22 grudnia 2018

Sto osiemdziesiąt siedem

Alessia
– Tak, tak. Wchodź. Obaj wiemy, że stoisz pod drzwiami, Ali.
Wzdrygnęła się w odpowiedzi na słowa Rufusa. Choć z jednej strony mogła się tego spodziewać, przez moment zapragnęła w popłochu się wycofać – tak dla pewności, zwłaszcza że nie była w stanie jednoznacznie stwierdzić, w jakim nastroju był ten wampir. Co prawda zabrzmiał przede wszystkim na zniecierpliwionego, jej obecność wydając się traktować przede wszystkim pobłażliwie, ale z drugiej strony…
Bez słowa wślizgnęła się do środka, starannie zamykając za sobą drzwi. W zasadzie dlaczego miała uciekać? Cokolwiek się działo, sprawa dotyczyła również jej.
Poza Rufusem i Dimitrem w bibliotece nie było nikogo więcej. Alessia wymownie powiodła wzrokiem dookoła, spoglądając na wypełnione książkami regały. Było coś kojącego zarówno w atmosferze tego miejsca, jak i w panującej dookoła ciszy. Co prawda o wiele przyjemniejsze wydawało się, gdy w kominku palił się ogień, ale tym razem palenisko było wygaszone.
– Potrzebujesz czegoś? – zapytał natychmiast Dimitr.
Przynajmniej jego głos zabrzmiał w pełni uprzejmie. Co więcej, wciąż wydawał się względnie spokojny, co pomogło jej się uspokoić. Rufus może i potrafiłby ją oszukać, ale w przypadku króla sprawy miały się trochę inaczej. Przynajmniej taką miała nadzieję.
– To zależy – przyznała zgodnie z prawdą. – Mogę tu zostać, ale to nie oznacza, że nie zamierzam zadawać pytań.
– Och, na litość bogini… – Rufus wzniósł oczy ku górze. – Nie rozmawiamy o tobie, jeśli już musisz wiedzieć.
– Więc o czym? – zapytała wprost. – Nie po to przesiedziałam z tobą pół dnia w laboratorium, wujku, by teraz dać się zbyć przy byle okazji.
Sądząc po spojrzeniu, którym obdarował ją wampir, wolałby, gdyby jednak to zrobiła. Ostatecznie nie skomentował tego nawet słowem, wzdychając przeciągle, wciąż z uporem milcząc. W tamtej chwili wydał jej się przede wszystkim zmęczony.
– O hybrydach. Czyli aktualnie o czymś, co doskonale rozumiesz – stwierdził z rezerwą. – Sama stwierdziłaś, że tutaj zostaniesz i chwała bogini, bo wolałbym później nie musieć tłumaczyć się przed Renesmee. Tak czy siak, naprawdę mam ważniejsze sprawy do załatwienia, niż uganianie się za Charonem, skoro do tej pory się nie pokazał.
– Nie wiem, czy mi się to podoba – wtrącił Dimitr. – Ściągamy do Miasta Nocy kolejny gatunek nieśmiertelnych. To dość… problematyczne – przyznał, a Rufus w odpowiedzi jedynie ponownie westchnął.
– Tym razem to nie moja wina – przypomniał spiętym tonem. – Zresztą nie o to chodzi. To wciąż lepsze, niż pozwolić tym dzieciakom biegać po Seattle, czyż nie?
Dimitr nie zaprotestował, w zamian ograniczając się do zdawkowego skinięcia głową. Myślami wydawał się być gdzieś daleko, a przynajmniej Alessia z miejsca zorientowała się, że coś go dręczyło. Zanim zdążyła zastanowić się nad tym, co robi, w pośpiechu podeszła bliżej, spoglądając przy tym na wampira wyczekująco.
– Beau dalej jest w świątyni? – zapytała jak gdyby nigdy nic, ale do jej głosu i tak wkradła się napięta nuta.
Przez twarz króla przemknął cień.
– A jakże. – Wzniósł oczy ku górze. – Nie chce nikogo widzieć, chociaż nie powiedziała mi tego wprost. Z drugiej strony, to Isabeau. Skoro potrzebuje czasu, daję go jej.
– Tyle że to nie wyjaśnia, na czym stoimy – zauważyła przytomnie. – I co ze świątynią. Niedługo nów, więc mogłabym… – Urwała, dochodząc do wniosku, że jej intencje były oczywiste.
– Spróbuję z nią porozmawiać, chociaż niczego nie obiecuję.
To nie zabrzmiało szczególnie pocieszająco, ale Alessia zdecydowała się tego nie komentować. Z wolna skinęła głową, po czym zawahała się, wymownie spoglądając to na jednego, to znów na drugiego nieśmiertelnego. Mogła spróbować się wycofać, ale z jakiegoś powodu nie była w stanie ruszyć się z miejsca. W gruncie rzeczy czuła się przede wszystkim rozczarowana – tym, że w gruncie rzeczy nie rozmawiali o niczym istotnym. Co prawda niczym dziwnym nie wydało jej się to, że Rufus mógłby uprzedzić króla o tym, co planował, ale to wciąż nie zmieniało najistotniejszej kwestii: a konkretnie tego, że tkwili w miejscu.
Do tej pory nie myślała o Isabeau, ale kiedy zaczęła temat, poczuła się co najmniej zaniepokojona. To i rozmowa z Bellą dawały jej się we znaki w stopniu wystarczającym, by zaczęła się przejmować. Nie chciała planować niczego za plecami ciotki, ale jaki tak naprawdę miała wybór? Skoro Beau sama nie była skłonna do rozmowy, musieli radzić sobie inaczej. Obietnice Dimitra nie miały tutaj nic do rzeczy, choć dziewczyna jakoś nie wątpiła, że wampir zamierzał przynajmniej spróbować je spełnić.
Wciąż o tym myślała, kiedy panującą ciszę przerwał dzwonek telefonu. Drgnęła, po czym poderwała głowę akurat w chwili, w której Rufus ruszył się z miejsca na tyle, by móc swobodnie odebrać. Nie wyszedł, ale też nie wyglądał na szczególnie zachwyconego tym, że ktokolwiek mógłby mu przeszkadzać.
– Coś ważnego? – rzucił już na wstępie. – Jestem w Niebiańskiej Rezydencji, więc…
– Więc idealnie się składa! – doszedł Alessię nieco spięty, melodyjny głos Layli. Rufus westchnął, ale nawet słowem nie komentował tego, że żona zdecydowała mu się przerwać. – Miałam cię prosić, żebyś tam zajrzał. Jest tam gdzieś może Isabeau? Dzwoniłam do niej, ale ciągle odrzucała połączenia, a teraz chyba wyłączyła telefon.
Alessia mimowolnie spięła się, co najmniej zaniepokojona tą informacją. Z jednej strony wiedziała, że wampirzyca miała trudniejszy okres – w końcu Dimitr dopiero co to potwierdził, ale z drugiej…
– Nie. Jeśli chodzi o twoją siostrę, raczej nic się nie zmieniło – przyznał wymijająco Rufus. – Co się stało? Nie próbowałabyś kontaktować się z nią przeze mnie, gdybyś chciała tylko sprawdzić, czy dobrze się ma. Wiesz, w jaki sposób na siebie działamy – przypomniał, najwyraźniej mimo wszystko mając wątpliwości, czy Layla faktycznie nie posunęłaby się aż tak daleko.
Wampirzyca nie odpowiedziała od razu. Wymowne milczenie wydało się co najmniej niepokojące, zwłaszcza w przypadku kogoś, kto zazwyczaj lubił mówić dużo i szybko. Alessia z wahaniem przesunęła się bliżej, chcąc lepiej słyszeć, choć przy wyostrzonych zmysłach i tak była w stanie wychwycić całą rozmowę, nawet jeśli Rufus nie przeszedł na tryb głośnomówiący.
– Jest coś, w czym może mogłaby mi pomóc – wyjaśniła w końcu Layla. – Chodzi o te dziwne znaki, które pojawiły się w Chianni… Nessie chyba je rozpoznała.
– Renesmee? – powtórzył wampir, nagle zaintrygowany.
– Aha. Pokazałam jej zdjęcia i… Och, zresztą to nieważne. – Mówiła coraz szybciej i bardziej nieskładnie, wyraźnie podekscytowana. – Najwyraźniej te znaki te sigile, cokolwiek to znaczy. Nessie widziała je w tym dziwnym miejscu, w którym była, ale nie wie do czego służą. Próbowałyśmy szukać w internecie, ale to… niekoniecznie dobre źródło – przyznała, a Rufus prychnął.
– Domyślam się.
Layla puściła jego słowa mimo uszu.
– Tak czy siak, to brzmi jak coś, co mogłoby wiązać się z kapłankami. Pomyślałam o bibliotece pod świątynią albo że może Beau… Chyba że tobie coś to mówi? – zaryzykowała, choć po jej tonie dało się wyczuć, że niekoniecznie w taką możliwość wierzyła.
– Niekoniecznie – przyznał niechętnie Rufus. – Sigile… Gdybym się kiedyś z tym spotkał, zorientowałbym się jeszcze na poddaszu. Jak mówiłem, mnie przypominają język pierwotnych, ale w wyjątkowo starym dialekcie.
– Więc tu tym bardziej nie pomoże nam internet – stwierdziła Layla. – I dlatego potrzebowałabym Beau. Albo Alessi, więc…
– Alessia jest tu ze mną – przerwał jej wampir. Dziewczyna drgnęła, zwłaszcza gdy bezceremonialnie odwrócił się w jej stronę. Nie wydawał się zaskoczony tym, że zdążyła przesunąć się na tyle blisko, by stanąć tuż za nim, na dodatek na tyle blisko, że gdyby tylko zechciała, mogłaby go dotknąć. – I pewnie nie ma nic przeciwko.
Jeszcze kiedy mówił, bez słowa wyciągnął ku niej telefon. Kolejny raz miała problem z tym, by po wyrazie jego twarzy stwierdzić, co takiego sobie myślał. Ostatecznie po prostu ujęła komórkę, po czym przycisnęła ją do ucha, próbując samej sobie wytłumaczyć, dlaczego nagle poczuła się tak bardzo niespokojna.
– Cześć, ciociu – rzuciła, próbując zyskać na czasie.
– Och, Ali! – Layla ze świstem wypuściła powietrze. – Wszystko w porządku? Pewnie powinnam zapytać, a przynajmniej tyle wnioskuję z tego, że Nessie praktycznie na mnie wisi.
Serce dziewczyny jak na zawołanie zabiło mocniej. Dziwnie było wiedzieć, że mama była gdzieś tam po drugiej stronie, najpewniej na wyciągnięcie ręki, ale nawet nie mogła się odezwać. Alessi trudno było sobie wyobrazić, co mogło oznaczać wspomniane „wiszenie”, ale nie chciała się nad tym zastanawiać. Co prawda pamiętała, że Damien wspominał, w jaki sposób teraz wyglądał kontakt z Renesmee – Joce mogła ją zobaczyć, a mama była w stanie w choć niewielkim stopniu wpływać na otaczającą ją rzeczywistość – ale to dalej brzmiało co najmniej niedorzecznie.
– Jestem w Niebiańskiej Rezydencji. No i Ariel jest w mieście, więc bezpieczniejsza nie będę – zapewniła, siląc się na pogodny ton głosu. – Możesz powiedzieć mamie, że wszystko gra… I że ją kocham – dodała, uśmiechając się blado. – Chociaż chwila… Ona słyszy, prawda?
– Słyszy, słyszy. Jest koło mnie. – Layla zaśmiała się w nieco nerwowy sposób. – Chociaż to dziwne. Ja…
– Nie żeby coś, ale nie miałyście rozmawiać o czymś konkretnym? – wtrącił ze swojego miejsca Rufus.
Obserwował ją z powątpiewaniem, trzymając się na dystans i krzyżując ramiona na piersi. Wciąż wyglądał na zniecierpliwionego, choć to równie dobrze mogło być wyłącznie wrażeniem. W przypadku wujka wszystko wydawało się równie prawdopodobne.
– No, tak… Potem sama do ciebie zadzwonię – zapowiedziała Layla przepraszającym tonem. – Chociaż to faktycznie ważne. Zwłaszcza że chyba coś znowu się dzieje… Swoją droga, Cassandra wciąż nie wróciła – dodała, ostatnie słowa kierując do Rufusa.
– Wciąż? Cóż… – Wampir podejrzliwie zmrużył oczy. – Nastolatki chyba czasami tak mają, prawda? W szczególności te zbytnio rozemocjonowane.
Alessia mogła tylko zgadywać, o czym rozmawiali, ale jedno wydało jej się oczywiste – Rufus wcale nie był taki pewien tego, co mówił. Co więcej, słowa Layli wyraźnie go zaniepokoiły, choć wciąż robił wszystko, byleby to ukryć.
– Sigile – przypomniała z wahaniem. – Tak to się nazywało?
Była gotowa przysiąc, że zmiana tematu odpowiadała wszystkim. Gdzieś po drugiej stronie Layla odetchnęła.
– Mówi ci to coś? – zapytała z nadzieją. – Gabriel rozmawiał z tobą o Chianni, prawda? Nie wiem, ile ci wytłumaczył, ale tam też mieliśmy pewne komplikacje.
– Jeśli chodzi o symbole na poddaszu, to słyszałam o nich. Już dawno temu miał mi wysłać zdjęcia, ale teraz…
Zamilkła, nagle jeszcze bardziej zaniepokojona. Zadręczanie się z powodu Gabriela nie pomagało, zwłaszcza że już i tak miała dość powodów do zmartwień. Nawet nie próbowała pytać, czy cokolwiek się zmieniło, jakoś nie mając wątpliwości, że ciotka poinformowałaby ją o tym na samym wstępie. Był jeszcze Damien, który obiecał zadzwonić, gdy tylko czegoś się dowie. Wymowna cisza mówiła sama za siebie.
– Sama to zaraz zrobię – obiecała Layla. Do jej głosu na ułamek sekundy wkradło się rozczarowanie. – Sprawdzisz to dla mnie? Gdybyś porozmawiała z Beau…
– Mogę przejść się do świątyni choćby zaraz – zapowiedziała.
Poczuła na sobie wymowne spojrzenie Rufusa, ale najzwyczajniej w świecie je zignorowała. Nie zamierzała siedzieć z założonymi rękami, skoro jednak mogła się na coś przydać. Co prawda wątpiła, by ciotka szczególnie entuzjastycznie zareagowała na jej widok, skoro nie chciała, by ktokolwiek jej przeszkadzał, ale w tej sytuacji przynajmniej miała usprawiedliwienie. Każda wymówka wydawała się równie dobra, by zacząć działać, nawet jeśli wciąż nie wiedzieli niczego konkretnego.
– Świetnie. W takim razie… Ej! – obruszyła się nagle Layla. – Nessie, serio, nie ciągnij mnie za włosy. Wolałam, kiedy pisałaś notatki!
– Mamo? – rzuciła z powątpiewaniem Ali.
Przez moment była bliska, by się uśmiechnąć. Co prawda było w tym coś wymuszonego, ale jednak szczerego, zwłaszcza że pod wieloma względami położenie Renesmee było zabawne. Co prawda nie dla samej zainteresowanej, ale myśląc o tym, ile wysiłku dziewczyna musiała wkładać w to, by zwrócić na siebie czyjąkolwiek uwagę, Alessia poczuła się przede wszystkim rozbawiona. Z drugiej strony,  być może wszystko sprowadzało się przede wszystkim do zmęczenia i tego, że potrzebowała jakiegokolwiek sposobu na rozluźnienie, ale to w gruncie rzeczy nie było istotne.
– Nessie pewnie chodzi o to, żebyś nie szła tam sama – stwierdziła Layla, wzdychając przeciągle. – Serio, zrozumiałabym bez tego i… Zresztą nie jestem głupia. To oczywiste, że Rufus z nią pójdzie – dodała, a sam zainteresowany jak na zawołanie drgnął.
– Pójdę?
Layla jedynie znów się zaśmiała.
– Oboje mnie kochacie, więc to dla mnie zrobicie. Domyślam się, że Nessie z góry ci dziękuje – oznajmiła, po czym jak gdyby nigdy nic mówiła dalej: – Chyba powinnam kończyć, bo ktoś jeszcze się do mnie dobija. Będziemy w kontakcie, tak jakby co… Uważaj tam na siebie, księżniczko.
Wraz z tymi słowami, w końcu się rozłączyła. Alessia chwilę stała w bezruchu, bezmyślnie spoglądając w przestrzeń. Nic się nie dzieje… Prawda?, pomyślała z powątpiewaniem, sama niepewna tego, czy jej przypuszczenia były słuszne. Wciąż miała wątpliwości, ale zdecydowała się je od siebie odsunąć, w zamian koncentrując się na tym, co najważniejsze – na spotkaniu z Isabeau.
Z wolna odwróciła się, by móc spojrzeć na Rufusa. Nie odezwał się nawet słowem, kiedy oddała mu telefon.
– Mogę iść sama – zasugerowała, ostrożnie dobierając słowa. – Do świątyni nie jest aż tak daleko, więc…
– Żeby potem te dwie miały do mnie pretensje? Nie ma mowy. – Wampir wywrócił oczami. – Rusz się, jeśli łaska. Spotkanie z Isabeau to coś, o czym marzyłem – stwierdził bez przekonania.
Na chwilę zapanowała wymowna cisza. Dlaczego mam wrażenie, że będę musiała pilnować, żebyście się nie pozabijali?, jęknęła w duchu, ale zdecydowała się zachować to pytanie dla siebie. Jak znała Rufusa, odpowiedziałby i to w zdecydowanie zbyt szczery sposób.
– Mam iść z wami? – zaryzykował Dimitr. Ali drgnęła, zwłaszcza że zdążyła niemalże zapomnieć o obecności króla.
– To zależy – przyznał z rezerwą Rufus. – Dopiero co powiedziałeś, że twoja żona nie ma ochoty na towarzystwo, więc… – Wzruszył ramionami. – Chociaż pewnie bardziej ucieszy się z twojego widoku niż naszego.
– Więc postanowione – stwierdził Dimitr, w pośpiechu ruszając się z miejsca. – I tak chciałem ją zabrać do domu. Jeśli będzie trzeba, tym razem ją do tego zmuszę.
Alessia przez moment nie była pewna czy powinna się śmiać, czy może płakać. Niekoniecznie widziała Dimitra w roli kogoś, kto jest w stanie zmusić Beau do czegokolwiek, zwłaszcza jeśli ta była w podłym nastroju. Obawiała się raczej, że ciotka zamierzała ich wyrzucić za drzwi, zanim zdążyliby sensownie wytłumaczyć, dlaczego przyszli.
Samotność jej nie służy, przeszło Alessi przez myśl. Coś w tej świadomości skutecznie przyprawiło dziewczynę o dreszcze. Zwłaszcza teraz, ale… Och, to przecież to Isabeau?
Tyle że wcale nie czuła się dzięki temu uspokojona. Wręcz przeciwnie, bo im dłużej o tym myślała, tym więcej wątpliwości miała. Zwłaszcza po tym, co działo się z wampirzycą nie tak dawno temu, jakiekolwiek obawy wydawały się w pełni uzasadnione. Działo się dość, by się martwić, tym bardziej że Isabeau w nieprzychylny sposób wyrażająca się o bogini, zdecydowanie nie należała do normalnych widoków. Nawet rozżalenie nie brzmiało jak sensowne usprawiedliwienie.
Skup się. Sigile… Słyszałaś kiedyś o sigilach?
Nieznacznie potrząsnęła głową. Pierwszy raz słyszała to słowo, ale miało w sobie coś, co w równym stopniu ją fascynowało, co i wzbudzało niepokój. Przez moment poczuła się niemalże tak jak wtedy, gdy przychodziła do świątyni albo spoglądała na stojącą tuż obok figurę Selene. To było jakieś dziwne, niezrozumiałe napięcie – coś jak energia, która w przyjemny sposób przepływała przez jej ciało. Miała ochotę zapytać Dimitra i Rufusa, czy doświadczali czegoś podobnego, ale podejrzewała, że prędzej by ją wyśmiali, niż wzięli jej słowa na poważnie.
Wciąż o tym myślała, kiedy znaleźli się poza Niebiańską Rezydencją. Wyjęła telefon, by sprawdzić, czy Layla dotrzymała obietnicy i wysłała zdjęcia. Mimo wszystko nie od razu zdecydowała się odtworzyć wiadomość, nagle niepewna, czy chciała oglądać wspomniane przez ciotkę symbole. Kiedy w końcu się na to zdecydowała, była już w stanie co najwyżej stać i wpatrywać się w ozdobioną ścianę. Kolejny dreszcze wstrząsnął jej ciałem, nim zdążyła nad sobą zapanować.
Potrafiła rozpoznać język pierwotnych. Co prawda nie znała go aż tak dobrze jak Rufus czy Isabeau, ale wciąż rozumiała dość, by w razie potrzeby radzić sobie z pismami w świątyni. Dzięki temu bez trudu zdołała dostrzec podobieństwo między znakami a pismem, które widywała aż nazbyt często. W tamtej chwili też słowa wujka nabrały dla niej sensu – to mogła być jakaś dawna odmiana języka, który znali – ale wciąż nie wyjaśniało najważniejszego: a konkretnie tego, co poszczególne symbole znaczyły, a tym bardziej jaką pełniły rolę.
Coś było nie tak. To wiedzieli od samego początku, ale…
Droga minęła w ciszy, ale to wydawało się być wszystkim na rękę. Co prawda poczuła się dziwnie nieswojo, kiedy znaleźli się w lesie, ale zignorowała to uczucie, dochodząc do wniosku, że to przede wszystkim przewrażliwienie. Z drugiej strony, była skłonna zacząć wypatrywać ponownego pojawienia się Williama. Chyba nawet na to liczyła – na przyjście wampira, który samą swoją obecnością choć trochę rozluźniłby atmosferę. Przy okazji może dowiedzieliby się, czego spodziewać się po Beau, chociaż i tego wcale nie była taka pewna.
Skąd te obawy?, odezwał się cichy głosik w jej głowie. To Beau, prawda? Rozżalona czy nie, przecież was nie pozabija…
Bezwiednie obejrzała się przez ramię. Wrażenia bycia obserwowaną pojawiło się nagle, ale kiedy dla pewności powiodła wzrokiem dookoła,  nie dostrzegła niczego. Zacisnęła usta, po czym z powątpiewaniem spojrzała na swoich towarzyszy, ale żaden z nich nie wydawał się zaniepokojony. To jak nic świadczyło o tym, że zaczynała być przewrażliwiona, a przynajmniej w to starała się uwierzyć.
To też zadecydowało o tym, że zrezygnowała z pomysłu, by dać znać Arielowi. I tak wiedział, gdzie powinien jej szukać. Nie wiedziała, ile czasu zamierzali spędzić w świątyni, ale nie sądziła, by aż tyle, żeby się zmartwił. Co prawda wciąż brała pod uwagę perspektywę kilkugodzinnego siedzenia w podziemiach i przetrząsania starych zapisków w poszukiwaniu wzmianek o sigilach, ale dopiero wtedy mogła spróbować do niego zadzwonić. To samo tyczyło się Quinna, Zoe i Hayley, bo choć szczerze wątpiła, by przyjaciele okazali się szczególnie przydatni przy poszukiwaniach, jakiekolwiek towarzystwo wydawało się lepsze od sennej atmosfery w bibliotece.
Poczuła się pewniej na widok znajomej, stojącej w pobliżu klifu budowli. Nie pierwszy raz rozluźniła się, mimowolnie uśmiechając, gdy jej wzrok powędrował ku posągowi bogini. Selene zawsze i wszędzie wyglądała po prostu kojąco – łagodna, piękna i tak pewna siebie, że Alessia zaczynała jej tego zazdrościć. Już nie obawiała się tego, że cokolwiek mogłoby pójść nie tak, choć zarazem czuła, że to wyłącznie wrażenie, które w najgorszym wypadku mogłoby kosztować ją popełnienie poważnego błędu. Sęk w tym, że przecież nie była głupia, a tym bardziej nie zamierzała wierzyć w to, że świątynia okazałaby się azylem, gdyby Charon znów zdecydował się ujawnić.
– Tak tu spokojnie… – wyrwało jej się.
Dimitr spojrzał na nią z błyskiem w oczach. Na jego ustach pojawił się cień uśmiechu.
– Jakbym słyszał Isabeau – powiedział, w pośpiechu kierując się ku wejściu. Alessia mimochodem pomyślała, że to był jeden z największych komplementów, jakie mógłby jej sprawić. – Swoją drogą, wyczuwam ją, a to chyba dobrze. Nie kryje się.
– Po co miałaby, skoro wszyscy wiecie, gdzie przesiaduje? – zapytał bez większego przekonania Rufus.
Król po prostu go zignorował. W zamian bez cienia wahania otworzył drzwi i zajrzał do pogrążonego w półmroku przedsionka.
– Nemezis…?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa