5 października 2018

Sto dwadzieścia sześć

Beatrycze
Z wrażenia omal nie zachłysnęła się powietrzem. Otworzyła i zaraz zamknęła usta, niezdolna wykrztusić z siebie chociażby słowa. Rozszerzonymi oczami spoglądała to na Lawrence'a, to znów na pierścionek, który – bez pytania o cokolwiek – jak gdyby nigdy nic wrzucił jej na palec.
– Co ty właściwie…? – zaczęła spiętym tonem, jednak nawet nie miała okazji, żeby dokończyć.
– Nie patrz tak na mnie – obruszył się, potrząsając głową. – Nie oświadczam ci się – dodał, a Beatrycze prychnęła, przez chwilę sama niepewna czy się śmiać, czy może od razu go uderzyć.
Jeśli do tej pory była skołowana, w tamtej chwili tym bardziej nie miała pojęcia, co powinna sobie myśleć. Przez chwilę jeszcze przypatrywała się obrączce, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że pierścionek był znajomy. Nie miała pewności, gdzie go widziała, ale była gotowa wręcz przysiąc, że kiedyś na pewno przewinął się przez jej ręce.
Delikatnie pogładziła złocisty krążek, mimochodem zauważając, że dość luźno przesuwał się wzdłuż jej palca. Był za duży, by mogła tak po prostu go nosić. Uniosła brwi, coraz mniej rozumiejąc z tego, co w końcu sugerował jej L. To, że ten spoglądał na nią wyczekująco, jakby czekając, aż dozna olśnienia, nie pomagało.
– Ja… To twoja obrączka – uprzytomniła sobie. Raz jeszcze z czułością pogładziła krążek. – Ale wygląda na nową. Jakim cudem…? – zaczęła, jednak wampir po raz kolejny zdecydował  się wejść jej w słowo.
– Ponieważ jest nowa. Całkiem dobra replika – wyjaśnił usłużnie. Miała wrażenie, że ulżyło mu, gdy przekonał się, że rozpoznała pierścionek. – I wcale ci go nie daję, tylko pożyczam.
– Że co proszę?
Wzruszył ramionami.
– Po prostu – stwierdził, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. – Moglibyśmy go zwęzić, ale nie wiem, czy to nie zepsuje efektu. W końcu formalnie powinien być mój, prawda? Załóż go na łańcuszek i noś przy sobie. Cokolwiek, bylebym miał pewność, że chociaż tak cię chronię.
Przez chwilę wpatrywała się w niego w oszołomieniu, wciąż nie rozumiejąc do czego zmierzał. Pojęła dopiero po chwili, a jej oczy rozszerzyły się w geście niedowierzania. Potrząsnęła głową, instynktownie zaciskając dłoń w pięść, by przypadkiem nie zgubić obrączki. Przez chwilę wpatrywała się w połyskujący łagodnie przedmiot, z trudem powstrzymując się od natychmiastowym wciśnięciem go Lawrence'owi.
– Oddajesz mi swój dar.
To nie było pytanie, ale i tak skinął głową. Beatrycze zacisnęła usta, coraz bardziej podenerwowana. Jej myśli wirowały, wciąż pędząc do przodu i potęgując już i tak dający jej się we znaki mętlik. W tamtej chwili tym bardziej zapragnęła oddać mu obrączkę i oznajmić, by przestał się wygłupiać, ale coś w jego spojrzeniu skutecznie wybiło jej ten pomysł z głowy.
– Mówię poważnie – oznajmił L. Raptownie spoważniał, tym samym skutecznie wzbudzając w Beatrycze silniejsze niż do tej pory wątpliwości. Zanim zdążyła się zastanowić, co to oznacza, dłonie wampira wylądowały na jej ramionach. Stanowczo ją przytrzymał, przyciągając ją do siebie i nie pozostawiając innego wyboru, poza spojrzeniem mu w oczy. – Nie daję, tylko dzielę się, a to różnica. Zresztą nawet gdyby to działało w ten sposób, zrobiłbym dokładnie to samo. Nie rozmawialiśmy o tym, ale powinniśmy, zwłaszcza że twój dar może okazać się prawdziwym wybawieniem. Nauczę cię z niego korzystać, ale…'
– Bycie podobną do niej zdecydowanie nie jest czymś, co nazwałabym darem! – obruszyła się.
Przez twarz Lawrence'a przemknął cień. Westchnął, wznosząc oczy ku górze w niemej prośbie o cierpliwość. Po wyrazie jego twarzy trudno było stwierdzić, co tak naprawdę chodziło mu po głowie.
– Jasna cholera… – wyrwało mu się. Zwykle unikał przeklinania w jej obecności, ale w tamtej chwili wydawał się w ogóle o to nie dbać. – Wciąż myślisz o tym w ten sposób? Kobieto… – Westchnął, znów potrząsając głową. Jego palce jeszcze mocniej zacisnęły się na jej ramionach. – Nie jesteście podobne i tego się trzymajmy. Twoje zdolności nie mają nic do rzeczy.
– Łatwo ci mówić – mruknęła, ale jej słowa nie zrobiły na nim żadnego wrażenia.
– Może i tak – stwierdził bez większych emocji. – Ale nie widzę niczego złego w tym, co robisz. Zwłaszcza że teraz sam oferuję ci swoje zdolności.
Wzdrygnęła się w odpowiedzi na te słowa. Spróbowała się odsunąć, ale wciąż tkwiła przy ścianie, nie będąc w stanie uciec z zasięgu jego rąk. Co prawda mogła spróbować go odepchnąć, aż nazbyt świadoma, że przy odrobinie szczęścia byłaby do tego zdolna, zwłaszcza że wciąż miała o wiele więcej siły od zwykłego wampira, który etap nowo narodzonego miał już dawno za sobą.
Ze świstem wypuściła powietrze, przy okazji rozluźniając mięśnie. Ostatnim, czego chciała, to pozwolić na to, by poniosły ją emocje. Gdyby przypadkiem zrobiła mu krzywdę, nie wybaczyłaby sobie. Nie mogła zresztą pozbyć się wrażenia, że Lawrence miał rację. Miotała się, wciąż zadręczając pokrewieństwem z Isobel, choć to przecież nie powinno mieć znaczenia. Była sobą, cokolwiek to znaczyło. Rozumiała to zwłaszcza teraz, w końcu mogąc cieszyć się pełnią wspomnień, a jednak…
– Hej. – Lawrence momentalnie przeniósł obie dłonie na jej policzki. Z czułością ujął twarz Beatrycze, przymuszając do tego, żeby spojrzała mu w oczy. Pozwoliła mu na to, mimowolnie rozluźniając za sprawą jego dotyku. – Wszystko w porządku. Po prostu mi zaufaj i pozwól się chronić.
– I twój dar jest mi do tego potrzebny? – mruknęła, jednak już nie próbowała protestować.
Na ustach wampira jak na zawołanie pojawił się blady, nieco wymuszony uśmiech.
– Zdziwiłabyś się – stwierdził, bynajmniej nie brzmiąc na urażonego tym, że mogłaby mieć wątpliwości. – Moglibyśmy pomyśleć o walce wręcz, ale to o wiele bardziej praktyczne. Nie każe ci przecież iść na miasto i szukać sobie sługów.
Nie powstrzymała się od wybuchu nieco histerycznym śmiechem. Właściwie sama nie była pewna czy jego słowa bardziej ją rozbawiły, czy może wytrąciły z równowagi. Lawrence najwyraźniej też miał wątpliwości, bo spojrzał na nią z wyraźną obawą, nagle speszony.
– Sługi, powiadasz? – zapytała, ledwo tylko zdołała nad sobą zapanować. – Taki chociażby Zespół Uderzeniowy? – dodała, a przez twarz wampira jak na zawołanie przemknął cień.
– Mieliśmy do tego nie wracać. Sama tak powiedziałaś – przypomniał spiętym tonem. – No i ja ich nie zahipnotyzowałem. W ogóle ciężko wpłynąć na telepatów… Tak jak i na demony.
Znów jedynie parsknęła śmiechem. Wciąż uważnie mu się przypatrywała, skupiając na każdym, nawet najmniej znaczącym geście czy ruchu. Czekała, chociaż sama nie była pewna na co. Na dalsze wyjaśnienia? Jakiś cudowny znak, który dałby jej do zrozumienia, że w istocie wszystko było w porządku? A może raczej powód, by jednak mieć do niego o cokolwiek pretensje? Poniekąd powinna, zwłaszcza że aż nazbyt dobrze zdawała sobie sprawę z tego, jak bardzo nawywijał w przeszłości, a jednak… wciąż nie potrafiła.
– Wiesz, bo próbowałeś? – zapytała w końcu, nie mogąc się powstrzymać.
– Wchodzimy na dość grząski teren… Ale nawet jeśli, to naprawdę takie dziwne, że chciałem sprawdzić, na ile mogę sobie pozwolić? Warto znać swoje możliwości – stwierdził, a Beatrycze jedynie wywróciła oczami.
– To zabrzmiało jak jakaś rada dnia – zauważyła mimochodem.
Lawrence spojrzał na nią z zaciekawieniem. Zesztywniała, uprzytomniając sobie, że jego usta znów znalazły się bardzo blisko jej własnych. Tym razem nie musiał jej nakłaniać do tego, żeby spojrzała mu w oczy. Wpatrywali się w siebie nawzajem, oboje milczący i poruszeni. Miała wrażenie, że tęczówki L. lśniły, nie wspominając o tym, że gdyby wciąż była człowiekiem, serce jak nic próbowałoby wyrwać jej się z piersi.
– Mam jeszcze kilka – stwierdził ze spokojem Lawrence, ostrożnie dobierając słowa. Jego głos zabrzmiał zaskakująco łagodnie, wręcz… hipnotyzująco. Przez moment zawahała się, porażona myślą, że mógłby stosować na niej swoje sztuczki. Z drugiej strony, skoro wiedziała, co potrafił, była na to przygotowana, a jednak… – Chcę poznać twoja odpowiedź. Zrobisz to dla mnie czy nie?
– Co takiego? – wymamrotała w roztargnieniu. Wciąż nie była w stanie się skupić.
– Pierścionek – przypomniał, dla podkreślenia swoich słów chwytając ją za rękę. Posłusznie rozprostowała palce, by raz jeszcze móc spojrzeć na obrączkę. – Chcę wierzyć, że to zadziała. Jest mój, ale teraz ty go masz, chociaż to nie prezent. Kiedyś go zabiorę. Kiedyś… – Z uwagą zmierzył jej twarz wzrokiem. – Będę spokojniejszy, jeśli będziesz go nosić.
– Co mi po nim, skoro stwierdziłeś, że nie pomoże mi z telepatami i demonami? – wymamrotała, myślami nadal będąc gdzieś daleko.
Lawrence jęknął, wyraźnie sfrustrowany.
– Auć… To akurat zabolało – obruszył się, rzucając jej niemalże urażone spojrzenie. – Sugerujesz, że moje zdolności są nieprzydatne?
– Sam to zasugerowałeś – przypomniała mu usłużnie. – Ale jeśli próbujesz wpłynąć na mnie…
Urwała, widząc, że jedynie się uśmiechnął. To nie była żadna odpowiedź, nie wspominając o tym, że coś w przenikliwości jego spojrzenia, skutecznie przyprawiło ją o dreszcze. Miała wrażenie, że fala ciepła rozeszła się po całym jej ciele, swoje źródło mając gdzieś u podstawy kręgosłupa.
Wciąż go pragnęła. Co więcej, dobrze wiedziała, co chciała i powinna zrobić. Odmowa nie wchodziła w grę, nie tylko dlatego, że Lawrence'owi wyraźnie zależało na tym, by przyjęła jego ofertę. Było w tym coś symbolicznego, wiążącego równie mocno, co i zaręczyny. Inna sprawa, że już i tak należała do niego, zresztą ze wzajemnością, a skoro tak…
– To co? – rzucił zaczepnym tonem.
Przez moment sama nie była pewna, o co pytał. W głowie miała pustkę, a nieliczne myśli mieszały się ze sobą. Skrzywiła się, nie pierwszy raz od chwili przemiany mając problem z zapanowaniem nad sobą i własnym wnętrzem. Coś raz za razem wytrącało ją z równowagi, Lawrence zaś w tamtej chwili bez wątpienia to wykorzystywał, jak nic doskonale bawiąc się jej kosztem.
W porządku. Skoro tak to ma wyglądać… to w porządku.
Skoro twierdził, że to właściwe, być może faktycznie tak było. Skoro go nie krzywdziła, nie zamierzała protestować. Przynajmniej miała nadzieje, że wykorzystując cudze zdolności, w żaden sposób nie osłabiała ich właściciela. Gdyby tylko nabrała jakichkolwiek wątpliwości, natychmiast oddałaby mu obrączkę. Nawet gdyby nie chciał jej przyjąć, zawsze mogła po prostu ją wyrzucić.
Bez słowa ujęła go za rękę, splatając ich palce razem. Raz jeszcze spojrzała na obrączkę, po czym z wolna skinęła głową. Wyczuła, że Lawrence się rozluźnił, momentalnie uspokajając, gdy tylko zdecydowała mu się ulec. Wciąż targały nią wątpliwości, ale w końcu zdołała nad nimi zapanować na tyle, by zeszły gdzieś na dalszy plan. O wiele spokojniejsza, znów nachyliła się w jego stronę, wyginając na tyle, by móc musnąć wargami jest usta. Nie zaprotestował, a chwilę później znów wylądowała w jego ramionach, wręcz zaskoczona tym, że bezceremonialnie porwał ją na ręce.
– Co ty robisz?! – zaprotestowała, ale z premedytacją ją zignorował. W tamtej chwili nie miała wątpliwości, że doskonale bawił się jej kosztem.
– Biorę sobie to, co moje.
Prychnęła w odpowiedzi. Droczył się z nią, ale to było dobre, zresztą jak i sposób, w jaki ją trzymał. Machinalnie objęła go za szyję, bardzo szybko przekonując się, że jej pozycja wcale nie była taka zła. Nie miała najmniejszego problemu, by znów sięgnąć jego ust, w pełni mogąc skupić się na kolejnych pocałunkach.
Przeniosła dłonie na jego tors, zaciskając palce na przodzie koszuli. Bardziej stanowczo przyciągnęła Lawrence'a do siebie, chociaż nie sądziła, że to w ogóle możliwe. Momentalnie zapomniała o obrączce, wątpliwościach i problemach, które dotychczas ją dręczyły, w zamian skupiona wyłącznie na pragnieniach, które podsuwało jej ciało. Łatwość, z jaką można było ją rozproszyć, wciąż ją zadziwiała, ale i tym nie zamierzała się przejmować. Nie w tamtej chwili.
I naprawdę uważasz, że to będzie takie proste?, odezwał się cichy głosik w jej głowie. Na moment oprzytomniała, tylko po to, by stanowczo kazać mu się zamknąć.
– Będziesz musiał pokazać mi, jak to działa – oznajmiła pod wpływem impulsu. Wróciła do tematu pod wpływem impulsu, choć podświadomie wciąż koncentrowała się na pocałunkach. – Nie chciałabym przypadkiem zrobić czegoś głupiego.
– Kto wie? Może już robisz? – Lawrence spojrzał na nią z błyskiem w oczach. Jego rubinowe tęczówki pociemniały pod wpływem emocji. – Patrz jak na mnie działasz.
– Nie sądzę, żeby to miało związek z twoim darem – rzuciła w odpowiedzi.
Jego uśmiech stał się o wiele bardziej drapieżny.
– Patrzcie ją, jaka pewna siebie się zrobiła…
Tym razem nawet nie próbowała odpowiadać. Jedynie uśmiechnęła się i spróbowała oswobodzić z jego uścisku. Pozwolił, by stanęła na nogi, chociaż wyczuła, że nie był chętny, żeby poluzować chwyt. W gruncie rzeczy przymusiła go do tego, zaczynając się szarpać na tyle gwałtownie i niespodziewanie, by wytrącić wampira z równowagi.
I to dosłownie.
Krzyknęła zaskoczona, kiedy oboje wylądowali na podłodze. Na moment zabrakło jej tchu, kiedy wylądowała pod Lawrence'em, przez dłuższą chwilę świadoma wyłącznie tego, że ich twarze dzieliły centymetry. Nie miało znaczenia, że wampir napierał na nią całym ciałem, uciskając jej klatkę piersiową. Nie był w stanie tak po prostu zrobić krzywdy komuś, kto był nieśmiertelny i już nawet nie musiał oddychać.
Miała wrażenie, że oboje zachowywali się jak dzieci. Przez moment naprawdę tak się czuła – świadoma wyłącznie własnych pragnień, bijącego od L. pożądania oraz tego, że tak naprawdę była podekscytowana tym, co jej zaoferował. Krótko zerknęła na pierścionek, chcąc upewnić się, że wciąż znajdował się na swoim miejscu. Musiała przy najbliższej okazji zrobić to, co zasugerował jej wampir i przenieść go w inne miejsce, by przypadkiem go nie zgubić. Z tym, że to spokojnie mogło poczekać.
– To takie frustrujące… – westchnęła.
Brwi Lawrence'a momentalnie powędrowały ku górze. Z uwagą zmierzył ją wzrokiem, próbując nadążyć za jej tokiem rozumowania. Znów nie była w stanie stwierdzić, co myślał. Przez moment do głowy przyszło jej, że możliwość czytania innym w myślach, dokładnie tak, jak robił to Edward, byłaby prawdziwym wybawieniem. Zaraz po tym uprzytomniła sobie, że z łatwością mogłaby przekonać się jak to jest i to wystarczyło, by jej entuzjazm momentalnie przygasł.
Dobry Boże, wciąż nie docierało do niej to, co robiła. Zresztą czy nie w ten sposób działała Isobel? Spełniała swoje zachcianki, ślepo podążając za własnymi pragnieniami i ignorując potencjalne konsekwencje. Postępowała jak egoistka, a to…
Ale przecież sama nie musiała taka być. Nie chciała.
Pragnęła wierzyć, że opór, który czuła, jedynie dowodził prawdziwości słów Lawrence'a.
Samo spojrzenie wampirowi w oczy wystarczyło, by wszelakie myśli uleciały z jej głowy. Przez chwilę wpatrywała się w niego, całą sobą koncentrując się wyłącznie na jednym pragnieniu.
– Ach… – rzuciła z westchnieniem, nawet nie próbując ukrywać rozczarowania. – Nie działa.
– Co takiego? – zapytał natychmiast Lawrence.
W tamtej chwili błogosławiła fakt, że już nie była w stanie się zarumienić. W zamian spojrzała mu w oczy, próbując sprawiać wrażenie o wiele pewniejszej siebie, niż w rzeczywistości się czuła.
– Chciałam, żebyś mnie pocałował – wyjaśniła, siląc się na urażony ton. Mimo wszystko czuła, że szło jej to marnie. Fakt, że z trudem powstrzymywała uśmiech, widząc, że również kąciki ust wampira uniosły się ku górze, jedynie wszystko komplikował. – Masz rację. Jednak twierdzę, że ten twój dar jest bezużyteczny.
– Dobrze, że przynajmniej żonę mam udaną.
Przyjemne ciepło momentalnie rozeszło się po całym jej ciele. Żartował czy nie, jego słowa były jednoznaczne. Wciąż miała w pamięci sposób, w jaki zareagował, gdy tak po prostu zaczęła nazywać rzeczy po imieniu, nazywając go mężem a Carlisle'a synem. To, z jaką naturalnością Lawrence'owi przychodziło podobne zachowanie w stosunku do niej, wciąż było dla niej czymś równie cudownym, co i niewyobrażalnym.
Przez moment naprawdę była szczęśliwa. I tylko tego zamierzała się trzymać.
– Coś nie tak? – zapytał nagle Lawrence, raptownie poważniejąc. – Tak dziwnie na mnie patrzysz…
Nie odpowiedziała od razu, wciąż z uwaga lustrując jego twarz. Poczuła ucisk w gardle, ale właściwie nie zwróciła na to uwagi. W tamtej chwili wydawał się równie nieistotny, co i fakt, że Lawrence wciąż przyciskał ją do podłogi pustego, nawet nieumeblowanego salonu. To były przyziemne, mało istotne kwestie, które bez chwili wahania zignorowała, w pełni skupiona na czymś zupełnie innym.
Wyciągnęła przed siebie ręce, z czułością muskając palcami bladą twarz pochylonego nad nią mężczyzny. Ostatecznie ułożyła dłonie na jego policzkach, nie chcąc ryzykować, że nagle mógłby odwrócić wzrok. Nie żeby cokolwiek na to wskazywało, ale i tak wolała mieć pewność. Gdzieś w głębi duszy bała się, aż nazbyt świadoma, że z łatwością mogłaby stracić wszystko, co wciąż z takim trudem odbudowywała.
– Całuj mnie jeszcze – poprosiła dziwnie zachrypniętym głosem.
Dwa razy nie musiała go prosić. Chociaż w pierwszym odruchu spojrzał na nią tak, jakby miał ochotę o coś zapytać, wciąż wyraźnie zmartwiony, ostatecznie się na to nie zdecydował. W zamian z wolna nachylił się ku niej, by – przy tym wciąż patrząc Beatrycze prosto w oczy – móc spełnić jej prośbę.
Tym razem pocałunek był o wiele łagodniejszy i nie aż tak gwałtowny jak wcześniejsze, ale uznała to za właściwe. Sposób, w jaki dotykał ją Lawrence, mówił sam za siebie. Na każdym kroku czuła nie tylko to, że cieszył się z jej obecności, ale przede wszystkim wciąż niezaspokojoną tęsknotę – równie intensywną, co i ta, która dręczyła również ją. W tamtej chwili nie potrzebowała zdolności Jaspera, by wyczuć te emocje. Wydawały się równie intensywne, co i jej własne. Mieszały się ze sobą, tworząc aż nazbyt znajomą mieszankę, ale to również uznała za w pełni znośne. Jeśli mieli się tym dzielić, nie miała nic przeciwko.
Zamknęła oczy, by łatwiej się skupić. To okazało się wręcz zadziwiająco proste, a przy tym równie naturalne, co i oddychanie. Pragnęła się w tym zatracić i również to przyszło jej z łatwością. Przebywanie z Lawrence’em zawsze takie było, choć wcześniej zapomniała o tym na wystarczająco długo, by nagle poczuć z tego powodu wyrzuty sumienia.
Dłonie wampira wylądowały na jej biodrach, z wolna sunąc coraz bliżej. Nie zaprotestowała, kiedy zahaczył o krawędź jej bluzki, powoli podwijając ją do góry. Spróbowała usiąść, by móc się rozebrać, ale bez większego wysiłku ją powstrzymał. W tamtej chwili to on miał kontrolę i chociaż z łatwością mogła sprawić, by role się odwróciły, nie zamierzała na to pozwolić.
Tak było dobrze. Przez moment wszystko wydawało się być na swoim miejscu, a jakby tego było mało…
Bardziej wyczuła niż faktycznie usłyszała, że ktoś otworzył frontowe drzwi. Zamykanie się w domu, z którego i tak nie było czego wynieść, nie miało sensu, zresztą Beatrycze nie chciała sobie nawet wyobrażać, że jakikolwiek człowiek mógłby pojawić się w tym miejscu. Nie miała wątpliwości, że ludzką krew akurat wyczułaby nawet ze znacznej odległości, niezależnie od tego, co absorbowałoby jej uwagę. Zdążyła się już o tym przekonać, aż za dobrze pamiętając, z jaką łatwością głód przysłonił wszystko inne – i to łącznie z pożądaniem.
To zdecydowanie nie był człowiek. Ta myśl ją uspokoiła, choć z wielkim trudem przebiła się przez jej zamglony nadmiarem emocji umysł. W efekcie nie zdołała w porę dać Lawrence’owi do zrozumienia, że najpewniej mieli gości.
– Jesteście tutaj? – Znajomy głos doszedł do niej jakby z oddali. Usłyszała szybkie kroki, choć i to działo się jakby poza nią. – Och…
To ją otrzeźwiło. Praktycznie zepchnęła ze sobą L., na moment zapominając, jak imponującą siłą dysponowała jako nowo narodzona.
W chwili, w której gwałtownie poderwała się do pionu, nerwowo poprawiając włosy, w pokoju zapanowała wymowna cisza.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa