9 października 2018

Sto trzydzieści

Beatrycze
– Mam wrażenie, że nie jesteście tutaj tylko przez Nessie…
Zawahała się, ledwo tylko wypowiedziała te słowa. Nie była pewna tego, co mówiła, ale i tak nie mogła się powstrzymać przed zasugerowaniem takiej możliwości. To, że Carlisle momentalnie się wyprostował, jedynie utwierdziło ją w przekonaniu, że trafiła w sedno – choćby tylko w niewielkim stopniu.
– W zasadzie… – zaczął i zaraz urwał, już tylko biernie jej się przypatrując.
Wciąż wydawał się zmartwiony, ale nie tak jak wcześniej. Mogła tylko zgadywać, co takiego sobie myślał, niemniej jedno było dla niej oczywiste: przejmował się czymś więcej, niż tylko rozmową, którą odbyli. Wyczuła to już wcześniej, świadoma, że coś musiało być na rzeczy już od chwili, w której okazało się, że miał problem z zapanowaniem nad emocjami. Zdążyła poznać go na tyle dobrze, by wiedzieć, że mało kiedy pozwalał sobie na brak opanowania.
– Co się stało? – zapytała wprost.
Odsunęła się, by móc na niego spojrzeć. To pytanie przyszło samo, zwłaszcza że nagle poczuła się zobowiązana, żeby z nim porozmawiać. Nie chodziło o to, czy była matką, bo ta kwestia wciąż do niej nie docierała. W gruncie rzeczy nie była w stanie w pełni zaakceptować bardzo wielu spraw, ale to wydawało się w pełni zrozumiałe. Nie zamierzała na siłę odnajdywać się w roli, którą tak naprawdę nawet nie miała okazji się nacieszyć. Czuła, że to byłoby zbyt krępujące i trudne.
A jednak miała wrażenie, że jak najbardziej mogła zadać to pytanie. Skoro ją pocieszał, to równie dobrze mogło zadziałać w drugą stronę. Jak sam zauważył, byli rodziną. Nic więcej nie było jej trzeba, żeby podjąć decyzję.
– Szczerze mówiąc… przyjechaliśmy tutaj, bo nie chciałem wracać do domu – usłyszała i to wystarczyło, by ją zaintrygować. Momentalnie uniosła brwi, spoglądając na niego pytająco. – Esme twierdziła, że możemy zaczekać, zwłaszcza że Nessie jest bezpieczna… Powiedzmy. – Potrząsnął głową, jakby chcąc opędzić się od jakiejś niechcianej myśli. – Tak czy inaczej, nie podejrzewaliśmy, że sprawy mogłyby mieć się aż tak źle.
– Ale? – drążyła.
Dla lepszego efektu skrzyżowała ramiona. Spojrzała na niego wyczekująco, próbując nadążyć za jego tokiem rozumowania. Wiedziała już, że coś musiało być na rzeczy, chociaż wciąż nie miała pewności, dokąd to wszystko zmierzało.
– Elena.
Ze świstem wypuściła powietrze. Och, oczywiście – tego akurat mogła się spodziewać. Nie musiała o nic więcej pytać, żeby zorientować się, że to właśnie Elena mogłaby być w stanie wytrącić z równowagi nawet Carlisle’a. Kiedy chodziło o dzieci, sprawy naprawdę łatwo potrafiły się skomplikować.
– No, tak… – Z wolna skinęła głową. – Pogodzili się? – zapytała jakby od niechcenia, zadając pierwsze pytanie, które przyszło jej na myśl.
– Słucham?
Wzruszyła ramionami. Czy naprawdę aż takie dziwne było to, że mogłaby orientować się w sytuacji, skoro sporo czasu wciąż spędzała w apartamentowcu.
– Ona i Rafael – wyjaśniła ze spokojem, choć wątpiła, by to w braku zrozumienia pytania leżał problem. Carlisle aż za dobrze wiedział, o czym mówiła. – Kiedy ostatnim razem widziałam Rafaela, wyglądał na przygnębionego. Nie wiem na ile mi uwierzył, gdy próbowałam go pocieszyć.
– Rozmawiałaś z Rafaelem? – zapytał z niedowierzaniem.
Przez moment spojrzał na nią tak, jakby widział ją po raz pierwszy. W tamtej chwili była gotowa przysiąc, że przez ułamek sekundy spoglądał na nią niemalże jak na Elenę. Biorąc pod uwagę fakt, że mogłyby uchodzić za bliźniaczki, to wcale nie było takie trudne.
– Niedawno. Jakby nie patrzeć, mieszkamy razem, póki ostatecznie nie przeniesiemy się z L. tutaj – przypomniała, wymownie rozglądając się po wciąż nieumeblowanym salonie.
Westchnęła, kiedy jej spojrzenie spoczęło na wgłębieniu w ścianie. Ludzkim krokiem podeszła bliżej, w zamyśleniu przesuwając palcami po pęknięciach. Przynajmniej Lawrence nie przebił się na drugą stronę, ale i tak mimowolnie zaczęła zastanawiać się nad tym, co zrobić z takim uszkodzeniem. Nie sądziła, by jakkolwiek naruszało konstrukcję budynku, a przynajmniej miała taką nadzieję. Zdążyła polubić ten dom, nie wspominając o tym, że zdecydowanie nie chciała zwlekać z przeprowadzką.
– Ile tak naprawdę wiesz? – zniecierpliwił się Carlisle. – Wybacz, że tak cię wypytuję, ale to nie daje mi spokoju. Rafael… Na litość Boską, to demon.
– Tak – przyznała, nie odrywając wzroku od ściany.
Na moment zapanowała cisza. Miała wrażenie, że wampir czekał aż pociągnie temat, ale Beatrycze zdecydowanie nie miała takiego zamiaru. Przynajmniej dla niej sprawa była jasna: Elena poślubiła demona.
– Wiesz w ogóle, co jej zrobił?
Stłumiła sfrustrowany jęk. Trudno było jej się skupić, zwłaszcza gdy słyszała pobrzmiewającą w głosie Carlisle’a frustrację. Jakakolwiek niechęć do kogoś, kto niejako zdążył zejść do rodziny, zdecydowanie do niego nie pasowała.
– Cokolwiek to było, zgaduję, że Elena mu wybaczyła – powiedziała w końcu, ostrożnie dobierając słowa.
To bardzo wiele wyjaśniało. Mogła tylko zgadywać, jak sama by się czuła, gdyby miała poczucie, że jej dziecku groziło niebezpieczeństwo. Co prawda doświadczała tego od dłuższego czasu, wciąż zamartwiając o najbliższych, ale to było coś innego. Patrząc na Esme, nie musiała się obawiać, że jej syn mógłby dokonać złego wyboru.
Inna sprawa, że nie potrafiłaby się wtrącać – i to niezależnie od tego, co by sądziła o ewentualnej wybrance. Wystarczyło, że Ariadna na wszystkie możliwe sposoby uprzykrzała życie jej i Lawrence’owi. Choć wspomnienie dawnego, „pierwszego” życia było tak odległe, że ledwo mogła się na nim skupić, pewne słowa wciąż sprawiały jej ból. Dystans, który istniał między nią a matką, zdecydowanie nie był czymś, czego chciałaby doświadczyć ze strony tych, którzy teraz byli jej bliscy.
– Uderzył ją – usłyszała i to wystarczyło, by mimowolnie się spięła. – Miriam nam powiedziała. Cokolwiek myśli o tym Elena, w tej sytuacji trudno mi zachować spokój.
– No, tak…
Zawahała się, czując, że powinna coś jeszcze dodać. Chciała stwierdzić, że rozumie, ale nie była w stanie. Szukała odpowiednich słów, ale również to okazało się o wiele trudniejsze, aniżeli mogłaby tego oczekiwać. W głowie miała pustkę, zaś to, co ostatecznie przyszło jej na myśl, zdecydowanie nie było tym, co zabrzmiałoby pocieszająco.
Z wolna odwróciła się, w końcu spoglądając na obserwującego ją wampira. Dłoń wciąż przyciskała do ściany, ale już nawet o tym nie myślała, skupiona przede wszystkim na uporządkowaniu tego, co chodziło jej po głowie.
– To nie jest takie proste – powiedziała w końcu. – Sam stwierdziłeś, że Rafael to demon. Na dodatek taki, który stoi najwyżej w hierarchii.
– Tym gorzej, prawda? – Carlisle potrząsnął głową. – Wiem, ile poświęcił dla Eleny. Sprowadził ją z powrotem, ale i tak… Wciąż pamiętam, co robił, kiedy służył Isobel – przyznał w końcu. – O tym jeszcze mógłbym zapomnieć, ale nie, skoro próbuje podnosić rękę na moją córkę.
– A co na to Elena?
To pytanie na dłuższą chwilę zamknęło mu usta. Czekała, próbując zająć umysł liczeniem kolejnych oddechów. Poświęcała przesadnie wiele uwagi gestom, bo tak było prościej. Tak przynajmniej sądziła, choć w ten sposób będąc w stanie zapanować nad mętlikiem w głowie. Mimo wszystko czuła, że skupienie było chwilowe; wszystko wciąż wydawało się zbyt intensywne, by mogła tak po prostu to ignorować.
– Zachowuje się, jakby nic się nie stało – przyznał w końcu Carlisle. – Porozumieli się, zanim wróciła z pogrzebu w Mieście Nocy. Planują razem zamieszkać.
– Po to oddajemy im apartamentowiec – zauważyła przytomnie.
– Ale nie w tej sytuacji – obruszył się. – Jeśli jest dla niej niebezpieczny… Mam wrażenie, że Elena wciąż nie zdaje sobie sprawy z tego, na co się zdecydowała.
– Ja za to sądzę, że aż za dobrze rozumie – stwierdziła zgodnie z prawdą Beatrycze. – Obserwowałam, pamiętasz? Widziałam to i owo, zanim Joce ściągnęła mnie z powrotem. Pilnowałam Eleny, odkąd nabrałam pewności, że może być zagrożona.
– Co masz na myśli?
Nie miała pewności, o co tak naprawdę ją pytał. Poczuła się co najmniej nieswojo pod przenikliwym spojrzeniem złocistych tęczówek, ale zdecydowała się to zignorować. W duchu przekonywała samą siebie, że wszystko było w porządku, zwłaszcza że w tamtej chwili naprawdę w to wierzyła. W tym jednym mogła pomóc, a przynajmniej taką miała nadzieję. Skoro widziała dość, by ufać Rafaelowi, być może miała szansę choć po części przekonać do tego Carlisle’a.
– Nigdy wcześniej… nie widziałam czegoś takiego – powiedziała w końcu, ostrożnie dobierając słowa. – Wiem jakie są demony. Widziałam, co robiły na skinienie Isobel… I jaką rolę jako serafin odegrał Rafael – przyznała w zamyśleniu. Zauważyła, że przez twarz Carlisle’a jak na zawołanie przemknął cień, ale przynajmniej nie próbował jej przerywać. – Nie bez powodu go sobie ceniła. On zresztą też, a to coś znaczy. Ciemność mało komu okazuje takie względy.
– Właśnie w tym rzecz – podchwycił natychmiast wampir. – Rafael twierdzi, że zrzekłby się wszystkiego dla Eleny, ale wcale nie jestem tego taki pewien. Dla ciebie nie zrobił niczego. Powiedziałbym, że wręcz przeciwnie.
– Ja nie jestem tutaj ważna – sprostowała pośpiesznie. – To demon. W pewnym sensie jego pochodzenie wszystko tłumaczy.
– Nie rozumiem…
Beatrycze westchnęła. Uśmiechnęła się niepewnie, na swój sposób pocieszająco. Sama również wciąż próbowała wszystko uporządkować, ale po latach biernych obserwacji wciąż była w lepszym położeniu od niego.
– Nie wątpię. – Z wolna podeszła bliżej. Z uwagą zlustrowała twarz wampira wzrokiem, próbując ocenić, jakie targały nim emocje. – Zwłaszcza po tym, co mi dopiero co powiedziałeś, to wydaje mi się naturalne… Ty rozumiesz czym jest rodzina – wyjaśniła ze spokojem. – Rafael niekoniecznie. To wielki sukces, że postrzega Elenę jako kogoś więcej, niż osobę, którą chroni z rozkazu ojca.
Nie od razu doczekała się odpowiedzi. Po spojrzeniu Carlisle’a poznała, że wciąż było to dla niego czymś nie do pojęcia. W gruncie rzeczy sama miała z tym problem, choć przynajmniej mogła sobie wyobrazić kogoś, kogo nie obejmowały emocje. Zbyt wiele razy spotkała Ciemność, by mieć jakiekolwiek wątpliwości, czy taki stan w istocie był możliwy.
Z Rafaelem było inaczej, choć to zauważyła dopiero po tym, jak poznał Elenę. Nie miała pojęcia, co to oznaczało, ale ten stan nie dawał jej spokoju. Skoro demony w jakimś stopniu dysponowały emocjami, czy to oznaczało, że była dla nich nadzieja? Potrzebowały odpowiedniej osoby, tak jak i nowe wampiry, które podczas przemiany balansowały gdzieś na granicy szaleństwa? Mogła tylko zgadywać, ale wszystko wskazywało na to, że coś musiało być na rzeczy.
– Obserwowałam – powtórzyła z naciskiem. – Nie jestem zaskoczona, że postrzegasz Rafaela jako zagrożenie, zwłaszcza teraz. Też martwię się o Elenę, ale… Och, ma dużo z Lawrence’a. – Zaśmiała się nieco nerwowo. – Jeśli się na coś uparła, zrobi to. No i… są po ślubie, prawda?
– Nie pocieszyłaś mnie tym.
Uśmiechnęła się w nieco wymuszony sposób.
– Przepraszam – zreflektowała się pośpiesznie. – Nigdy nie byłam dobrą pocieszycielką. No i najwyraźniej nie umiem kłamać. Ale może to powód, żebyś mi uwierzył, że intencje Rafaela są szczere – dodała, momentalnie poważniejąc. – Porozmawiaj z Eleną, najlepiej w cztery oczy. Możesz ją zapytać, w jaki sposób się poznali. Sądzę, że będziesz dumny.
Oczywiście pod warunkiem, że Rafaela nie będzie w pobliżu. Demon z urażoną męską dumą, to dopiero niebezpieczne zjawisko, dopowiedziała w myślach.
Carlisle rzucił jej pytające spojrzenie, ale tym razem zdecydowała się je zignorować. Mogła mu powiedzieć, co zdążyła zaobserwować, ale nie sądziła, żeby była do tego odpowiednią osobą. Tak naprawdę sprawa tyczyła się wyłącznie Rafaela i Eleny. Nie chciała ingerować bardziej, aniżeli było to konieczne.
– Wydajesz się zadziwiająco pewna kogoś, kto stoi tak blisko Ciemności – zauważył cicho Carlisle, ale jego słowa nie wydały jej się oskarżeniem. Wydawał się raczej zaintrygowany, jakby próbując zrozumieć spokój, który wciąż odczuwała.
Beatrycze mimowolnie się zawahała. Faktycznie tak się czuła, choć zdecydowanie nie miała po temu powodów. Zwłaszcza po tym, co powiedziała o Łowcy, miała dość powodów, żeby wątpić, a jednak…
– Może chcę wierzyć, że to wszystko ma jakiś sens – przyznała w zamyśleniu. – Światłość i Ciemność, dobro i zło… Sama nie wiem. Zresztą wkrótce sami się przekonamy – dodała. Mimowolnie wzdrygnęła się, zaniepokojona tą perspektywą. – Jeśli moje przypuszczenia są słuszne, to jest ten moment, w którym Rafael naprawdę będzie musiał podjąć decyzję.
Nie powiedziała tego na głos, nie chcąc pogarszać sytuacji, ale w tamtej chwili nade wszystko pragnęła się mylić.
Lawrence
Zatrzymał się gwałtownie. Z trudem stłumił przekleństwo, aż nazbyt świadom, że podążająca za nim kobieta była w stanie go usłyszeć. Serio? Nie mogliście odpuścić, prawda?, pomyślał z irytacją, wznosząc oczy ku górze.
Nie miał ochoty na czyjekolwiek towarzystwo, ale odmówienie akurat Esme nie wchodziło w grę. Ta wampirzyca miała w sobie coś takiego, że zranienie jej w jakikolwiek sposób po prostu jawiło się jako zbrodnia. Podejrzewał zresztą, że doskonale to wiedziała, co wyjaśniało, dlaczego akurat ona zdecydowała się za nim pójść. Nie miał pewności, czy gdyby chodziło o Beatrycze, zdołałby uspokoić się na tyle, żeby udawać, że wszystko w porządku, ale w obecnej sytuacji nie miał wyboru.
Milczał, z uwagą przysłuchując się zmierzającym ku niemu krokom. Esme zwolniła, ale wciąż podążała za nim, z wolna pokonując dzielącą ich odległość. Nie miała się wysilać, tym bardziej że oboje wylądowali na pogrążonej w ciszy ulicy. Nigdy nie widział żywej duszy, ale wolał nie ryzykować, zwłaszcza na zamieszkałym przez śmiertelników osiedlu. To był zresztą powód, dla którego nie mógł dać upustu pełni swoich emocji, zmuszony kontrolować każdy swój ruch – w tym również tempo, z jakim przyszło mu się poruszać.
Gniew wciąż mieszał się z goryczą, ale nawet najbardziej skrajne emocje nie były w stanie przysłonić zdrowego rozsądku. Jakkolwiek by jednak nie było, jedna kwestia nie ulegała zmianie, wręcz mogąc pogorszyć sytuację, gdyby ktoś próbował na niego naciskać.
– Nie zamierzam rozmawiać o tym, co powiedziała Beatrycze – oznajmił, nawet nie próbując oglądać się za siebie.
Esme zatrzymała się w niewielkiej odległości od niego. Czuł, że go obserwowała, chociaż sam z uporem unikał spoglądania w jej stronę. Oboje milczeli, ale wcale nie czuł się dzięki temu lepiej. Wręcz mógł sobie wyobrazić, w jaki sposób wyglądała – cicha, niepewna i trochę jak zawstydzone dziecko, które nie miało pojęcia, co ze sobą zrobić.
Jęknął w duchu, wciąż mając ochotę zacząć kląć na czym świat stoi. Właśnie na tym polegał problem z tą wampirzycą. Carlisle wziął sobie za żonę jakiegoś anioła albo równie mistyczną, delikatną istotę. Inne rozwiązanie po prostu nie wchodziło w grę, przynajmniej z perspektywy Lawrence’a. Jego synowa miała w sobie coś, co nie pierwszy raz wytrącało go z równowagi – czy to jak wtedy, gdy musiał ją ratować przed Anną, czy też… w każdym innym przypadku. Nawet nie potrafił tego opisać, ale ta kwestia mimo wszystko nie dawała mu spokoju.
– W porządku – zgodziła się pośpiesznie kobieta. – Ja po prostu…
Urwała, znów ograniczając się do milczenia i biernego wpatrywania w niego. Lawrence zaklął w duchu, po czym z wolna zwrócił się w jej stronę. Stała zaledwie kilka metrów od niego, z dłońmi schowanymi za plecami i niepewnym wyrazem twarzy. Wydawała się przede wszystkim zatroskana, co biło przede wszystkim od łagodnego spojrzenia pary lśniących, złocistych tęczówek.
Była inna niż Beatrycze – bardziej delikatna i nie aż tak pewna siebie. Mimo wszystko jakoś nie miał wątpliwości, że gdyby zaszła taka potrzeba, potrafiłaby postawić na swoim. Kobiety miały jakąś cudowną zdolność przejmowania kontroli, gdy tego wymagała sytuacja.
– Sprawdzasz, czy przypadkiem nie robię niczego głupiego – podpowiedział usłużnie, podejrzliwie mrużąc oczy. Natychmiast otworzyła oczy, gotowa zaprotestować, ale nie dał jej po temu okazji. – To nic złego, chociaż tak się skała, że nie miałem w planach wymordowania połowy Seattle. Spokojnie.
– Nie sugeruję tego – zreflektowała się pośpiesznie.
Prawie udało mu się uśmiechnąć, zwłaszcza gdy wychwycił w jej tonie przepraszającą nutę. Nawet żartowanie przy niej okazało się trudne. Nie żeby szczególnie było mu do śmiechu, ale jak zwykle nie szczędził sobie złośliwości, tak w tamtej chwili zdecydował się powstrzymać. Nie mógł pozbyć się wrażenia, że już i tak brała jego słowa zdecydowanie zbyt poważnie.
– Potrzebuję chwilę. Nic mi nie będzie, ale skoro już uparłaś się za mną pójść… – Urwał, po czym wzruszył ramionami. I tak nie byłby w stanie jej odprawić. – Jak wspomniałem, nie rozmawiajmy o tym, co się wydarzyło… Chociaż mam nadzieję, że aż tak bardzo nie wystraszyłem Beatrycze – dodał po chwili zastanowienia.
– Carlisle z nią został – zapewniła Esme. – Nic jej nie będzie.
Och, na pewno… Więc dlaczego czuję się jak największy potwór?
Nie żeby potrafił być na nią zły. Od samego początku czuł, że coś było na rzeczy – zarówno w związku ze spotkaniem z Ariadną, jak i zachowaniem Beatrycze. Nie miał też poczucia, żeby go okłamała, a przynajmniej nie w takim stopniu, by miał do niej o to żal. Z drugiej strony…
Jasna cholera, jęknął, z trudem powstrzymując się od wypowiedzenia tych słów na głos. Miał ochotę coś rozwalić, ale nie był w stanie choćby ruszyć się z miejsca, o jakiejkolwiek gwałtowniejszej reakcji nie wspominając. Nie przy śledzącej każdy jego ruch, wyraźnie zaniepokojonej Esme. Jej obecność nie tyle go uspokajała, co raczej zmuszała do panowania nad kolejnymi ruchami, niezależnie od tego, czego tak naprawdę chciał. Możliwe, że tak było lepiej, ale nie tego oczekiwał, kiedy pod wpływem impulsu zdecydował się wyjść z domu.
Miał wrażenie, że na każdym kroku umykało mu coś ważnego. Tracił kontrolę, choć próbował nad sobą zapanować. Próbował sensownie działać, ale to okazało się równie skomplikowane, co i starania, które wkładał w to, by ochronić Beatrycze. Kolejny raz czuł się tak, jakby mu się wymakała – dosłownie przemykała między palcami, nieważne jak blisko siebie starał się ją trzymać. Na dodatek teraz, kiedy miał poczucie, że w końcu zwróciła do niego tak jak powinna…
– Przejdźmy się, co? – mruknął, w pośpiechu ruszając przed siebie. Miał wrażenie, że trafi go szlag, jeśli nadal będą tkwili w miejscu. – Potrzebuję zajęcia.
Nie zaprotestowała, co mimo wszystko przyjął z ulgą. Nie miał ochoty na towarzystwo, ale skoro już jakieś musiał mieć, milcząca wampirzyca jak najbardziej mu odpowiadała.
Poczekał aż się z nim zrówna, dopiero wtedy ruszając się z miejsca. Nie miał w planach dotrzeć do żadnego konkretnego miejsca, po prostu bez pośpiechu ruszając przed siebie. Na początek musiało wystarczyć, skoro nie mógł ot tak rzucić się do biegu.
– Skoro już tu jesteś… Cóż, możemy pomówić o czymś sensowniejszym – zaproponował, nie będąc w stanie usiedzieć w ciszy. To, że Esme była obok, nie pozwalało mu jej ignorować. – Pomijając, że wszystkim znowu poodbijało, dajecie sobie jakoś radę? Pytam o Renesmee – dodał, podchwyciwszy jej niepewne spojrzenie.
– Jest cała – zapewniła natychmiast Esme. – Rozmawia z nami z pomocą Joce… Ale obie twierdzą, że to nie tak, jakby była martwa. No i potrafi sama przesuwać przedmioty, a to podobno dość… niecodziennego.
Prychnął, nie mogąc się powstrzymać. Jakby w ogóle spodziewał się czegoś innego!
– Niecodzienny nie do końca duch – mruknął, wznosząc oczy ku górze. – Ta dziewczyna nawet umrzeć jak trzeba nie potrafi… Wybacz – zreflektował się pośpiesznie, bo Esme gwałtownie zassała powietrze, wyraźnie zaniepokojona. – Nie zwracaj na mnie uwagi. Tak sobie gadam od rzeczy.
Zamilkł, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że zaczynał pleść od rzeczy. Z dwojga złego cisza okazała się lepsza, chociaż wciąż dawała mu się we znaki.
Inna sprawa, że naprawdę się martwił – i to o wiele bardziej, aniżeli raczył przyznać.
Jak cię dorwę, popamiętasz mnie…  Na długo, pomyślał, ale szczerze wątpił, by na Ciemności jakiekolwiek groźby czy obietnice zrobiły wrażenie.
Ale przecież wciąż mógł próbować.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa