
Beatrycze
Czuła się trochę jak we śnie.
Chociaż od czasu przemiany minęło wystarczająco wiele dni, by oswoiła się z brakiem
konieczności odpoczynku, wciąż pamiętała, w jaki sposób się wtedy czuła.
Odcięcie od rzeczywistości przychodziło samo, zwłaszcza wtedy, gdy nadmiar
emocji zaczynał dawać jej się we znaki. Wtedy trwała gdzieś na pograniczu,
obecna ciałem, ale nie duchem.
Tak czuła
się właśnie w tamtej chwili. Wszystko wydawało się odległe i równie
nierzeczywiste, nawet pomimo tego, ze doskonale wiedziała, iż było prawdziwe.
Balansowała gdzieś na granicy, sama niepewna, dokąd miało ją to zaprowadzić. Co
więcej, choć początkowo nie chciała wracać do tematu Ariadny i wypowiedzianych
przez matkę słów, gdy usłyszała o Renesmee i czymś, co „obudziło się”
zamiast niej, uświadomiła sobie, że tak naprawdę nie miała wyboru.
Czy to było
możliwe? Wcześniej odpychała od siebie taką możliwość, próbując wmawiać sobie,
że matka próbowała wzbudzić w niej poczucie winy, ale teraz nie była taka
pewna, czy chodziło wyłącznie o to. Zbyt wiele kwestii nie dawało jej
spokoju, sugerując coś zupełnie innego. Jeśli się nie pomyliła…
– Ariadna?
– usłyszała spięty głos Carlisle’a. – Słyszałem już to imię. Ale chyba nie masz
na myśli… – zaczął, jednak Lawrence nie pozwolił mu dokończyć.
– Jej matka
– oznajmił wypranym z jakichkolwiek emocji głosem. – Wredna sucz.
Natychmiast
zwróciła się w jego stronę. Gwałtownie zaczerpnęła powietrza do płuc, pod
wpływem emocji prostując niczym struna.
– L!
Zacisnęła
dłonie w pieści, bezskutecznie próbując ukryć ich drżenie. Spojrzała na
wampira, by przekonać się, że w tamtej chwili ani się nie uśmiechał, ani
tym bardziej nie sprawiał wrażenie kogoś, kto próbował sobie żartować. Kiedy
ich spojrzenia się spotkały, przekonała się, że był przede wszystkim zdenerwowany.
Jakby tego było mało, nie mogła pozbyć się wrażenia, że zaczynając temat
Ariadny, tym samym skłoniła go do wyrzucenia z siebie słów, które dusił w sobie
już od dłuższego czasu.
Spojrzenie,
które jej rzucił, jedynie utwierdziło Beatrycze w tym przekonaniu.
Mimowolnie się wzdrygnęła, gdy Lawrence w pośpiechu ruszył w jej
stronę.
– Co? Mówię
jak jest, więc nawet nie próbuj jej bronić – rzucił spiętym tonem, nie
odrywając od niej wzroku. Jego oczy wciąż były ciemniejsze niż do tej pory, ale
tym razem w grę zdecydowanie nie wchodziło pożądanie. – Kolejny raz była
równie miła, a na koniec prawie doprowadziła cię do płaczu. Nie przekonasz
mnie, żebym zaczął traktować ją lepiej.
Otworzyła i zaraz
zamknęła usta. Chciała zaprotestować, ale nie była w stanie, podświadomie
czując, że to i tak nie miało sensu. Najgorsze w tym wszystkim
okazało się poczucie, że Lawrence miał rację. Już dawno doszła do takiego
wniosku, aż nazbyt świadoma, że w końcu powinna zaakceptować taki stan
rzeczy i przestać przejmować tym, co mówiła Ariadna, a jednak…
Uciekła
wzrokiem gdzieś w bok, nie chcąc by zauważył, że znów była bliska płaczu.
Tak przynajmniej się czuła, choć wiedziała, że nawet gdyby chciała, nie mogłaby
uronić choćby łzy. To i tak nie miało znaczenia, ale nie chciała jeszcze
bardziej wytrącił Lawrence’a z równowagi. Wystarczyło, że już i tak
zachowywał się, jakby miał ochotę zabić pierwszą osobę, która wpadnie mu w ręce.
– Nie
rozumiem. Kiedy niby widzieliście Ariadnę?
Głos
Carlisle’a doszedł do niej jakby z oddali. Przynajmniej miała wrażenie, że
to właśnie on zadał to pytanie, choć i tego nie była całkowicie pewna. W tamtej
chwili mógł się do niej zwracać ktokolwiek – łącznie z Esme, choć pewnie i tak
nie zauważyłaby różnicy. Rozumiała wyłącznie wypowiedziane słowa, niezdolna
skupić się na tonie czy choćby sensie, który ze sobą niosły.
Przez
krótką chwilę zapragnęła odwrócić się na pięcie i najzwyczajniej w świecie
wyjść. Albo przynajmniej zakryć uszy dłońmi, zamknąć oczy i udawać, że nie
istniała. Takie rozwiązanie prowadziło donikąd, ale nie dbała o to, choć
na moment pragnąc odciąć się od wszystkiego i wszystkich, by móc
przemyśleć wszystko, co się działo. Chociaż wampirzycy umysł wydawał się o wiele
bardziej pojemny od ludzkiego, na dodatek umożliwiając przeanalizowanie kilku
kwestii jednocześnie, wcale nie uznała tego za ułatwienie. Czuła się tak, jakby
patrzyła na kilka niepasujących do siebie elementów układanki, gorączkowo
szukając sposobu, by jednak je połączyć.
– O tym
możemy pogadać później – stwierdził Lawrence, pośpiesznie ucinając temat. – Liczy
się, że od ostatniego razu Beatrycze zachowuje się dziwnie. Więc tak… Tak,
teraz oficjalnie pytam się, kim, do cholery, jest Łowca?
Przez
moment poczuła się niemalże otoczona. Zesztywniała, niespokojnie wodząc
wzrokiem na prawo i lewo. Cofnęła się o krok, chociaż nawet gdyby
chciała, nie byłaby w stanie uciec. Nie żeby ktokolwiek zamierzał jej
pozwolić, a już zwłaszcza L. Wydawał się zdeterminowany, co zresztą wcale
nie wydało się Beatrycze dziwne. Mogła spodziewać się tych pytań, w tamtej
chwili zresztą czuła, że nie miała większego wyboru. Nie chodziło o to, co
chciała powiedzieć bądź nie. Liczyło się przede wszystkim to, czego wymagała
sytuacja.
Mimo
wszystko nie odpowiedziała od razu. Proszę…,
pomyślała, jednak nawet tej myśli nie była w stanie dokończyć. Skrzywiła
się, czując narastająca z każdą kolejną sekundą panikę. Coraz bardziej
dawała jej się we znaki, zniekształcając wszystko to, co działo się wokół niej.
Czuła, że wszystko było nie tak, choć samo to stwierdzenie nawet w połowie
nie dodawało tego, co naprawdę myślała. Nie żeby w ogóle wiedziała, co
takiego powinna sądzić albo zrobić.
To nie tak. To nie powinno być tak…
Ophelio, obiecałaś!
Odpowiedziała
jej cisza. Wymowna, przejmująca o wiele gorsza niż to, że Lawrence mógłby
na nią naciskać. Właściwie sama nie miała pewności, czego się spodziewała,
zwłaszcza gdy mimowolnie zaczęła zwracać się na Ophelii, ale wyraźnie traciła
czas. To nie był ten moment, o ile w ogóle powinna wierzyć temu, co
zobaczyła przed przemianą.
– Łowca… –
powiedziała tak cicho, że ledwo mogła samą siebie zrozumieć. Mimo wszystko nie
miała wątpliwości, że wszyscy doskonale ją słyszeli. Czuła, że ją obserwowali,
na dodatek równie intensywnie, co i gdy opowiadała o pokrewieństwie z Isobel.
– Łowca to ktoś – zaczęła raz jeszcze, ostrożnie dobierając słowa – w kogo
nie chcę wierzyć. Myślałam, że Ariadna powiedziała to tylko po to, żeby mnie
zdenerwować. Ja…
– A nie
jest tak? – zapytał z powątpiewaniem L.
Poczuła się
dziwnie, kiedy ich spojrzenia się spotkały. Wiedziała, że był podenerwowany,
zupełnie jakby te emocje należały również do niej. W tamtej chwili
rozumiała go bez słów i to wystarczyło, żeby poczuła się winna.
Możliwe, że
powinna zacząć temat już wcześniej. To byłoby właściwe, niezależnie od tego, co
sądziła, a jednak…
– Nie musisz
się spieszyć – zapewnił pośpiesznie Carlisle. Beatrycze zamrugała, skutecznie
wyrwana z zamyślenia. W końcu też zdołała odezwać wzrok od Lawrence’a,
w zamian w roztargnieniu przenosząc spojrzenie na drugiego z mężczyzn.
– Ale to coś ważnego, prawda? Nie zachowywałabyś się w ten sposób, gdyby
tak nie było.
– To prawda
– przyznała lakonicznie.
Znów
zamilkła, niezdolna wykrztusić z siebie choćby słowa więcej. Gorączkowo
próbowała zebrać myśli, ale to okazało się równie trudne, co i ignorowanie
bijącej od Lawrence’a irytacji. Chociaż czuła, że jego gniew w gruncie
rzeczy nie był wymierzony w nią, nie potrafiła ot tak tego zignorować.
– Co się zmieniło?
– zapytała nieśmiało Esme. Po tonie Beatrycze od razu zorientowała się, że
kobieta sama nie była pewna, czy powinna poruszać temat. – Jeśli to ma związek z Nessie…
– Nie wiem –
przyznała zgodnie z prawdą, wchodząc synowej w słowo. – Może. Jestem…
zdezorientowana.
– Ale nie
chodzi o tych samych łowców, którzy…
Esme urwała
równie nagle, co zaczęła mówić. Beatrycze westchnęła przeciągle, z trudem powstrzymując
sfrustrowany jęk. Gdyby rozumieli… Gdyby to było takie proste, a oni nie
musieli zadawać dodatkowych pytań…
Potrząsnęła
głową. Frustracja nie ustąpiła, ale zdusiła ją sobie, aż nazbyt świadoma, że
żadne z nich nie zasłużyło na to, by poniosły ją emocje. To tylko ja… Ja i ten etap, pomyślała,
za wszelką cenę próbując przekonać samą siebie, że wyjaśnienie było aż takie
proste. Wszystko kiedyś się kończy,
prawda?
Chociaż pragnęła
w ten sposób podnieść się na duchu, wcale nie poczuła się lepiej.
– Nie… Nie,
w żadnym wypadku – zapewniła, próbując skupić się na brzmieniu własnego
głosu. Z ulgą przyjęła fakt, że zabrzmiała o wiele spokojniej,
aniżeli w rzeczywistości się czuła. – Łowca, nie łowcy. Nie mam na myśli
ludzi.
Wymowna
cisza, która zapadła po tych słowach, jasno dała jej do zrozumienia, że nikogo
tymi słowami nie uspokoiła. Miała wręcz wrażenie, że w jednej chwili
jeszcze bardziej pogorszyła sytuację, skutecznie podsycając odczuwane przez
wszystkich napięcie. Znów na nią patrzyli, być może nawet bardziej niespokojnie
niż do tej pory. Nie sądziła, że to w ogóle możliwe, ale na każdym kroku
przekonywała się, że tak naprawdę nic z tego, co znała i w co
pragnęła wierzyć, nie miało racji bytu.
Uciekła
wzrokiem gdzieś w bok. Założyła ramiona na piersiach, nagle niepewna, co
zrobić z rękami. Szukała sobie zajęcia, ale to wydawało się tylko wszystko
pogarszać, sprawiając, że z każdą kolejną sekundą zwłoki czuła się jeszcze
bardziej niespokojna.
– Kiedy
powiedziałeś, że coś obudziło się zamiast Renesmee – zwróciła się do Carlisle’a,
nawet przy tym na niego nie patrząc – od raz pomyślałam o słowach Ariadny.
Dopiero co wspomniała o Łowcy, a teraz… – Urwała, po czym energicznie
potrząsnęła głową. – Coraz mniej pamiętam z tego, co działo się miedzy tu a teraz.
Mam wrażenie, że to jego robota… Że Ciemność postarała się, żebym zatraciła te
wspomnienia, skoro już nie jestem częścią tego świata – przyznała, ostrożnie dobierając
słowa. – Ale to nie ma znaczenia. Zresztą jestem w stanie przypomnieć
sobie dość, żeby zacząć się bać.
– To dalej
niczego nie tłumaczy, radości – mruknął ze swojego miejsca Lawrence.
Powiedz mi coś, czego nie wiem.
– To była opowiastka,
którą słyszałam wielokrotnie, odkąd… Cóż, znalazłam się w tamtym miejscu –
przyznała, w ostatniej chwili powstrzymując się od powiedzenia „umarłam”. –
Mam wrażenie, że to cześć ludzkiej natury, by szukać czegoś więcej w tym,
co nas otacza. Należałyśmy do samej Ciemności, a jednak nawet wtedy
opowiadałyśmy sobie historie, które można by przyrównać do bajek czy legend.
Tak przynajmniej mi się wydawało, ale teraz… – Urwała, by złapać oddech.
Potrzebowała dłuższej chwili, by zapanować nad mętlikiem w głowie na tyle,
by znów się odezwać. – Możliwe, że opowieść o Łowcy jest prawdziwa. Po
prostu od wieków nie miał powodu, żeby go wysyłać – przyznała w zamyśleniu.
– Dalej nie
wytłumaczyłaś, co właściwie… – zaczął Lawrence, ale tym razem nie miał okazji,
żeby dokończyć.
– Daj je w końcu
chwilę spokoju – obruszył się Carlisle.
Beatrycze
uniosła brwi. To zabrzmiało niemalże jak warknięcie, co w jego przypadku
zdecydowanie nie było czymś normalnym. Co więcej w ten sposób zaskoczył
nie tylko ją, ale przede wszystkim Lawrence’a, bo ten momentalnie zamilkł. Mimo
wszystko przyjęła ciszę z ulgą, choć nadal czuła narastające z każdą
kolejną sekundą napięcie.
– Dziękuję –
szepnęła, nieznacznie kiwając głową. – Do tej pory nie miałam pojęcia o Ophelii.
Żadna z nas nie wiedziała, a przynajmniej nie przypominam sobie, by
którakolwiek z moich krewnych wspomniała o przyczynach klątwy. Jasne,
któraś z nas musiała to zapoczątkować, ale i tak… Chociaż,
naturalnie, czasami zastanawiałyśmy się, dlaczego tam jesteśmy – przyznała w zamyśleniu.
Mówienie o przeszłości okazało się o wiele prostsze, niż mogłaby
przypuszczać. – Opowieść o Łowcy to… coś innego. Mało kiedy wracałyśmy do powodów
śmierci. W zasadzie… Cóż, większość z nas wcale nie chciała tego
wspominać. Dawne życie było poniekąd tematem tabu, więc oczywiście również pod
tym względem musiałam się wyróżniać. – Zaśmiała się w nieco nerwowy
sposób. – Za to jestem pewna, że każda z nas wyraźnie czuła przy sobie
obecność Ciemności w chwili śmierci. Pamiętam, jak moje siostry budziły
się z krzykiem. Ja chyba też, ale te sny… Nie pamiętam ich. – Przyłożyła drżąc
do ust. – nie pamiętam swoich snów.
Uświadomiła
sobie, że mówi od rzeczy, ale nie była w stanie niczego na to poradzić.
Znów zaczęła drżeć, dziwnie rozbita i bezbronna. Miała wrażenie, że jej
myśli prześlizgiwały się tuż obok właściwego tematu, nie dając jej szansy na
to, by się skoncentrowała. To było tak, jakby patrzyła na gotowe rozwiązanie,
ale przez zamgloną szybę, przez co nie potrafiła określić szczegółów. Były
gdzieś tam, a jednak nie mogła ich sięgnąć – i to niezależnie od
tego, jak bardzo tego chciała.
–
Beatrycze?
Potrząsnęła
głową, tym razem o wiele energiczniej niż wcześniej. Nie pomogło, ale to
już nie miało znaczenia. W ostatnim czasie wszystkiemu wydawało się
brakować celu, a może to ona również tego nie potrafiła dostrzec.
– Żadna
dusza mu nie umknęła. Miał nas wszystkie, a przynajmniej tak myślałam,
póki nie poznałam Ophelii – oznajmiła wypranym z jakichkolwiek emocji
głosem. Czuła się jak automat, ale to pomagało. W jednej chwili odrzuciła
emocje na bok, skupiając wyłącznie na wypowiadanych kolejno słowach. – Nikt nie
wie, kim jest Łowca. To dusza bez kształtów, bez przeszłości i tożsamości…
Byt służący samej Ciemności. Podobno gdy wyrusza na polowanie, rozpoczyna się
koszmar. To powód, dla którego nikt nie chciałby przebudzenia Łowcy.
–
Przebudzenia… – usłyszała drżący głos Esme.
Sama również
się wzdrygnęła, słysząc to słowo wypowiedziane na głos, na dodatek w ustach
kogoś innego. To było niczym potwierdzenie, którego tak bardzo nie chciała. W chwili,
w której zgodziła się poruszyć ten temat, przed samą sobą przyznała, że
słowa Ariadny były jednak czymś więcej, aniżeli groźbą. Choć była gotowa zrobić
wszystko, by jakkolwiek to szaleństwo zanegować, teraz już nie miała na to szansy.
– Tyle że
to bez sensu, prawda? – zaryzykowała, nie mogąc się powstrzymać. – Ciemność to
najpotężniejsza istota, jaką poznałam. Dlaczego miałby wysyłać kogoś innego,
żeby rozwiązać swoje sprawy?
– Pewnie z tego
samego powodu, dla którego potrzebuje całej armii demonów – stwierdził Lawrence.
Drgnęła, przez moment czując tak, jakby ją uderzył. – Co jeszcze? Co, jeśli ten
cały Łowca się obudził? – nalegał, spoglądając na nią wyczekująco.
Tym razem nikt
nie próbował go upominać. Beatrycze czuła, że całą trójka ją obserwowała,
wszyscy równie milczący i poruszeni. W tamtej chwili żadne z nich
nie zastanawiało się nad tym, czy chciała dalej mówić.
Nie żeby
miała wybór. Zresztą dlaczego miałaby ukrywać przed nimi coś, co było oczywiste?
– Łowca
nigdy nie zawodzi – stwierdziła ze spokojem, którego w najmniejszym
stopniu nie czuła. Nie rozpoznawała własnego głosu – tak cichego, obojętnego i w pełni
opanowanego. Choć w głębi duszy krzyczała, jej ton nawet po części nie
zdradzał, jak bardzo czuła się przerażona. – Jeśli otrzymał rozkazy, wypełni
je. A skoro się obudził… to najpewniej znaczy, że wydarzyło się coś
istotnego – dodała, próbując przypomnieć sobie wszystkie szczegóły historii,
które słyszała. – To ma sens. Wiem, dlaczego tutaj jest.
W tamtej
chwili już nawet nie próbowała udawać, że nie wierzyła w słowa Ariadny. W ułamku
sekundy wszystko wskoczyło na swoje miejsce, dając jej pełen obraz tego, co
podejrzewała od samego początku. Zrozumiała, przez moment wręcz nie dowierzając,
że przez tyle czasu udawało jej się ignorować prawdę.
Przecież tak
naprawdę wiedziała od samego początku. Od chwili, w której zrozumiała, że już
raz umarła…
– Równowaga
została zakłócona. I to dwa razy. – Wzruszyła ramionami, zupełnie jakby
właśnie ignorowała ich o czymś tak błahym jak to, że latem zdarzały się
upały. – Skoro tak, Łowca ją wyrówna. To, co powinno być martwe, wróci na swoje
miejsce.
Aż podskoczyła,
słysząc huk. Odwróciła się, dopiero po chwili uprzytomniając sobie, że to
Lawrence w zdecydowanie niedelikatny sposób uderzył pięścią w ścianę.
Beznamiętnie przypatrywała się unoszącemu wciąż w powietrzu pyłowi i wgłębieniu,
które pojawiło się na dotychczas idealnie gładkiej powierzchni. Będziemy musieli to naprawić. Chyba remont
trochę się przeciągnie, pomyślała, choć to brzmiało co najmniej
niedorzecznie. To nie komplikacjami przy urządzaniu domu powinna się w tym
wszystkim najbardziej przejmować.
Prawda była
taka, że nagle zwątpiła w to, czy miała dość czasu, by nacieszyć się tym
miejscem i życiem, które cudem odzyskała. Czy przebudzenie Łowcy nie
oznaczało, że skończył się jej czas? O ile kiedykolwiek go miała. Choć
Ciemność obiecywała jej jedno, nic nie wskazywało na to, by zamierzała się ze
swoich słów wywiązać. Nie żeby kiedykolwiek w pełni wierzyła w to, że
coś podobnego będzie miało miejsce. Wykorzystał ją, by odszukać Ophelię, z kolei
teraz, gdy już miał pewność, że ta wciąż gdzieś była, nie potrzebował jej
pomocy.
Spuściła
wzrok, z uporem unikając spoglądania na Lawrence’a. Słyszała jego
przyśpieszony oddech – aż nazbyt wyraźny, urwany i obecny, choć tak naprawdę
nie potrzebował powietrza do normalnego funkcjonowania. Sama trwała w ciszy
i całkowitym bezruchu. Po prostu stała, choć równie dobrze w ogóle
mogłaby nie istnieć. Co więcej, wciąż czuła się pusta, przynajmniej na pierwszy
rzut oka zachowując tak, jakby nic z tego, co powiedziała, nie miało
znaczenia.
Przez krótką
chwilę zapragnęła go przeprosić. Wziąć w ramiona, pocałować, a potem
błagać o wybaczenia za… Cóż, w zasadzie za wszystko – nie tylko za
to, że nie porozmawiali szczerze już w chwili, w której Ariadna powiedziała
o Łowcy. Tak naprawdę chciała go przeprosić przede wszystkim za płonną
nadzieję, którą oboje sobie robili przez tyle czasu.
I za to, że
go zostawiła – wcześniej i teraz, bo przez moment naprawdę poczuła się tak,
jakby w każdej chwili mogła zniknąć.
Jasne włosy
opadły jej na twarz, skutecznie ograniczając pole widzenia. I tak nie była
w stanie skupić się na żadnej z obecnych w pokoju osób, w zamian
po prostu milcząc i beznamiętnie spoglądając w bliżej nieokreślony punkt
przestrzeni.
– L… –
rzuciła łagodnie, niemalże przepraszająco, ale nic nie wskazywało na to, żeby
zamierzał ją wysłuchać.
– Co za…
skurwiel – usłyszała i to wystarczyło, by skuliła się, porażona brzmieniem
tych słów. – Co za…
Nie dodał
niczego więcej. Bardziej wyczuła niż zauważyła ruch, kiedy bez słowa przemknął
przez pokój. W pierwszym odruchu zapragnęła go powstrzymać, ale nie
zrobiła tego, aż nazbyt świadoma, że i tak by jej nie posłuchać. Kiedy wybuchał,
nie pozostawało jej nic innego jak tylko czekać, by emocje opadły – o ile w tym
wypadku coś podobnego w ogóle wchodziło w grę.
Usłyszała
trzaśnięcie drzwi wejściowych. Przez moment tkwiła w bezruchu i całkowitej
ciszy, mimowolnie zastanawiając nad tym, czy przypadkiem nie uderzył nimi na tyle
mocno, by wypadły z zawiasów.
– Trzeba za
nim pójść – stwierdził spiętym tonem Carlisle. – Nie chcę, żeby zrobił coś
głupiego. Ja…
– Zostań –
zaoponowała natychmiast Esme. – Ja pójdę, w porządku? Może przynajmniej
przede mną nie będzie uciekał.
– Ale…
Mogła tylko
zgadywać, co ostatecznie zadecydowało o tym, że Esme postawiła na swoim.
Chociaż wciąż unikała spoglądania na pozostałą w salonie dwójkę, była
gotowa przysiąc, że pocałowali się czule, zanim wampirzyca w pośpiechu opuściła
dom. Znów usłyszała dźwięk zamykanych drzwi, choć tym razem w o wiele
delikatniejszy sposób. To też uświadomiło jej, że wciąż musiały być na swoim
miejscu, ale wcale nie poczuła się z tą świadomością lepiej.
Czuła na sobie
przenikliwe spojrzenie Carlisle’a. Oboje milczeli, ale to działo się jakby poza
nią. Myślami wciąż była gdzieś daleko, zdolna co najwyżej tkwić w miejscu i zastanawiać
nad tym, w którym momencie wszystko się skomplikowało. To, że chwilę
wcześniej ona i L. tak po prostu się całowali, ciesząc sobą i…
– Wszystko w porządku?
Poruszając
się trochę jak w transie, powoli uniosła głowę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz