8 października 2018

Sto dwadzieścia dziewięć

Beatrycze
Uśmiechnęła się niepewnie. Przynajmniej próbowała, choć czuła, że wyszło jej to marnie. Była świadoma, że Carlisle nie odrywał od niej wzroku, równie zmartwiony, co i wziąć podenerwowany. To była dziwna mieszanka, którą paradoksalnie była w stanie zrozumieć. Co więcej przekonała się, że rozpoznawanie emocji syna przychodziło jej równie wprawnie, co i w przypadku Lawrence’a. Na tyle, na ile było to możliwe.
– Nie tak to sobie wyobrażałam – przyznała zgodnie z prawdą, wymownie spoglądając ku drzwiom wyjściowym. – Poszłabym za nim, ale to zły pomysł.
– Wciąż jesteśmy w mieście – zgodził się pośpiesznie Carlisle.
Uniosła brwi, dopiero po chwili orientując się, w czym leżał problem. W ostatniej chwili powstrzymała się przed dotknięciem gardła, gdy na samą myśl o mieszkających w sąsiedztwie ludziach, poczuła nieprzyjemne pieczenie. Choć nie sądziła, że to w ogóle możliwe, chwilami zadziwiająco łatwo przychodziło jej zignorowanie głodu. Co prawda pragnienie nie ustępowało nawet na moment, ale przynajmniej była w stanie je ignorować.
W tamtej chwili zdecydowanie nie krwią i samokontrolą się przejmowała. Czuła, że to naiwne, a taka ignorancja prędzej czy później mogła kosztować kogoś życie, ale nic nie mogła na to poradzić. Jej uwaga raz po raz uciekała do Ariadny, Łowcy i niebezpieczeństwa, na które przez tyle czasu patrzyła przez palce. Może była głupia, ale nic nie mogła poradzić na instynktowne reakcje, które raz po raz przysłaniały wszystko inne.
– To prawda – przyznała z opóźnieniem, nie chcąc trwać w ciszy. Założyła ramiona na piersiach, nie mając co z nimi zrobić. – Ale myślałam raczej o tym, że z L. trudno rozmawiać, kiedy jest zdenerwowany. Może Esme się uda, ale… – Urwała, podchwyciwszy niespokojne spojrzenie złocistych tęczówek. – Nic jej nie robi.
– Ja wcale nie… – zaczął pośpiesznie Carlisle, ale to, że urwał, jedynie utwierdziło Beatrycze w przekonaniu, że trafiła w sedno.
Westchnęła, bynajmniej nie zaskoczona, że wciąż mógłby się przejmować. Lawrence nie był święty. Wiedziała o tym aż za dobrze, a jednak pomimo tego, że miała dość powodów, by się od niego odwrócić, nie potrafiła się do tego zmusić. Sęk w tym, że nie wierzyła, by przekreślił wszystko. Zwłaszcza przez minione lata widziała, że się starał, zaś to, że teraz był tutaj z nią, jedynie temu dowodziło.
Prawda była taka, że wszystko sprowadzało się do niej. Każda jego decyzja, w tym również błędy, które popełnił.
To ona popchnęła go aż tak daleko, a teraz po raz kolejny mogła wszystko popsuć.
– W porządku – stwierdziła ze spokojem. Wcale nie czuła się jakkolwiek lepiej, ale chciała przynajmniej udawać, że mogła nad sobą zapanować. – Widziałam dość, by to rozumieć. Mówiłam wam już, że obserwowałam.
Tym razem nie doczekała się reakcji na swoje słowa. Oboje milczeli – i ona, i Carlisle – ale to wydawało się właściwe, przynajmniej na razie. Cisza miała w sobie coś uciążliwego, ale łatwo było jej to zignorować.
– Zauważyłem, że się… dogadujecie.
Parsknęła śmiechem. Te słowa na moment wytrąciły ją z równowagi, zwłaszcza przez wzgląd na wyczuwalną w nich dwuznaczność. Gdyby nie to, że nie była człowiekiem, w tamtej chwili jak nic by się zarumieniła, aż nazbyt świadoma, do czego nawiązywał.
– Dogadujemy – powtórzyła w zamyśleniu. – Chyba można tak powiedzieć. To dość… naturalne – dodała, po czym westchnęła przeciągle. – Mam wrażenie, że oboje wciąż nie dowierzamy – ani ja, ani Lawrence. To jak budowanie wszystkiego na nowo, ale jestem szczęśliwa.
W chwili, w której wypowiedziała te słowa, uprzytomniła sobie, że jak najbardziej były prawdziwe. Nie mogła się powstrzymać od postawienia spraw w jasny sposób. To okazało się silniejsze od niej, choć zarazem wydało się Beatrycze bolesne, zwłaszcza przez wzgląd na sytuację. Mogła stracić naprawdę wiele; im więcej o tym myślała, tym bardziej przerażona taką perspektywą się czuła.
– Wybacz. Po prostu to do mnie nie dociera. – Carlisle potrząsnął głową. – Nigdy nie widziałem go… Cóż, takim.
– Troszkę się zapędziliśmy – przyznała, z trudem powstrzymując uśmiech.
To w ogóle miało znaczenie? Czuła, że miała do tego prawo, a jednak wciąż towarzyszyło jej przede wszystkim narastające stopniowo poczucie winy. Dobry Boże, to nie powinno wyglądać w ten sposób. Miała wrażenie, że właśnie jemu była coś winna – i to zwłaszcza po wszystkim, co wydarzyło się w przeszłości.
– Powinniśmy zadzwonić – usłyszała i to wystarczyło, żeby wyrwać ją z zamyślenia. Natychmiast skupiła wzrok z powrotem na synu. – Tak jak sugerowała Esme. Tak czy inaczej…
– To moja wina.
Tych kilka słów wystarczyło, by skutecznie zamknąć wampirowi usta. W pokoju jak na zawołanie zapanowała cisza, podczas której wpatrywał się w nią wystarczająco wymownie, by pojęła, że go zaskoczyła. Zanim zdążyła się zastanowić, ruszył w jej stronę, wyciągając ku niej ręce. Ostatecznie jej nie dotknął, ale wyczuła, że gdyby tylko mógł, bez wahania przygarnąłby ją do siebie.
– O czym mówisz? – zapytał natychmiast, wyraźnie poruszony. – Nikt o nic cię nie obwinia. Ta historia o Łowcy nie…
– To moja wina – powtórzyła z naciskiem, próbując uciąć wszelakie dyskusje. – Nie mówię tylko o tym, że dopiero teraz opowiedziałam wam tę historię. Nie mogłam wiedzieć, ale… A może mogłam? – Energicznie potrząsnęła głową, próbując odrzucić od siebie niechciane myśli. – Mówię o L. I w zasadzie o tobie – wyjaśniła, w pośpiechu wyrzucając z siebie kolejne słowa. – Gdybym was nie zostawiła, byłoby inaczej.
Ta kwestia dręczyła ją od samego początku. Coś ścisnęło ją w gardle, ledwo wyrzuciła z siebie tych kilka słów. Przełknęła z trudem, próbując oczyścić przełyk, ale to nie pomogło. Uczucie okazało się równie intensywne, co i przejmujący chłód, który nagle ją ogarnął, skutecznie przyprawiając wampirzycę o drżenie. Co więcej była pewna, że nic z tego nie miało związku z fizycznym stanem. To działo się wyłącznie w jej głowie, a jednak okazało aż nadto intensywne.
Przez krótką chwilę znów zapragnęła się roześmiać. Miała wrażenie, że wariowała, co zresztą wcale nie musiało być aż takie dalekie od prawdy. Tkwiła w bezruchu, bezskutecznie próbując zapanować nad drżeniem. Ostatecznie przestała walczyć, dochodząc do wniosku, że to tak naprawdę nie miało znaczenia. Wiele z tego, co robiła, takie się wydawało. Zwłaszcza teraz, gdy kolejny raz czuła się tak, jakby gdzieś nad jej głową wisiał powoli odliczający pozostały jej czas zegar, miała poczucie, że tak naprawdę marnowała pozostałe jej chwile.
Czuła, że powinna coś dodać, ale nie była w stanie wykrztusić z siebie chociażby słowa. Może gdyby miała przed sobą Lawrence’a, wszystko stałoby się łatwiejsze. Przy nim przynajmniej miała świadomość, że mógłby ją zrozumieć. Znał ją na tyle dobrze, by wiedzieć, że nawet gdyby zaczęła ciskać się na prawo i lewo, to wcale nie oznaczałoby, że straciła nad sobą kontrolę – nie w taki sposób, jakiego można by oczekiwać w przypadku nowo narodzonego wampira. Co prawda emocje wciąż wydawały się Beatrycze o wiele bardziej intensywne niż wcześniej, ale była w stanie to znosić. Tak naprawdę to również wydało się wampirzycy mało ważne, bo nawet najsilniejszy gniew nie miał być w stanie zmienić tego, co miała przynieść przyszłość… Pod warunkiem, że w jej przypadku to pojęcie wciąż miało rację bytu.
Nie miała pojęcia, czego tak naprawdę spodziewać się po przebudzeniu Łowcy.
Uciekła wzrokiem gdzieś w bok, ale i tak wiedziała, że Carlisle z uwagą ją obserwował. Powiedzieć, że był po prostu zdezorientowany, byłoby niedopowiedzeniem stulecia. Była tego dziwnie pewna, kolejny raz mając wrażenie, że znała go lepiej, niż mogłaby się spodziewać. Jakby nie patrzeć przez wieki obserwowała, początkowo tylko Lawrence’a, ale z czasem również syna i tych, których traktował jak rodzinę. Miała wrażenie, że paradoksalnie rozumiała go lepiej niż on nią, zwłaszcza że w jego oczach wciąż musiała być duchem – cieniem kogoś, o kim słyszał, a kto teraz na dodatek przypominał jego córkę.
Prychnęła w duchu. To czyniło wszystko jeszcze trudniejszym, tym bardziej że nagle uprzytomniła sobie, w jaki sposób musiał się czuć za każdym razem, gdy dostrzegał ją w ramionach Lawrence’a. To naprawdę przerażające, uprzytomniła sobie, mimowolnie zaczynając zastanawiać nad tym, jak powinna odróżnić się od Eleny. Ściąć włosy? To brzmiało jak dobry pomysł, chociaż podejrzewała, że L. nie byłby zadowolony. Wielokrotnie dał jej do zrozumienia, że uwielbiał ją całą właśnie w takiej formie, w jakiej wróciła. Nawet sposób, w jaki zmieniło się jej ciało podczas przemiany, mu nie przeszkadzały. A gdyby zdecydowała się coś zmienić, nie mogłaby liczyć na to, że loki odrosną.
Jej myśli wirowały, pędząc przed siebie i zmierzając w coraz to bardziej abstrakcyjnych kierunkach. To na swój sposób również było rodzajem mechanizmu obronnemu, któremu mimowolnie się poddała. Tak było łatwiej, chociaż dobrze wiedziała, że ucieczka niczego nie rozwiązywała. Prędzej czy później musiała zastanowić się nad tym, co robić, a jednak…
– Beatrycze. – Aż wzdrygnęła się, gdy Carlisle bez jakiegokolwiek ostrzeżenia zmaterializował się tuż przed nią, zaciskając dłonie na jej ramionach. – Beatrycze, proszę.
Zamrugała nieco nieprzytomnie, w pośpiechu skupiając na nim wzrok. Wpatrywał się w nią przenikliwym wzrokiem, wyraźnie poruszony. Po wyrazie jego twarzy nie była w stanie jednoznacznie stwierdzić, co takiego sobie myślał. Wiedziała jedynie, że się przejmował, spoglądając przy tym na nią w wyczekujący, zdradzający niepokój sposób.
Otworzyła i zaraz zamknęła usta. Właśnie w tym leżał problem – w tym, że podczas gdy ona czuła się tak, jakby jednak go znała, on nie miał okazji jej zrozumieć. Mogła tylko zgadywać, jakie miał wobec niej oczekiwania, bazując na tym, co zdążył usłyszeć i zaobserwować. Zwłaszcza to drugie i to wyłącznie w czasie, gdy zachowywała się rozbity, kruchy człowiek, goniący za wspomnieniami, której jej odebrano.
– O co? – zapytała wprost, gorączkowo próbując sobie przypomnieć, czy zdążył powiedzieć coś, co powinna wziąć pod uwagę. Jego słowa nie miały dla niej sensu. – Nie rozumiem, co… – zaczęła, ale nie dał jej dokończyć.
– Przestań się obwiniać – oznajmił wprost. – Naprawdę próbujesz przepraszać za to, że umarłaś?
Potrząsnęła głową. Robiła to? Na to wychodziło, ale nic nie mogła poradzić na to, że te słowa przyszły same, niezmiennie ją dręcząc. Jakby nie patrzeć, zrobiła to. Od samego początku pozwalała Ciemności się omamić, nawet jeśli wciąż pozostawała jedyną, która się tej istocie sprzeciwiała. Gdyby jednak wiedziała wcześniej i miała okazję coś zrobić…
– Odeszłam – wyszeptała, choć to równie dobrze mogło sprowadzać się do ruchu warg. – Rozmawiałam o tym wcześniej z Lawrence’em. Wiedziałam, że coś się dzieje… Mówiłam mu – podjęła z naciskiem – że kobiety w mojej rodzinie umierają młodo, a jednak…
– I co mogłaś w związku z tym zrobić? – przerwał, bezceremonialnie wchodząc jej w słowo.
Spojrzała mu w oczy, w gruncie rzeczy nie mając wyboru, zwłaszcza że wciąż znajdował się tak blisko. Czuła się dziwnie, aż nazbyt świadoma, że kontrolował każdy jej ruch, najpewniej dokładnie go analizując. Jego palce wciąż zaciskały się na jej ramionach, ale nie czuła się z tym źle. To było tak, jakby ją obejmował, ale taki stan rzeczy w pełni Beatrycze odpowiadał. Najważniejsze jednak wydało jej się to, że nie czuła dystansu – to nie był ani wymuszony, ani wzbudzający niezręczność gest. Wręcz przeciwnie: wydawał się czymś najzupełniej naturalnym, co bez chwili wahania zdecydowała się zaakceptować.
Oddychała szybko i płytko, trochę jak po długim biegu, chociaż w rzeczywistości wciąż tkwiła w miejscu. Z trudem spróbowała nad sobą zapanować. Wypuściła powietrze ze świstem, po czym z wolna skinęła głową, jakby próbując przekonać samą siebie, że wszystko było na swoim miejscu. Przecież taka była prawda, czyż nie? Choć przez moment pragnęła w to uwierzyć.
– Nie wiem – powiedziała w końcu, niemalże z rezygnacją. – Ale gdybym wiedziała, mogłabym próbować coś zmienić.
Nie mogła pozbyć się wrażenia, że jej słowa zabrzmiały co najmniej dziecinnie. Oczywiście, że nic by nie zdziałała. Walka z Ciemnością brzmiała jak prośba o to, żeby bardzo szybko doświadczyć losu gorszego od śmierci. Zdążyła się o tym przekonać, aż za dobrze pamiętając, jak chwilę przed przebudzeniem na cmentarzu, ta istota cisnęła ją w pustkę. Gdyby nie pojawienie się Jocelyne, najpewniej trwałabym tam do tej pory, a wcześniej jak nic postradała zmysły.
Nie zmieniało to jednak faktu, że czuła się winna. Chociaż to brzmiało niedorzecznie, wszystko w niej aż krzyczało, że przy odrobinie szczęścia mogłaby coś zdziałać.
– Mogłabym go lepiej przygotować – szepnęła, ostrożnie dobierając słowa. – I tak zrobił dla mnie dużo. Tyle ile mógł, skoro mi obiecał – dodała, przyciskając obie dłonie do serca.
Poczuła, że Carlisle spojrzał na nią z zaciekawieniem, ale o nic nie zapytał. Tak było lepiej, zwłaszcza że czuła się dziwnie, opowiadając mu o czymś, co wydarzyło się tak dawno temu. Nie mogła pozbyć się wrażenia, ze mimo wszystko nie ufał Lawrence’owi. Nie potrafiła mieć mu tego za złe, aż za dobrze wiedząc, skąd wziął się ten dystans, ale i tak czuła się z tym źle.
Westchnęła, po czym odsunęła, zaczynając krążyć. Pozwolił jej na to, choć wciąż kontrolował każdy jej ruch, jakby w obawie, że jednak mogłaby zdecydować się na coś głupiego i chociażby ruszyć na poszukiwania Lawrence’a, tym samym ryzykując, że pragnienie przejmie nad nią kontrolę. O to też nie potrafiła mieć pretensji, dobrze wiedząc, że taka perspektywa była aż nadto prawdopodobna.
– Widziałam dość. Wiem, że jako ojciec spisał się średnio, ale to wciąż moja wina – stwierdziła, wbijając wzrok w przestrzeń. – Mogłam się tego spodziewać. Zawsze taki był… Hm, porywczy – dodała po chwili zastanowienia. – I bardzo uparty, jeśli coś sobie umyślił.
– Zauważyłem – przyznał zgodnie z prawdą Carlisle. – Cóż… Jesteś tutaj.
Udało jej się uśmiechnąć. Tylko nieznacznie, ale za to szczerze, choć nie sądziła, że w ogóle będzie do tego zdolna.
– To prawda. – Nerwowym gestem przeczesała włosy. Zaczęła bawić się ich końcówkami, próbując zająć czymś ręce. – Przemiana zmieniła wszystko, zresztą jak i w twoim przypadku. Nie twierdzę, że należy zapomnieć o przeszłości, ale i tak… Och, to jest L., którego znam ja – oznajmiła z naciskiem. – Dla mnie czy dla Eleny. Próbował już wtedy, gdy zaprzyjaźnił się z Alessią.
– Nie wiem czy zdajesz sobie z tego sprawę, ale warunki też nie były najszczęśliwsze.
Beatrycze wywróciła oczami. Oczywiście, że wiedziała. To był jeden z tych epizodów, za które miała ochotę go zabić, a jednak…
– Nigdy nie skrzywdził dziecka. Jest cholernie uparty, ale jeszcze nie szalony – oznajmiła z naciskiem. – To wszystko dla mnie. Aż za dużo, bo nigdy nie poprosiłabym o coś takiego.
Zamrugała, czując aż nazbyt charakterystyczne pieczenie pod powiekami. Nie mogła płakać, ale łzy wydawały się zbędne. Wciąż pozostawało jej wzruszenie, równie intensywne, co i wszystkie inne emocje, których miała okazję doświadczyć od chwili przemiany.
Potrzebowała dłuższej chwili, by się uspokoić. Dopiero wtedy na powrót zwróciła się z powrotem do Carlisle’a, mimo obaw decydując się na niego spojrzeć.
– Nie mam prawa o to prosić – przyznała zdławionym głosem. Znów przełknęła, ale również to nie pomogło jej w pełni nad sobą zapanować. – Ale wciąż mam nadzieję chociaż na to, że się porozumiecie. Lawrence jest trudny, ale… Och, pracujemy nad tym. – Westchnęła przeciągle. To też zabrzmiało jak niedopowiedzenie. – Chwilami mam wrażenie, że wciąż patrzycie na mnie, jakbym niczego nie rozumiała. A na niego jak na potwora, który skrzywdzi mnie albo kogoś innego, gdy tylko stracimy czujność – przyznała, decydujący się postawić sprawy jasno. – To… naprawdę nie tak.
Poczuła się co najmniej nieswojo, ledwo tylko wypowiedziała te słowa. Carlisle wciąż ją obserwował, przede wszystkim zaskoczony, a przynajmniej takie odniosła wrażenie. Jego spojrzenie mówiło samo za siebie, jasno dając jej do zrozumienia, że zdołała wytrącić go z równowagi. Zdecydowanie nie wyobrażała sobie tej rozmowy w ten sposób, ale z drugiej strony, czuła, że tak było lepiej.
Jeśli faktycznie zostało jej niewiele czasu, zamierzała zrobić wszystko, co mogła, by uporządkować prawne sprawy. Nie zamierzała pozwolić, by Lawrence po raz kolejny został sam ze swoim żalem. Nie o to w tym chodziło, tym bardziej że przecież miał się do kogo zwrócić. Teraz zamierzała tylko dopilnować, by o tym nie zapomniał – a może raczej by ktoś mu przypomniał, gdy nadejdzie odpowiedni moment.
Miała wrażenie, że cisza ciągnęła się przez całą wieczność. Powiedz coś!, pomyślała w panice, ogarnięta coraz to silniejszym uczuciem niepokoju. Gdyby jej serce biło, w tamtej chwili trzepotałoby się w piersi jak szalone, pragnąc wyrwać się na zewnątrz i uciec przed paraliżującym strachem, który nagle poczuła.
Czy powiedziała za dużo? Zbytnio się zapędziła, szczególnie w obecnej sytuacji niepotrzebnie próbując wszystko przyśpieszyć? Nie miałam prawa o cokolwiek prosić, pomyślała, coraz pewniejsza, że jednak popełniła błąd. Ta cisza jedynie temu dowodziła, zbyt przenikliwa i niepokojąca, by mogła ją tak po prostu zignorować.
Przez krótką chwilę pragnęła odwrócić wszystko w żart, ale nie miała pojęcia w jaki sposób. Mimo wszystko chciała się wycofać, wręcz przerażona myślą, że mogłaby pogorszyć sytuację. Jeśli do tej pory była przerażona, czując się tak, jakby balansowała gdzieś na krawędzi przepaści, brak reakcji ze strony Carlisle’a sprawił, że poczuła się tak, jakby jednak zbytnio przechyliła się w stronę przepaści – a potem straciła równowagę, by zacząć spadać, coraz niżej i niżej, gdy…
– Jak myślisz, dlaczego ja i Esme tutaj przyjechaliśmy?
Przez moment poczuła się, jakby ktoś z całej siły zdzielił ją czymś ciężkim po głowie. Zamrugała, po czym w roztargnieniu spojrzała na obserwującego ją wampira. Chociaż myśli wciąż wymykały jej się spod kontroli, raz po raz mieszając sobie ze sobą, zdołała skupić się na tyle, by spróbować odpowiedzieć.
– Ponieważ… wydarzyło się coś złego – powiedziała w końcu. – I martwicie się o Renesmee.
– To prawda – zgodził się ze spokojem. – Nessie to moja rodzina. A ja dbam o swoją rodzinę.
Nie odpowiedziała od razu. Wciąż nie pojmowała do czego zmierzał, zwłaszcza że nie powiedział niczego, czego wcześniej by nie wiedziała.
Musiał poznać po wyrazie jej twarzy, że była zdezorientowana, bo odezwał się ponownie, w pośpiechu mówiąc dalej:
– Wszystko to, co się dzieje, to sprawa dotycząca ważnych mi osób – wyjaśnił, starannie dobierając słowa. Przez moment poczuła się jak dziecko, któremu cierpliwie próbował wytłumaczyć coś, co dla dorosłej osoby było oczywiste. – Nie chciałbym się zobaczyć z żadnym z was, gdybyście nie zaliczali się do tego grona – ciągnął, a Beatrycze zesztywniała, gwałtownie nabierając powietrza do płuc. – Lawrence jest trudny – uśmiechnął się nieco gorzko – ale naprawdę nie musisz mi tłumaczyć, że się stara. Nie mogłem nie zauważyć, w jaki sposób odnosi się do Alessi, Joce czy… No cóż, ciebie – dodał, po czym zawahał się na moment. – Największym problemem jest to, w jaki sposób się do tego zabiera. Moglibyśmy się porozumieć, ale mam wrażenie, że on niekoniecznie tego chce. Z kolei ty… wyglądasz jak Elena – przyznał, w pośpiechu uciekając wzrokiem gdzieś w bok. – Możliwe, że pewne reakcje są silniejsze ode mnie. Ale to nadal sprowadza się do jednego: tego, że mam cię za rodzinę.
Otworzyła i zaraz zamknęła usta. Tkwiła w bezruchu, nie będąc w stanie wykrztusić z siebie nawet słowa. Szok powrócił, jednak tym razem nie miał żadnego związku ze strachem, który towarzyszył jej, gdy mówiła o Łowcy. To było coś innego, choć na swój sposób łączyło się ze wcześniejszymi wątpliwościami.
Nie zaprotestowała, kiedy Carlisle znalazł się tuż obok, bez słowa biorąc ją w ramiona. Pozwoliła mu na to, ale wciąż nie była w stanie w pełni się rozluźnić.
Na litość Boską, Ophelio, zrób to co obiecałaś. Ja nie mogę stracić ich po raz drugi…
Odpowiedziała jej wyłącznie cisza.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa