
Claire
Obudziła się z poczuciem,
że nie spała długo. W pokoju wciąż panował półmrok, choć na zewnątrz
powoli zaczynało jaśnieć. Przynajmniej to zasugerowało jej blade światło
poranka, wpadające przez okno.
Powiodła
wzrokiem dookoła, dziwnie zaniepokojona. Serce waliło jej w piersi
szybciej i mocniej niż zazwyczaj, chociaż samej sobie nie potrafiła
wytłumaczyć, skąd brało się towarzyszące jej podenerwowanie. Zawahała się,
próbując sobie przypomnieć, czy znów śniła – czy to o lustrze i swoim
odbiciu, czy czymkolwiek innym – ale w głowie miała wyłącznie pustkę. Nie
było nawet cienia wspomnień, które mogłaby uznać za wskazówkę.
Potrząsnęła
głową. Wcale nie poczuła się lepiej, choć to, że przynajmniej tym razem ominęła
ją konieczność konwersowania z lustrzanym odbiciem, było jej na rękę.
Nerwowym gestem odgarnęła poplątane włosy z twarzy, wciąż z uwagą
wodząc wzrokiem na prawo i lewo. Nasłuchiwała, ale dookoła panowała
wyłącznie nieprzenikniona, niezmącona niczym cisza. To przypominało jej
niektóre przebudzenia w podziemiach, zwłaszcza wczesnym rankiem, gdy
większość wampirów zasypiała, instynktownie reagując na wschód słońca. Claire
z kolei dopiero wtedy zaczynała funkcjonować, wręcz błogosławiąc spokój,
który towarzyszył jej przy tak wczesnych przebudzaniach.
Sęk w tym,
że w tamtej chwili wcale nie czuła się rozluźniona. Wzięła kilka głębszych
wdechów, próbując się uspokoić, to jednak przyszło jej z trudem. Chodzi o to miejsce. To wszystko,
pomyślała, z rezerwą spoglądając na obcy, choć ładnie urządzony pokój. Dom
Rosalee przypominał jej trochę Niebiańską Rezydencję, równie przestronny
i klimatem zastygły gdzieś w dawnych czasach. Tutaj przynajmniej nie
wylądowała w łóżku z baldachimem, ale nie była pewna czy to dobrze.
Mimo wszystko wystrój – w tym drogie, zdobione meble – sprawiał, że czuła
się nieswojo, zwłaszcza że miejsce znacznie różniło się od sypialni, którą
miała u siebie.
Star leżała
tuż obok łóżka, zwinięta na dywanie i wciąż pogrążona we śnie. Trzymała
się blisko, prawie jak pies obronny, choć widok puchatego mopa zdecydowanie nie
wzbudzał potrzeby ucieczki – a już zwłaszcza w wampirze. Co prawda
sama do niedawna była pod tym względem wyjątkiem, ale od tamtej chwili zmieniło
się dość. Jeszcze kilka miesięcy temu zdecydowanie nie wychyliłaby się przez
krawędź łóżka, by móc przeczesać miękką sierść palcami.
– Też mi
pies obronny – mruknęła z rozczuleniem, kiedy Star nawet nie drgnęła
w odpowiedzi na jej dotyk.
Wywróciła
oczami, mimowolnie się uśmiechając. Do czasu, bo prawie natychmiast poczuła
ucisk w gardle, gdy przypomniała sobie, że kiedyś w podobny sposób
myślała o Secie. Objęła się ramionami, ogarnięta niezrozumiałym,
zdecydowanie nie mającym związku z panującą w domu temperaturą.
W zasadzie miała wrażenie, że w pokoju tak naprawdę było gorąco,
chociaż nie wiedziała co o tym sądzić. Wampiry nie potrzebowały
ogrzewania, ale Rosalee wydała jej się wystarczająco zachwycona perspektywą
goszczenia pod swoim dachem hybrydy, że ani trochę dziwne nie wydałoby się,
gdyby wampirzyca zdecydowała się ogrzać cały budynek.
W pośpiechu
zsunęła się z łóżka, podrywając na równe nogi. Z trudem odrzuciła od
siebie niechciane myśli, nie chcąc ryzykować, że te mogłyby przejąć nad nią
kontrolę. To nie był czas i miejsce na to, żeby się zadręczać. Do tego
przynajmniej próbowała przekonać samą siebie, w zamian usiłując skupić się
na tym, co najważniejsze. Zresztą Seth zdecydowanie nie chciałby, żeby wciąż
się zadręczała, przynajmniej na razie. Chciała się powstrzymać, zwłaszcza przez
wzgląd na Lucasa, Marissę i Kristin, choć z tą ostatnią jeszcze nie
miała okazji się zobaczyć. Podejrzewała, że na spotkanie z ciotką wciąż
musiała poczekać, skoro słońce zdążyło już wzejść.
Związała
włosy, poniekąd tylko po to, żeby zająć czymś ręce. Star wciąż nie zwracała na
nią uwagi, zwinięta na dywanie przy łóżku i zadziwiająco wręcz spokojna.
Claire poniekąd jej tego zazdrościła – tego spokoju i nieświadomości, choć
nie wątpiła, że zwierzęta też były w stanie odczuwać tęsknotę. Sęk w tym,
że w ich przypadku rozproszenie uwagi było o wiele łatwiejsze. Sama
wciąż miała z tym problem, choć zmiana otoczenia na swój sposób pomagała.
W pamięci
wciąż miała rozmowę z Lucasem, bezskutecznie próbując uporządkować
wszystko w głowie. Rozmowa w szklarni wciąż jawiła jej się jako
dziwny, nieco odległy sen. Wszystko to, co powiedział, tym bardziej. Historia
Alexandry i to, że nie do końca wiedział, kto tak naprawdę przemienił jego
i Matta… Zachowanie Rosalee też nie dawało jej spokoju, chociaż nade
wszystko próbowała ten fakt ignorować. Przecież w gruncie rzeczy sprawa
tyczyła się wyłącznie Pavarottich i była zamknięta od stuleci.
Zacisnęła
usta, wciąż dziwnie zaniepokojona. Wiedziała, że to przeszłość, ale i tak
czuła się dziwnie ze wszystkim, czego się dowiedziała. Lucas był dla niej jak
brat, a jednak wciąż nie wiedziała o nim tak wielu rzeczy. Nigdy nie
pytała, choć powinna, zwłaszcza że dla odmiany on znał ją aż nazbyt dobrze. No,
przynajmniej do pewnego stopnia, bo wciąż nie mówiła mu o snach, słowach
odbicia i całej tej dziwnej otoczce. Czuła, że powinna zostawić to dla
siebie, nie wspominając o tym, że wciąż wierzyła, że wszystko było
wytworem jej wyobraźni.
Bezwiednie
zacisnęła dłonie w pięści, przez krótką chwilę gotowa przysiąc, że w prawej
ręce poczuła znajome już, aż nazbyt charakterystyczne mrowienie. Machinalnie
chwyciła się za nadgarstek, delikatnie go pocierając. Palcami musnęła
doczepioną do urodzinowej bransoletki od Lucasa zawieszkę, w której ukryto
podręczy pisak. Z bijącym sercem powiodła wzrokiem dookoła, próbując
wypatrzeć coś, na czym mogłaby pisać, ale nigdzie nie widziała żadnej kartki.
Mogła zabrać z domu notes, w którym czasami pisała wiersze, a jednak…
Stłumiła
sfrustrowany jęk. Nie miała cierpliwości, by chodzić po domu i szukać
skrawka papieru albo prosić o pomoc. Gdyby natrafiła na któregoś z Pavarottich,
przynajmniej nie musiałaby się tłumaczyć, ale nie sądziła, żeby to było takie
proste. W tym domu mieszkało zbyt wielu obcych nieśmiertelnych, których
wciąż nie miała okazji poznać.
Nie
zarejestrowała momentu, w którym ruszyła się z miejsca. To było
niczym impuls, który na dodatek skutecznie przysłonił wszystko inne, niemalże
pozbawiając ją świadomości. Liczyło się, że w jednej chwili tkwiła na
środku sypialni, niepewna, co powinna ze sobą zrobić, a w następnej stała
przed lustrem w łazience, wpatrując się w pośpiesznie naskrobane na
gładkiej powierzchni słowa. Palce wciąż nerwowo zaciskała na wyjętym pisaku,
podczas gdy ręce drżały jej tak gwałtownie, że ledwo mogła go utrzymać.
Usłyszał
stukot, kiedy zawieszka jednak wysunęła się spomiędzy jej palców, lądując
w umywalce. Zacisnęła dłonie na krawędziach porcelany, nieznacznie
pochylając do przodu. Z nerwów zrobiło jej się niedobrze, ale nie była
w stanie zwymiotować. W zasadzie to wszystko działo się jakby poza
nią, odległe i pozbawione jakiegokolwiek głębszego sensu. Wiedziała
jedynie, że tam stała, wpatrzona w fioletowe, nieco rozmazane litery na
lustrze. Próbowała pojąć ich sens, ale poszczególne słowa przemykały przez jej
umysł, nie pozostawiając po sobie chociażby śladu. Starała się zrozumieć, ale
to również okazało się niemożliwe, tym bardziej że z jej perspektywy
wszystko nadal przypominało sen.
Brakuje
mi tchu
Gdy
Ciemność
Woła
me imię
Gwałtowny
dreszcz wstrząsnął całym jej ciałem. Serce zabiło szybciej, znów bliskie tego,
żeby wyskoczyć z piersi wciąż mocno poruszanej dziewczyny. Obraz zaczął
rozmazywać jej się przed oczami, więc pośpiesznie zamrugała, pozwalając, by
litery przybrały na ostrości. W milczeniu wodziła wzrokiem po kolejnych
linijkach, jakby chcąc nauczyć się ich na pamięć, choć zaledwie chwila
wystarczyła, żeby dosłownie wypaliły się w jej umyśle. Widziała je nawet
wtedy, gdy zamykała oczy, choć to wciąż nie zmieniało najważniejszego: a więc
tego, że ich nie rozumiała.
Tego, że z każdą
kolejną sekundą czuła się coraz bardziej przerażona, tym bardziej.
Uciekła
wzrokiem w dół, spoglądając na wciąż zalegającą w umywalce zawieszkę.
W pośpiechu chwyciła ją i – wciąż drżącymi niespokojnie dłońmi –
nieco nieporadnie doczepiła z powrotem do bransoletki. Próbowała zająć
czymś ręce, ale to niewiele pomogło, tym bardziej że jej myśli wciąż pędziły,
mieszając się ze sobą, przez co ledwo potrafiła nad sobą zapanować. Pustka w głowie
niezmiennie dawała się Claire we znaki, równie uciążliwa, co i to, że nie
była w stanie znaleźć żadnego sensu w zapisanych słowach.
To było
takie frustrujące! W tamtej chwili aż za dobrze rozumiała, skąd brała się
cała irytacja Isabeau. Chociaż sama pisała te wiersze – w końcu słowa
wychodziły spod jej ręki – nie rozumiała ich. Jak mogła zapisywać coś, czego
sama nie pojmowała, zwłaszcza gdy w grę wchodziły tak ważne kwestie?
W tym
wszystkim jednak najbardziej istotny wciąż pozostawał strach. Stopniowo
narastał, wydając się przysłaniać wszystko inne, co skutecznie wytrąciło Claire
z równowagi. Wzięła kilka głębszych wdechów, po czym – poruszając się przy
tym trochę jak w transie – odkręciła kran, by przemyć twarz zimną wodą. To
trochę ją otrzeźwiło, ale nie na tyle, by doznała nagłego olśnienia.
Przynajmniej przestała czuć mrowienie w ramieniu, przez chwilę gotowa
przysiąc, że w rzeczywistości wszystko to sobie wymyśliła – i wiersz,
i aż nazbyt znajome symptomy tego, że proroctwo mogłoby nadejść.
Była
skłonna nawet w to uwierzyć, ale prawie natychmiast jej spojrzenie padło z powrotem
na lustro.
Serce jak
na zawołanie podeszło jej do gardła. Przełknęła z trudem, znów mając
wrażenie, że niewiele brakowało, by jednak zwymiotowała. Chociaż dawno nie
napisała czegoś aż tak abstrakcyjnego i – przynajmniej pozornie –
niegroźnego, czuła się bardziej poruszona niż do tej pory. Zupełnie jakby w pośpiesznie
nakreślonych słowach było coś niewłaściwego, co samo w sobie stanowiło
powód do strachu.
Sposób, w jaki
zapisała środkową linijkę, wydawał się mówić sam za siebie.
Ciemność…
Niepewnie
wyciągnęła rękę, zatrzymując palce tuż przy tafli lustra. Nie odważyła się
dotknąć napisu, zdolna co najwyżej bezmyślnie się w niego wpatrywać. Miała
wrażenie, że pulsuje, raz po raz to zamazując się, to znów przybierając na
ostrości. Zamrugała, ale wrażenie nie zniknęło, wręcz nasilając się, przez co
nawet gdyby chciała, nie mogłaby tak po prostu go zignorować.
Skrzywiła
się, z powrotem pochylając nad umywalką. Chociaż nie patrzyła w lustro,
przed oczami wciąż miała kolejne wersy haiku. Zwłaszcza wzmianka o Ciemności
nie dawała jej spokoju, nie wspominając o tym, że zdecydowanie nie
brzmiała jak coś, co mogłoby tyczyć się wyłącznie braku światła. Tego jednego
Claire była pewna. Zdążyła się już o tym przekonać, aż nazbyt świadoma, że
zapis słów miał znaczenie. To, czy decydowała się którekolwiek z nich
wyróżnić, tym bardziej.
Pisała o ojcu
demonów, a to zdecydowanie nie wróżyło dobrze.
Przez
chwilę trwała w ciszy, skupiając się na chwytaniu oddechu. Czekała na
nagłe olśnienie, choćby pod postacią potrzeby podzielenia się proroctwem z konkretną
osobą, ale pustka w głowie nie ustępowała, wręcz przybierając na sile.
Bywał chwile, kiedy to od samego początku wiedziała, komu powinna zanieść
wiesz, by został zrozumiany, ale w tamtej chwili tak nie było. O kogokolwiek
chodziło, wydawał się znajdować się poza jej zasięgiem – całkowicie obcy i zapomniany.
Zmarszczyła
brwi, co najmniej zaskoczona tokiem, który przybrały jej myśli. Więc jednak
powinna wiedzieć? Był ktoś w zasięgu jej możliwości, kto…?
Jęknęła,
krzywiąc się w odpowiedzi na nieprzyjemne pulsowanie w skroniach.
Potarła czoło, świadoma wyłącznie stopniowo narastającego bólu głowy. W tamtej
chwili zwątpiła w to, czy faktycznie chciała zrozumieć, co znów się
działo. Cokolwiek to było, wydawało się jej nie dotyczyć. Przynajmniej we Florencji
nie była w stanie niczego zdziałać, mogąc co najwyżej modlić się w duchu,
by w Mieście Nocy i Seattle nie działo się nic wartego uwagi.
Z jakiegoś
powodu szczerze wątpiła, by to okazało się takie proste.
Z wolna
uniosła głowę, machinalnie spoglądając na napis. Wciąż był w tym samym
miejscu, wyróżniając się na gładkiej powierzchni lustra. Coś w fioletowej
barwie pisaka zaczynało ją drażnić, zwłaszcza że nagle poczuła się tak, jakby słowa dosłownie raziły, zbyt
jasne i wrzucające się w oczy. W pośpiechu uniosła rękę, by móc
je zetrzeć, w pierwszej chwili zyskując jedynie tyle, że tusz rozmazał się
na gładkiej powierzchni, przy okazji zostawiając smugi na jej dłoni.
Potrząsnęła
głową. Dlaczego czuła się aż do tego stopnia rozbita? Wiersze już wcześniej
wytrącały ją z równowagi, ale zwykle przynajmniej podejrzewała, czego
mogłyby dotyczyć. Co prawda wzmianki o Ciemności same w sobie były
dobrym powodem, by zacząć się martwić, ale i tak nie pojmowała, dlaczego
dobierała je w aż tak intensywny, wręcz gwałtowny sposób. Wciąż czuła się
jak we śnie, przez moment czując tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił ją
czymś ciężkim po głowie. Próbowała się skupić, ale jej myśli mieszały się ze
sobą i wciąż dającymi się Claire we znaki emocjami.
To ten
wiersz. Nie chciała ani go widzieć, ani tym bardziej rozpamiętywać. Co prawda
słowa zdążyły znaleźć swoje miejsce w jej pamięci, przez co nie potrafiła
ot tak zapomnieć treści, ale to była w stanie przeżyć. W ostatnim
czasie odpychała od siebie tak wiele niechcianych myśli, że równie dobrze mogła
spróbować się uporać z jedną dodatkową.
Bardziej
starannie potarła napis, próbując zetrzeć haiku z powierzchni lustra.
Jeden ruch wystarczył, by resztki napisów straciły kształt, zamieniając się w zamazaną
plamę. Claire z powątpiewaniem spojrzała na fioletowe smugi, nawet przez
pozostałą warstwę tuszu będąc w stanie dostrzec swoje odbicie. Była
nienaturalne blada i pobudzona, co poznała zwłaszcza po rozszerzonych,
błyszczących niezdrowo oczach.
Serce wciąż
tłukło jej się w piersi tak szybko i mocno, jakby chciało wyrwać się
na zewnątrz. Zastygła w bezruchu, zdolna co najwyżej patrzeć w brudne
lustro, jakby wciąż znajdowało się na nim coś wartego uwagi. Raz po raz
spazmatycznie chwytała oddech, czując się trochę tak, jakby dopiero co wzięła
udział w maratonie. Drżała, ale to działo się jakby poza nim, zaś odkrycie
tego stanu na moment wytraciło dziewczynę z równowagi. To, że chwała się
na nogach, tym bardziej ją zaskoczyło, choć nie tak jak to, co nagle dostrzegła
na powierzchni lustra.
Miała
wrażenie, że fioletowe smutki łagodnie falują, jak i wcześniej napis to
nabierając ostrości, to znów ją tracąc. Claire mocniej zacisnęła dłonie na
krawędzi umywalki, gotowa przysiąc, że wyłącznie dzięki niej w ogóle była w stanie
utrzymać się w pionie. Spróbowała cofnąć się – choćby i o kilka zaledwie
kroków – ale nie była w stanie ruszyć się z miejsca. Wciąż była jak
sparaliżowana, zdolna co najwyżej patrzeć i w milczeniu przyjmować
wszystko to, co działo się wokół niej.
Widziała
wiele dziwnych rzecz, ale kolejne wciąż wytrącały ją z równowagi. Tak
zdecydowanie było z napisami, które jak gdyby nigdy nic znów zaczęły się
pojawiać na powierzchni lustra.
Jakby tego było mało, charakter pisma jednoznacznie
wskazywał, że napisy wyszły spod jej ręki – z tym, że to przecież nie ona
je napisała.
przecież i tak
Jednak
cofnęła się o krok. Litery pojawiały się same, nakreślone w pośpieszny
i całkowicie niedbały sposób, ale to niczego nie zmieniało.
Nie, skoro wciąż
była w stanie je odczytać.
wszyscy
Serce
podeszło jej do gardła. Napis urwał się, aż nabrała nadzieję, że dalsza część
nie powstanie. W głowie miała pustkę, ale podświadomie czuła, że po pełnej
treści nie mogła spodziewać się niczego dobrego.
Miała
wrażenie, że minęła cała wieczność, nim pojawiło się ostatnich kilka słów.
zginą
z jego ręki
Usłyszała
brzdęk. Lustro rozpadło się na dziesiątki małych kawałków, z hukiem opadając
na posadzkę łazienki. Dzwoniło jej w uszach, to jednak okazało się niczym w porównaniu
do słodyczy krwi, która nagle wypełniła pomieszczenie. Do Claire z opóźnieniem
dotarło, że posoka należała do niej.
O tym, że w którymś
momencie po prostu się zamachnęła, uderzając pięścią w lustro, nie
wspominając.
W milczeniu
spojrzała na pokrwawioną dłoń. Nie czuła bólu, choć instynkt podpowiadał jej,
że to zaledwie kwestia czasu. W oszołomieniu spojrzała na lustrzane odłamki
u swoich stóp, gotowa przysiąc, że z co większych kawałków spoglądało
na nią jej własne odbicie. Jakby tego było mało, mogła wręcz przysiąc, że
chodziło wyłącznie o tę drugą Claire – dziwną i przemawiającą na do
niej z zawieszonego w ciemnościach lustra.
Spojrzenie błękitnych
oczu, które zdołała podchwycić, było zbyt bystre i obojętne. Wciąż nie
potrafiła pojąć, co oznaczało, ale to w gruncie rzeczy nie miało
znaczenia.
Cofnęła się,
po czym jęknęła, gdy plecami uderzyła o ścianę. Zacisnęła dłonie w pięści,
wciąż nie czując bólu. Mimo wszystko krew wciąż płynęła, znacząc jasne kafelki
ciemnymi, słodko pachnącymi plamami. Claire miała wrażenie, że również ślady
posoki pulsowały w ten sam sposób, co wcześniej fioletowy tusz, jakby
chcąc przemienić się w coś konkretnego – może konkretne napisy, znaki bądź
cokolwiek innego, nie zmieniało to jednak faktu, że nie chciała tego widzieć.
Wplotła
palce we włosy, coraz bardziej roztrzęsiona. Drżała tak bardzo, że ledwo była w stanie
utrzymać się w pionie. W panice rozejrzała się dookoła, szukając drzwi,
by wrócić do sypialni, ale w oszołomieniu uprzytomniła sobie, że zniknęły.
W jednej chwili poczuła się jak w potrzasku, uwięziona w małej
łazience, pośród odłamków lustra i śladów krwi. Przed oczami wciąż miała napisy,
nie tylko układające się w haiku, ale przede wszystkim te późniejsze – tak
bardzo niezrozumiałe i…
– Claire.
Łagodny
szept rozbrzmiał tuż przy jej uchu. Czyjeś dłonie z czułością musnęły jej
ramiona, tym samym sprawiając, że dziewczyna wyprostowała się niczym struna,
jakby rażona prądem. Chociaż chwilę wcześniej tuż za plecami miała ścianę, w tamtej
chwili wyraźnie czuła, że ktoś za nią stał – tak blisko, że była w stanie
poczuć czyjś ciepły oddech na karku.
W tamtej
chwili serce omal jej nie stanęło. Wstrzymała oddech, zamierając w bezruchu
i już tylko wpatrując w bliżej nieokreślony punkt przestrzeni. Nasłuchiwała,
ale słyszała wyłącznie swój nienaturalnie przyśpieszony oddech, zwielokrotniony
przez pogłos w łazience. Wszystko wydawało się dziwnie głośne i jakby
wyostrzone, przez co tym trudniej było jej ignorować podsuwane przez zmysły
bodźce.
Ten głos…
Męski i jakby
znajomy, rozbrzmiewający gdzieś na wyciągnięcie ręki… Było coś charakterystycznego,
w jego brzmieniu i sposobie, w jaki wypowiedział jej imię.
Chciała się
odwrócić, ale nie potrafiła się do tego zmusić. Nogi wciąż miała jak z waty,
jedynie cudem wciąż będąc w stanie utrzymać się w pionie. Zachwiała
się nieznacznie, czując tak, jakby w każdej chwili mogła osunąć się na
kolana. Na ramionach wciąż czułą cudzy dotyk, ale ten zamiast niepokoju,
wzbudzał w niej wyłącznie poczucie nieopisanej tęsknoty – czegoś tak
abstrakcyjnego i niezrozumiałego, że wystarczyło, by na dłuższą chwilę skutecznie
przysłonić wszystko inne.
Kim jesteś?, pomyślała, ale i tego
pytania nie była w stanie zadać.
Gwałtownie zaczerpnęła
powietrza do płuc. Otworzyła usta, ale nie wydobył się z nich żaden
dźwięk. Czekała, ale kolejne sekundy mijały, nie przynosząc ze sobą żadnych
odpowiedzi.
Strach
wrócił ze zdwojoną siła. Dłonie zniknęły równie nagle, co się pojawiały,
zupełnie jakby nigdy ich nie było. Chłód powrócił, niosąc ze sobą nie tylko
paraliżujące zimno, ale przede wszystkim czyste przerażenie. Chociaż wciąż
niczego nie rozumiała, dotychczasowy szok minął, w końcu pozwalając jej w pełni
doświadczyć emocji, które podświadomie tłumiła w sobie przez tyle czasu.
Ktoś krzyknął,
skutecznie przerywając coraz bardziej napięta ciszę. Z opóźnieniem dotarło
do niej, że wrzask wyrwał się z jej gardła.
A potem w końcu
się obudziła, po raz kolejny podrywając do pionu na łóżku w sypialni,
którą przydzieliła jej Rosalee.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz