08 listopada 2018

Sto pięćdziesiąt sześć

Gabriel
Nawet się nie skrzywił, kiedy trzy pary rubinowych tęczówek jak na zawołanie skierowały się w jego stronę. Wszystko wskazywało na to, że człowiek, którego wybrano na ofiarę, był już martwy, bo nikt nie zareagował, kiedy bezwładne ciało opadło na ziemię. Z drugiej strony, nawet gdyby ta osoba wciąż żyła, nie miałaby szans uciec trójce wampirów, zwłaszcza że pośród nich był jeden z najlepszych tropicieli.
Nigdzie nie widział Jane, ale to było do przewidzenia. Czegokolwiek nie sądziłby o Volturi, nie był w stanie zarzucić im kłamstwa, kiedy zarzekali się, że nie mieli żadnej kontroli nad tym, co robiła wampirzyca. Nieobecność małej diablicy zresztą była powodem, dla którego w ogóle zdecydował się ujawnić. W innym wypadku zawahałby się, nie tyle ze strachu, co przede wszystkim najzwyczajniej w świecie słuchając zdrowego rozsądku. Nie sztuką było pójść i się zabić, nawet jeśli szlag trafiał go na samo wspomnienie tego, jak przebiegło ostatnie spotkanie z Jane.
Cokolwiek się wydarzyło, nie było ważne. Przynajmniej w tamtej chwili Gabriel sądził, że istniały o wiele ważniejsze problemy.
– To chyba oczywiste – stwierdził Demetri, jako pierwszy decydując się odezwać. – Zresztą nie musimy ci się tłumaczyć. Seattle to neutralny teren, czyż nie?
Gabriel jedynie wywrócił oczami.
– Nie musicie – zgodził się, siląc na zachowanie neutralnego wyrazu twarzy. – Po prostu pytam. Mam dość powodów, by chcieć wiedzieć, co się dzieje.
– W zasadzie niewiele – mruknął Alec. – Nie mam kontaktu z Jane. Chyba utknęliśmy.
Brzmiał na przygnębionego, a gdy nie to, że jego siostra była suką, Gabrielowi może nawet zrobiłoby się go szkoda. Dobrze wiedział, co to oznaczało martwić się o bliźniaczkę. Różnica polegała na tym, że Layla i Isabeau przynajmniej nadawały się do tego, by chcieć się nimi przejmować.
Z wolna skinął głową, decydując powstrzymać od komentarza. Czegokolwiek nie sądziłby o sytuacji, nie widział powodu, by dręczyć Aleca. Myślenie o Jane również nie sprawiało, że czuł się jakkolwiek lepiej.
– Więc kiepsko to wygląda – powiedział w zamian, krzyżując ramiona. – Wolałbym wiedzieć, co się dzieje. Jakby nie patrzeć, sprawa dotyczy również moich bliskich.
– Zapadła się jak kamień w wodę. I właściwie tyle wiemy – zniecierpliwił się Felix. – Dem też jej nie może znaleźć, a to już coś znaczy.
– Nie żeby szczególnie mi się śpieszyło… – mruknął sam zainteresowany.
Na dłuższą chwilę zapadła wymowna cisza. Nie tego się spodziewał, kiedy wyczuł kręcącą się w okolicy delegację, ale z drugiej strony, w ostatnim czasie nic nie było takie, jakie powinno. Zresztą prawdziwie problematyczna zawsze pozostawała właśnie Jane. Jak długo jej nie było, porozumienie się z pozostałymi wydawało się dość proste.
– Jest zdrajczynią – oznajmił ni stąd, ni z owąd Alec. Uciekł wzrokiem gdzieś w bok, obojętnie spoglądając w przestrzeń. – Wiem, co to oznacza. Zwłaszcza jeśli naprawdę weszła w układ z jakimś demonem.
– A co to oznacza? – podchwycił natychmiast Gabriel. – Dajcie spokój. Z kim tak naprawdę możecie porozmawiać o demonach, co? – dodał, wyczuwając wahanie.
Przez chwilę mimo wszystko sądził, że mu odmówią – wykręcą się jakimś lakonicznym stwierdzeniem o tajemnicy, sprawach prywatnych czy tym, że wcale nie musieli się tłumaczyć. Tym bardziej zaskoczył go fakt, że jednak doczekał się jakiejkolwiek sensownej odpowiedzi.
– Byłeś na tym balu. Ja dalej nie wyobrażam sobie, że… – Felix potrząsnął głową. – Wiedziałem, że ta kobieta jest jakaś dziwna. Te istoty tym bardziej, ale do głowy by mi nie przyszło, że jeden zdoła wybić pół straży.
Wiesz, żeby tylko… Tak się składa, że Rafael jakby wszedł do rodziny, pomyślał, chociaż to wciąż brzmiało jak marny żart. Nie widział zresztą powodu, by któregokolwiek z członków Volturi o tym uświadamiać.
– Podejrzewam, że nikt się tego nie spodziewał – stwierdził wymijającym tonem. – Zresztą powiedzcie mi coś, czego nie wiem. Podejrzewam, że trochę się u was pozmieniało.
W gruncie rzeczy nie musiał pytać. Świat nieśmiertelnych nie był aż taki duży, więc plotki rozchodziły się błyskawicznie. Już wcześniej słyszał, że wpływy Volturi leciały na łeb na szyję. Stracili autorytet, pierwszy raz od wieków. Nie miał pewności dokąd do prowadziło, ale spodziewał się dosłownie wszystkiego. Co prawda jak długo Isobel nie dzierżyła władzy, wszystko było w porządku – na tyle, na ile to możliwe – ale po ostatnich wydarzeniach szczerze wątpił, by wszystko tak po prostu wróciło do normy.
– Żeby tylko…
– Możemy zmienić temat? – jęknął Alec, pośpiesznie wchodząc Demetriemu w słowo. – Tak, jest beznadziejnie. Nad czym tu się rozwodzić?
– Próbuję pomóc – zauważył przytomnie Gabriel.
To nie do końca była prawda, ale zdecydowanie nie zamierzał im uświadamiać. Przejmował się, bo tego wymagała sytuacja i nic ponadto. Volturi kręcący się po Seattle nie wróżyli niczego dobrego.
– Szukamy Jane i to właściwie tyle. Chociaż na razie nie zapowiada się, by udało się ją znaleźć – odezwał się ponownie Demetri, mimo reakcji Aleca jednak decydując się dokończyć. – Dawno tak nie oberwaliśmy. Aro pewnie wolałby nas widzieć w Volterze, ale jakoś nieszczególnie śpieszy mi się, żeby wracać. Szczerze mówiąc, zastanawiam się, czy będziemy mieli do czego…
– Doprawdy?
To było coś nowego, nawet mimo krążących plotek. Czym innym było słuchać przypadkowych wzmianek, a czymś zupełnie odmiennym uzyskać informacje bezpośrednio od źródła.
– Część straży zginęła. Straciliśmy Renatę, a to źle – przyznał w zamyśleniu tropiciel, ostrożnie dobierając słowa. – Pewnie nie powinienem o tym mówić, ale jak na tę chwilę jest mi wszystko jedno. Nie pisałem się na dozgonną służbę, a teraz to wygląda tak, jakbyśmy wszyscy mieli skończyć na stosie.
– Isobel odeszła – przypomniał Gabriel, ostrożnie dobierając słowa. – Ona i demony. Skoro tak…
– Co z tego, skoro straż się rozpadła? Nie mamy tarczy. Cześć uciekła po balu – wtrącił Felix, nagle tracąc cierpliwość. – A teraz ganiamy za Jane, chociaż wszyscy wiemy jak to się skończy, kiedy ją znajdziemy. Ona sama w sobie jest jak demon, więc… Och, wybacz – dodał, wymownie zerkając na Aleca.
Wampir jedynie potrząsnął głową.
– Nie żałuj sobie – rzucił, nie kryjąc goryczy. – Dobrze wiem, jaka jest moja siostra. To znaczy… wydawało mi się, że wiem.
Po jego tonie trudno było stwierdzić, co tak naprawdę sobie myślał – i to zarówno o sytuacji, jak i o tym, co ewentualnie mogło spotkać Jane. Gabriel zresztą szczerze wątpił, by zabicie wampirzycy było takie proste, o ile właśnie do tego sprowadzały się najnowsze rozkazy trójcy.
– Swoją drogą, Sulpicia się wyniosła. Trudno jej się dziwić, bo po tym, co zrobił Aro… – zaczął Demetri, ale prawie natychmiast umilkł, podchwyciwszy spojrzenie Aleca.
– Trochę jednak się zapędzacie.
Gabriel westchnął w duchu. I tak dowiedział się więcej niż podejrzewał, choć żadna z tych informacji niczego nie ułatwiała. Prawda była taka, że ewentualny upadek Volturi wcale nie brzmiał dobrze. Czegokolwiek nie byliby w stanie zarzucić Aro i jego podwładnym, to właśnie klan trzymał wampiry w ryzach.
– Wiecie, że to źle brzmi, prawda? – rzucił spiętym tonem. Spojrzenia, które mu posłali, były aż nazbyt jasną odpowiedzią. – Jeśli coś się będzie działo, dajcie nam znać. Nie chodzi tylko o to, że wciąż kręcicie się po Seattle.
– Tak… Wiecie coś o demonach. – Demetri podejrzliwie zmrużył oczy. – Dlaczego problemy zawsze muszą się jakoś wiązać z Cullenami albo wami?
– Wierz mi, że chciałbym to wiedzieć – mruknął, uciekając wzrokiem w bok. Gdyby w ogóle zdawali sobie sprawę z tego, jak daleko zabrnęły sprawy… – Żadne z nas nigdy nie miało złych zamiarów. Mam wrażenie, że to raczej wy macie z nami jakiś problem.
– Nie my – poprawił pośpiesznie Felix – tylko Aro. To żadna tajemnica, nie? Wyjątkowe zdolności i… Cóż, liczebność. Zwłaszcza teraz.
– To zabrzmiało tak, jakby dalej szukał pretekstu – zauważył Gabriel, raptownie poważniejąc.
Jak na zawołanie zapadła wymowna, niepokojąca cisza. Niech to szlag, pomyślał w oszołomieniu, bez trudu pojmując, dokąd to wszystko zmierzało. Co prawda żaden z wampirów nie potwierdził ani nie zaprzeczył, ale to nie było ważne. Już i tak powiedzieli mu wystarczająco dużo.
– Na razie szukamy Jane – powtórzył z uporem Alec. – Zresztą ani Aro, ani reszta nie mają głowy do tego, by przejmować się wami. Przynajmniej z naszej strony nie macie się czego obawiać – dodał, raptownie poważniejąc. – Dalej nie wierzę w to, co zrobiła moja siostra. Tyle dobrego, że nikomu nic się nie stało, ale i tak… Przepraszałem już, ale mogę powtórzyć, jeśli…
– Nie masz za co przepraszać – zaoponował natychmiast. Zdecydowanie nie tak wyobrażał sobie tę rozmowę. – Cullenowie przyjęli wasze wyjaśnienia. Ja zresztą też, więc po prostu do tego nie wracajmy. Skoro chodzi tylko o nią… – Zacisnął usta. – Wolałem się upewnić na czym stoimy. Za dużo mamy problemów w ostatnim czasie – dodał lakonicznie.
Nie doczekał się żadnych protestów, co uznał za dobry znak. Chwilę milczał, uważnie lustrując wzrokiem każdego z nieśmiertelnych z osobna. Wciąż miał złe przeczucia, ale przynajmniej na razie nie pozostało mu nic innego, jak tylko uznać, że obecność Volturi nie była zagrożeniem. Wszystko wskazywało na to, że ledwo radzili sobie z wewnętrznymi problemami, co może i nie było gwarancją braku ewentualnego konfliktu, ale i tak wydawało się lepsze niż nic.
Zamierzał bez słowa odejść, dochodząc do wniosku, że i tak nie dowie się niczego innego. Nie sądził, by mieli coś przeciwko, a nawet jeśli, nie zamierzał się przejmować. Pozostawało mu tylko wrócić do własnych poszukiwań, a jednak…
Zanim zastanowił się nad tym, co robi, pod wpływem impulsu zwrócił się do Demetriego.
– Mogę mieć prośbę? – wypalił na tyle rozgorączkowanym tonem, by zwrócić na siebie uwagę wampira.
– Jasne. Chyba? – Mimo wszystko zabrzmiało to jak pytanie.
Gabriel westchnął przeciągle. Nie miał pewności czy to dobry pomysł, ale nic sensowniejszego nie przychodziło mu do głowy.
– Nie mam czasu na wyjaśnienia, ale jest jedna rzecz, którą mógłbyś dla mnie zrobić – oznajmił, starannie dobierając słowa. – Powiedzmy, że… szukam Nessie. Powinna być gdzieś w pobliżu, ale chyba się mijamy – dodał, siląc się na beztroskę, ale do jego głosu i tak wkradła się pełna napięcia nuta.
Brwi tropiciela powędrowały ku górze. Kąciki jego ust również, chociaż wyraźnie próbował się powstrzymać.
– Problemy w raju? – rzucił zaczepnym tonem. – Zaraz zobaczę, co mogę zrobić… Na pewno więcej niż przy Jane. – Wywrócił oczami. – Mam wrażenie, że ją akurat pochłonęło piekło.
Gabriel mimowolnie pomyślał, że tak byłoby najlepiej.
Renesmee
Martwiłam się o Cassandrę. Jej wybuch nie dawał mi spokoju, tak jak i to, że uciekła. Jakaś cząstka mnie chciała za nią podążyć, ale rozsądek podpowiadał, że lepiej było dać dziewczynie ochłonąć. I tak nie byłabym w stanie niczego zdziałać. Pozostali również, a przynajmniej nie wyobrażałam sobie, by którekolwiek z nas miało się okazać zdolne, by przemówić jej do rozsądku.
Ostatecznie na powrót skupiłam się na Layli i Rufusie. Żadne z nas nie wspominało więcej o Cassandrze, próbując udawać, że nic szczególnego nie miało miejsca. Przejdzie jej, powtarzałam w duchu niczym mantrę, z czasem naprawdę zaczynając wierzyć, że to dość prawdopodobne.
Nie byłam zaskoczona, że Rufus nie zamierzał tracić czasu. Wciąż miałam wątpliwości, czy jego wyjazd był dobrym pomysłem, ale zdecydowałam się tego nie komentować. Zresztą czułam ulgę na myśl o obietnicy, którą mi złożył. Coś w świadomości, że Alessia miała jakąkolwiek ochronę, pozwoliło mi się uspokoić. Co prawda Rufus dawał mi do zrozumienia, że nie zamierzał się szczególnie angażować, ale ja wiedziałam swoje. Zbyt wiele razy decydował się pomóc któremukolwiek z nas, bym uwierzyła, że potrafiłby skrzywdzić Ali.
Obserwując Laylę i Rufusa, czułam się trochę jak intruz. Nie widzieli mnie, co jedynie pogłębiało ten stan, zwłaszcza na chwilę przed pojawieniem się Lilianne. Co prawda pożegnanie tej dwójki nie należało do szczególnie wylewnych, ale i tak coś ścisnęło mnie w gardle, zwłaszcza że mało kiedy widywałam, by całowali się przy świadkach. Zaczęłam niespokojnie krążyć, udając, że niczego nie dostrzegam, ale to wcale nie było takie proste, zwłaszcza że moje myśli jak na zawołanie powędrowały do Gabriela.
– Nessie… Hej, Nessie, jesteś tutaj jeszcze? – rzuciła nieco spiętym tonem Layla, ledwo tylko zostałyśmy same.
Westchnęłam cicho, po czym przesunęłam się na tyle, by móc otrzeć się o jej ramię. Wzdrygnęła się, ale prawie natychmiast wzięła w garść. Na jej ustach pojawił się blady, aczkolwiek szczery uśmiech.
– To takie dziwne – westchnęła Layla, potrząsając z niedowierzaniem głową. – Chyba się nie przyzwyczaję. Ale nie mamy Joce, więc… – Urwała, po czym wymownie powiodła wzrokiem po zaśnieżonym podjeździe. – Chcesz się przejść? Nie mam ochoty wracać do domu.
Wzruszyłam ramionami. Nie mogła tego zobaczyć, ale najwyraźniej to nie przeszkadzało jej w uznaniu, że jednak miałam się zgodzić. Ruszyłam za nią, gdy bez pośpiechu zwróciła się w stronę lasu. Plusem bycia czymś na kształt ducha, bez wątpienia pozostawało to, że nie odczuwałam chłodu – i to nawet w cienkiej, odsłaniającej ramiona sukience po Gabrielli, którą jak zwykle miałam na sobie. Być może to oznaczało, że wciąż miałam w sobie coś z kropli astralnej, choć nie byłam pewna, czy to czyniło cokolwiek łatwiejszym.
Layla milczała, ale to mi nie przeszkadzało. Myślami wydawała się być gdzieś daleko, aż w pewnej chwili zwątpiłam, czy w ogóle pamiętała o mojej obecności. Dopiero moment, w którym jak gdyby nigdy nic odezwała się, zwracając bezpośrednio do mnie, uprzytomnił mi, że jak najbardziej wiedziała, że byłam obok.
– Martwię się – oznajmiła, w pośpiechu wyrzucając z siebie kolejne słowa. – Kiedy dorwę Gabriela, osobiście nakopię mu do tyłka. No i Cassandra… – Zacisnęła usta. – Pewnie wróci, prawda? Te wybuchy gniewu są znajome, ale prędzej czy później zawsze mijają albo… – Urwała, po czym wzruszyła ramionami. – Chyba że wyszłam z wprawy. Nawet William się uspokoił, a to już postęp. Swoją drogą, ostatnio z nim rozmawiałam i tak jakby obiecał mi, że pomoże z tymi dzieciakami. Jeszcze nie wiem, kiedy najlepiej będzie zabrać Cassie i Ryana do Miasta Nocy, ale wtedy przynajmniej jeden problem będziemy mieli z głowy.
Brzmiała tak, jakby sama chciała w to uwierzyć. Ja również, choć trudno było mi się na to zdobyć, skoro na każdym kroku czułam, że wszystko wymykało nam się spod kontroli. Zabranie tej dwójki nie wyjaśniało najważniejszego – a konkretnie tego, czy przypadkiem takich jak oni nie było więcej, a tym bardziej dokąd zmierzał ten eksperyment.
Castiel mógłby wiedzieć, przeszło mi przez myśl.
Zaraz po tym wzdrygnęłam się, machinalnie obejmując ramionami. Nie miałam pojęcia, jak bardzo Castiel był świadom tego, co się działo, ale miałam złe przeczucia. Na pewno obserwował sytuację na uczelni, a to już o czymś świadczyło. Nawet jeśli nie wiedział, co się święci, być może miał szansę naprowadzić mnie na trop kolejnych osób, o ile takie istniały.
Zacisnęłam usta. Z jakiegoś powodu czułam się tak, jakbym oszukiwała samą siebie. Coś mi umykało, a jednak…
– Nessie?
Zamrugałam, po czym w pośpiechu przeniosłam wzrok na Laylę. Otworzyłam usta, chcąc zapewnić, że wciąż ją słucham, ale w ostatniej chwili z tego zrezygnowałam. Bardzo łatwo mogłam zapomnieć, że mnie nie słyszała. To też na dłuższą metę zaczynało być frustrujące, zwłaszcza że nigdzie obok nie było Joce. Ostatecznie zdecydowałam się na wcześniejszą metodę, bezceremonialnie wyjmując z kieszeni Layli telefon i – całą energię wkładając w to, by w ogóle utrzymać go w rękach – znów zaczęłam się bawić w pisanie wiadomości.
Wszystko będzie dobrze. Musi.
Wampirzyca wysiliła się na uśmiech.
– Jasne, że tak – zapewniła pośpiesznie. Do jej głosu momentalnie wkradł się entuzjazm, którego od zawsze jej zazdrościłam. Nie miałam pojęcia jak to robiła, ale jej pewność siebie wydawała się prawdziwa. – Jesteś bezpieczna, a to już coś. Teraz tylko musimy znaleźć Gabriela, a później… Cóż, zobaczymy. No i może Rufus coś wymyśli, chociaż jego pomysły czasami mnie przerażają – przyznała, a jej uśmiech momentalnie przygasł. – Nie przyszłoby mi do głowy, by wykorzystać kryształ. Najważniejsze, że zadziałał, ale i tak mnie przeraża.
Machinalnie spojrzałam na odłamek w dłoni. Trzymałam go przy sobie, dokładnie tak jak radzili mi wszyscy wokół. W pamięci miałam rozmowę z Rosą, ale o tym próbowałam nie myśleć. Mimo wszystko czułam, że nie powinnam obnosić się z drobiazgiem, który jakimś cudem utrzymywał mnie w zawieszeniu, dając dość sporo możliwości jak na kogoś, kto nawet nie był materialny.
Znów skupiłam się na telefonie. Miałam wrażenie, że wpływanie na przedmioty przychodziło mi coraz naturalniej.
Rufus często ma rację. Na razie mam się dobrze, więc się nie przejmuj.
Kąciki ust Layli momentalnie powędrowały ku górze.
– Tylko mu tego nie mów – rzuciła pogodnym tonem. – Jego ego też ma się dobrze. A tak swoją drogą… – Jej spojrzenie jak na zawołanie zatrzymało się na miejscu, w którym byłam. Przyszło jej to o tyle łatwo, że raczej trudno było nie zauważyć unoszącej się w powietrzu komórki. – Tak bardzo za tobą tęskniłam. Tęsknię dalej, ale skoro jesteś tutaj przynajmniej tak… Och, Nessie, gdybym tylko mogła coś zrobić…
Momentalnie przesunęłam się bliżej. Teraz, bez zniecierpliwionego nadmiarem emocji Rufusa, mogłam pozwolić sobie na to, by znów ją objąć. Telefon wyślizgnął mi się z rąk, kiedy przestałam nad sobą panować, ale Layla w porę pochwyciła go i wsunęła do kieszeni. Zamknęłam oczy, skupiona wyłącznie na bliskości szwagierki i tym, że była cała. Wciąż nie docierało do mnie, jak łatwo mogliśmy ją stracić, zwłaszcza że łowcy zgotowali nam wszystkim piekło.
Westchnęłam cicho. Miałam dziesiątki pytań, choć zarazem wątpiłam w to, czy poznanie odpowiedzi faktycznie było takim dobrym pomysłem. Liczyło się, że Layla była cała, niezależnie od ceny, którą przyszło nam za to zapłacić.
– Dobra, dobra, bo zaraz się tu rozkleję. – Wampirzyca w pośpiechu odsunęła się ode mnie, próbując dyskretnie otrzeć oczy. – Na razie zastanówmy się, co zrobić z Gabrielem. Potem pomyślimy, co z tobą i całym tym bałaganem. Albo Rufus jednak coś wymyślił – dodała, znów zaczynając w pośpiechu wyrzucać z siebie kolejne słowa. Zawsze tak robiła, gdy zaczynała się denerwować. – Ciągle zastanawiam się kim jest ta osoba, której szukamy. No wiesz, kto przejął… twoje ciało. – Znów zamilkła. Nie byłam zaskoczona, zwłaszcza że sama niedowierzała w to, co miało miejsce. – Skąd się wzięło? Myślałam o tym miejscu, w którym byłaś… Ale to chyba bez sensu, prawda? Ciemność i tak dalej.
Nie miałam pojęcia, co jej powiedzieć. Świat, w którym się ocknęłam, jawił mi się jako sen, który ostatecznie dobiegł końca. Nie chciałam wracać pamięcią ani do tego, ani do czasu, który spędziłam, zagubiona pośród snów. Łatwiej było udawać, że pewne rzeczy nie miały miejsca, choć być może popełniałam błąd, tak po prostu to ignorując. Potrzebowaliśmy odpowiedzi, ale jak na razie nie zapowiadało się, by te nagle miały się pojawić.
Layla tymczasem mówiła dalej, już nawet nie próbując sprawdzać, czy nadal jej słuchałam.
– Jest coś jeszcze. Przemiana Beatrycze i tak dalej… Hej, Gabriel wspominał ci, co takiego zobaczyliśmy w Chianni? – zapytała nieoczekiwanie. Na szczęście nie musiałam dawać jej do zrozumienia, że powinna mówić dalej. – Dalej nie wiemy, dlaczego Beatrycze musiała się udać akurat do naszego domu, ale na poddaszu pojawiło się coś dziwnego. Czekaj, pokażę ci – zaoferowała, w pośpiechu wyciągając telefon. – Zrobiłam zdjęcia.
Odwróciła telefon tak, bym mogła zobaczyć wyświetlacz. Potrzebowałam dłuższej chwili, by skupić się na tyle, by w ogóle być w stanie przyjrzeć się zaciemnionemu pomieszczeniu i dostrzec coś, co znajdowało się na sfotografowanej ścianie.
W chwili, w której pojęłam, co przedstawiało zdjęcie, zamarłam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa