Nie miał pojęcia, jak wiele
go stracił, bezcelowo uganiając się po mieście za czymś, czego nawet nie
potrafił pochwycić, ale wolał się nad tym nie zastanawiać. Wtedy musiałby
przyznać, że najpewniej zawiódł, a na domiar złego…
Nie, tego
zdecydowanie nie chciał brać pod uwagę. To niemożliwe, by skończył się jej
czas.
Wątpliwości
wróciły, tak jak i niespójne wspomnienia tego, czego doświadczył przed
zapadnięciem się w ciemność. To nie był pierwszy raz, kiedy tracił
poczucie czasu i kontrolę nad własnymi odruchami. Aż za dobrze pamiętał
ten moment w Chianni, gdy nagle ocknął się w samym środku lasu,
trzymając w ramionach martwą dziewczynę. Tym razem nie czuł się tak, jakby
klęczał, a tym bardziej nie wyczuwał w ustach posmaku cudzej krwi. Co
więcej, nie miał wrażenia, że kolejny raz spijał cudzą energię. Wręcz
przeciwnie – nadal czuł się wykończony, co może i nie ułatwiało mu
skupienia się, ale przynajmniej trochę go uspokoiło.
Nie zabił.
Chyba, chociaż to wcale nie było takie oczywiste. Wiedział, że powinien
otworzyć oczy i w końcu to sprawdzić, ale nie chciał.
Jeszcze nie
teraz.
Niechciane
myśli coraz bardziej dawały mu się we znaki. Zmierzały w kierunkach, które
zdecydowanie nie były mu na rękę, coraz bardziej doprowadzając Gabriela do
szału. Jakby tego było mało, przez krótką chwilę znów widział to, co tylko z wyglądu
przypominał Renesmee – ukochane ciało, którym zawładnęło coś, czego nadal nie
potrafił nazwać. Pamiętał jak balansowała gdzieś na krawędzi drogi, sprawiając
wrażenie chętnej, by rzucić się pod nadjeżdżająca ciężarówkę. I choć przez
ułamek sekundy osobiście miał ochotę ją pod nią popchnąć, by zakończyć całe to
szaleństwo, jednocześnie trafiał go z tego powodu szlag.
Do cholery,
robiła to specjalnie? Zabrała mu Renesmee tylko po to, by ostatecznie ją
pogrzebać? Nie tylko dusza, ale również ciało było ważne. Isabeau określiła je
mianem „naczynia”, do którego musiała wrócić Nessie. W jaki sposób mieliby
ją sprowadzić, gdyby cielesna powłoka ucierpiała, na dodatek w tak
znaczący sposób.
Pamiętał,
że był zły. Zdążył, ale i tak miał ochotę rozszarpać na kawałki każdego,
kto próbował zaszkodzić jego żonie. Z kolei później…
Co stało
się później?
Wspomnienie
pościgu było aż nazbyt żywe, ale Gabriel nie od razu dopuścił je do siebie.
Przyznanie się do tego, że nie potrafił powstrzymać tej istoty przed ucieczką,
zdecydowanie nie było proste. Już nawet nie chodziło o dumę, choć i ona
miała znaczenie. O wiele ważniejsze było to, że mógłby zawieść – kolejny
raz, jakby mało było, że to on doprowadził Renesmee do takiego stanu.
Wykorzystywanie
mocy, gdy ta praktycznie uciekała mu między palcami, zanikając tak
błyskawicznie, że nie nadążał jej uzupełniać, było głupie. Sęk w tym, że
nie miał wyboru.
Nie miał…
wyboru…
Zaklął w duchu,
coraz bardziej sfrustrowany. Jasność umysłu wróciła i to nawet mimo wciąż dającego
mu się we znaki zmęczenia. Przez chwilę miał wrażenie, że oszaleje, w efekcie
już nie będąc w stanie sobie wyobrazić ucieczki ani w ciemność, ani w jakże
znajomy mu sen. To, że nie przejmował się sobą, również okazało się pozbawione
znaczenia. Nie było ważne, skoro wiedział, że gdyby dał się zabić, to było tak,
jakby się poddał – a tym samym pozwolił, żeby Renesmee stała się krzywda.
Nieważne jak bardzo zawinił, zbliżając się do tego cholernego kryształu. Mógł
pozwolić, by stało się z nim dosłownie wszystko, ale tak czy siak
zamierzał dokonać jednego: ściągnąć żonę z powrotem, nieważne jak wielu
poświęceń by to wymagało.
Otworzył
oczy. Spodziewał się wielu rzeczy, ale na pewno nie tego, że będzie leżał – i to
bynajmniej nie na ulicy w środku ruchliwego Seattle, ale na materacu, na
dodatek w podejrzanie cichym miejscu. Natychmiast wyprostował się niczym
struna, podrywając do siadu. To był zły pomysł, o czym przekonał się, gdy
pociemniało mu przed oczami, ale natychmiast zignorował słabość. Palce zacisnął
na pościeli, całą energię wkładając w to, by utrzymać się w pozycji
siedzącej.
Zamrugał,
próbując przyzwyczaić oczy do panującego dookoła półmroku. Widział
wystarczająco wyraźnie, by dostrzec zarys mebli, składających się na skromne
wyposażenie niewielkiego, zaniedbanego pokoiku, ale i tak nie poczuł się
dzięki temu pewniej. Wręcz przeciwnie – nie miał pojęcia, gdzie się znajduje. W powietrzu
dało się wyczuć kurz, ale to również nie okazało się żadną praktyczną
wskazówką. Miejsce było obce, najwyraźniej dotychczas sporadycznie używane i tak
ciche, że to wydało się Gabrielowi wręcz nienaturalne.
Poruszając
się trochę jak w transie, zmusił się do poderwania na równe nogi.
Zmęczenie wciąż dawało mu się we znaki, ale adrenalina zrobiła swoje,
pozwalając utrzymać się w pionie. Napiął mięśnie, machinalnie przybierając
pozycję obronną, w razie gdyby przyszło mu rzucić się do ataku. Co prawda
podejrzewał, że ten jeden raz nawet najsłabszy przeciwnik zdołałby go powalić i to
bez większego wysiłku, ale i tak nie zamierzał stać i czekać na
śmierć. Najbardziej niepokoił go brak możliwości skorzystania z mocy, ale o tym
wolał nie myśleć. Nie zmieniało to jednak faktu, że już raz popełnił błąd i nie
zamierzał go powtarzać.
Potrzebował
energii. Musiał poszukać wyjścia, a potem ofiary – jakiejkolwiek, byleby w choć
niewielkim stopni doprowadzić się do porządku. Przez myśl przeszło mu, że mógł
spróbować skontaktować się z Laylą, ale i to wymagało wysiłku, który
mógł okazać się opłakany w skutkach. Co więcej, na myśl o siostrze do
głowy jak na zawołanie przyszło mu, że kolejny raz w grę mogli wchodzić
łowcy. Co prawda miejsce nie wyglądało jak to, w którym znaleźli
wampirzycę, ale z drugiej strony…
–
Nareszcie. Szczerze mówiąc, zaczynałam się przejmować – usłyszał znajomy głos i to
wystarczyło, by wytrącić go z równowagi.
Nie miał
pojęcia, jakim cudem umknęło mu pojawienie się kogokolwiek. Zmysły wciąż odmawiały
mu posłuszeństwa, choć próbował nad tym zapanować. Za wszelką cenę usiłował się
skupić, ale i to wydawało się prowadzić donikąd. Mimo wszystko z cichym
warknięciem odwrócił się, gotów spróbować bronić – i to pomimo tego, że
czuł, że jego ruchy są zdecydowanie zbyt wolne i nieporadne.
– Ty… –
zaczął, ale nie był w stanie wykrztusić z siebie chociażby i słowa
więcej.
Stojąca w progu
pomieszczenia kobieta jedynie się uśmiechnęła – w nieco zimny, ale jednak
szczery sposób. Poczuł się nieswojo, kiedy podeszła bliżej, bynajmniej niezaniepokojona
tym, że mógłby się na nią rzucić.
– Dobry
wieczór, Gabrielu – powiedziała ze spokojem. – Dawno się nie widzieliśmy…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz