10 października 2018

Sto trzydzieści jeden

Claire
Obudziła się z poczuciem, że nie spała długo. W pokoju wciąż panował półmrok, choć na zewnątrz powoli zaczynało jaśnieć. Przynajmniej to zasugerowało jej blade światło poranka, wpadające przez okno.
Powiodła wzrokiem dookoła, dziwnie zaniepokojona. Serce waliło jej w piersi szybciej i mocniej niż zazwyczaj, chociaż samej sobie nie potrafiła wytłumaczyć, skąd brało się towarzyszące jej podenerwowanie. Zawahała się, próbując sobie przypomnieć, czy znów śniła – czy to o lustrze i swoim odbiciu, czy czymkolwiek innym – ale w głowie miała wyłącznie pustkę. Nie było nawet cienia wspomnień, które mogłaby uznać za wskazówkę.
Potrząsnęła głową. Wcale nie poczuła się lepiej, choć to, że przynajmniej tym razem ominęła ją konieczność konwersowania z lustrzanym odbiciem, było jej na rękę. Nerwowym gestem odgarnęła poplątane włosy z twarzy, wciąż z uwagą wodząc wzrokiem na prawo i lewo. Nasłuchiwała, ale dookoła panowała wyłącznie nieprzenikniona, niezmącona niczym cisza. To przypominało jej niektóre przebudzenia w podziemiach, zwłaszcza wczesnym rankiem, gdy większość wampirów zasypiała, instynktownie reagując na wschód słońca. Claire z kolei dopiero wtedy zaczynała funkcjonować, wręcz błogosławiąc spokój, który towarzyszył jej przy tak wczesnych przebudzaniach.
Sęk w tym, że w tamtej chwili wcale nie czuła się rozluźniona. Wzięła kilka głębszych wdechów, próbując się uspokoić, to jednak przyszło jej z trudem. Chodzi o to miejsce. To wszystko, pomyślała, z rezerwą spoglądając na obcy, choć ładnie urządzony pokój. Dom Rosalee przypominał jej trochę Niebiańską Rezydencję, równie przestronny i klimatem zastygły gdzieś w dawnych czasach. Tutaj przynajmniej nie wylądowała w łóżku z baldachimem, ale nie była pewna czy to dobrze. Mimo wszystko wystrój – w tym drogie, zdobione meble – sprawiał, że czuła się nieswojo, zwłaszcza że miejsce znacznie różniło się od sypialni, którą miała u siebie.
Star leżała tuż obok łóżka, zwinięta na dywanie i wciąż pogrążona we śnie. Trzymała się blisko, prawie jak pies obronny, choć widok puchatego mopa zdecydowanie nie wzbudzał potrzeby ucieczki – a już zwłaszcza w wampirze. Co prawda sama do niedawna była pod tym względem wyjątkiem, ale od tamtej chwili zmieniło się dość. Jeszcze kilka miesięcy temu zdecydowanie nie wychyliłaby się przez krawędź łóżka, by móc przeczesać miękką sierść palcami.
– Też mi pies obronny – mruknęła z rozczuleniem, kiedy Star nawet nie drgnęła w odpowiedzi na jej dotyk.
Wywróciła oczami, mimowolnie się uśmiechając. Do czasu, bo prawie natychmiast poczuła ucisk w gardle, gdy przypomniała sobie, że kiedyś w podobny sposób myślała o Secie. Objęła się ramionami, ogarnięta niezrozumiałym, zdecydowanie nie mającym związku z panującą w domu temperaturą. W zasadzie miała wrażenie, że w pokoju tak naprawdę było gorąco, chociaż nie wiedziała co o tym sądzić. Wampiry nie potrzebowały ogrzewania, ale Rosalee wydała jej się wystarczająco zachwycona perspektywą goszczenia pod swoim dachem hybrydy, że ani trochę dziwne nie wydałoby się, gdyby wampirzyca zdecydowała się ogrzać cały budynek.
W pośpiechu zsunęła się z łóżka, podrywając na równe nogi. Z trudem odrzuciła od siebie niechciane myśli, nie chcąc ryzykować, że te mogłyby przejąć nad nią kontrolę. To nie był czas i miejsce na to, żeby się zadręczać. Do tego przynajmniej próbowała przekonać samą siebie, w zamian usiłując skupić się na tym, co najważniejsze. Zresztą Seth zdecydowanie nie chciałby, żeby wciąż się zadręczała, przynajmniej na razie. Chciała się powstrzymać, zwłaszcza przez wzgląd na Lucasa, Marissę i Kristin, choć z tą ostatnią jeszcze nie miała okazji się zobaczyć. Podejrzewała, że na spotkanie z ciotką wciąż musiała poczekać, skoro słońce zdążyło już wzejść.
Związała włosy, poniekąd tylko po to, żeby zająć czymś ręce. Star wciąż nie zwracała na nią uwagi, zwinięta na dywanie przy łóżku i zadziwiająco wręcz spokojna. Claire poniekąd jej tego zazdrościła – tego spokoju i nieświadomości, choć nie wątpiła, że zwierzęta też były w stanie odczuwać tęsknotę. Sęk w tym, że w ich przypadku rozproszenie uwagi było o wiele łatwiejsze. Sama wciąż miała z tym problem, choć zmiana otoczenia na swój sposób pomagała.
W pamięci wciąż miała rozmowę z Lucasem, bezskutecznie próbując uporządkować wszystko w głowie. Rozmowa w szklarni wciąż jawiła jej się jako dziwny, nieco odległy sen. Wszystko to, co powiedział, tym bardziej. Historia Alexandry i to, że nie do końca wiedział, kto tak naprawdę przemienił jego i Matta… Zachowanie Rosalee też nie dawało jej spokoju, chociaż nade wszystko próbowała ten fakt ignorować. Przecież w gruncie rzeczy sprawa tyczyła się wyłącznie Pavarottich i była zamknięta od stuleci.
Zacisnęła usta, wciąż dziwnie zaniepokojona. Wiedziała, że to przeszłość, ale i tak czuła się dziwnie ze wszystkim, czego się dowiedziała. Lucas był dla niej jak brat, a jednak wciąż nie wiedziała o nim tak wielu rzeczy. Nigdy nie pytała, choć powinna, zwłaszcza że dla odmiany on znał ją aż nazbyt dobrze. No, przynajmniej do pewnego stopnia, bo wciąż nie mówiła mu o snach, słowach odbicia i całej tej dziwnej otoczce. Czuła, że powinna zostawić to dla siebie, nie wspominając o tym, że wciąż wierzyła, że wszystko było wytworem jej wyobraźni.
Bezwiednie zacisnęła dłonie w pięści, przez krótką chwilę gotowa przysiąc, że w prawej ręce poczuła znajome już, aż nazbyt charakterystyczne mrowienie. Machinalnie chwyciła się za nadgarstek, delikatnie go pocierając. Palcami musnęła doczepioną do urodzinowej bransoletki od Lucasa zawieszkę, w której ukryto podręczy pisak. Z bijącym sercem powiodła wzrokiem dookoła, próbując wypatrzeć coś, na czym mogłaby pisać, ale nigdzie nie widziała żadnej kartki. Mogła zabrać z domu notes, w którym czasami pisała wiersze, a jednak…
Stłumiła sfrustrowany jęk. Nie miała cierpliwości, by chodzić po domu i szukać skrawka papieru albo prosić o pomoc. Gdyby natrafiła na któregoś z Pavarottich, przynajmniej nie musiałaby się tłumaczyć, ale nie sądziła, żeby to było takie proste. W tym domu mieszkało zbyt wielu obcych nieśmiertelnych, których wciąż nie miała okazji poznać.
Nie zarejestrowała momentu, w którym ruszyła się z miejsca. To było niczym impuls, który na dodatek skutecznie przysłonił wszystko inne, niemalże pozbawiając ją świadomości. Liczyło się, że w jednej chwili tkwiła na środku sypialni, niepewna, co powinna ze sobą zrobić, a w następnej stała przed lustrem w łazience, wpatrując się w pośpiesznie naskrobane na gładkiej powierzchni słowa. Palce wciąż nerwowo zaciskała na wyjętym pisaku, podczas gdy ręce drżały jej tak gwałtownie, że ledwo mogła go utrzymać.
Usłyszał stukot, kiedy zawieszka jednak wysunęła się spomiędzy jej palców, lądując w umywalce. Zacisnęła dłonie na krawędziach porcelany, nieznacznie pochylając do przodu. Z nerwów zrobiło jej się niedobrze, ale nie była w stanie zwymiotować. W zasadzie to wszystko działo się jakby poza nią, odległe i pozbawione jakiegokolwiek głębszego sensu. Wiedziała jedynie, że tam stała, wpatrzona w fioletowe, nieco rozmazane litery na lustrze. Próbowała pojąć ich sens, ale poszczególne słowa przemykały przez jej umysł, nie pozostawiając po sobie chociażby śladu. Starała się zrozumieć, ale to również okazało się niemożliwe, tym bardziej że z jej perspektywy wszystko nadal przypominało sen.
Brakuje mi tchu
Gdy Ciemność
Woła me imię
Gwałtowny dreszcz wstrząsnął całym jej ciałem. Serce zabiło szybciej, znów bliskie tego, żeby wyskoczyć z piersi wciąż mocno poruszanej dziewczyny. Obraz zaczął rozmazywać jej się przed oczami, więc pośpiesznie zamrugała, pozwalając, by litery przybrały na ostrości. W milczeniu wodziła wzrokiem po kolejnych linijkach, jakby chcąc nauczyć się ich na pamięć, choć zaledwie chwila wystarczyła, żeby dosłownie wypaliły się w jej umyśle. Widziała je nawet wtedy, gdy zamykała oczy, choć to wciąż nie zmieniało najważniejszego: a więc tego, że ich nie rozumiała.
Tego, że z każdą kolejną sekundą czuła się coraz bardziej przerażona, tym bardziej.
Uciekła wzrokiem w dół, spoglądając na wciąż zalegającą w umywalce zawieszkę. W pośpiechu chwyciła ją i – wciąż drżącymi niespokojnie dłońmi – nieco nieporadnie doczepiła z powrotem do bransoletki. Próbowała zająć czymś ręce, ale to niewiele pomogło, tym bardziej że jej myśli wciąż pędziły, mieszając się ze sobą, przez co ledwo potrafiła nad sobą zapanować. Pustka w głowie niezmiennie dawała się Claire we znaki, równie uciążliwa, co i to, że nie była w stanie znaleźć żadnego sensu w zapisanych słowach.
To było takie frustrujące! W tamtej chwili aż za dobrze rozumiała, skąd brała się cała irytacja Isabeau. Chociaż sama pisała te wiersze – w końcu słowa wychodziły spod jej ręki – nie rozumiała ich. Jak mogła zapisywać coś, czego sama nie pojmowała, zwłaszcza gdy w grę wchodziły tak ważne kwestie?
W tym wszystkim jednak najbardziej istotny wciąż pozostawał strach. Stopniowo narastał, wydając się przysłaniać wszystko inne, co skutecznie wytrąciło Claire z równowagi. Wzięła kilka głębszych wdechów, po czym – poruszając się przy tym trochę jak w transie – odkręciła kran, by przemyć twarz zimną wodą. To trochę ją otrzeźwiło, ale nie na tyle, by doznała nagłego olśnienia. Przynajmniej przestała czuć mrowienie w ramieniu, przez chwilę gotowa przysiąc, że w rzeczywistości wszystko to sobie wymyśliła – i wiersz, i aż nazbyt znajome symptomy tego, że proroctwo mogłoby nadejść.
Była skłonna nawet w to uwierzyć, ale prawie natychmiast jej spojrzenie padło z powrotem na lustro.
Serce jak na zawołanie podeszło jej do gardła. Przełknęła z trudem, znów mając wrażenie, że niewiele brakowało, by jednak zwymiotowała. Chociaż dawno nie napisała czegoś aż tak abstrakcyjnego i – przynajmniej pozornie – niegroźnego, czuła się bardziej poruszona niż do tej pory. Zupełnie jakby w pośpiesznie nakreślonych słowach było coś niewłaściwego, co samo w sobie stanowiło powód do strachu.
Sposób, w jaki zapisała środkową linijkę, wydawał się mówić sam za siebie.
Ciemność…
Niepewnie wyciągnęła rękę, zatrzymując palce tuż przy tafli lustra. Nie odważyła się dotknąć napisu, zdolna co najwyżej bezmyślnie się w niego wpatrywać. Miała wrażenie, że pulsuje, raz po raz to zamazując się, to znów przybierając na ostrości. Zamrugała, ale wrażenie nie zniknęło, wręcz nasilając się, przez co nawet gdyby chciała, nie mogłaby tak po prostu go zignorować.
Skrzywiła się, z powrotem pochylając nad umywalką. Chociaż nie patrzyła w lustro, przed oczami wciąż miała kolejne wersy haiku. Zwłaszcza wzmianka o Ciemności nie dawała jej spokoju, nie wspominając o tym, że zdecydowanie nie brzmiała jak coś, co mogłoby tyczyć się wyłącznie braku światła. Tego jednego Claire była pewna. Zdążyła się już o tym przekonać, aż nazbyt świadoma, że zapis słów miał znaczenie. To, czy decydowała się którekolwiek z nich wyróżnić, tym bardziej.
Pisała o ojcu demonów, a to zdecydowanie nie wróżyło dobrze.
Przez chwilę trwała w ciszy, skupiając się na chwytaniu oddechu. Czekała na nagłe olśnienie, choćby pod postacią potrzeby podzielenia się proroctwem z konkretną osobą, ale pustka w głowie nie ustępowała, wręcz przybierając na sile. Bywał chwile, kiedy to od samego początku wiedziała, komu powinna zanieść wiesz, by został zrozumiany, ale w tamtej chwili tak nie było. O kogokolwiek chodziło, wydawał się znajdować się poza jej zasięgiem – całkowicie obcy i zapomniany.
Zmarszczyła brwi, co najmniej zaskoczona tokiem, który przybrały jej myśli. Więc jednak powinna wiedzieć? Był ktoś w zasięgu jej możliwości, kto…?
Jęknęła, krzywiąc się w odpowiedzi na nieprzyjemne pulsowanie w skroniach. Potarła czoło, świadoma wyłącznie stopniowo narastającego bólu głowy. W tamtej chwili zwątpiła w to, czy faktycznie chciała zrozumieć, co znów się działo. Cokolwiek to było, wydawało się jej nie dotyczyć. Przynajmniej we Florencji nie była w stanie niczego zdziałać, mogąc co najwyżej modlić się w duchu, by w Mieście Nocy i Seattle nie działo się nic wartego uwagi.
Z jakiegoś powodu szczerze wątpiła, by to okazało się takie proste.
Z wolna uniosła głowę, machinalnie spoglądając na napis. Wciąż był w tym samym miejscu, wyróżniając się na gładkiej powierzchni lustra. Coś w fioletowej barwie pisaka zaczynało ją drażnić, zwłaszcza że nagle poczuła  się tak, jakby słowa dosłownie raziły, zbyt jasne i wrzucające się w oczy. W pośpiechu uniosła rękę, by móc je zetrzeć, w pierwszej chwili zyskując jedynie tyle, że tusz rozmazał się na gładkiej powierzchni, przy okazji zostawiając smugi na jej dłoni.
Potrząsnęła głową. Dlaczego czuła się aż do tego stopnia rozbita? Wiersze już wcześniej wytrącały ją z równowagi, ale zwykle przynajmniej podejrzewała, czego mogłyby dotyczyć. Co prawda wzmianki o Ciemności same w sobie były dobrym powodem, by zacząć się martwić, ale i tak nie pojmowała, dlaczego dobierała je w aż tak intensywny, wręcz gwałtowny sposób. Wciąż czuła się jak we śnie, przez moment czując tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił ją czymś ciężkim po głowie. Próbowała się skupić, ale jej myśli mieszały się ze sobą i wciąż dającymi się Claire we znaki emocjami.
To ten wiersz. Nie chciała ani go widzieć, ani tym bardziej rozpamiętywać. Co prawda słowa zdążyły znaleźć swoje miejsce w jej pamięci, przez co nie potrafiła ot tak zapomnieć treści, ale to była w stanie przeżyć. W ostatnim czasie odpychała od siebie tak wiele niechcianych myśli, że równie dobrze mogła spróbować się uporać z jedną dodatkową.
Bardziej starannie potarła napis, próbując zetrzeć haiku z powierzchni lustra. Jeden ruch wystarczył, by resztki napisów straciły kształt, zamieniając się w zamazaną plamę. Claire z powątpiewaniem spojrzała na fioletowe smugi, nawet przez pozostałą warstwę tuszu będąc w stanie dostrzec swoje odbicie. Była nienaturalne blada i pobudzona, co poznała zwłaszcza po rozszerzonych, błyszczących niezdrowo oczach.
Serce wciąż tłukło jej się w piersi tak szybko i mocno, jakby chciało wyrwać się na zewnątrz. Zastygła w bezruchu, zdolna co najwyżej patrzeć w brudne lustro, jakby wciąż znajdowało się na nim coś wartego uwagi. Raz po raz spazmatycznie chwytała oddech, czując się trochę tak, jakby dopiero co wzięła udział w maratonie. Drżała, ale to działo się jakby poza nim, zaś odkrycie tego stanu na moment wytraciło dziewczynę z równowagi. To, że chwała się na nogach, tym bardziej ją zaskoczyło, choć nie tak jak to, co nagle dostrzegła na powierzchni lustra.
Miała wrażenie, że fioletowe smutki łagodnie falują, jak i wcześniej napis to nabierając ostrości, to znów ją tracąc. Claire mocniej zacisnęła dłonie na krawędzi umywalki, gotowa przysiąc, że wyłącznie dzięki niej w ogóle była w stanie utrzymać się w pionie. Spróbowała cofnąć się – choćby i o kilka zaledwie kroków – ale nie była w stanie ruszyć się z miejsca. Wciąż była jak sparaliżowana, zdolna co najwyżej patrzeć i w milczeniu przyjmować wszystko to, co działo się wokół niej.
Widziała wiele dziwnych rzecz, ale kolejne wciąż wytrącały ją z równowagi. Tak zdecydowanie było z napisami, które jak gdyby nigdy nic znów zaczęły się pojawiać na powierzchni lustra.
Jakby tego było mało, charakter pisma jednoznacznie wskazywał, że napisy wyszły spod jej ręki – z tym, że to przecież nie ona je napisała.
przecież i tak
Jednak cofnęła się o krok. Litery pojawiały się same, nakreślone w pośpieszny i całkowicie niedbały sposób, ale to niczego nie zmieniało.
Nie, skoro wciąż była w stanie je odczytać.
wszyscy
Serce podeszło jej do gardła. Napis urwał się, aż nabrała nadzieję, że dalsza część nie powstanie. W głowie miała pustkę, ale podświadomie czuła, że po pełnej treści nie mogła spodziewać się niczego dobrego.
Miała wrażenie, że minęła cała wieczność, nim pojawiło się ostatnich kilka słów.
zginą z jego ręki
Usłyszała brzdęk. Lustro rozpadło się na dziesiątki małych kawałków, z hukiem opadając na posadzkę łazienki. Dzwoniło jej w uszach, to jednak okazało się niczym w porównaniu do słodyczy krwi, która nagle wypełniła pomieszczenie. Do Claire z opóźnieniem dotarło, że posoka należała do niej.
O tym, że w którymś momencie po prostu się zamachnęła, uderzając pięścią w lustro, nie wspominając.
W milczeniu spojrzała na pokrwawioną dłoń. Nie czuła bólu, choć instynkt podpowiadał jej, że to zaledwie kwestia czasu. W oszołomieniu spojrzała na lustrzane odłamki u swoich stóp, gotowa przysiąc, że z co większych kawałków spoglądało na nią jej własne odbicie. Jakby tego było mało, mogła wręcz przysiąc, że chodziło wyłącznie o tę drugą Claire – dziwną i przemawiającą na do niej z zawieszonego w ciemnościach lustra.
Spojrzenie błękitnych oczu, które zdołała podchwycić, było zbyt bystre i obojętne. Wciąż nie potrafiła pojąć, co oznaczało, ale to w gruncie rzeczy nie miało znaczenia.
Cofnęła się, po czym jęknęła, gdy plecami uderzyła o ścianę. Zacisnęła dłonie w pięści, wciąż nie czując bólu. Mimo wszystko krew wciąż płynęła, znacząc jasne kafelki ciemnymi, słodko pachnącymi plamami. Claire miała wrażenie, że również ślady posoki pulsowały w ten sam sposób, co wcześniej fioletowy tusz, jakby chcąc przemienić się w coś konkretnego – może konkretne napisy, znaki bądź cokolwiek innego, nie zmieniało to jednak faktu, że nie chciała tego widzieć.
Wplotła palce we włosy, coraz bardziej roztrzęsiona. Drżała tak bardzo, że ledwo była w stanie utrzymać się w pionie. W panice rozejrzała się dookoła, szukając drzwi, by wrócić do sypialni, ale w oszołomieniu uprzytomniła sobie, że zniknęły. W jednej chwili poczuła się jak w potrzasku, uwięziona w małej łazience, pośród odłamków lustra i śladów krwi. Przed oczami wciąż miała napisy, nie tylko układające się w haiku, ale przede wszystkim te późniejsze – tak bardzo niezrozumiałe i…
– Claire.
Łagodny szept rozbrzmiał tuż przy jej uchu. Czyjeś dłonie z czułością musnęły jej ramiona, tym samym sprawiając, że dziewczyna wyprostowała się niczym struna, jakby rażona prądem. Chociaż chwilę wcześniej tuż za plecami miała ścianę, w tamtej chwili wyraźnie czuła, że ktoś za nią stał – tak blisko, że była w stanie poczuć czyjś ciepły oddech na karku.
W tamtej chwili serce omal jej nie stanęło. Wstrzymała oddech, zamierając w bezruchu i już tylko wpatrując w bliżej nieokreślony punkt przestrzeni. Nasłuchiwała, ale słyszała wyłącznie swój nienaturalnie przyśpieszony oddech, zwielokrotniony przez pogłos w łazience. Wszystko wydawało się dziwnie głośne i jakby wyostrzone, przez co tym trudniej było jej ignorować podsuwane przez zmysły bodźce.
Ten głos…
Męski i jakby znajomy, rozbrzmiewający gdzieś na wyciągnięcie ręki… Było coś charakterystycznego, w jego brzmieniu i sposobie, w jaki wypowiedział jej imię.
Chciała się odwrócić, ale nie potrafiła się do tego zmusić. Nogi wciąż miała jak z waty, jedynie cudem wciąż będąc w stanie utrzymać się w pionie. Zachwiała się nieznacznie, czując tak, jakby w każdej chwili mogła osunąć się na kolana. Na ramionach wciąż czułą cudzy dotyk, ale ten zamiast niepokoju, wzbudzał w niej wyłącznie poczucie nieopisanej tęsknoty – czegoś tak abstrakcyjnego i niezrozumiałego, że wystarczyło, by na dłuższą chwilę skutecznie przysłonić wszystko inne.
Kim jesteś?, pomyślała, ale i tego pytania nie była w stanie zadać.
Gwałtownie zaczerpnęła powietrza do płuc. Otworzyła usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Czekała, ale kolejne sekundy mijały, nie przynosząc ze sobą żadnych odpowiedzi.
Strach wrócił ze zdwojoną siła. Dłonie zniknęły równie nagle, co się pojawiały, zupełnie jakby nigdy ich nie było. Chłód powrócił, niosąc ze sobą nie tylko paraliżujące zimno, ale przede wszystkim czyste przerażenie. Chociaż wciąż niczego nie rozumiała, dotychczasowy szok minął, w końcu pozwalając jej w pełni doświadczyć emocji, które podświadomie tłumiła w sobie przez tyle czasu.
Ktoś krzyknął, skutecznie przerywając coraz bardziej napięta ciszę. Z opóźnieniem dotarło do niej, że wrzask wyrwał się z jej gardła.
A potem w końcu się obudziła, po raz kolejny podrywając do pionu na łóżku w sypialni, którą przydzieliła jej Rosalee.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa