
Beatrycze
Uśmiechnęła się niepewnie.
Przynajmniej próbowała, choć czuła, że wyszło jej to marnie. Była świadoma, że
Carlisle nie odrywał od niej wzroku, równie zmartwiony, co i wziąć
podenerwowany. To była dziwna mieszanka, którą paradoksalnie była w stanie
zrozumieć. Co więcej przekonała się, że rozpoznawanie emocji syna przychodziło
jej równie wprawnie, co i w przypadku Lawrence’a. Na tyle, na ile
było to możliwe.
– Nie tak
to sobie wyobrażałam – przyznała zgodnie z prawdą, wymownie spoglądając ku
drzwiom wyjściowym. – Poszłabym za nim, ale to zły pomysł.
– Wciąż
jesteśmy w mieście – zgodził się pośpiesznie Carlisle.
Uniosła
brwi, dopiero po chwili orientując się, w czym leżał problem. W ostatniej
chwili powstrzymała się przed dotknięciem gardła, gdy na samą myśl o mieszkających
w sąsiedztwie ludziach, poczuła nieprzyjemne pieczenie. Choć nie sądziła,
że to w ogóle możliwe, chwilami zadziwiająco łatwo przychodziło jej
zignorowanie głodu. Co prawda pragnienie nie ustępowało nawet na moment, ale
przynajmniej była w stanie je ignorować.
W tamtej
chwili zdecydowanie nie krwią i samokontrolą się przejmowała. Czuła, że to
naiwne, a taka ignorancja prędzej czy później mogła kosztować kogoś życie,
ale nic nie mogła na to poradzić. Jej uwaga raz po raz uciekała do Ariadny, Łowcy
i niebezpieczeństwa, na które przez tyle czasu patrzyła przez palce. Może
była głupia, ale nic nie mogła poradzić na instynktowne reakcje, które raz po
raz przysłaniały wszystko inne.
– To prawda
– przyznała z opóźnieniem, nie chcąc trwać w ciszy. Założyła ramiona
na piersiach, nie mając co z nimi zrobić. – Ale myślałam raczej o tym,
że z L. trudno rozmawiać, kiedy jest zdenerwowany. Może Esme się uda, ale…
– Urwała, podchwyciwszy niespokojne spojrzenie złocistych tęczówek. – Nic jej
nie robi.
– Ja wcale
nie… – zaczął pośpiesznie Carlisle, ale to, że urwał, jedynie utwierdziło
Beatrycze w przekonaniu, że trafiła w sedno.
Westchnęła,
bynajmniej nie zaskoczona, że wciąż mógłby się przejmować. Lawrence nie był
święty. Wiedziała o tym aż za dobrze, a jednak pomimo tego, że miała
dość powodów, by się od niego odwrócić, nie potrafiła się do tego zmusić. Sęk w tym,
że nie wierzyła, by przekreślił wszystko. Zwłaszcza przez minione lata
widziała, że się starał, zaś to, że teraz był tutaj z nią, jedynie temu
dowodziło.
Prawda była
taka, że wszystko sprowadzało się do niej. Każda jego decyzja, w tym
również błędy, które popełnił.
To ona
popchnęła go aż tak daleko, a teraz po raz kolejny mogła wszystko popsuć.
– W porządku
– stwierdziła ze spokojem. Wcale nie czuła się jakkolwiek lepiej, ale chciała
przynajmniej udawać, że mogła nad sobą zapanować. – Widziałam dość, by to
rozumieć. Mówiłam wam już, że obserwowałam.
Tym razem
nie doczekała się reakcji na swoje słowa. Oboje milczeli – i ona, i Carlisle
– ale to wydawało się właściwe, przynajmniej na razie. Cisza miała w sobie
coś uciążliwego, ale łatwo było jej to zignorować.
–
Zauważyłem, że się… dogadujecie.
Parsknęła
śmiechem. Te słowa na moment wytrąciły ją z równowagi, zwłaszcza przez
wzgląd na wyczuwalną w nich dwuznaczność. Gdyby nie to, że nie była
człowiekiem, w tamtej chwili jak nic by się zarumieniła, aż nazbyt
świadoma, do czego nawiązywał.
– Dogadujemy
– powtórzyła w zamyśleniu. – Chyba można tak powiedzieć. To dość…
naturalne – dodała, po czym westchnęła przeciągle. – Mam wrażenie, że oboje
wciąż nie dowierzamy – ani ja, ani Lawrence. To jak budowanie wszystkiego na
nowo, ale jestem szczęśliwa.
W chwili, w której
wypowiedziała te słowa, uprzytomniła sobie, że jak najbardziej były prawdziwe.
Nie mogła się powstrzymać od postawienia spraw w jasny sposób. To okazało
się silniejsze od niej, choć zarazem wydało się Beatrycze bolesne, zwłaszcza
przez wzgląd na sytuację. Mogła stracić naprawdę wiele; im więcej o tym
myślała, tym bardziej przerażona taką perspektywą się czuła.
– Wybacz.
Po prostu to do mnie nie dociera. – Carlisle potrząsnął głową. – Nigdy nie
widziałem go… Cóż, takim.
– Troszkę
się zapędziliśmy – przyznała, z trudem powstrzymując uśmiech.
To w ogóle
miało znaczenie? Czuła, że miała do tego prawo, a jednak wciąż
towarzyszyło jej przede wszystkim narastające stopniowo poczucie winy. Dobry
Boże, to nie powinno wyglądać w ten sposób. Miała wrażenie, że właśnie
jemu była coś winna – i to zwłaszcza po wszystkim, co wydarzyło się w przeszłości.
–
Powinniśmy zadzwonić – usłyszała i to wystarczyło, żeby wyrwać ją z zamyślenia.
Natychmiast skupiła wzrok z powrotem na synu. – Tak jak sugerowała Esme.
Tak czy inaczej…
– To moja
wina.
Tych kilka
słów wystarczyło, by skutecznie zamknąć wampirowi usta. W pokoju jak na zawołanie
zapanowała cisza, podczas której wpatrywał się w nią wystarczająco wymownie,
by pojęła, że go zaskoczyła. Zanim zdążyła się zastanowić, ruszył w jej
stronę, wyciągając ku niej ręce. Ostatecznie jej nie dotknął, ale wyczuła, że
gdyby tylko mógł, bez wahania przygarnąłby ją do siebie.
– O czym
mówisz? – zapytał natychmiast, wyraźnie poruszony. – Nikt o nic cię nie
obwinia. Ta historia o Łowcy nie…
– To moja
wina – powtórzyła z naciskiem, próbując uciąć wszelakie dyskusje. – Nie
mówię tylko o tym, że dopiero teraz opowiedziałam wam tę historię. Nie
mogłam wiedzieć, ale… A może mogłam? – Energicznie potrząsnęła głową,
próbując odrzucić od siebie niechciane myśli. – Mówię o L. I w zasadzie
o tobie – wyjaśniła, w pośpiechu wyrzucając z siebie kolejne
słowa. – Gdybym was nie zostawiła, byłoby inaczej.
Ta kwestia
dręczyła ją od samego początku. Coś ścisnęło ją w gardle, ledwo wyrzuciła z siebie
tych kilka słów. Przełknęła z trudem, próbując oczyścić przełyk, ale to
nie pomogło. Uczucie okazało się równie intensywne, co i przejmujący
chłód, który nagle ją ogarnął, skutecznie przyprawiając wampirzycę o drżenie.
Co więcej była pewna, że nic z tego nie miało związku z fizycznym
stanem. To działo się wyłącznie w jej głowie, a jednak okazało aż
nadto intensywne.
Przez
krótką chwilę znów zapragnęła się roześmiać. Miała wrażenie, że wariowała, co
zresztą wcale nie musiało być aż takie dalekie od prawdy. Tkwiła w bezruchu,
bezskutecznie próbując zapanować nad drżeniem. Ostatecznie przestała walczyć,
dochodząc do wniosku, że to tak naprawdę nie miało znaczenia. Wiele z tego,
co robiła, takie się wydawało. Zwłaszcza teraz, gdy kolejny raz czuła się tak,
jakby gdzieś nad jej głową wisiał powoli odliczający pozostały jej czas zegar,
miała poczucie, że tak naprawdę marnowała pozostałe jej chwile.
Czuła, że
powinna coś dodać, ale nie była w stanie wykrztusić z siebie
chociażby słowa. Może gdyby miała przed sobą Lawrence’a, wszystko stałoby się
łatwiejsze. Przy nim przynajmniej miała świadomość, że mógłby ją zrozumieć.
Znał ją na tyle dobrze, by wiedzieć, że nawet gdyby zaczęła ciskać się na prawo
i lewo, to wcale nie oznaczałoby, że straciła nad sobą kontrolę – nie w taki
sposób, jakiego można by oczekiwać w przypadku nowo narodzonego wampira.
Co prawda emocje wciąż wydawały się Beatrycze o wiele bardziej intensywne
niż wcześniej, ale była w stanie to znosić. Tak naprawdę to również wydało
się wampirzycy mało ważne, bo nawet najsilniejszy gniew nie miał być w stanie
zmienić tego, co miała przynieść przyszłość… Pod warunkiem, że w jej
przypadku to pojęcie wciąż miało rację bytu.
Nie miała
pojęcia, czego tak naprawdę spodziewać się po przebudzeniu Łowcy.
Uciekła
wzrokiem gdzieś w bok, ale i tak wiedziała, że Carlisle z uwagą
ją obserwował. Powiedzieć, że był po prostu zdezorientowany, byłoby
niedopowiedzeniem stulecia. Była tego dziwnie pewna, kolejny raz mając
wrażenie, że znała go lepiej, niż mogłaby się spodziewać. Jakby nie patrzeć
przez wieki obserwowała, początkowo tylko Lawrence’a, ale z czasem również
syna i tych, których traktował jak rodzinę. Miała wrażenie, że
paradoksalnie rozumiała go lepiej niż on nią, zwłaszcza że w jego oczach
wciąż musiała być duchem – cieniem kogoś, o kim słyszał, a kto teraz
na dodatek przypominał jego córkę.
Prychnęła w duchu.
To czyniło wszystko jeszcze trudniejszym, tym bardziej że nagle uprzytomniła
sobie, w jaki sposób musiał się czuć za każdym razem, gdy dostrzegał ją w ramionach
Lawrence’a. To naprawdę przerażające,
uprzytomniła sobie, mimowolnie zaczynając zastanawiać nad tym, jak powinna odróżnić
się od Eleny. Ściąć włosy? To brzmiało jak dobry pomysł, chociaż podejrzewała,
że L. nie byłby zadowolony. Wielokrotnie dał jej do zrozumienia, że uwielbiał
ją całą właśnie w takiej formie, w jakiej wróciła. Nawet sposób, w jaki
zmieniło się jej ciało podczas przemiany, mu nie przeszkadzały. A gdyby
zdecydowała się coś zmienić, nie mogłaby liczyć na to, że loki odrosną.
Jej myśli
wirowały, pędząc przed siebie i zmierzając w coraz to bardziej
abstrakcyjnych kierunkach. To na swój sposób również było rodzajem mechanizmu
obronnemu, któremu mimowolnie się poddała. Tak było łatwiej, chociaż dobrze
wiedziała, że ucieczka niczego nie rozwiązywała. Prędzej czy później musiała
zastanowić się nad tym, co robić, a jednak…
–
Beatrycze. – Aż wzdrygnęła się, gdy Carlisle bez jakiegokolwiek ostrzeżenia
zmaterializował się tuż przed nią, zaciskając dłonie na jej ramionach. –
Beatrycze, proszę.
Zamrugała
nieco nieprzytomnie, w pośpiechu skupiając na nim wzrok. Wpatrywał się w nią
przenikliwym wzrokiem, wyraźnie poruszony. Po wyrazie jego twarzy nie była w stanie
jednoznacznie stwierdzić, co takiego sobie myślał. Wiedziała jedynie, że się
przejmował, spoglądając przy tym na nią w wyczekujący, zdradzający
niepokój sposób.
Otworzyła i zaraz
zamknęła usta. Właśnie w tym leżał problem – w tym, że podczas gdy
ona czuła się tak, jakby jednak go znała, on nie miał okazji jej zrozumieć.
Mogła tylko zgadywać, jakie miał wobec niej oczekiwania, bazując na tym, co
zdążył usłyszeć i zaobserwować. Zwłaszcza to drugie i to wyłącznie w czasie,
gdy zachowywała się rozbity, kruchy człowiek, goniący za wspomnieniami, której
jej odebrano.
– O co?
– zapytała wprost, gorączkowo próbując sobie przypomnieć, czy zdążył powiedzieć
coś, co powinna wziąć pod uwagę. Jego słowa nie miały dla niej sensu. – Nie
rozumiem, co… – zaczęła, ale nie dał jej dokończyć.
– Przestań
się obwiniać – oznajmił wprost. – Naprawdę próbujesz przepraszać za to, że
umarłaś?
Potrząsnęła
głową. Robiła to? Na to wychodziło, ale nic nie mogła poradzić na to, że te
słowa przyszły same, niezmiennie ją dręcząc. Jakby nie patrzeć, zrobiła to. Od
samego początku pozwalała Ciemności się omamić, nawet jeśli wciąż pozostawała
jedyną, która się tej istocie sprzeciwiała. Gdyby jednak wiedziała wcześniej i miała
okazję coś zrobić…
– Odeszłam
– wyszeptała, choć to równie dobrze mogło sprowadzać się do ruchu warg. –
Rozmawiałam o tym wcześniej z Lawrence’em. Wiedziałam, że coś się dzieje…
Mówiłam mu – podjęła z naciskiem – że kobiety w mojej rodzinie
umierają młodo, a jednak…
– I co
mogłaś w związku z tym zrobić? – przerwał, bezceremonialnie wchodząc
jej w słowo.
Spojrzała
mu w oczy, w gruncie rzeczy nie mając wyboru, zwłaszcza że wciąż
znajdował się tak blisko. Czuła się dziwnie, aż nazbyt świadoma, że kontrolował
każdy jej ruch, najpewniej dokładnie go analizując. Jego palce wciąż zaciskały
się na jej ramionach, ale nie czuła się z tym źle. To było tak, jakby ją
obejmował, ale taki stan rzeczy w pełni Beatrycze odpowiadał. Najważniejsze
jednak wydało jej się to, że nie czuła dystansu – to nie był ani wymuszony, ani
wzbudzający niezręczność gest. Wręcz przeciwnie: wydawał się czymś najzupełniej
naturalnym, co bez chwili wahania zdecydowała się zaakceptować.
Oddychała
szybko i płytko, trochę jak po długim biegu, chociaż w rzeczywistości
wciąż tkwiła w miejscu. Z trudem spróbowała nad sobą zapanować.
Wypuściła powietrze ze świstem, po czym z wolna skinęła głową, jakby
próbując przekonać samą siebie, że wszystko było na swoim miejscu. Przecież
taka była prawda, czyż nie? Choć przez moment pragnęła w to uwierzyć.
– Nie wiem
– powiedziała w końcu, niemalże z rezygnacją. – Ale gdybym wiedziała,
mogłabym próbować coś zmienić.
Nie mogła
pozbyć się wrażenia, że jej słowa zabrzmiały co najmniej dziecinnie.
Oczywiście, że nic by nie zdziałała. Walka z Ciemnością brzmiała jak
prośba o to, żeby bardzo szybko doświadczyć losu gorszego od śmierci.
Zdążyła się o tym przekonać, aż za dobrze pamiętając, jak chwilę przed
przebudzeniem na cmentarzu, ta istota cisnęła ją w pustkę. Gdyby nie
pojawienie się Jocelyne, najpewniej trwałabym tam do tej pory, a wcześniej
jak nic postradała zmysły.
Nie
zmieniało to jednak faktu, że czuła się winna. Chociaż to brzmiało
niedorzecznie, wszystko w niej aż krzyczało, że przy odrobinie szczęścia
mogłaby coś zdziałać.
– Mogłabym
go lepiej przygotować – szepnęła, ostrożnie dobierając słowa. – I tak
zrobił dla mnie dużo. Tyle ile mógł, skoro mi obiecał – dodała, przyciskając obie
dłonie do serca.
Poczuła, że
Carlisle spojrzał na nią z zaciekawieniem, ale o nic nie zapytał. Tak
było lepiej, zwłaszcza że czuła się dziwnie, opowiadając mu o czymś, co
wydarzyło się tak dawno temu. Nie mogła pozbyć się wrażenia, ze mimo wszystko
nie ufał Lawrence’owi. Nie potrafiła mieć mu tego za złe, aż za dobrze wiedząc,
skąd wziął się ten dystans, ale i tak czuła się z tym źle.
Westchnęła,
po czym odsunęła, zaczynając krążyć. Pozwolił jej na to, choć wciąż kontrolował
każdy jej ruch, jakby w obawie, że jednak mogłaby zdecydować się na coś
głupiego i chociażby ruszyć na poszukiwania Lawrence’a, tym samym
ryzykując, że pragnienie przejmie nad nią kontrolę. O to też nie potrafiła
mieć pretensji, dobrze wiedząc, że taka perspektywa była aż nadto prawdopodobna.
– Widziałam
dość. Wiem, że jako ojciec spisał się średnio, ale to wciąż moja wina –
stwierdziła, wbijając wzrok w przestrzeń. – Mogłam się tego spodziewać.
Zawsze taki był… Hm, porywczy – dodała po chwili zastanowienia. – I bardzo
uparty, jeśli coś sobie umyślił.
–
Zauważyłem – przyznał zgodnie z prawdą Carlisle. – Cóż… Jesteś tutaj.
Udało jej
się uśmiechnąć. Tylko nieznacznie, ale za to szczerze, choć nie sądziła, że w ogóle
będzie do tego zdolna.
– To
prawda. – Nerwowym gestem przeczesała włosy. Zaczęła bawić się ich końcówkami,
próbując zająć czymś ręce. – Przemiana zmieniła wszystko, zresztą jak i w twoim
przypadku. Nie twierdzę, że należy zapomnieć o przeszłości, ale i tak…
Och, to jest L., którego znam ja – oznajmiła z naciskiem. – Dla mnie czy
dla Eleny. Próbował już wtedy, gdy zaprzyjaźnił się z Alessią.
– Nie wiem
czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale warunki też nie były najszczęśliwsze.
Beatrycze
wywróciła oczami. Oczywiście, że wiedziała. To był jeden z tych epizodów,
za które miała ochotę go zabić, a jednak…
– Nigdy nie
skrzywdził dziecka. Jest cholernie uparty, ale jeszcze nie szalony – oznajmiła z naciskiem.
– To wszystko dla mnie. Aż za dużo, bo nigdy nie poprosiłabym o coś
takiego.
Zamrugała,
czując aż nazbyt charakterystyczne pieczenie pod powiekami. Nie mogła płakać,
ale łzy wydawały się zbędne. Wciąż pozostawało jej wzruszenie, równie
intensywne, co i wszystkie inne emocje, których miała okazję doświadczyć
od chwili przemiany.
Potrzebowała
dłuższej chwili, by się uspokoić. Dopiero wtedy na powrót zwróciła się z powrotem
do Carlisle’a, mimo obaw decydując się na niego spojrzeć.
– Nie mam
prawa o to prosić – przyznała zdławionym głosem. Znów przełknęła, ale
również to nie pomogło jej w pełni nad sobą zapanować. – Ale wciąż mam
nadzieję chociaż na to, że się porozumiecie. Lawrence jest trudny, ale… Och,
pracujemy nad tym. – Westchnęła przeciągle. To też zabrzmiało jak
niedopowiedzenie. – Chwilami mam wrażenie, że wciąż patrzycie na mnie, jakbym
niczego nie rozumiała. A na niego jak na potwora, który skrzywdzi mnie
albo kogoś innego, gdy tylko stracimy czujność – przyznała, decydujący się
postawić sprawy jasno. – To… naprawdę nie tak.
Poczuła się
co najmniej nieswojo, ledwo tylko wypowiedziała te słowa. Carlisle wciąż ją
obserwował, przede wszystkim zaskoczony, a przynajmniej takie odniosła
wrażenie. Jego spojrzenie mówiło samo za siebie, jasno dając jej do
zrozumienia, że zdołała wytrącić go z równowagi. Zdecydowanie nie
wyobrażała sobie tej rozmowy w ten sposób, ale z drugiej strony, czuła,
że tak było lepiej.
Jeśli
faktycznie zostało jej niewiele czasu, zamierzała zrobić wszystko, co mogła, by
uporządkować prawne sprawy. Nie zamierzała pozwolić, by Lawrence po raz kolejny
został sam ze swoim żalem. Nie o to w tym chodziło, tym bardziej że
przecież miał się do kogo zwrócić. Teraz zamierzała tylko dopilnować, by o tym
nie zapomniał – a może raczej by ktoś mu przypomniał, gdy nadejdzie
odpowiedni moment.
Miała
wrażenie, że cisza ciągnęła się przez całą wieczność. Powiedz coś!, pomyślała w panice, ogarnięta coraz to
silniejszym uczuciem niepokoju. Gdyby jej serce biło, w tamtej chwili
trzepotałoby się w piersi jak szalone, pragnąc wyrwać się na zewnątrz i uciec
przed paraliżującym strachem, który nagle poczuła.
Czy
powiedziała za dużo? Zbytnio się zapędziła, szczególnie w obecnej sytuacji
niepotrzebnie próbując wszystko przyśpieszyć? Nie miałam prawa o cokolwiek prosić, pomyślała, coraz
pewniejsza, że jednak popełniła błąd. Ta cisza jedynie temu dowodziła, zbyt
przenikliwa i niepokojąca, by mogła ją tak po prostu zignorować.
Przez
krótką chwilę pragnęła odwrócić wszystko w żart, ale nie miała pojęcia w jaki
sposób. Mimo wszystko chciała się wycofać, wręcz przerażona myślą, że mogłaby
pogorszyć sytuację. Jeśli do tej pory była przerażona, czując się tak, jakby
balansowała gdzieś na krawędzi przepaści, brak reakcji ze strony Carlisle’a
sprawił, że poczuła się tak, jakby jednak zbytnio przechyliła się w stronę
przepaści – a potem straciła równowagę, by zacząć spadać, coraz niżej i niżej,
gdy…
– Jak
myślisz, dlaczego ja i Esme tutaj przyjechaliśmy?
Przez
moment poczuła się, jakby ktoś z całej siły zdzielił ją czymś ciężkim po
głowie. Zamrugała, po czym w roztargnieniu spojrzała na obserwującego ją
wampira. Chociaż myśli wciąż wymykały jej się spod kontroli, raz po raz
mieszając sobie ze sobą, zdołała skupić się na tyle, by spróbować odpowiedzieć.
– Ponieważ…
wydarzyło się coś złego – powiedziała w końcu. – I martwicie się o Renesmee.
– To prawda
– zgodził się ze spokojem. – Nessie to moja rodzina. A ja dbam o swoją
rodzinę.
Nie
odpowiedziała od razu. Wciąż nie pojmowała do czego zmierzał, zwłaszcza że nie
powiedział niczego, czego wcześniej by nie wiedziała.
Musiał
poznać po wyrazie jej twarzy, że była zdezorientowana, bo odezwał się ponownie,
w pośpiechu mówiąc dalej:
– Wszystko
to, co się dzieje, to sprawa dotycząca ważnych mi osób – wyjaśnił, starannie
dobierając słowa. Przez moment poczuła się jak dziecko, któremu cierpliwie
próbował wytłumaczyć coś, co dla dorosłej osoby było oczywiste. – Nie chciałbym
się zobaczyć z żadnym z was, gdybyście nie zaliczali się do tego
grona – ciągnął, a Beatrycze zesztywniała, gwałtownie nabierając powietrza
do płuc. – Lawrence jest trudny – uśmiechnął się nieco gorzko – ale naprawdę
nie musisz mi tłumaczyć, że się stara. Nie mogłem nie zauważyć, w jaki
sposób odnosi się do Alessi, Joce czy… No cóż, ciebie – dodał, po czym zawahał
się na moment. – Największym problemem jest to, w jaki sposób się do tego
zabiera. Moglibyśmy się porozumieć, ale mam wrażenie, że on niekoniecznie tego
chce. Z kolei ty… wyglądasz jak Elena – przyznał, w pośpiechu
uciekając wzrokiem gdzieś w bok. – Możliwe, że pewne reakcje są silniejsze
ode mnie. Ale to nadal sprowadza się do jednego: tego, że mam cię za rodzinę.
Otworzyła i zaraz
zamknęła usta. Tkwiła w bezruchu, nie będąc w stanie wykrztusić z siebie
nawet słowa. Szok powrócił, jednak tym razem nie miał żadnego związku ze
strachem, który towarzyszył jej, gdy mówiła o Łowcy. To było coś innego, choć
na swój sposób łączyło się ze wcześniejszymi wątpliwościami.
Nie
zaprotestowała, kiedy Carlisle znalazł się tuż obok, bez słowa biorąc ją w ramiona.
Pozwoliła mu na to, ale wciąż nie była w stanie w pełni się
rozluźnić.
Na litość Boską, Ophelio, zrób to co
obiecałaś. Ja nie mogę stracić ich po raz drugi…
Odpowiedziała
jej wyłącznie cisza.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz