7 października 2018

Sto dwadzieścia osiem

Beatrycze
Czuła się trochę jak we śnie. Chociaż od czasu przemiany minęło wystarczająco wiele dni, by oswoiła się z brakiem konieczności odpoczynku, wciąż pamiętała, w jaki sposób się wtedy czuła. Odcięcie od rzeczywistości przychodziło samo, zwłaszcza wtedy, gdy nadmiar emocji zaczynał dawać jej się we znaki. Wtedy trwała gdzieś na pograniczu, obecna ciałem, ale nie duchem.
Tak czuła się właśnie w tamtej chwili. Wszystko wydawało się odległe i równie nierzeczywiste, nawet pomimo tego, ze doskonale wiedziała, iż było prawdziwe. Balansowała gdzieś na granicy, sama niepewna, dokąd miało ją to zaprowadzić. Co więcej, choć początkowo nie chciała wracać do tematu Ariadny i wypowiedzianych przez matkę słów, gdy usłyszała o Renesmee i czymś, co „obudziło się” zamiast niej, uświadomiła sobie, że tak naprawdę nie miała wyboru.
Czy to było możliwe? Wcześniej odpychała od siebie taką możliwość, próbując wmawiać sobie, że matka próbowała wzbudzić w niej poczucie winy, ale teraz nie była taka pewna, czy chodziło wyłącznie o to. Zbyt wiele kwestii nie dawało jej spokoju, sugerując coś zupełnie innego. Jeśli się nie pomyliła…
– Ariadna? – usłyszała spięty głos Carlisle’a. – Słyszałem już to imię. Ale chyba nie masz na myśli… – zaczął, jednak Lawrence nie pozwolił mu dokończyć.
– Jej matka – oznajmił wypranym z jakichkolwiek emocji głosem. – Wredna sucz.
Natychmiast zwróciła się w jego stronę. Gwałtownie zaczerpnęła powietrza do płuc, pod wpływem emocji prostując niczym struna.
– L!
Zacisnęła dłonie w pieści, bezskutecznie próbując ukryć ich drżenie. Spojrzała na wampira, by przekonać się, że w tamtej chwili ani się nie uśmiechał, ani tym bardziej nie sprawiał wrażenie kogoś, kto próbował sobie żartować. Kiedy ich spojrzenia się spotkały, przekonała się, że był przede wszystkim zdenerwowany. Jakby tego było mało, nie mogła pozbyć się wrażenia, że zaczynając temat Ariadny, tym samym skłoniła go do wyrzucenia z siebie słów, które dusił w sobie już od dłuższego czasu.
Spojrzenie, które jej rzucił, jedynie utwierdziło Beatrycze w tym przekonaniu. Mimowolnie się wzdrygnęła, gdy Lawrence w pośpiechu ruszył w jej stronę.
– Co? Mówię jak jest, więc nawet nie próbuj jej bronić – rzucił spiętym tonem, nie odrywając od niej wzroku. Jego oczy wciąż były ciemniejsze niż do tej pory, ale tym razem w grę zdecydowanie nie wchodziło pożądanie. – Kolejny raz była równie miła, a na koniec prawie doprowadziła cię do płaczu. Nie przekonasz mnie, żebym zaczął traktować ją lepiej.
Otworzyła i zaraz zamknęła usta. Chciała zaprotestować, ale nie była w stanie, podświadomie czując, że to i tak nie miało sensu. Najgorsze w tym wszystkim okazało się poczucie, że Lawrence miał rację. Już dawno doszła do takiego wniosku, aż nazbyt świadoma, że w końcu powinna zaakceptować taki stan rzeczy i przestać przejmować tym, co mówiła Ariadna, a jednak…
Uciekła wzrokiem gdzieś w bok, nie chcąc by zauważył, że znów była bliska płaczu. Tak przynajmniej się czuła, choć wiedziała, że nawet gdyby chciała, nie mogłaby uronić choćby łzy. To i tak nie miało znaczenia, ale nie chciała jeszcze bardziej wytrącił Lawrence’a z równowagi. Wystarczyło, że już i tak zachowywał się, jakby miał ochotę zabić pierwszą osobę, która wpadnie mu w ręce.
– Nie rozumiem. Kiedy niby widzieliście Ariadnę?
Głos Carlisle’a doszedł do niej jakby z oddali. Przynajmniej miała wrażenie, że to właśnie on zadał to pytanie, choć i tego nie była całkowicie pewna. W tamtej chwili mógł się do niej zwracać ktokolwiek – łącznie z Esme, choć pewnie i tak nie zauważyłaby różnicy. Rozumiała wyłącznie wypowiedziane słowa, niezdolna skupić się na tonie czy choćby sensie, który ze sobą niosły.
Przez krótką chwilę zapragnęła odwrócić się na pięcie i najzwyczajniej w świecie wyjść. Albo przynajmniej zakryć uszy dłońmi, zamknąć oczy i udawać, że nie istniała. Takie rozwiązanie prowadziło donikąd, ale nie dbała o to, choć na moment pragnąc odciąć się od wszystkiego i wszystkich, by móc przemyśleć wszystko, co się działo. Chociaż wampirzycy umysł wydawał się o wiele bardziej pojemny od ludzkiego, na dodatek umożliwiając przeanalizowanie kilku kwestii jednocześnie, wcale nie uznała tego za ułatwienie. Czuła się tak, jakby patrzyła na kilka niepasujących do siebie elementów układanki, gorączkowo szukając sposobu, by jednak je połączyć.
– O tym możemy pogadać później – stwierdził Lawrence, pośpiesznie ucinając temat. – Liczy się, że od ostatniego razu Beatrycze zachowuje się dziwnie. Więc tak… Tak, teraz oficjalnie pytam się, kim, do cholery, jest Łowca?
Przez moment poczuła się niemalże otoczona. Zesztywniała, niespokojnie wodząc wzrokiem na prawo i lewo. Cofnęła się o krok, chociaż nawet gdyby chciała, nie byłaby w stanie uciec. Nie żeby ktokolwiek zamierzał jej pozwolić, a już zwłaszcza L. Wydawał się zdeterminowany, co zresztą wcale nie wydało się Beatrycze dziwne. Mogła spodziewać się tych pytań, w tamtej chwili zresztą czuła, że nie miała większego wyboru. Nie chodziło o to, co chciała powiedzieć bądź nie. Liczyło się przede wszystkim to, czego wymagała sytuacja.
Mimo wszystko nie odpowiedziała od razu. Proszę…, pomyślała, jednak nawet tej myśli nie była w stanie dokończyć. Skrzywiła się, czując narastająca z każdą kolejną sekundą panikę. Coraz bardziej dawała jej się we znaki, zniekształcając wszystko to, co działo się wokół niej. Czuła, że wszystko było nie tak, choć samo to stwierdzenie nawet w połowie nie dodawało tego, co naprawdę myślała. Nie żeby w ogóle wiedziała, co takiego powinna sądzić albo zrobić.
To nie tak. To nie powinno być tak…
Ophelio, obiecałaś!
Odpowiedziała jej cisza. Wymowna, przejmująca o wiele gorsza niż to, że Lawrence mógłby na nią naciskać. Właściwie sama nie miała pewności, czego się spodziewała, zwłaszcza gdy mimowolnie zaczęła zwracać się na Ophelii, ale wyraźnie traciła czas. To nie był ten moment, o ile w ogóle powinna wierzyć temu, co zobaczyła przed przemianą.
– Łowca… – powiedziała tak cicho, że ledwo mogła samą siebie zrozumieć. Mimo wszystko nie miała wątpliwości, że wszyscy doskonale ją słyszeli. Czuła, że ją obserwowali, na dodatek równie intensywnie, co i gdy opowiadała o pokrewieństwie z Isobel. – Łowca to ktoś – zaczęła raz jeszcze, ostrożnie dobierając słowa – w kogo nie chcę wierzyć. Myślałam, że Ariadna powiedziała to tylko po to, żeby mnie zdenerwować. Ja…
– A nie jest tak? – zapytał z powątpiewaniem L.
Poczuła się dziwnie, kiedy ich spojrzenia się spotkały. Wiedziała, że był podenerwowany, zupełnie jakby te emocje należały również do niej. W tamtej chwili rozumiała go bez słów i to wystarczyło, żeby poczuła się winna.
Możliwe, że powinna zacząć temat już wcześniej. To byłoby właściwe, niezależnie od tego, co sądziła, a jednak…
– Nie musisz się spieszyć – zapewnił pośpiesznie Carlisle. Beatrycze zamrugała, skutecznie wyrwana z zamyślenia. W końcu też zdołała odezwać wzrok od Lawrence’a, w zamian w roztargnieniu przenosząc spojrzenie na drugiego z mężczyzn. – Ale to coś ważnego, prawda? Nie zachowywałabyś się w ten sposób, gdyby tak nie było.
– To prawda – przyznała lakonicznie.
Znów zamilkła, niezdolna wykrztusić z siebie choćby słowa więcej. Gorączkowo próbowała zebrać myśli, ale to okazało się równie trudne, co i ignorowanie bijącej od Lawrence’a irytacji. Chociaż czuła, że jego gniew w gruncie rzeczy nie był wymierzony w nią, nie potrafiła ot tak tego zignorować.
– Co się zmieniło? – zapytała nieśmiało Esme. Po tonie Beatrycze od razu zorientowała się, że kobieta sama nie była pewna, czy powinna poruszać temat. – Jeśli to ma związek z Nessie…
– Nie wiem – przyznała zgodnie z prawdą, wchodząc synowej w słowo. – Może. Jestem… zdezorientowana.
– Ale nie chodzi o tych samych łowców, którzy…
Esme urwała równie nagle, co zaczęła mówić. Beatrycze westchnęła przeciągle, z trudem powstrzymując sfrustrowany jęk. Gdyby rozumieli… Gdyby to było takie proste, a oni nie musieli zadawać dodatkowych pytań…
Potrząsnęła głową. Frustracja nie ustąpiła, ale zdusiła ją sobie, aż nazbyt świadoma, że żadne z nich nie zasłużyło na to, by poniosły ją emocje. To tylko ja… Ja i ten etap, pomyślała, za wszelką cenę próbując przekonać samą siebie, że wyjaśnienie było aż takie proste. Wszystko kiedyś się kończy, prawda?
Chociaż pragnęła w ten sposób podnieść się na duchu, wcale nie poczuła się lepiej.
– Nie… Nie, w żadnym wypadku – zapewniła, próbując skupić się na brzmieniu własnego głosu. Z ulgą przyjęła fakt, że zabrzmiała o wiele spokojniej, aniżeli w rzeczywistości się czuła. – Łowca, nie łowcy. Nie mam na myśli ludzi.
Wymowna cisza, która zapadła po tych słowach, jasno dała jej do zrozumienia, że nikogo tymi słowami nie uspokoiła. Miała wręcz wrażenie, że w jednej chwili jeszcze bardziej pogorszyła sytuację, skutecznie podsycając odczuwane przez wszystkich napięcie. Znów na nią patrzyli, być może nawet bardziej niespokojnie niż do tej pory. Nie sądziła, że to w ogóle możliwe, ale na każdym kroku przekonywała się, że tak naprawdę nic z tego, co znała i w co pragnęła wierzyć, nie miało racji bytu.
Uciekła wzrokiem gdzieś w bok. Założyła ramiona na piersiach, nagle niepewna, co zrobić z rękami. Szukała sobie zajęcia, ale to wydawało się tylko wszystko pogarszać, sprawiając, że z każdą kolejną sekundą zwłoki czuła się jeszcze bardziej niespokojna.
– Kiedy powiedziałeś, że coś obudziło się zamiast Renesmee – zwróciła się do Carlisle’a, nawet przy tym na niego nie patrząc – od raz pomyślałam o słowach Ariadny. Dopiero co wspomniała o Łowcy, a teraz… – Urwała, po czym energicznie potrząsnęła głową. – Coraz mniej pamiętam z tego, co działo się miedzy tu a teraz. Mam wrażenie, że to jego robota… Że Ciemność postarała się, żebym zatraciła te wspomnienia, skoro już nie jestem częścią tego świata – przyznała, ostrożnie dobierając słowa. – Ale to nie ma znaczenia. Zresztą jestem w stanie przypomnieć sobie dość, żeby zacząć się bać.
– To dalej niczego nie tłumaczy, radości – mruknął ze swojego miejsca Lawrence.
Powiedz mi coś, czego nie wiem.
– To była opowiastka, którą słyszałam wielokrotnie, odkąd… Cóż, znalazłam się w tamtym miejscu – przyznała, w ostatniej chwili powstrzymując się od powiedzenia „umarłam”. – Mam wrażenie, że to cześć ludzkiej natury, by szukać czegoś więcej w tym, co nas otacza. Należałyśmy do samej Ciemności, a jednak nawet wtedy opowiadałyśmy sobie historie, które można by przyrównać do bajek czy legend. Tak przynajmniej mi się wydawało, ale teraz… – Urwała, by złapać oddech. Potrzebowała dłuższej chwili, by zapanować nad mętlikiem w głowie na tyle, by znów się odezwać. – Możliwe, że opowieść o Łowcy jest prawdziwa. Po prostu od wieków nie miał powodu, żeby go wysyłać – przyznała w zamyśleniu.
– Dalej nie wytłumaczyłaś, co właściwie… – zaczął Lawrence, ale tym razem nie miał okazji, żeby dokończyć.
– Daj je w końcu chwilę spokoju – obruszył się Carlisle.
Beatrycze uniosła brwi. To zabrzmiało niemalże jak warknięcie, co w jego przypadku zdecydowanie nie było czymś normalnym. Co więcej w ten sposób zaskoczył nie tylko ją, ale przede wszystkim Lawrence’a, bo ten momentalnie zamilkł. Mimo wszystko przyjęła ciszę z ulgą, choć nadal czuła narastające z każdą kolejną sekundą napięcie.
– Dziękuję – szepnęła, nieznacznie kiwając głową. – Do tej pory nie miałam pojęcia o Ophelii. Żadna z nas nie wiedziała, a przynajmniej nie przypominam sobie, by którakolwiek z moich krewnych wspomniała o przyczynach klątwy. Jasne, któraś z nas musiała to zapoczątkować, ale i tak… Chociaż, naturalnie, czasami zastanawiałyśmy się, dlaczego tam jesteśmy – przyznała w zamyśleniu. Mówienie o przeszłości okazało się o wiele prostsze, niż mogłaby przypuszczać. – Opowieść o Łowcy to… coś innego. Mało kiedy wracałyśmy do powodów śmierci. W zasadzie… Cóż, większość z nas wcale nie chciała tego wspominać. Dawne życie było poniekąd tematem tabu, więc oczywiście również pod tym względem musiałam się wyróżniać. – Zaśmiała się w nieco nerwowy sposób. – Za to jestem pewna, że każda z nas wyraźnie czuła przy sobie obecność Ciemności w chwili śmierci. Pamiętam, jak moje siostry budziły się z krzykiem. Ja chyba też, ale te sny… Nie pamiętam ich. – Przyłożyła drżąc do ust. – nie pamiętam swoich snów.
Uświadomiła sobie, że mówi od rzeczy, ale nie była w stanie niczego na to poradzić. Znów zaczęła drżeć, dziwnie rozbita i bezbronna. Miała wrażenie, że jej myśli prześlizgiwały się tuż obok właściwego tematu, nie dając jej szansy na to, by się skoncentrowała. To było tak, jakby patrzyła na gotowe rozwiązanie, ale przez zamgloną szybę, przez co nie potrafiła określić szczegółów. Były gdzieś tam, a jednak nie mogła ich sięgnąć – i to niezależnie od tego, jak bardzo tego chciała.
– Beatrycze?
Potrząsnęła głową, tym razem o wiele energiczniej niż wcześniej. Nie pomogło, ale to już nie miało znaczenia. W ostatnim czasie wszystkiemu wydawało się brakować celu, a może to ona również tego nie potrafiła dostrzec.
– Żadna dusza mu nie umknęła. Miał nas wszystkie, a przynajmniej tak myślałam, póki nie poznałam Ophelii – oznajmiła wypranym z jakichkolwiek emocji głosem. Czuła się jak automat, ale to pomagało. W jednej chwili odrzuciła emocje na bok, skupiając wyłącznie na wypowiadanych kolejno słowach. – Nikt nie wie, kim jest Łowca. To dusza bez kształtów, bez przeszłości i tożsamości… Byt służący samej Ciemności. Podobno gdy wyrusza na polowanie, rozpoczyna się koszmar. To powód, dla którego nikt nie chciałby przebudzenia Łowcy.
– Przebudzenia… – usłyszała drżący głos Esme.
Sama również się wzdrygnęła, słysząc to słowo wypowiedziane na głos, na dodatek w ustach kogoś innego. To było niczym potwierdzenie, którego tak bardzo nie chciała. W chwili, w której zgodziła się poruszyć ten temat, przed samą sobą przyznała, że słowa Ariadny były jednak czymś więcej, aniżeli groźbą. Choć była gotowa zrobić wszystko, by jakkolwiek to szaleństwo zanegować, teraz już nie miała na to szansy.
– Tyle że to bez sensu, prawda? – zaryzykowała, nie mogąc się powstrzymać. – Ciemność to najpotężniejsza istota, jaką poznałam. Dlaczego miałby wysyłać kogoś innego, żeby rozwiązać swoje sprawy?
– Pewnie z tego samego powodu, dla którego potrzebuje całej armii demonów – stwierdził Lawrence. Drgnęła, przez moment czując tak, jakby ją uderzył. – Co jeszcze? Co, jeśli ten cały Łowca się obudził? – nalegał, spoglądając na nią wyczekująco.
Tym razem nikt nie próbował go upominać. Beatrycze czuła, że całą trójka ją obserwowała, wszyscy równie milczący i poruszeni. W tamtej chwili żadne z nich nie zastanawiało się nad tym, czy chciała dalej mówić.
Nie żeby miała wybór. Zresztą dlaczego miałaby ukrywać przed nimi coś, co było oczywiste?
– Łowca nigdy nie zawodzi – stwierdziła ze spokojem, którego w najmniejszym stopniu nie czuła. Nie rozpoznawała własnego głosu – tak cichego, obojętnego i w pełni opanowanego. Choć w głębi duszy krzyczała, jej ton nawet po części nie zdradzał, jak bardzo czuła się przerażona. – Jeśli otrzymał rozkazy, wypełni je. A skoro się obudził… to najpewniej znaczy, że wydarzyło się coś istotnego – dodała, próbując przypomnieć sobie wszystkie szczegóły historii, które słyszała. – To ma sens. Wiem, dlaczego tutaj jest.
W tamtej chwili już nawet nie próbowała udawać, że nie wierzyła w słowa Ariadny. W ułamku sekundy wszystko wskoczyło na swoje miejsce, dając jej pełen obraz tego, co podejrzewała od samego początku. Zrozumiała, przez moment wręcz nie dowierzając, że przez tyle czasu udawało jej się ignorować prawdę.
Przecież tak naprawdę wiedziała od samego początku. Od chwili, w której zrozumiała, że już raz umarła…
– Równowaga została zakłócona. I to dwa razy. – Wzruszyła ramionami, zupełnie jakby właśnie ignorowała ich o czymś tak błahym jak to, że latem zdarzały się upały. – Skoro tak, Łowca ją wyrówna. To, co powinno być martwe, wróci na swoje miejsce.
Aż podskoczyła, słysząc huk. Odwróciła się, dopiero po chwili uprzytomniając sobie, że to Lawrence w zdecydowanie niedelikatny sposób uderzył pięścią w ścianę. Beznamiętnie przypatrywała się unoszącemu wciąż w powietrzu pyłowi i wgłębieniu, które pojawiło się na dotychczas idealnie gładkiej powierzchni. Będziemy musieli to naprawić. Chyba remont trochę się przeciągnie, pomyślała, choć to brzmiało co najmniej niedorzecznie. To nie komplikacjami przy urządzaniu domu powinna się w tym wszystkim najbardziej przejmować.
Prawda była taka, że nagle zwątpiła w to, czy miała dość czasu, by nacieszyć się tym miejscem i życiem, które cudem odzyskała. Czy przebudzenie Łowcy nie oznaczało, że skończył się jej czas? O ile kiedykolwiek go miała. Choć Ciemność obiecywała jej jedno, nic nie wskazywało na to, by zamierzała się ze swoich słów wywiązać. Nie żeby kiedykolwiek w pełni wierzyła w to, że coś podobnego będzie miało miejsce. Wykorzystał ją, by odszukać Ophelię, z kolei teraz, gdy już miał pewność, że ta wciąż gdzieś była, nie potrzebował jej pomocy.
Spuściła wzrok, z uporem unikając spoglądania na Lawrence’a. Słyszała jego przyśpieszony oddech – aż nazbyt wyraźny, urwany i obecny, choć tak naprawdę nie potrzebował powietrza do normalnego funkcjonowania. Sama trwała w ciszy i całkowitym bezruchu. Po prostu stała, choć równie dobrze w ogóle mogłaby nie istnieć. Co więcej, wciąż czuła się pusta, przynajmniej na pierwszy rzut oka zachowując tak, jakby nic z tego, co powiedziała, nie miało znaczenia.
Przez krótką chwilę zapragnęła go przeprosić. Wziąć w ramiona, pocałować, a potem błagać o wybaczenia za… Cóż, w zasadzie za wszystko – nie tylko za to, że nie porozmawiali szczerze już w chwili, w której Ariadna powiedziała o Łowcy. Tak naprawdę chciała go przeprosić przede wszystkim za płonną nadzieję, którą oboje sobie robili przez tyle czasu.
I za to, że go zostawiła – wcześniej i teraz, bo przez moment naprawdę poczuła się tak, jakby w każdej chwili mogła zniknąć.
Jasne włosy opadły jej na twarz, skutecznie ograniczając pole widzenia. I tak nie była w stanie skupić się na żadnej z obecnych w pokoju osób, w zamian po prostu milcząc i beznamiętnie spoglądając w bliżej nieokreślony punkt przestrzeni.
– L… – rzuciła łagodnie, niemalże przepraszająco, ale nic nie wskazywało na to, żeby zamierzał ją wysłuchać.
– Co za… skurwiel – usłyszała i to wystarczyło, by skuliła się, porażona brzmieniem tych słów. – Co za…
Nie dodał niczego więcej. Bardziej wyczuła niż zauważyła ruch, kiedy bez słowa przemknął przez pokój. W pierwszym odruchu zapragnęła go powstrzymać, ale nie zrobiła tego, aż nazbyt świadoma, że i tak by jej nie posłuchać. Kiedy wybuchał, nie pozostawało jej nic innego jak tylko czekać, by emocje opadły – o ile w tym wypadku coś podobnego w ogóle wchodziło w grę.
Usłyszała trzaśnięcie drzwi wejściowych. Przez moment tkwiła w bezruchu i całkowitej ciszy, mimowolnie zastanawiając nad tym, czy przypadkiem nie uderzył nimi na tyle mocno, by wypadły z zawiasów.
– Trzeba za nim pójść – stwierdził spiętym tonem Carlisle. – Nie chcę, żeby zrobił coś głupiego. Ja…
– Zostań – zaoponowała natychmiast Esme. – Ja pójdę, w porządku? Może przynajmniej przede mną nie będzie uciekał.
– Ale…
Mogła tylko zgadywać, co ostatecznie zadecydowało o tym, że Esme postawiła na swoim. Chociaż wciąż unikała spoglądania na pozostałą w salonie dwójkę, była gotowa przysiąc, że pocałowali się czule, zanim wampirzyca w pośpiechu opuściła dom. Znów usłyszała dźwięk zamykanych drzwi, choć tym razem w o wiele delikatniejszy sposób. To też uświadomiło jej, że wciąż musiały być na swoim miejscu, ale wcale nie poczuła się z tą świadomością lepiej.
Czuła na sobie przenikliwe spojrzenie Carlisle’a. Oboje milczeli, ale to działo się jakby poza nią. Myślami wciąż była gdzieś daleko, zdolna co najwyżej tkwić w miejscu i zastanawiać nad tym, w którym momencie wszystko się skomplikowało. To, że chwilę wcześniej ona i L. tak po prostu się całowali, ciesząc sobą i…
– Wszystko w porządku?
Poruszając się trochę jak w transie, powoli uniosła głowę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa