6 października 2018

Sto dwadzieścia siedem

Beatrycze
W roztargnieniu spoglądała to na Carlisle'a, to znów na Esme. Powiedzieć, że była po prostu zawstydzona, stanowiłoby niedopowiedzenie stulecia. Nerwowo przeczesała palcami włosy, chociaż nie sądziła, by doprowadzenie ich do choćby względnego porządku cokolwiek zmieniła. W gruncie rzeczy chciała czymś ręce, ale nawet wtedy była w stanie wyczuć wpatrzone w nią spojrzenia stojącej tuż na wyciągnięcie ręki dwójki.
Uciekła wzrokiem gdzieś w bok, próbując zachowywać się jak najbardziej naturalnie, ale to również okazało się niemożliwe. W tamtej chwili błogosławiła fakt, że nie mogła się zarumienić, choć i wtedy nie poczuła się lepiej. Nie miała pojęcia, jakim cudem nie wyczuła wcześniej, że ktokolwiek się pojawił, ale po chwili wahania doszła do wniosku, że to wcale nie było aż takie dziwne. Rozproszenie jej uwagi było aż nazbyt łatwe, zwłaszcza w ostatnim czasie, o sposobie w jaki działał na nią Lawrence nie wspominając.
– Powinniśmy zadzwonić – przyznała Esme, jako pierwsza przerywając przeciągającą się ciszę. Beatrycze nie była w stanie stwierdzić, co w tamtej chwili musiała sobie myśleć. – Nie przeszkadzamy wam?
– A jak myślisz? – mruknął wampir, co prawda bardziej do siebie niż kogokolwiek innego, ale dzięki wyostrzonym zmysłom wszyscy i tak byli w stanie go usłyszeć.
– Lawrence – wycedziła przez zaciśnięte zęby.
Nawet się nie skrzywił. W gruncie rzeczy on jeden zachowywał się tak, jakby nic szczególnego nie miało miejsca. Możliwe, że tak było, ale i tak nie czuła się dobrze, zwłaszcza czując na sobie wzrok dopiero co przybyłej dwójki. Na moment udało jej się podchwycić spojrzenie Carlisle'a, ale prawie natychmiast oboje spojrzeli w inną stronę.
– Uprzejmie zapytała, więc odpowiadam – obruszył się Lawrence, wywracając oczami. – Zresztą nie robiliśmy nic wartego uwagi – dodał, wysilając się na uśmiech. – Planowaliśmy, w jaki sposób urządzimy dom.
– L…
– Beatrycze sprawdzała, czy to dobre miejsce na kanapę – ciągnął, najwyraźniej świetnie się bawiąc, czego nie dało się powiedzieć o niej.
– L! – jęknęła, podrywając się na równe nogi.
Rzuciła mu poirytowane spojrzenie. Gdyby była człowiekiem, serce jak nic trzepotałoby jej się w piersi – zbyt gwałtownie i szybko, choć tym razem nie miałoby to żadnego związku z nadmiarem emocji. W tamtej chwili sama nie była pewna czy się śmiać, czy może od razu na niego skoczyć i go zabić. Jako nowo narodzona byłaby w pełni usprawiedliwiona, niezależnie od opcji, na którą w końcu by się zdecydowała.
Przez dłuższą chwilę panowała cisza. Beatrycze zacisnęła dłonie w pięści, wciąż podenerwowana. Wpatrywała się w Lawrence'a, uważnie śledząc każdy jego ruch, kiedy w końcu podniósł się, wciąż zachowując tak, jakby wszystko było w porządku.
Z drugiej strony, być może właśnie tak powinno to wyglądać. Była w swoim domu, na dodatek z kimś, kto wiele dla niej znaczył. Nie widziała powodu, dla którego którekolwiek z nich miałoby udawać, że nie mieli się ku sobie, ale z drugiej strony…
– Wybaczcie. – Głos Carlisle'a doszedł do niej jakby z oddali. On sam wydał jej się przede wszystkim oszołomiony. – Esme ma rację, ale żadne z nas nie pomyślało o telefonie. No i drzwi były otwarte, więc…
Być może mówił coś jeszcze, ale w tamtej chwili nie zwróciła na to uwagi. W zamian momentalnie zareagowała na pobrzmiewającą w głosie wampira pełną napięcia nutę. To było niczym impuls, którego nie potrafiła  zignorować, wręcz gotowa przysiąc, że wydarzyło się coś niedobrego. Natychmiast wyprostowała się niczym struna, po czym w końcu spojrzała na przybyłą dwójkę, już nie tylko nie mając ochoty na żarty, ale przede wszystkim nie czując wstydu. Jeśli się nie pomyliła, jakakolwiek krępująca sytuacja tak naprawdę nie miało znaczenia.
– Co się stało? – zapytała natychmiast.
Coś w spojrzeniu Carlisle'a momentalnie złagodniało, kiedy przeniósł na nią wzrok. Wciąż nie mogła się pozbyć wrażenia, że instynktownie spoglądał na nią tak, jakby była Eleną. To na swój sposób wydało jej się ironiczne, chociaż zarazem była w stanie to zrozumieć. Ich relacja już i tak była wystarczająco pomieszana, by próbowała oczekiwać czegoś więcej – a już zwłaszcza tego, że nagle miałaby odnaleźć się w roli matki. O tym, że po wiekach, które stracili, mieliby tak po prostu przejść z tym stanem rzeczy do porządku dziennego, tym bardziej nie śmiała marzyć.
Ale przejmowała się. Zwłaszcza teraz wiedziała, skąd brały się wszelakie obawy i potrzeba chronienia tych, którzy byli dla niej ważni. Nie chodziło tylko o syna, ale również jego rodzinę, którą jeszcze jako duch zaczęła uznawać za swoją. Teraz, gdy wróciła, tym bardziej chciała się jakoś odnaleźć w całym tym szaleństwie, niezależnie od tego, jak trudne by to nie było.
– Nic, czym powinnaś się przejmować – zapewnił natychmiast Carlisle. Z trudem powstrzymała grymas, co najmniej rozczarowana jego odpowiedzią. – Ja…
– Nie rób mi tego – jęknęła, potrząsając z niedowierzaniem głową. Zanim zdążyła się zastanowić, w pośpiechu pokonała dzielącą ich odległość, w następnej chwili – gestem tak naturalnym, jakby robiła to od zawsze – chwytając go za rękę. – Jestem tutaj. I dobrze wiem, że coś się dzieje. Przestańcie traktować mnie tak, jakbym wciąż nie była w stanie tego zrozumieć!
Nie chciała, żeby to zabrzmiało to aż tak ostro i błaganie, ale nie była w stanie się powstrzymać. Emocje po raz kolejny zaczęły wymykać się jej spod kontroli, skutecznie wypierając te, które chwilę wcześniej odczuwała wraz z każdym pocałunkiem Lawrence'a. W jednej chwili poczuła się tak, jakby zmieniło się dosłownie wszystko. Nie miała jeszcze pewności, co to oznaczało, ale…
– Skoro już tutaj jesteście, to przynajmniej przejdźcie do rzeczy – wtrącił Lawrence. Skrzyżował ramiona na piersi, uważnie ich obserwując.
Beatrycze z trudem powstrzymała sfrustrowany jęk. To zdecydowanie nie była atmosfera, w której chciała się spotykać. Wyraźnie poruszony czymś Carlisle i cyniczne podejście L. w najmniejszym stopniu nie wróżyły dobrze. W efekcie momentalnie znów zapragnęła warknąć na tego drugiego, a potem zacząć prosić obu, by w końcu się porozumieli. Nie miała pewności, czego tak naprawdę oczekiwała, ale czuła, że musiała się wysilić, by mieć szansę to osiągnąć. Skoro wróciła, tym bardziej mogła coś zdziałać.
Gdyby do tego wszystkiego wiedziała, w jaki sposób, wszystko stałoby się prostsze.
– Trochę się pozmieniało. W zasadzie przez noc wydarzyło się aż za dużo i… – Carlisle urwał, próbując zebrać myśli.
– Uznaliśmy, że powinniśmy się dowiedzieć. Dlatego od razu przyjechaliśmy tutaj – wyjaśniła pośpiesznie Esme.
Beatrycze ze świstem wypuściła powietrze. Coś w tych słowach sprawiło, że poczuła się lepiej – tylko nieznacznie, zresztą nadal nie było jej do śmiechu, ale na dobry początek musiało wystarczyć. To, że tutaj byli, samo w sobie wydawało się dość wymownie.
– Co się stało? – powtórzyła, tym razem o wiele łagodniej. Próbowała wziąć się w garść, ale emocje wciąż dawały się jej we znaki, coraz trudniejsze do okiełzania. – Coś z Joce? Jeśli to o nią chodzi…
Urwała, czując znajomy już, nieprzyjemny ucisk w gardle. Myśl o Jocelyne była pierwszą, która przyszła jej do głowy. Wszelakie wątpliwości wróciły równie nagle, co wcześniej się pojawiły, na dodatek ze zdwojoną siłą. W jednej chwili Beatrycze zapragnęła coś rozwalić, zdolna co najwyżej tkwić w bezruchu i coraz to bardziej drżeć.
Była taka głupia! Raz po raz zatracała się w ulotnych chwilach, zapominając o tym, co najważniejsze. Próbowała zachowywać się tak, jakby wszystko było w porządku, choć to nie powinno nawet wchodzić w grę. W gruncie rzeczy wciąż uciekała, nawet mimo świadomości, że w ten sposób sprawy nie miały w jakiś cudowny sposób się rozwiązać. Działo się zdecydowanie zbyt wiele, by mogła w to uwierzyć.
Wzdrygnęła się, w następnej sekundzie ruszając przed siebie. Nie była w stanie ustać w miejscu, zbyt roztrzęsiona, by sobie na to pozwolić. Nie mogła zmusić się ani do odezwania, ani tym bardziej odrzucenia od siebie niechcianych myśli. To przede wszystkim strach przysłonił wszystko inne – intensywny i mimo wszystko nagły, chociaż narastał w niej od dłuższego czasu.
Jeśli coś złego spotkałoby Joce, nie wybaczyłaby sobie tego. Zwłaszcza teraz, gdy wszystko w niej aż krzyczało, że po raz kolejny naraziła małą na niebezpieczeństwo.
– A co miałoby być nie tak z Joce? Beatrycze… – usłyszała, ale nie była w stanie skupić się na poszczególnych słowach. Zareagowała dopiero w chwili, w której cudze dłonie bezceremonialnie zacisnęły się na jej ramionach. – Beatrycze – powtórzył stanowczo Carlisle.
Tym razem na niego spojrzała, chociaż myślami nadal była gdzieś daleko. Zajrzała mu w oczy, mimowolnie rozluźniając się na widok pary lśniących, złocistych tęczówek. To emocje kolejny raz wzięły górę, sprawiając, że zdobyła się wyłącznie na to, by bez słowa wtulić się we wciąż obejmującego ją mężczyzny.
W tamtej chwili zdecydowanie nie czuła się jak ktoś, kto mógłby kogokolwiek ochronić. Wręcz przeciwnie – miała wrażenie, że była zdecydowanie zbyt drobna i krucha, by być wampirem, o jakichkolwiek zdolnościach nie wspominając. O roli matki tym bardziej, ale o tym akurat była w stanie nie myśleć. Coś tak nierealnego o wiele łatwiej było uznać za nieprawdziwe.
– Już dobrze – usłyszała tuż przy uchu. – Wystraszyłem cię? Uwierz mi, że nic złego się nie dzieje. Joce jest cała – zapewnił pośpiesznie.– Dopiero co ją widziałem.
Odetchnęła, po czym skinęła głową. Czuła, że Carlisle i Esme wciąż ją obserwowali, ale starała się o tym nie myśleć. W duchu wręcz błogosławiło fakt, że żadne z nich nie próbowało dopytywać, dlaczego zapytała akurat o Jocelyne. Nie miała pojęcia, w jaki sposób miałaby to im wytłumaczyć, o wymyślaniu jakichkolwiek kłamstw nie wspominając.
Potrzebowała dłuższej chwili, żeby w pełni nad sobą zapanować. Dopiero wtedy uprzytomniła sobie, że Carlisle wciąż ją obejmował, raz po raz przeczesując palcami jej włosy. Być może sam nie do końca zdawał sobie z tego sprawę, ale to wydało się Beatrycze najmniej istotne. Wiąż zadziwiał ją tym, że nie próbował jej odpychać, w żaden sposób nie okazując tego, że jej bliskość mogłaby mu być nie na rękę. Możliwe, że tak właśnie było, ale i nad tym nie chciała się zastanawiać. A jednak świadomość, że nie tylko ją akceptował, ale na dodatek zachowywał tak, jakby jej bliskość miała dla niego znaczenie, okazała się aż nadto kojąca.
Nie miała pojęcia na czym stali, zwłaszcza odkąd odzyskała wspomnienia, ale było o wiele lepsze od obojętności. Na dobry początek musiało wystarczy, zwłaszcza że  nie śmiała oczekiwać niczego więcej.
– Przepraszam – wykrztusiła z trudem, chcąc się odsunąć. Natychmiast napotkała się z oporem, chwilę później zaś Carlisle bardziej stanowczo przygarnął ją do siebie.
– Jest w porządku – stwierdził jedynie.
Nie miała wątpliwości, że jego słowa odnosiły się do czegoś więcej, aniżeli tylko zapewnień co do stanu Joce. Skinęła głową, natychmiast zamierając w miejscu. Pozwalała, by ją obejmował, nie pierwszy raz gotowa przysiąc, że dzięki temu wszystko było na swoim miejscu. Co prawda to wciąż niczego nie ułatwiało, ale wydawało się lepsze niż nic.
– Więc? – ponaglił Lawrence. – Jeśli nie ona, to o co chodzi? Nie byłoby was tutaj tak wcześnie, gdyby chodziło tylko o wizytę towarzyską.
Beatrycze odchyliła się na tyle, by móc spojrzeć na L. Wciąż tkwił w tym samym miejscu, ale wyraźnie spoważniał, równie zaniepokojony tym, co mogliby usłyszeć, jak i ona. Mimowolnie spięła się, bezskutecznie próbując przewidzieć, co jeszcze mogłoby pójść nie tak. Skoro Joce była cała, najpewniej nie chodziło o spotkanie z Ariadną i Ciemność, a przynajmniej w to pragnęła uwierzyć. Mimo wszystko instynkt podpowiadał jej, że to wcale nie musiało okazać się aż takie oczywiste. Po wszystkim, co się wydarzyło, wszystko wydawało się równie prawdopodobne.
Przez dłuższą chwilę panowała cisza. Ostatecznie to Carlisle jako pierwszy zdecydował się przejść do rzeczy.
– Chodzi o Renesmee – wyjaśnił, ostrożnie dobierając słowa. – Wydarzyło się coś, o czym raczej powinniście wiedzieć…
W tamtej chwili nie potrafiła docenić, że w ogóle zdecydowali się przyjechać. Nie miało znaczenia czy przez wzgląd na nią, zwłaszcza że Lawrence’a dotychczas traktowali z dystansem. Jakaś jej cząstka co prawda uznała to za dobry znak, ale jakiekolwiek oznaki entuzjazmu zniknęły równie nagle, co się pojawiło, kiedy Carlisle w końcu przeszedł do rzeczy.
Strach powrócił, tak jak i poczucie, że w każdej chwili mogłoby się wydarzyć coś złego. To wszystko brzmiało źle i doskonale zdawała sobie z tego sprawę. Próbowała sobie przypomnieć, czy jako duch spotkała się z czymś podobnym jak stan, w którym nagle znalazła się Renesmee, ale nie była w stanie. Mimo wszystko w niej aż krzyczało, że musieli jak najszybciej coś z tym zrobić, nieważne jak trudne by się to nie okazało.
Ale to wciąż nie było wszystko. Łowca… Ariadna powiedziała o Łowcy, przeszło jej przez myśl. Zastygła w bezruchu, zdolna co najwyżej bezmyślnie wpatrywać się w przestrzeń. Jej myśli wirowały, mieszając się ze sobą i tworząc trudną do zrozumienia mieszankę, nad którą nawet nie próbowała zapanować. Uprzytomniła sobie, że zaczęła drżeć, ale również to działo się jakby poza nią. Wszystko takie było, nagle przytłumione i niewyraźne, zupełnie jakby w jednej chwili od świata zaczęła oddzielać ją gruba szyba. Przez moment miała wręcz wrażenie, że coś źle zrozumiała, poniekąd naprawdę chcąc w to uwierzyć. Gorączkowo próbowała zebrać w myśli – wziąć się w garść i na cokolwiek przydać – ale to okazało się równie bezsensowne, co i próby ignorowania pragnienia.
Gdyby nie to, że już nie była człowiekiem, uznałaby, że śni. To musiał być koszmar – wyjątkowo realny, ale jednak sen, który nie miał racji bytu. Gdyby tylko mogła w to uwierzyć, wszystko momentalnie stałoby się łatwiejsze, ale w tamtej chwili nie miało racji bytu.
To moja wina.
Była tego dziwnie pewna. W gruncie rzeczy mogła wręcz przysiąc, że wszystko tak czy siak sprowadzało się do niej. Stan Renesmee, a może nawet kolejne nieszczęścia, które następowały po sobie od chwili, w której wróciła. Zupełnie jakby w chwili, gdy Joce ściągnęła ją z zaświatów, rzeczywistość zaczęła upominać się o coś, co jej odebrano – o równowagę, którą przecież zakłóciła. Ta myśl ją poraziła i w pierwszym odruchu momentalnie zapragnęła ją odrzucić, ale nie była w stanie. Niechciane poczucie winy powracało raz za razem, zdecydowanie zbyt intensywne, by mogła tak po prostu je zignorować.
Wszystko miało swoją cenę. Jeśli tak było, a Ciemność naprawdę chciała mieć ją z powrotem…
Gdzieś w pamięci zamajaczyło jej wspomnienie z Chianni, gdy w lustrzanym odbiciu dostrzegła obłapiające ją obce dłonie. Momentalnie wyprostowała się niczym struna, spinając się i przez moment niemalże czując na sobie cudzy dotyk. Z trudem powstrzymała jęk, w gruncie rzeczy będąc w stanie milczeć wyłącznie dzięki wciąż ściśniętemu gardłu. Uprzytomniła sobie, że wstrzymała oddech, choć i to działo się jakby poza nią. Tlen i tak nie był potrzebny komuś, kto z biologicznego punktu widzenia był martwy.
Miała wrażenie, że ktoś wypowiedział jej imię. Nie zareagowała, w zamian nieznacznie potrząsając głową. Tylko na tyle było ją stać.
Jeśli kogoś chcesz, weź mnie. Na litość Boską, weź mnie, jęknęła w duchu. Zacisnęła powieki tak mocno, że aż zabolało, choć nie sądziła, że to w ogóle możliwe. Pozwól jej odejść…
Renesmee może i na swój sposób wróciła, ale zawieszenie między światami nie mogło prowadzić do niczego dobrego. Beatrycze aż za dobrze znała ten stan, choć w jej przypadku wszystko sprowadzało się do bycia martwą. Tym razem jednak chodziło o kogoś, kto miał szansę wrócić; przynajmniej pragnęła, by tak było, nie chcąc nawet brać pod uwagę innego scenariusza.
Czuła, że powinna coś zrobić. W zasadzie już chwili, w której okazało się, że Nessie jakimś cudem wylądowała między tu a teraz, a na domiar złego spotkała samą Ciemność, podświadomie wyrywała się do działania. Problem polegał na tym, że zarówno wtedy, jak i teraz, nie miała pojęcia, co powinna zrobić. Tkwiła w miejscu, ciesząc życiem, które już od dawna nie było jej pisane, a jakby tego było mało…
Ona nie ma z tym nic wspólnego. Zresztą dałeś mi szansę, prawda? Miałam znaleźć Ophelię. Miałam…
Uścisk w gardle przybrał na sile. Przez ułamek sekundy była gotowa przysiąc, że usłyszała parsknięcie – pozbawiony wesołości, zimny śmiech, który skutecznie przyprawił ją o dreszcze. Tym razem On nie próbował do niej szeptać, a Beatrycze sama nie miała pewności, czy śmiech był prawdziwy, czy może sprowadzał się wyłącznie do jej wyobraźni. Jakkolwiek by nie było, czuła, że utknęła w martwym punkcie, równie bezużyteczna co i wtedy, gdy mogła co najwyżej biernie obserwować, nie mając szans na większą ingerencję w to, co działo się z jej bliskimi.
– Beatrycze!
Wzdrygnęła się, przez moment czując tak, jakby ktoś próbował ją uderzyć. Instynktownie odsunęła się, kuląc i niespokojnie wodząc wzrokiem dookoła. Czuła, że ją obserwowali – zarówno Lawrence, jak i Carlisle oraz Esme. Wszyscy byli zmartwieni, ale to nie wydało jej się ani trochę dziwne. Zamrugała nieco nieprzytomnie, bynajmniej nie przejęta tym, że mogliby się martwić. Prawdziwy problem polegał na tym, że niepotrzebnie niepokoili się o nią.
– Nie ma prawa… – wyrwało jej się. – On nie ma prawa! – powtórzyła, mimowolnie podnosząc głos.
– O czym mówisz? – zapytał natychmiast Lawrence. – Jest tu? Radości, zaczynasz mnie przerażać… – przyznał, ale Beatrycze najzwyczajniej w świecie go zignorowała.
– Wiecie coś więcej? – zwróciła się do Carlisle’a. Uprzytomniła sobie, że wciąż ją obejmował, więc w pośpiechu okręciła się w jego stronę. – Co powiedziała Renesmee? Znów widziała Ciemność?
– Nikt nie mówił o Ciemności – zaoponował natychmiast wampir. – Nie wiemy, co się stało, ale Nessie na pewno by nam powiedziała, gdyby znów chodziło o… tę istotę – dodał, a do jego głosu wkradła się nuta wahania.
Beatrycze jedynie pokręciła głową. Już niczego nie była pewna, raz po raz wahając się i bezskutecznie próbując zrozumieć coś, co już dawno ją przerosło. Chciała skupić się na słowach Carlisle’a i uspokoić choćby dzięki myśli o tym, że Renesmee była względnie bezpieczna, ale nie była w stanie się do tego zmusić. Raz po raz starała się wpasować w to wszystko Ciemność, doszukując się jakiegoś sensownego planu w tym, co się działo, ale i to okazało się bezsensowne.
Czegoś chciał. Bawił się nimi, a jednak…
– Powiedziałeś, że coś się obudziło – powiedziała w końcu. Kolejne słowa z trudem przechodziły jej przez usta. – Zamiast Nessie… Co to znaczy?
Tym razem nie od razu doczekała się odpowiedzi. Cisza dzwoniła jej w uszach, coraz bardziej dając we znaki i wręcz doprowadzając do szaleństwa. Beatrycze miała wrażenie, że kolejne sekundy ciągną się w nieskończoność, przypominając wieczność, choć ta być może wcale nie miała być jej pisana. Wciąż nie dopuszczała do siebie tej myśli, ale ta wracała coraz częściej, powoli zaczynając jawić się jak celowo odtrącana na rzecz pięknego kłamstwa prawda.
Czuła, że coś jej umykało. Coś w tym wszystkim nie pasowało, a jednak…
– Nie mam pojęcia – przyznał niechętnie Carlisle. W tamtej chwili wydał jej się przede wszystkim bezradny. – Ale będziemy musieli jej poszukać. Osoby, która… Cóż, wygląda jak Renesmee – wyjaśnił, ostrożnie dobierając słowa. – Wiem jak to brzmi, ale coś wymyślimy. Prędzej czy później…
– Jeśli Ariadna powiedziała prawdę, to obawiam się, że nie będzie żadnego „później” – wyszeptała tak cicho, że ledwo mogła samą siebie zrozumieć.
Wraz z tymi słowami w pośpiechu oswobodziła się z objęć syna, ruszając w stronę okna. I bez sprawdzania wiedziała, że wszyscy doskonale ją usłyszeli.

1 komentarz:

  1. Hej, moi kochani. :3
    Jak zwykle spóźniona, ale już mniejsza z tym. Ważne jest za to, że 6 października jest dla mnie dość wyjątkową datą, bo tak o to dotarliśmy do siódmej rocznicy tego opowiadania. Siedem lat. Dalej nie dowierzam, że tyle czasu minęło od opublikowania prologu „Brzasku” i oficjalnego początku historii, którą żyłam już dobry rok wcześniej.
    W głowie mam pustkę, więc przejdę do najważniejszego: po prostu dziękuję, że jesteście. Odzywają się do mnie coraz to nowe osoby, które krócej bądź dłużej śledzą to opowiadanie, żyją nim razem ze mną i… Och, niesamowite. Z każdym rokiem jestem coraz bardziej zaskoczona i dumna, że wciąż udaje mi się to pociągnąć.
    Cieszę się zwłaszcza z tego, że od początku tej księgi udaje mi się publikować w pełni regularnie (na tyle, na ile, bo czasem rozdziały pojawiły się z poślizgiem). W zasadzie od prologu tej księgi nie było żadnej luki, a to już dobrych 128 wpisów. Cudownie do tego wrócić po wszystkich wcześniejszych zawirowaniach, nie wspominając, że od tego tygodnia zaczęłam pracę. Nie ma mnie w domu od samego rana aż do wieczora, więc różnie może być, ale na razie wciąż udaje mi się wrzucać rozdziały tak jak zwykle. Trzymajcie za mnie kciuki, by tak pozostało. ^^
    Przedłużam, więc raz jeszcze tylko powtórzę: dziękuję za te wszystkie lata. <3 A rozdział z dedykacją dla każdego, kto ze mną jest i tutaj dotarł. Jesteście cudowni. :D

    Wasza Nessa

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa