
Beatrycze
– Mam wrażenie, że nie
jesteście tutaj tylko przez Nessie…
Zawahała
się, ledwo tylko wypowiedziała te słowa. Nie była pewna tego, co mówiła, ale
i tak nie mogła się powstrzymać przed zasugerowaniem takiej możliwości.
To, że Carlisle momentalnie się wyprostował, jedynie utwierdziło ją w przekonaniu,
że trafiła w sedno – choćby tylko w niewielkim stopniu.
– W zasadzie…
– zaczął i zaraz urwał, już tylko biernie jej się przypatrując.
Wciąż
wydawał się zmartwiony, ale nie tak jak wcześniej. Mogła tylko zgadywać, co
takiego sobie myślał, niemniej jedno było dla niej oczywiste: przejmował się
czymś więcej, niż tylko rozmową, którą odbyli. Wyczuła to już wcześniej,
świadoma, że coś musiało być na rzeczy już od chwili, w której okazało
się, że miał problem z zapanowaniem nad emocjami. Zdążyła poznać go na
tyle dobrze, by wiedzieć, że mało kiedy pozwalał sobie na brak opanowania.
– Co się
stało? – zapytała wprost.
Odsunęła
się, by móc na niego spojrzeć. To pytanie przyszło samo, zwłaszcza że nagle
poczuła się zobowiązana, żeby z nim porozmawiać. Nie chodziło o to,
czy była matką, bo ta kwestia wciąż do niej nie docierała. W gruncie
rzeczy nie była w stanie w pełni zaakceptować bardzo wielu spraw, ale
to wydawało się w pełni zrozumiałe. Nie zamierzała na siłę odnajdywać się
w roli, którą tak naprawdę nawet nie miała okazji się nacieszyć. Czuła, że
to byłoby zbyt krępujące i trudne.
A jednak
miała wrażenie, że jak najbardziej mogła zadać to pytanie. Skoro ją pocieszał,
to równie dobrze mogło zadziałać w drugą stronę. Jak sam zauważył, byli
rodziną. Nic więcej nie było jej trzeba, żeby podjąć decyzję.
– Szczerze
mówiąc… przyjechaliśmy tutaj, bo nie chciałem wracać do domu – usłyszała
i to wystarczyło, by ją zaintrygować. Momentalnie uniosła brwi,
spoglądając na niego pytająco. – Esme twierdziła, że możemy zaczekać, zwłaszcza
że Nessie jest bezpieczna… Powiedzmy. – Potrząsnął głową, jakby chcąc opędzić
się od jakiejś niechcianej myśli. – Tak czy inaczej, nie podejrzewaliśmy, że
sprawy mogłyby mieć się aż tak źle.
– Ale? –
drążyła.
Dla
lepszego efektu skrzyżowała ramiona. Spojrzała na niego wyczekująco, próbując
nadążyć za jego tokiem rozumowania. Wiedziała już, że coś musiało być na
rzeczy, chociaż wciąż nie miała pewności, dokąd to wszystko zmierzało.
– Elena.
Ze świstem
wypuściła powietrze. Och, oczywiście – tego akurat mogła się spodziewać. Nie
musiała o nic więcej pytać, żeby zorientować się, że to właśnie Elena
mogłaby być w stanie wytrącić z równowagi nawet Carlisle’a. Kiedy
chodziło o dzieci, sprawy naprawdę łatwo potrafiły się skomplikować.
– No, tak…
– Z wolna skinęła głową. – Pogodzili się? – zapytała jakby od niechcenia,
zadając pierwsze pytanie, które przyszło jej na myśl.
– Słucham?
Wzruszyła
ramionami. Czy naprawdę aż takie dziwne było to, że mogłaby orientować się w sytuacji,
skoro sporo czasu wciąż spędzała w apartamentowcu.
– Ona
i Rafael – wyjaśniła ze spokojem, choć wątpiła, by to w braku
zrozumienia pytania leżał problem. Carlisle aż za dobrze wiedział, o czym
mówiła. – Kiedy ostatnim razem widziałam Rafaela, wyglądał na przygnębionego.
Nie wiem na ile mi uwierzył, gdy próbowałam go pocieszyć.
–
Rozmawiałaś z Rafaelem? – zapytał z niedowierzaniem.
Przez
moment spojrzał na nią tak, jakby widział ją po raz pierwszy. W tamtej
chwili była gotowa przysiąc, że przez ułamek sekundy spoglądał na nią niemalże
jak na Elenę. Biorąc pod uwagę fakt, że mogłyby uchodzić za bliźniaczki, to
wcale nie było takie trudne.
– Niedawno.
Jakby nie patrzeć, mieszkamy razem, póki ostatecznie nie przeniesiemy się
z L. tutaj – przypomniała, wymownie rozglądając się po wciąż
nieumeblowanym salonie.
Westchnęła,
kiedy jej spojrzenie spoczęło na wgłębieniu w ścianie. Ludzkim krokiem
podeszła bliżej, w zamyśleniu przesuwając palcami po pęknięciach.
Przynajmniej Lawrence nie przebił się na drugą stronę, ale i tak
mimowolnie zaczęła zastanawiać się nad tym, co zrobić z takim
uszkodzeniem. Nie sądziła, by jakkolwiek naruszało konstrukcję budynku, a przynajmniej
miała taką nadzieję. Zdążyła polubić ten dom, nie wspominając o tym, że
zdecydowanie nie chciała zwlekać z przeprowadzką.
– Ile tak
naprawdę wiesz? – zniecierpliwił się Carlisle. – Wybacz, że tak cię wypytuję,
ale to nie daje mi spokoju. Rafael… Na litość Boską, to demon.
– Tak –
przyznała, nie odrywając wzroku od ściany.
Na moment
zapanowała cisza. Miała wrażenie, że wampir czekał aż pociągnie temat, ale
Beatrycze zdecydowanie nie miała takiego zamiaru. Przynajmniej dla niej sprawa
była jasna: Elena poślubiła demona.
– Wiesz
w ogóle, co jej zrobił?
Stłumiła
sfrustrowany jęk. Trudno było jej się skupić, zwłaszcza gdy słyszała
pobrzmiewającą w głosie Carlisle’a frustrację. Jakakolwiek niechęć do
kogoś, kto niejako zdążył zejść do rodziny, zdecydowanie do niego nie pasowała.
– Cokolwiek
to było, zgaduję, że Elena mu wybaczyła – powiedziała w końcu, ostrożnie
dobierając słowa.
To bardzo
wiele wyjaśniało. Mogła tylko zgadywać, jak sama by się czuła, gdyby miała
poczucie, że jej dziecku groziło niebezpieczeństwo. Co prawda doświadczała tego
od dłuższego czasu, wciąż zamartwiając o najbliższych, ale to było coś
innego. Patrząc na Esme, nie musiała się obawiać, że jej syn mógłby dokonać
złego wyboru.
Inna
sprawa, że nie potrafiłaby się wtrącać – i to niezależnie od tego, co by
sądziła o ewentualnej wybrance. Wystarczyło, że Ariadna na wszystkie
możliwe sposoby uprzykrzała życie jej i Lawrence’owi. Choć wspomnienie
dawnego, „pierwszego” życia było tak odległe, że ledwo mogła się na nim skupić,
pewne słowa wciąż sprawiały jej ból. Dystans, który istniał między nią a matką,
zdecydowanie nie był czymś, czego chciałaby doświadczyć ze strony tych, którzy
teraz byli jej bliscy.
– Uderzył
ją – usłyszała i to wystarczyło, by mimowolnie się spięła. – Miriam nam
powiedziała. Cokolwiek myśli o tym Elena, w tej sytuacji trudno mi
zachować spokój.
– No, tak…
Zawahała się,
czując, że powinna coś jeszcze dodać. Chciała stwierdzić, że rozumie, ale nie
była w stanie. Szukała odpowiednich słów, ale również to okazało się
o wiele trudniejsze, aniżeli mogłaby tego oczekiwać. W głowie miała
pustkę, zaś to, co ostatecznie przyszło jej na myśl, zdecydowanie nie było tym,
co zabrzmiałoby pocieszająco.
Z wolna
odwróciła się, w końcu spoglądając na obserwującego ją wampira. Dłoń wciąż
przyciskała do ściany, ale już nawet o tym nie myślała, skupiona przede
wszystkim na uporządkowaniu tego, co chodziło jej po głowie.
– To nie
jest takie proste – powiedziała w końcu. – Sam stwierdziłeś, że Rafael to
demon. Na dodatek taki, który stoi najwyżej w hierarchii.
– Tym
gorzej, prawda? – Carlisle potrząsnął głową. – Wiem, ile poświęcił dla Eleny.
Sprowadził ją z powrotem, ale i tak… Wciąż pamiętam, co robił, kiedy
służył Isobel – przyznał w końcu. – O tym jeszcze mógłbym zapomnieć,
ale nie, skoro próbuje podnosić rękę na moją córkę.
– A co
na to Elena?
To pytanie
na dłuższą chwilę zamknęło mu usta. Czekała, próbując zająć umysł liczeniem
kolejnych oddechów. Poświęcała przesadnie wiele uwagi gestom, bo tak było
prościej. Tak przynajmniej sądziła, choć w ten sposób będąc w stanie
zapanować nad mętlikiem w głowie. Mimo wszystko czuła, że skupienie było
chwilowe; wszystko wciąż wydawało się zbyt intensywne, by mogła tak po prostu
to ignorować.
– Zachowuje
się, jakby nic się nie stało – przyznał w końcu Carlisle. – Porozumieli
się, zanim wróciła z pogrzebu w Mieście Nocy. Planują razem
zamieszkać.
– Po to
oddajemy im apartamentowiec – zauważyła przytomnie.
– Ale nie
w tej sytuacji – obruszył się. – Jeśli jest dla niej niebezpieczny… Mam
wrażenie, że Elena wciąż nie zdaje sobie sprawy z tego, na co się
zdecydowała.
– Ja za to
sądzę, że aż za dobrze rozumie – stwierdziła zgodnie z prawdą Beatrycze. –
Obserwowałam, pamiętasz? Widziałam to i owo, zanim Joce ściągnęła mnie
z powrotem. Pilnowałam Eleny, odkąd nabrałam pewności, że może być
zagrożona.
– Co masz
na myśli?
Nie miała
pewności, o co tak naprawdę ją pytał. Poczuła się co najmniej nieswojo pod
przenikliwym spojrzeniem złocistych tęczówek, ale zdecydowała się to
zignorować. W duchu przekonywała samą siebie, że wszystko było w porządku,
zwłaszcza że w tamtej chwili naprawdę w to wierzyła. W tym
jednym mogła pomóc, a przynajmniej taką miała nadzieję. Skoro widziała
dość, by ufać Rafaelowi, być może miała szansę choć po części przekonać do tego
Carlisle’a.
– Nigdy
wcześniej… nie widziałam czegoś takiego – powiedziała w końcu, ostrożnie
dobierając słowa. – Wiem jakie są demony. Widziałam, co robiły na skinienie
Isobel… I jaką rolę jako serafin odegrał Rafael – przyznała w zamyśleniu.
Zauważyła, że przez twarz Carlisle’a jak na zawołanie przemknął cień, ale
przynajmniej nie próbował jej przerywać. – Nie bez powodu go sobie ceniła. On
zresztą też, a to coś znaczy. Ciemność mało komu okazuje takie względy.
– Właśnie
w tym rzecz – podchwycił natychmiast wampir. – Rafael twierdzi, że
zrzekłby się wszystkiego dla Eleny, ale wcale nie jestem tego taki pewien. Dla
ciebie nie zrobił niczego. Powiedziałbym, że wręcz przeciwnie.
– Ja nie
jestem tutaj ważna – sprostowała pośpiesznie. – To demon. W pewnym sensie
jego pochodzenie wszystko tłumaczy.
– Nie
rozumiem…
Beatrycze
westchnęła. Uśmiechnęła się niepewnie, na swój sposób pocieszająco. Sama
również wciąż próbowała wszystko uporządkować, ale po latach biernych
obserwacji wciąż była w lepszym położeniu od niego.
– Nie
wątpię. – Z wolna podeszła bliżej. Z uwagą zlustrowała twarz wampira
wzrokiem, próbując ocenić, jakie targały nim emocje. – Zwłaszcza po tym, co mi
dopiero co powiedziałeś, to wydaje mi się naturalne… Ty rozumiesz czym jest
rodzina – wyjaśniła ze spokojem. – Rafael niekoniecznie. To wielki sukces, że
postrzega Elenę jako kogoś więcej, niż osobę, którą chroni z rozkazu ojca.
Nie od razu
doczekała się odpowiedzi. Po spojrzeniu Carlisle’a poznała, że wciąż było to
dla niego czymś nie do pojęcia. W gruncie rzeczy sama miała z tym
problem, choć przynajmniej mogła sobie wyobrazić kogoś, kogo nie obejmowały
emocje. Zbyt wiele razy spotkała Ciemność, by mieć jakiekolwiek wątpliwości,
czy taki stan w istocie był możliwy.
Z Rafaelem
było inaczej, choć to zauważyła dopiero po tym, jak poznał Elenę. Nie miała
pojęcia, co to oznaczało, ale ten stan nie dawał jej spokoju. Skoro demony
w jakimś stopniu dysponowały emocjami, czy to oznaczało, że była dla nich
nadzieja? Potrzebowały odpowiedniej osoby, tak jak i nowe wampiry, które
podczas przemiany balansowały gdzieś na granicy szaleństwa? Mogła tylko
zgadywać, ale wszystko wskazywało na to, że coś musiało być na rzeczy.
–
Obserwowałam – powtórzyła z naciskiem. – Nie jestem zaskoczona, że
postrzegasz Rafaela jako zagrożenie, zwłaszcza teraz. Też martwię się
o Elenę, ale… Och, ma dużo z Lawrence’a. – Zaśmiała się nieco
nerwowo. – Jeśli się na coś uparła, zrobi to. No i… są po ślubie, prawda?
– Nie
pocieszyłaś mnie tym.
Uśmiechnęła
się w nieco wymuszony sposób.
–
Przepraszam – zreflektowała się pośpiesznie. – Nigdy nie byłam dobrą
pocieszycielką. No i najwyraźniej nie umiem kłamać. Ale może to powód,
żebyś mi uwierzył, że intencje Rafaela są szczere – dodała, momentalnie
poważniejąc. – Porozmawiaj z Eleną, najlepiej w cztery oczy. Możesz
ją zapytać, w jaki sposób się poznali. Sądzę, że będziesz dumny.
Oczywiście pod warunkiem, że Rafaela nie
będzie w pobliżu. Demon z urażoną męską dumą, to dopiero
niebezpieczne zjawisko, dopowiedziała w myślach.
Carlisle
rzucił jej pytające spojrzenie, ale tym razem zdecydowała się je zignorować.
Mogła mu powiedzieć, co zdążyła zaobserwować, ale nie sądziła, żeby była do
tego odpowiednią osobą. Tak naprawdę sprawa tyczyła się wyłącznie Rafaela
i Eleny. Nie chciała ingerować bardziej, aniżeli było to konieczne.
– Wydajesz
się zadziwiająco pewna kogoś, kto stoi tak blisko Ciemności – zauważył cicho
Carlisle, ale jego słowa nie wydały jej się oskarżeniem. Wydawał się raczej
zaintrygowany, jakby próbując zrozumieć spokój, który wciąż odczuwała.
Beatrycze
mimowolnie się zawahała. Faktycznie tak się czuła, choć zdecydowanie nie miała
po temu powodów. Zwłaszcza po tym, co powiedziała o Łowcy, miała dość
powodów, żeby wątpić, a jednak…
– Może chcę
wierzyć, że to wszystko ma jakiś sens – przyznała w zamyśleniu. –
Światłość i Ciemność, dobro i zło… Sama nie wiem. Zresztą wkrótce sami
się przekonamy – dodała. Mimowolnie wzdrygnęła się, zaniepokojona tą
perspektywą. – Jeśli moje przypuszczenia są słuszne, to jest ten moment,
w którym Rafael naprawdę będzie musiał podjąć decyzję.
Nie
powiedziała tego na głos, nie chcąc pogarszać sytuacji, ale w tamtej
chwili nade wszystko pragnęła się mylić.

Lawrence
Zatrzymał się gwałtownie. Z trudem
stłumił przekleństwo, aż nazbyt świadom, że podążająca za nim kobieta była w stanie
go usłyszeć. Serio? Nie mogliście odpuścić,
prawda?, pomyślał z irytacją, wznosząc oczy ku górze.
Nie miał
ochoty na czyjekolwiek towarzystwo, ale odmówienie akurat Esme nie wchodziło w grę.
Ta wampirzyca miała w sobie coś takiego, że zranienie jej w jakikolwiek
sposób po prostu jawiło się jako zbrodnia. Podejrzewał zresztą, że doskonale to
wiedziała, co wyjaśniało, dlaczego akurat ona zdecydowała się za nim pójść. Nie
miał pewności, czy gdyby chodziło o Beatrycze, zdołałby uspokoić się na
tyle, żeby udawać, że wszystko w porządku, ale w obecnej sytuacji nie
miał wyboru.
Milczał, z uwagą
przysłuchując się zmierzającym ku niemu krokom. Esme zwolniła, ale wciąż podążała
za nim, z wolna pokonując dzielącą ich odległość. Nie miała się wysilać,
tym bardziej że oboje wylądowali na pogrążonej w ciszy ulicy. Nigdy nie
widział żywej duszy, ale wolał nie ryzykować, zwłaszcza na zamieszkałym przez
śmiertelników osiedlu. To był zresztą powód, dla którego nie mógł dać upustu
pełni swoich emocji, zmuszony kontrolować każdy swój ruch – w tym również
tempo, z jakim przyszło mu się poruszać.
Gniew wciąż
mieszał się z goryczą, ale nawet najbardziej skrajne emocje nie były w stanie
przysłonić zdrowego rozsądku. Jakkolwiek by jednak nie było, jedna kwestia nie
ulegała zmianie, wręcz mogąc pogorszyć sytuację, gdyby ktoś próbował na niego
naciskać.
– Nie
zamierzam rozmawiać o tym, co powiedziała Beatrycze – oznajmił, nawet nie
próbując oglądać się za siebie.
Esme zatrzymała
się w niewielkiej odległości od niego. Czuł, że go obserwowała, chociaż
sam z uporem unikał spoglądania w jej stronę. Oboje milczeli, ale
wcale nie czuł się dzięki temu lepiej. Wręcz mógł sobie wyobrazić, w jaki
sposób wyglądała – cicha, niepewna i trochę jak zawstydzone dziecko, które
nie miało pojęcia, co ze sobą zrobić.
Jęknął w duchu,
wciąż mając ochotę zacząć kląć na czym świat stoi. Właśnie na tym polegał
problem z tą wampirzycą. Carlisle wziął sobie za żonę jakiegoś anioła albo
równie mistyczną, delikatną istotę. Inne rozwiązanie po prostu nie wchodziło w grę,
przynajmniej z perspektywy Lawrence’a. Jego synowa miała w sobie coś,
co nie pierwszy raz wytrącało go z równowagi – czy to jak wtedy, gdy musiał
ją ratować przed Anną, czy też… w każdym innym przypadku. Nawet nie potrafił
tego opisać, ale ta kwestia mimo wszystko nie dawała mu spokoju.
– W porządku
– zgodziła się pośpiesznie kobieta. – Ja po prostu…
Urwała,
znów ograniczając się do milczenia i biernego wpatrywania w niego. Lawrence
zaklął w duchu, po czym z wolna zwrócił się w jej stronę. Stała zaledwie
kilka metrów od niego, z dłońmi schowanymi za plecami i niepewnym
wyrazem twarzy. Wydawała się przede wszystkim zatroskana, co biło przede wszystkim
od łagodnego spojrzenia pary lśniących, złocistych tęczówek.
Była inna
niż Beatrycze – bardziej delikatna i nie aż tak pewna siebie. Mimo
wszystko jakoś nie miał wątpliwości, że gdyby zaszła taka potrzeba, potrafiłaby
postawić na swoim. Kobiety miały jakąś cudowną zdolność przejmowania kontroli,
gdy tego wymagała sytuacja.
–
Sprawdzasz, czy przypadkiem nie robię niczego głupiego – podpowiedział usłużnie,
podejrzliwie mrużąc oczy. Natychmiast otworzyła oczy, gotowa zaprotestować, ale
nie dał jej po temu okazji. – To nic złego, chociaż tak się skała, że nie
miałem w planach wymordowania połowy Seattle. Spokojnie.
– Nie
sugeruję tego – zreflektowała się pośpiesznie.
Prawie
udało mu się uśmiechnąć, zwłaszcza gdy wychwycił w jej tonie
przepraszającą nutę. Nawet żartowanie przy niej okazało się trudne. Nie żeby
szczególnie było mu do śmiechu, ale jak zwykle nie szczędził sobie złośliwości,
tak w tamtej chwili zdecydował się powstrzymać. Nie mógł pozbyć się
wrażenia, że już i tak brała jego słowa zdecydowanie zbyt poważnie.
–
Potrzebuję chwilę. Nic mi nie będzie, ale skoro już uparłaś się za mną pójść… –
Urwał, po czym wzruszył ramionami. I tak nie byłby w stanie jej
odprawić. – Jak wspomniałem, nie rozmawiajmy o tym, co się wydarzyło…
Chociaż mam nadzieję, że aż tak bardzo nie wystraszyłem Beatrycze – dodał po
chwili zastanowienia.
– Carlisle z nią
został – zapewniła Esme. – Nic jej nie będzie.
Och, na pewno… Więc dlaczego czuję się jak
największy potwór?
Nie żeby
potrafił być na nią zły. Od samego początku czuł, że coś było na rzeczy –
zarówno w związku ze spotkaniem z Ariadną, jak i zachowaniem
Beatrycze. Nie miał też poczucia, żeby go okłamała, a przynajmniej nie w takim
stopniu, by miał do niej o to żal. Z drugiej strony…
Jasna cholera, jęknął, z trudem
powstrzymując się od wypowiedzenia tych słów na głos. Miał ochotę coś rozwalić,
ale nie był w stanie choćby ruszyć się z miejsca, o jakiejkolwiek
gwałtowniejszej reakcji nie wspominając. Nie przy śledzącej każdy jego ruch,
wyraźnie zaniepokojonej Esme. Jej obecność nie tyle go uspokajała, co raczej zmuszała
do panowania nad kolejnymi ruchami, niezależnie od tego, czego tak naprawdę chciał.
Możliwe, że tak było lepiej, ale nie tego oczekiwał, kiedy pod wpływem impulsu
zdecydował się wyjść z domu.
Miał
wrażenie, że na każdym kroku umykało mu coś ważnego. Tracił kontrolę, choć
próbował nad sobą zapanować. Próbował sensownie działać, ale to okazało się
równie skomplikowane, co i starania, które wkładał w to, by ochronić
Beatrycze. Kolejny raz czuł się tak, jakby mu się wymakała – dosłownie
przemykała między palcami, nieważne jak blisko siebie starał się ją trzymać. Na
dodatek teraz, kiedy miał poczucie, że w końcu zwróciła do niego tak jak
powinna…
– Przejdźmy
się, co? – mruknął, w pośpiechu ruszając przed siebie. Miał wrażenie, że
trafi go szlag, jeśli nadal będą tkwili w miejscu. – Potrzebuję zajęcia.
Nie
zaprotestowała, co mimo wszystko przyjął z ulgą. Nie miał ochoty na
towarzystwo, ale skoro już jakieś musiał mieć, milcząca wampirzyca jak
najbardziej mu odpowiadała.
Poczekał aż
się z nim zrówna, dopiero wtedy ruszając się z miejsca. Nie miał w planach
dotrzeć do żadnego konkretnego miejsca, po prostu bez pośpiechu ruszając przed
siebie. Na początek musiało wystarczyć, skoro nie mógł ot tak rzucić się do
biegu.
– Skoro już
tu jesteś… Cóż, możemy pomówić o czymś sensowniejszym – zaproponował, nie
będąc w stanie usiedzieć w ciszy. To, że Esme była obok, nie
pozwalało mu jej ignorować. – Pomijając, że wszystkim znowu poodbijało, dajecie
sobie jakoś radę? Pytam o Renesmee – dodał, podchwyciwszy jej niepewne
spojrzenie.
– Jest cała
– zapewniła natychmiast Esme. – Rozmawia z nami z pomocą Joce… Ale
obie twierdzą, że to nie tak, jakby była martwa. No i potrafi sama
przesuwać przedmioty, a to podobno dość… niecodziennego.
Prychnął,
nie mogąc się powstrzymać. Jakby w ogóle spodziewał się czegoś innego!
– Niecodzienny
nie do końca duch – mruknął, wznosząc
oczy ku górze. – Ta dziewczyna nawet umrzeć jak trzeba nie potrafi… Wybacz –
zreflektował się pośpiesznie, bo Esme gwałtownie zassała powietrze, wyraźnie
zaniepokojona. – Nie zwracaj na mnie uwagi. Tak sobie gadam od rzeczy.
Zamilkł,
nie mogąc pozbyć się wrażenia, że zaczynał pleść od rzeczy. Z dwojga złego
cisza okazała się lepsza, chociaż wciąż dawała mu się we znaki.
Inna sprawa,
że naprawdę się martwił – i to o wiele bardziej, aniżeli raczył
przyznać.
Jak cię dorwę, popamiętasz mnie… Na długo, pomyślał, ale szczerze wątpił,
by na Ciemności jakiekolwiek groźby czy obietnice zrobiły wrażenie.
Ale
przecież wciąż mógł próbować.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz