
Beatrycze
Z wrażenia omal nie
zachłysnęła się powietrzem. Otworzyła i zaraz zamknęła usta, niezdolna
wykrztusić z siebie chociażby słowa. Rozszerzonymi oczami spoglądała to na
Lawrence'a, to znów na pierścionek, który – bez pytania o cokolwiek – jak
gdyby nigdy nic wrzucił jej na palec.
– Co ty
właściwie…? – zaczęła spiętym tonem, jednak nawet nie miała okazji, żeby
dokończyć.
– Nie patrz
tak na mnie – obruszył się, potrząsając głową. – Nie oświadczam ci się – dodał,
a Beatrycze prychnęła, przez chwilę sama niepewna czy się śmiać, czy może
od razu go uderzyć.
Jeśli do
tej pory była skołowana, w tamtej chwili tym bardziej nie miała pojęcia,
co powinna sobie myśleć. Przez chwilę jeszcze przypatrywała się obrączce, nie
mogąc pozbyć się wrażenia, że pierścionek był znajomy. Nie miała pewności,
gdzie go widziała, ale była gotowa wręcz przysiąc, że kiedyś na pewno przewinął
się przez jej ręce.
Delikatnie
pogładziła złocisty krążek, mimochodem zauważając, że dość luźno przesuwał się
wzdłuż jej palca. Był za duży, by mogła tak po prostu go nosić. Uniosła brwi,
coraz mniej rozumiejąc z tego, co w końcu sugerował jej L. To, że ten
spoglądał na nią wyczekująco, jakby czekając, aż dozna olśnienia, nie pomagało.
– Ja… To
twoja obrączka – uprzytomniła sobie. Raz jeszcze z czułością pogładziła
krążek. – Ale wygląda na nową. Jakim cudem…? – zaczęła, jednak wampir po raz
kolejny zdecydował się wejść jej w słowo.
– Ponieważ
jest nowa. Całkiem dobra replika – wyjaśnił usłużnie. Miała wrażenie, że ulżyło
mu, gdy przekonał się, że rozpoznała pierścionek. – I wcale ci go nie
daję, tylko pożyczam.
– Że co
proszę?
Wzruszył
ramionami.
– Po prostu
– stwierdził, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. – Moglibyśmy go
zwęzić, ale nie wiem, czy to nie zepsuje efektu. W końcu formalnie
powinien być mój, prawda? Załóż go na łańcuszek i noś przy sobie.
Cokolwiek, bylebym miał pewność, że chociaż tak cię chronię.
Przez
chwilę wpatrywała się w niego w oszołomieniu, wciąż nie rozumiejąc do
czego zmierzał. Pojęła dopiero po chwili, a jej oczy rozszerzyły się w geście
niedowierzania. Potrząsnęła głową, instynktownie zaciskając dłoń w pięść,
by przypadkiem nie zgubić obrączki. Przez chwilę wpatrywała się w połyskujący
łagodnie przedmiot, z trudem powstrzymując się od natychmiastowym
wciśnięciem go Lawrence'owi.
– Oddajesz
mi swój dar.
To nie było
pytanie, ale i tak skinął głową. Beatrycze zacisnęła usta, coraz bardziej
podenerwowana. Jej myśli wirowały, wciąż pędząc do przodu i potęgując już i tak
dający jej się we znaki mętlik. W tamtej chwili tym bardziej zapragnęła
oddać mu obrączkę i oznajmić, by przestał się wygłupiać, ale coś w jego
spojrzeniu skutecznie wybiło jej ten pomysł z głowy.
– Mówię
poważnie – oznajmił L. Raptownie spoważniał, tym samym skutecznie wzbudzając w Beatrycze
silniejsze niż do tej pory wątpliwości. Zanim zdążyła się zastanowić, co to
oznacza, dłonie wampira wylądowały na jej ramionach. Stanowczo ją przytrzymał,
przyciągając ją do siebie i nie pozostawiając innego wyboru, poza
spojrzeniem mu w oczy. – Nie daję, tylko dzielę się, a to różnica.
Zresztą nawet gdyby to działało w ten sposób, zrobiłbym dokładnie to samo.
Nie rozmawialiśmy o tym, ale powinniśmy, zwłaszcza że twój dar może okazać
się prawdziwym wybawieniem. Nauczę cię z niego korzystać, ale…'
– Bycie
podobną do niej zdecydowanie nie jest czymś, co nazwałabym darem! – obruszyła
się.
Przez twarz
Lawrence'a przemknął cień. Westchnął, wznosząc oczy ku górze w niemej
prośbie o cierpliwość. Po wyrazie jego twarzy trudno było stwierdzić, co
tak naprawdę chodziło mu po głowie.
– Jasna
cholera… – wyrwało mu się. Zwykle unikał przeklinania w jej obecności, ale
w tamtej chwili wydawał się w ogóle o to nie dbać. – Wciąż
myślisz o tym w ten sposób? Kobieto… – Westchnął, znów potrząsając
głową. Jego palce jeszcze mocniej zacisnęły się na jej ramionach. – Nie
jesteście podobne i tego się trzymajmy. Twoje zdolności nie mają nic do
rzeczy.
– Łatwo ci
mówić – mruknęła, ale jej słowa nie zrobiły na nim żadnego wrażenia.
– Może i tak
– stwierdził bez większych emocji. – Ale nie widzę niczego złego w tym, co
robisz. Zwłaszcza że teraz sam oferuję ci swoje zdolności.
Wzdrygnęła
się w odpowiedzi na te słowa. Spróbowała się odsunąć, ale wciąż tkwiła
przy ścianie, nie będąc w stanie uciec z zasięgu jego rąk. Co prawda
mogła spróbować go odepchnąć, aż nazbyt świadoma, że przy odrobinie szczęścia
byłaby do tego zdolna, zwłaszcza że wciąż miała o wiele więcej siły od
zwykłego wampira, który etap nowo narodzonego miał już dawno za sobą.
Ze świstem
wypuściła powietrze, przy okazji rozluźniając mięśnie. Ostatnim, czego chciała,
to pozwolić na to, by poniosły ją emocje. Gdyby przypadkiem zrobiła mu krzywdę,
nie wybaczyłaby sobie. Nie mogła zresztą pozbyć się wrażenia, że Lawrence miał
rację. Miotała się, wciąż zadręczając pokrewieństwem z Isobel, choć to
przecież nie powinno mieć znaczenia. Była sobą, cokolwiek to znaczyło.
Rozumiała to zwłaszcza teraz, w końcu mogąc cieszyć się pełnią wspomnień, a jednak…
– Hej. –
Lawrence momentalnie przeniósł obie dłonie na jej policzki. Z czułością
ujął twarz Beatrycze, przymuszając do tego, żeby spojrzała mu w oczy.
Pozwoliła mu na to, mimowolnie rozluźniając za sprawą jego dotyku. – Wszystko w porządku.
Po prostu mi zaufaj i pozwól się chronić.
– I twój
dar jest mi do tego potrzebny? – mruknęła, jednak już nie próbowała
protestować.
Na ustach
wampira jak na zawołanie pojawił się blady, nieco wymuszony uśmiech.
–
Zdziwiłabyś się – stwierdził, bynajmniej nie brzmiąc na urażonego tym, że
mogłaby mieć wątpliwości. – Moglibyśmy pomyśleć o walce wręcz, ale to o wiele
bardziej praktyczne. Nie każe ci przecież iść na miasto i szukać sobie
sługów.
Nie
powstrzymała się od wybuchu nieco histerycznym śmiechem. Właściwie sama nie
była pewna czy jego słowa bardziej ją rozbawiły, czy może wytrąciły z równowagi.
Lawrence najwyraźniej też miał wątpliwości, bo spojrzał na nią z wyraźną
obawą, nagle speszony.
– Sługi,
powiadasz? – zapytała, ledwo tylko zdołała nad sobą zapanować. – Taki chociażby
Zespół Uderzeniowy? – dodała, a przez twarz wampira jak na zawołanie
przemknął cień.
– Mieliśmy
do tego nie wracać. Sama tak powiedziałaś – przypomniał spiętym tonem. – No i ja
ich nie zahipnotyzowałem. W ogóle ciężko wpłynąć na telepatów… Tak jak i na
demony.
Znów
jedynie parsknęła śmiechem. Wciąż uważnie mu się przypatrywała, skupiając na
każdym, nawet najmniej znaczącym geście czy ruchu. Czekała, chociaż sama nie
była pewna na co. Na dalsze wyjaśnienia? Jakiś cudowny znak, który dałby jej do
zrozumienia, że w istocie wszystko było w porządku? A może
raczej powód, by jednak mieć do niego o cokolwiek pretensje? Poniekąd
powinna, zwłaszcza że aż nazbyt dobrze zdawała sobie sprawę z tego, jak
bardzo nawywijał w przeszłości, a jednak… wciąż nie potrafiła.
– Wiesz, bo
próbowałeś? – zapytała w końcu, nie mogąc się powstrzymać.
– Wchodzimy
na dość grząski teren… Ale nawet jeśli, to naprawdę takie dziwne, że chciałem
sprawdzić, na ile mogę sobie pozwolić? Warto znać swoje możliwości –
stwierdził, a Beatrycze jedynie wywróciła oczami.
– To
zabrzmiało jak jakaś rada dnia – zauważyła mimochodem.
Lawrence
spojrzał na nią z zaciekawieniem. Zesztywniała, uprzytomniając sobie, że
jego usta znów znalazły się bardzo blisko jej własnych. Tym razem nie musiał
jej nakłaniać do tego, żeby spojrzała mu w oczy. Wpatrywali się w siebie
nawzajem, oboje milczący i poruszeni. Miała wrażenie, że tęczówki L.
lśniły, nie wspominając o tym, że gdyby wciąż była człowiekiem, serce jak
nic próbowałoby wyrwać jej się z piersi.
– Mam
jeszcze kilka – stwierdził ze spokojem Lawrence, ostrożnie dobierając słowa. Jego
głos zabrzmiał zaskakująco łagodnie, wręcz… hipnotyzująco. Przez moment
zawahała się, porażona myślą, że mógłby stosować na niej swoje sztuczki. Z drugiej
strony, skoro wiedziała, co potrafił, była na to przygotowana, a jednak… –
Chcę poznać twoja odpowiedź. Zrobisz to dla mnie czy nie?
– Co
takiego? – wymamrotała w roztargnieniu. Wciąż nie była w stanie się
skupić.
–
Pierścionek – przypomniał, dla podkreślenia swoich słów chwytając ją za rękę.
Posłusznie rozprostowała palce, by raz jeszcze móc spojrzeć na obrączkę. – Chcę
wierzyć, że to zadziała. Jest mój, ale teraz ty go masz, chociaż to nie
prezent. Kiedyś go zabiorę. Kiedyś… – Z uwagą zmierzył jej twarz wzrokiem.
– Będę spokojniejszy, jeśli będziesz go nosić.
– Co mi po
nim, skoro stwierdziłeś, że nie pomoże mi z telepatami i demonami? –
wymamrotała, myślami nadal będąc gdzieś daleko.
Lawrence
jęknął, wyraźnie sfrustrowany.
– Auć… To
akurat zabolało – obruszył się, rzucając jej niemalże urażone spojrzenie. –
Sugerujesz, że moje zdolności są nieprzydatne?
– Sam to
zasugerowałeś – przypomniała mu usłużnie. – Ale jeśli próbujesz wpłynąć na
mnie…
Urwała,
widząc, że jedynie się uśmiechnął. To nie była żadna odpowiedź, nie wspominając
o tym, że coś w przenikliwości jego spojrzenia, skutecznie
przyprawiło ją o dreszcze. Miała wrażenie, że fala ciepła rozeszła się po
całym jej ciele, swoje źródło mając gdzieś u podstawy kręgosłupa.
Wciąż go
pragnęła. Co więcej, dobrze wiedziała, co chciała i powinna zrobić. Odmowa
nie wchodziła w grę, nie tylko dlatego, że Lawrence'owi wyraźnie zależało
na tym, by przyjęła jego ofertę. Było w tym coś symbolicznego, wiążącego
równie mocno, co i zaręczyny. Inna sprawa, że już i tak należała do
niego, zresztą ze wzajemnością, a skoro tak…
– To co? –
rzucił zaczepnym tonem.
Przez moment
sama nie była pewna, o co pytał. W głowie miała pustkę, a nieliczne
myśli mieszały się ze sobą. Skrzywiła się, nie pierwszy raz od chwili przemiany
mając problem z zapanowaniem nad sobą i własnym wnętrzem. Coś raz za
razem wytrącało ją z równowagi, Lawrence zaś w tamtej chwili bez
wątpienia to wykorzystywał, jak nic doskonale bawiąc się jej kosztem.
W
porządku. Skoro tak to ma wyglądać… to w porządku.
Skoro
twierdził, że to właściwe, być może faktycznie tak było. Skoro go nie
krzywdziła, nie zamierzała protestować. Przynajmniej miała nadzieje, że
wykorzystując cudze zdolności, w żaden sposób nie osłabiała ich
właściciela. Gdyby tylko nabrała jakichkolwiek wątpliwości, natychmiast
oddałaby mu obrączkę. Nawet gdyby nie chciał jej przyjąć, zawsze mogła po
prostu ją wyrzucić.
Bez słowa
ujęła go za rękę, splatając ich palce razem. Raz jeszcze spojrzała na obrączkę,
po czym z wolna skinęła głową. Wyczuła, że Lawrence się rozluźnił,
momentalnie uspokajając, gdy tylko zdecydowała mu się ulec. Wciąż targały nią wątpliwości,
ale w końcu zdołała nad nimi zapanować na tyle, by zeszły gdzieś na dalszy
plan. O wiele spokojniejsza, znów nachyliła się w jego stronę,
wyginając na tyle, by móc musnąć wargami jest usta. Nie zaprotestował, a chwilę
później znów wylądowała w jego ramionach, wręcz zaskoczona tym, że
bezceremonialnie porwał ją na ręce.
– Co ty
robisz?! – zaprotestowała, ale z premedytacją ją zignorował. W tamtej
chwili nie miała wątpliwości, że doskonale bawił się jej kosztem.
– Biorę
sobie to, co moje.
Prychnęła w odpowiedzi.
Droczył się z nią, ale to było dobre, zresztą jak i sposób, w jaki
ją trzymał. Machinalnie objęła go za szyję, bardzo szybko przekonując się, że
jej pozycja wcale nie była taka zła. Nie miała najmniejszego problemu, by znów
sięgnąć jego ust, w pełni mogąc skupić się na kolejnych pocałunkach.
Przeniosła dłonie na jego tors, zaciskając palce na przodzie koszuli.
Bardziej stanowczo przyciągnęła Lawrence'a do siebie, chociaż nie sądziła, że
to w ogóle możliwe. Momentalnie zapomniała o obrączce, wątpliwościach
i problemach, które dotychczas ją dręczyły, w zamian skupiona
wyłącznie na pragnieniach, które podsuwało jej ciało. Łatwość, z jaką
można było ją rozproszyć, wciąż ją zadziwiała, ale i tym nie zamierzała
się przejmować. Nie w tamtej chwili.
I naprawdę uważasz, że to będzie takie proste?, odezwał się cichy
głosik w jej głowie. Na moment oprzytomniała, tylko po to, by stanowczo
kazać mu się zamknąć.
– Będziesz musiał pokazać mi, jak to działa – oznajmiła pod wpływem
impulsu. Wróciła do tematu pod wpływem impulsu, choć podświadomie wciąż
koncentrowała się na pocałunkach. – Nie chciałabym przypadkiem zrobić czegoś
głupiego.
– Kto wie? Może już robisz? – Lawrence spojrzał na nią z błyskiem w oczach.
Jego rubinowe tęczówki pociemniały pod wpływem emocji. – Patrz jak na mnie
działasz.
– Nie sądzę, żeby to miało związek z twoim darem – rzuciła w odpowiedzi.
Jego uśmiech stał się o wiele bardziej drapieżny.
– Patrzcie ją, jaka pewna siebie się zrobiła…
Tym razem
nawet nie próbowała odpowiadać. Jedynie uśmiechnęła się i spróbowała
oswobodzić z jego uścisku. Pozwolił, by stanęła na nogi, chociaż wyczuła,
że nie był chętny, żeby poluzować chwyt. W gruncie rzeczy przymusiła go do
tego, zaczynając się szarpać na tyle gwałtownie i niespodziewanie, by
wytrącić wampira z równowagi.
I to dosłownie.
Krzyknęła zaskoczona, kiedy oboje wylądowali na podłodze. Na moment
zabrakło jej tchu, kiedy wylądowała pod Lawrence'em, przez dłuższą chwilę
świadoma wyłącznie tego, że ich twarze dzieliły centymetry. Nie miało
znaczenia, że wampir napierał na nią całym ciałem, uciskając jej klatkę
piersiową. Nie był w stanie tak po prostu zrobić krzywdy komuś, kto był
nieśmiertelny i już nawet nie musiał oddychać.
Miała
wrażenie, że oboje zachowywali się jak dzieci. Przez moment naprawdę tak się
czuła – świadoma wyłącznie własnych pragnień, bijącego od L. pożądania oraz
tego, że tak naprawdę była podekscytowana tym, co jej zaoferował. Krótko
zerknęła na pierścionek, chcąc upewnić się, że wciąż znajdował się na swoim
miejscu. Musiała przy najbliższej okazji zrobić to, co zasugerował jej wampir i przenieść
go w inne miejsce, by przypadkiem go nie zgubić. Z tym, że to
spokojnie mogło poczekać.
– To takie frustrujące… – westchnęła.
Brwi Lawrence'a momentalnie powędrowały ku górze. Z uwagą zmierzył ją
wzrokiem, próbując nadążyć za jej tokiem rozumowania. Znów nie była w stanie
stwierdzić, co myślał. Przez moment do głowy przyszło jej, że możliwość
czytania innym w myślach, dokładnie tak, jak robił to Edward, byłaby
prawdziwym wybawieniem. Zaraz po tym uprzytomniła sobie, że z łatwością
mogłaby przekonać się jak to jest i to wystarczyło, by jej entuzjazm
momentalnie przygasł.
Dobry Boże, wciąż nie docierało do niej to, co robiła. Zresztą czy nie w ten
sposób działała Isobel? Spełniała swoje zachcianki, ślepo podążając za własnymi
pragnieniami i ignorując potencjalne konsekwencje. Postępowała jak
egoistka, a to…
Ale przecież sama nie musiała taka być. Nie chciała.
Pragnęła wierzyć, że opór, który czuła, jedynie dowodził prawdziwości słów
Lawrence'a.
Samo
spojrzenie wampirowi w oczy wystarczyło, by wszelakie myśli uleciały z jej
głowy. Przez chwilę wpatrywała się w niego, całą sobą koncentrując się
wyłącznie na jednym pragnieniu.
– Ach… – rzuciła z westchnieniem, nawet nie próbując ukrywać
rozczarowania. – Nie działa.
– Co takiego? – zapytał natychmiast Lawrence.
W tamtej chwili błogosławiła fakt, że już nie była w stanie się
zarumienić. W zamian spojrzała mu w oczy, próbując sprawiać wrażenie o wiele
pewniejszej siebie, niż w rzeczywistości się czuła.
– Chciałam, żebyś mnie pocałował – wyjaśniła, siląc się na urażony ton.
Mimo wszystko czuła, że szło jej to marnie. Fakt, że z trudem
powstrzymywała uśmiech, widząc, że również kąciki ust wampira uniosły się ku
górze, jedynie wszystko komplikował. – Masz rację. Jednak twierdzę, że ten twój
dar jest bezużyteczny.
– Dobrze, że przynajmniej żonę mam udaną.
Przyjemne
ciepło momentalnie rozeszło się po całym jej ciele. Żartował czy nie, jego
słowa były jednoznaczne. Wciąż miała w pamięci sposób, w jaki
zareagował, gdy tak po prostu zaczęła nazywać rzeczy po imieniu, nazywając go
mężem a Carlisle'a synem. To, z jaką naturalnością Lawrence'owi
przychodziło podobne zachowanie w stosunku do niej, wciąż było dla niej
czymś równie cudownym, co i niewyobrażalnym.
Przez moment naprawdę była szczęśliwa. I tylko tego zamierzała się
trzymać.
– Coś nie tak? – zapytał nagle Lawrence, raptownie poważniejąc. – Tak
dziwnie na mnie patrzysz…
Nie odpowiedziała od razu, wciąż z uwaga lustrując jego twarz.
Poczuła ucisk w gardle, ale właściwie nie zwróciła na to uwagi. W tamtej
chwili wydawał się równie nieistotny, co i fakt, że Lawrence wciąż
przyciskał ją do podłogi pustego, nawet nieumeblowanego salonu. To były
przyziemne, mało istotne kwestie, które bez chwili wahania zignorowała, w pełni
skupiona na czymś zupełnie innym.
Wyciągnęła przed siebie ręce, z czułością muskając palcami bladą
twarz pochylonego nad nią mężczyzny. Ostatecznie ułożyła dłonie na jego
policzkach, nie chcąc ryzykować, że nagle mógłby odwrócić wzrok. Nie żeby
cokolwiek na to wskazywało, ale i tak wolała mieć pewność. Gdzieś w głębi
duszy bała się, aż nazbyt świadoma, że z łatwością mogłaby stracić
wszystko, co wciąż z takim trudem odbudowywała.
– Całuj mnie jeszcze – poprosiła dziwnie zachrypniętym głosem.
Dwa razy
nie musiała go prosić. Chociaż w pierwszym odruchu spojrzał na nią tak,
jakby miał ochotę o coś zapytać, wciąż wyraźnie zmartwiony, ostatecznie
się na to nie zdecydował. W zamian z wolna nachylił się ku niej, by –
przy tym wciąż patrząc Beatrycze prosto w oczy – móc spełnić jej prośbę.
Tym razem
pocałunek był o wiele łagodniejszy i nie aż tak gwałtowny jak
wcześniejsze, ale uznała to za właściwe. Sposób, w jaki dotykał ją
Lawrence, mówił sam za siebie. Na każdym kroku czuła nie tylko to, że cieszył
się z jej obecności, ale przede wszystkim wciąż niezaspokojoną tęsknotę – równie
intensywną, co i ta, która dręczyła również ją. W tamtej chwili nie
potrzebowała zdolności Jaspera, by wyczuć te emocje. Wydawały się równie
intensywne, co i jej własne. Mieszały się ze sobą, tworząc aż nazbyt
znajomą mieszankę, ale to również uznała za w pełni znośne. Jeśli mieli
się tym dzielić, nie miała nic przeciwko.
Zamknęła
oczy, by łatwiej się skupić. To okazało się wręcz zadziwiająco proste, a przy
tym równie naturalne, co i oddychanie. Pragnęła się w tym zatracić i również
to przyszło jej z łatwością. Przebywanie z Lawrence’em zawsze takie
było, choć wcześniej zapomniała o tym na wystarczająco długo, by nagle
poczuć z tego powodu wyrzuty sumienia.
Dłonie
wampira wylądowały na jej biodrach, z wolna sunąc coraz bliżej. Nie zaprotestowała,
kiedy zahaczył o krawędź jej bluzki, powoli podwijając ją do góry.
Spróbowała usiąść, by móc się rozebrać, ale bez większego wysiłku ją
powstrzymał. W tamtej chwili to on miał kontrolę i chociaż z łatwością
mogła sprawić, by role się odwróciły, nie zamierzała na to pozwolić.
Tak było
dobrze. Przez moment wszystko wydawało się być na swoim miejscu, a jakby
tego było mało…
Bardziej
wyczuła niż faktycznie usłyszała, że ktoś otworzył frontowe drzwi. Zamykanie
się w domu, z którego i tak nie było czego wynieść, nie miało
sensu, zresztą Beatrycze nie chciała sobie nawet wyobrażać, że jakikolwiek człowiek
mógłby pojawić się w tym miejscu. Nie miała wątpliwości, że ludzką krew
akurat wyczułaby nawet ze znacznej odległości, niezależnie od tego, co absorbowałoby
jej uwagę. Zdążyła się już o tym przekonać, aż za dobrze pamiętając, z jaką
łatwością głód przysłonił wszystko inne – i to łącznie z pożądaniem.
To
zdecydowanie nie był człowiek. Ta myśl ją uspokoiła, choć z wielkim trudem
przebiła się przez jej zamglony nadmiarem emocji umysł. W efekcie nie
zdołała w porę dać Lawrence’owi do zrozumienia, że najpewniej mieli gości.
– Jesteście
tutaj? – Znajomy głos doszedł do niej jakby z oddali. Usłyszała szybkie
kroki, choć i to działo się jakby poza nią. – Och…
To ją
otrzeźwiło. Praktycznie zepchnęła ze sobą L., na moment zapominając, jak
imponującą siłą dysponowała jako nowo narodzona.
W chwili, w której
gwałtownie poderwała się do pionu, nerwowo poprawiając włosy, w pokoju
zapanowała wymowna cisza.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz