4 października 2018

Sto dwadzieścia pięć

Beatrycze
Wschód słońca nadszedł zdecydowanie zbyt późno. Takie przynajmniej miała wrażenie i choć wiedziała, że zimą dzień trwał krótko, poczuła dziwną ulgę, kiedy na zewnątrz zaczęło robić się jasno.
Oparła się o parapet, z zaciekawieniem obserwując jak ciemność powoli ustępuje miejsca pierwszym promieniom słonecznym. Było w tym coś pocieszającego, zresztą wszystko, co oglądała tymi „nowymi” oczami skutecznie wprawiało ją w osłupienie. Wszystko było wyraźniejsze i tak intensywne, że chwilami czuła się wręcz przytłoczona. Z czasem uczucie to zostało wyparte przede wszystkim zachwytami, zwłaszcza gdy zwracała uwagę na szczegóły, które do tej pory skutecznie jej umykały.
Nie miała pojęcia, że zwykłe drobinki kurzu potrafiły być tak cudownie piękne, gdy padało na nie światło. Wszystko wydawało się inne, doskonalsze, ale i na swój sposób niepokojące. Z jakiegoś powodu właśnie tak postrzegała dzień i noc – bo choć nawet po zmroku widziała aż nazbyt dobrze, panująca dookoła ciemność i to, jak wiele działo się również po zachodzie słońca, nie dawało jej spokoju.
Westchnęła cicho. Objęła się ramionami, chociaż nie była w stanie poczuć chłodu. W gruncie rzeczy naprawdę mało co mogło jej przeszkadzać – ani brak mebli, ani panujący na zewnątrz, ale też w środku wciąż nieurządzonego domu chłód. Po prostu istniała, co prawda odczuwając ciepło i zimno, ale wyłącznie jako dwa występujące, choć w żaden sposób nieuciążliwe stany.
Blask z dnia z trudem przebijał się przez ciężkie chmury. Miała wrażenie, że znów będzie padać, ale również to uznała za mało istotne. Zresztą lubiła śnieg, może nawet bardziej od deszczu. Zwłaszcza teraz, gdy była w stanie dostrzec najdrobniejszą nawet różnicę między najmniejszymi drobinkami, wszystko wydawało się jej równie zachwycające. Sposób, w jaki jej skóra zalśniła, gdy przez okno wkradły się pierwsze promienie słońca, tym bardziej.
Wyciągnęła przed siebie rękę, uważnie przypatrując łagodnie połyskującej skórze. To było dziwne, choć wciąż stanowiło o wiele lepszą alternatywę, niż gdyby miała spalać się na słońcu. Z drugiej strony, wszystko to, co wiązało się z wampiryzmem, wciąż wprawiało ją w osłupienie. Nie chodziło wyłącznie o wyostrzone zmysły, wygląd czy reakcję na światło dnia. Najbardziej zadziwiało ją, że drapieżność w jakikolwiek sposób mogła iść w parze z pięknem. Najwyraźniej śmierć taka była, choć gdyby Beatrycze miała wybór, wolałaby więcej jej nie spotkać.
Jakby to było możliwe. Już jesteś martwa.
Westchnęła, dziwnie zmartwiona tą myślą. Z uporem odsuwała od siebie kilka zupełnie innych, choć te raz po raz wracały, skutecznie dając się kobiecie we znaki. Były rzeczy, nad którymi wolała się nie zastanawiać, to jednak wcale nie było takie proste. Jako nowo narodzona może i szybko się rozpraszała, ale wciąż miała umysł o wiele bardziej pojemny i przestronny niż do tej pory. Chciała tego czy nie, te niechciane myśli wciąż gdzieś tam były, a ona wciąż była w stanie podzielić uwagę na tyle, by w razie potrzeby móc je przeanalizować.
Sęk w tym, że nie chciała tego. Miała dość powodów, by chcieć uciec przed tematem, który pojawił się za sprawą Joce. Od tamtego czasu z uporem szukała sobie zajęcia, chcąc zająć czymkolwiek umysł, ale to również nie działało tak, jak mogłaby tego oczekiwać.
Rozmowa z Ariadna całkowicie wytrąciła ją z równowagi. Nie chodziło o samo spotkanie, choć zdecydowanie nie tego spodziewała się, kiedy poprosiła Jocelyne o pomoc. Jakby tego było mało, nie zyskała niczego konkretnego, przynajmniej w kwestii szukania Ophelii. Tkwiła w martwym punkcie, gotowa przysiąc, że z każdym kolejnym dniem zbliżała się do nieszczęścia – jakiekolwiek miałoby się ono okazać. To, że nie była w stanie znaleźć jedynej osoby, która miała szansę pomóc nie tylko jej, ale również Elenie, niczego nie ułatwiało.
I Łowca… Ariadna naprawdę powiedziała o Łowcy…
Energicznie potrząsnęła głową, znów za wszelką cenę starając się odsunąć od siebie niechciane myśli. To nie tak. Nie może być tak, warknęła na siebie w duchu, ale w tamtej chwili czuła jedynie, że oszukiwała samą siebie. Pragnęła uwierzyć w piękne kłamstwo, choć podświadomie wiedziała, że to bez sensu. Tak naprawdę wszystko w niej krzyczało, że polowanie właśnie się zaczęło – coś, o czym wcześniej jedynie słyszała, a w co nie chciała wierzyć
Zacisnęła usta, z trudem tłumiąc sfrustrowany jęk. Nie powiedziała w czym rzecz ani Lawrence’owi, ani nikomu innemu. Wmawiała sobie, że to nie ma znaczenia – że to co najwyżej legenda, którą przekazywały sobie między tu a teraz, a która przecież nie powinna mieć racji bytu – ale teraz wcale nie była tego taka pewna. I choć wiedziała, że najpewniej popełniała błąd, kolejny raz decydując się przemilczeć jakąkolwiek kwestie, nie potrafiła zmusić się do zmiany decyzji.
Wyczuła cudzą obecność na ułamek sekundy przed tym, jak cudze wargi z czułością musnęły jej szyję. Wyprostowała się, mimowolnie wzdrygając, choć sama nie była pewna czy wyłącznie za sprawą pocałunków, czy nadmiaru emocji. Zdołała przymusić się do uśmiechu, ale i bez pytania wiedziała, że efekt był dość marny. Wystarczyło jedno spojrzenie Lawrence’a, żeby pojęła, że ukrywanie emocji zdecydowanie nie było jej mocną stroną.
– Co jest? – usłyszała tuż przy uchu.
W gruncie rzeczy nie musiał dodawać niczego więcej czy choćby precyzować pytania. Podejrzewała, co takiego go dręczyło. Znał ją wystarczająco dobrze, by zorientować się, kiedy miała jakikolwiek problem. W zasadzie była zaskoczona, że zwlekał z tym pytaniem kilka dobrych godzin, po odwiezieniu Joce przez długie godziny próbując zachowywać się tak, jakby nic szczególnego nie miało miejsca.
Natychmiast odwróciła się w jego stronę. Nie odpowiedziała, w zamian układając dłonie na ramionach wpatrzonego w nią mężczyzny. Nachyliła się, by móc go pocałować – tak po prostu, pod wpływem impulsu i nagłej tęsknoty za bliskością. Wciąż nie miała dość ani jego, ani kolejnych pocałunków, dotyku czy choćby sposobu, w jaki trzymał ją w ramionach. Wszystko podobno sprowadzało się do instynktu i tego, że o wiele intensywniej od człowieka odbierała emocje, w tym również pożądanie, ale i tak czuła się z tym dziwnie.
Lawrence nie zaprotestował, gdy zaczęła go całować. Co prawda w pierwszym odruchu drgnął, jakby zastanawiał się nad tym, czy powinien ją odepchnąć, ale ostatecznie tego nie zrobił. W zamian bardziej stanowczo przygarnął ją do siebie, dłonie układając na biodrach Beatrycze. Przyjęła to z ulgą, w pośpiechu przesuwając się jeszcze bliżej – na tyle, na ile było to możliwe, skoro wciąż ograniczały ich własne ciała. Skoro tak musiało być, zamierzała zminimalizować jakiekolwiek odległości do całkowitego minimum.
Palce wampira wplotły się w jej włosy. Lekko odchyliła głowę, pozwalając, by bawił się jej lokami. W jego ruchach wciąż wyczuwała swego rodzaju ostrożności – nawyku, który wyrobił sobie, gdy jeszcze była człowiekiem – ale prawie nie zwróciła na to uwagi. Prawda była taka, że teraz sama powinna zważać na każdy ruch, o wiele silniejsza od przeciętego wampira. Sęk w tym, że nie potrafiła, momentalnie tracąc nad sobą kontrolę i skupiając wyłącznie na potrzebach, którymi kierowało się ciało. Nie pierwszy raz miała wrażenie, że szybciej działała niż myślała, ale to było dobre – przynajmniej tak długo, jak nie sprowadzało się do utraty kontroli podczas polowania.
– Beatrycze…
Dreszcz przemknął wzdłuż jej kręgosłupa przez sposób, w jaki Lawrence wypowiedział jej imię. To przypominało warknięcie – a przy tym okazało się zadziwiająco łagodne i pełne emocji, których nie była w stanie zignorować. To wystarczyło, sprawiając, że momentalnie zrezygnowała z jakichkolwiek zahamowani. Dosłownie na niego skoczyła, nie ścinając z nóg jedynie dzięki temu, że w porę odzyskał równowagę – i to z wyraźnym trudem, w pierwszym odruchu znacząco odchylając się w tył. Mimo wszystko nie zaprotestował, kiedy objęła go nogami w pasie, próbując uchwycić w taki sposób, by nie tylko się nie zsunąć, ale też mieć w pełni swobodny sposób do jego warg.
Dłonie Lawrence’a momentalnie wylądowały z powrotem na jej biodrach. Uniósł ją z lekkością, zupełnie jakby niczego nie ważyła. Z jego perspektywy najpewniej tak było, ale i nad tym nie była w stanie się zastanowić. W gruncie rzeczy nie była w stanie myśleć o niczym prócz wzajemnej bliskości i pragnień, które momentalnie przysłoniły wszystko inne. Jedynie pieczenie w gardle wciąż dawało się jej we znaki, ale zdążyła przywyknąć do tego uczucia na tyle, by z łatwością je ignorować.
Tylko tego chciała – choćby chwili spokoju, bez konieczności walki z mętlikiem w głowie. W chwili, w której udało jej się to osiągnąć, poczuła się naprawdę dobrze. Co więcej, to wciąż był dobrego początek, ale to już nie miało znaczenia. Liczyły się przede wszystkim bliskość i kolejne pocałunki, każdy bardziej stanowczy i namiętniejszy od poprzedniego.
Lawrence odsunął się, wciąż trzymając ją w ramionach. Zanim zdążyła choćby się zastanowić, wylądowała dociśnięta do ściany, podczas gdy usta nieśmiertelnego zatrzymały się zaledwie kilka milimetrów od jej twarzy.
– To nie była odpowiedź na moje pytanie – stwierdził, ale nic nie wskazywało na to, by zamierzał naciskać. Pociemniałe, błyszczące intensywnie tęczówki, mówiły same za siebie.
– Nie miało być – oznajmiła zgodnie z prawdą.
Otworzył usta, jakby chcąc zaprotestować, ale nie dała mu po temu okazji. Błyskawicznie spróbowała przejąć kontrolę nad sytuacją, skutecznie powstrzymując go pod powiedzeniem czegokolwiek więcej kolejnym pocałunkiem. Nie musiała się wysilać, by sprawić, żeby w szybkim czasie oboje zatracili się w tym, co działo się pomiędzy nimi. Wzajemna bliskość w zupełności wystarczyła – każdy gest, dotyk czy choćby spojrzenie, które wydawało się tłumaczyć więcej, aniżeli jakiekolwiek słowa.
Podejrzewała, że to nieuczciwe. Lawrence miał prawo, żeby się martwić i pytać, ona zaś powinna mu odpowiedzieć. Nie chciała wracać do punktu wyjścia, kiedy to z uporem ukrywała coś, co okazało się aż tak istotne – kolejne sny, wizje i samą Ophelię. Problem polegał na tym, że nie potrafiła inaczej, przynajmniej na razie pragnąć wyrzucić rozmowę z matką i wszystko to, co wiązało się z Łowcą, z pamięci.
Później. Porozmawiamy… później, pomyślała, próbując przekonać samą siebie, że to prawda.
Gdyby przynajmniej samej sobie potrafiła wytłumaczyć, co tak naprawdę kryło się pod tym lakonicznym stwierdzeniem…
Lawrence nie próbował protestować, co przyjęła z ulga. Myślami wydawał się być gdzieś daleko, wciąż jak dziecko ciesząc się z tego, że miał ją przy sobie. Chociaż nie sądziła, że to w ogóle możliwe, zachowywał się o wiele bardziej emocjonalnie niż w Chianni, gdy oboje nie dowierzali temu, co się wydarzyło. Beatrycze nie mogła pozbyć się wrażenia, że w przypadku L. poniekąd wciąż tak było – jakby w ciąż w pełni nie dopuszczał do siebie myśli nie tylko o jej powrocie, ale też odzyskanych wspomnieniach. Jeśli miała być ze sobą szczera, rozumiała to aż za dobrze, w głębi duszy doświadczając czegoś podobnego.
Jestem tutaj… Jestem i nigdzie się nie wybieram!
Dlaczego również to brzmiało jak kłamstwo…?
Już nawet nie próbowała uporządkowywać tego, co działo się w jej głowie. Gubiła się przez nadmiar bodźców i emocji, które w jednej chwili przejęły kontrolę. To pożądanie wysunęło się na pierwszy plan i to na nim zdecydowała się skupić. Tak jak wtedy, zaraz po jej powrocie, gdy tak po prostu poddała się emocjom w starej stajni. Nie potrafiła czuć się źle z tym, że pragnęła bliskości własnego męża. To, że wciąż nie miała go dość, było sprawą drugorzędną.
Fakt, że przy okazji mogła zająć czymś umysł, zdecydowanie nie był w tym wszystkim najważniejszy.
Wystarczyła chwila, by pożałowała, że dom wciąż był opustoszały. Wydawał się pusty i zbyt duży na ich dwoje, ale wiedziała, że to wyłącznie kwestia czasu. Chciała uporządkować go po swojemu, krok za krokiem, mając pełną kontrolę nad każdym z przedmiotów, który ostatecznie wylądowałby w tym miejscu. Taka perspektywa wydała się jej co najmniej niesamowita – niczym nowy start, który miałby podkreślić to, że naprawdę wróciła. Tym razem była kimś więcej, aniżeli pozbawionym wspomnień, nieporadnym człowiekiem i tego zamierzała się trzymać.
Zamknęła oczy, w pełni skupiając na kolejnych pocałunkach. Mimo wszystko wciąż była w stanie myśleć, ale tym razem nie uznała tego za coś złego. Koncentrowała się na Lawrence’ie, ich wspólnym domu i wszystkim, co dopiero zamierzała zrobić. Z uporem ignorowała Ariadnę, Ciemność i wszystko to, co tak bardzo ją martwiło. Czuła, że to głupie, bo ucieczka przed problemami w najmniejszym stopniu ich nie rozwiązywała, ale nie chciała się nad tym rozwodzić.
Choć przez chwilę pragnęła udawać, że uporządkowanie tych kilku wieków, które minęły, odkąd umarła po raz pierwszy, w istocie sprowadzało się do nowego domu i udawania, że przeszłość nie miała znaczenia.
– Potrzebujemy sypialni – mruknęła bardziej do siebie niż kogokolwiek innego, ale Lawrence i tak spojrzał na nią z zaciekawieniem. Dopiero wtedy uprzytomniła sobie, że w pewnym momencie odsunęła się, w zamyśleniu wypowiadając kolejne słowa. – Ten dom jest taki pusty…
– W tym rzecz. Ale wcześniej twierdziłaś, że to w porządku – zauważył zaczepnym tonem.
Potrząsnęła głową. Spojrzała mu w oczy, już nawet nie zszokowana ich intensywnie czerwoną barwą. Kolor i tak nie miał znaczenia, przynajmniej w tamtej chwili; rubinowe czy nie, te tęczówki wciąż spoglądały na nią w łagodny, zdradzający troskę sposób, zupełnie nie tak jak oczy kogoś, kto czerpał jakąkolwiek przyjemność z zabijania ludzi.
– Bo to prawda – zapewniła z opóźnieniem. Wciąż miała problem z tym, żeby się skupić, zwłaszcza że dłonie wampira wciąż spoczywały na jej biodrach. To, że był tak blisko, że czuła na twarzy jego słodki oddech, dodatkowo utrudniało Beatrycze koncentrację. – Ale chciałabym się tym zająć tak szybko, jak to możliwe. Tak jak kiedyś.
Niepewnie uśmiechnęła się na te słowa. Coś ścisnęło ją w gardle, na moment wręcz pozbawiając tchu. Nie pamiętała, jak wyglądał ich pierwszy dom, choć bez wątpienia sama pomagałą go urządzić. Ludzie wspomnienia blakły, zresztą minęło tyle czasu, że odtworzenie każdego szczegółu z pierwszego życia wydawało się graniczyć z cudem, ale i tak poczuła się źle. To jedno powinna wiedzieć, zwłaszcza że było istotne.
Potrząsnęła głową, próbując wziąć się w garść. Wspomnienia z Londynu wcale nie były aż takie ważne, zwłaszcza że teraz oboje mieli zamieszkać w zupełnie innym miejscu. Stworzenie nowych stanowiło zaledwie kwestię czasu, tym bardziej że wszystko zdążyło ulec zmianie. Aż za dobrze pamiętała wycieczkę do centrum handlowego – ten nadmiar sklepów, wybór najróżniejszych rzeczy i to, jak bardzo przytłoczona się wtedy czuła. Co prawda wiedziała, że teraz wejście do tak dużego skupiska ludzi nie wchodziło w grę, ale i tak czułą się dziwnie podekscytowana samą myślą, że miałaby jakikolwiek wpływ na zakupy – wybór mebli, kolorów, dodatków…
Uścisk w gardle przybrał na sile. To wszystko wciąż jawiło jej się jako nienaturalnie przyziemne i zbyt doskonałe. Przez moment czułą się tak, jakby znów wyszła za mąż, powoli budując sobie życie – od zera, jakby nic złego nigdy nie miało miejsca. Przez krótką chwilę naprawdę chciała się tym cieszyć, choć na moment zapominając, że sprawy nie miały się w aż tak przyjemny, prosty sposób. Gdzieś w tym wszystkim wciąż czaił się mrok – niczym cienie, które czasem dostrzegała między tu a teraz, a które tak łatwo można było zignorować w piękny, słoneczny dzień.
Te cienie wciąż gdzieś tam były. Ciągnęły się za nią przez cały czas, tym niebezpieczniejsze, gdy na własne życzenie nie zwracała na nie uwagi. I chociaż wiedziała, że robienie sobie płonnych nadziei prowadziło donikąd, co najwyżej mogąc bardziej ją zranić, choć chwilę dłużej pragnęła w tym trwać. Skoro i tak nie miała pojęcia, co powinna zrobić w związku z Ophelią…
Nie sądziła, by w pogoni za szczęściem było cokolwiek niewłaściwego. Może śniła na jawie, ale pragnęła sobie na to pozwolić – zwłaszcza w tym domu, który przecież należał do nich. Skoro nie była w stanie zdziałać czegokolwiek w związku z najważniejszymi kwestiami, mogła spróbować uporządkować te mniej ważne. Zbyt mocno pragnęła normalności, by tak po prostu dopuścić do siebie myśl, że wszystko to, co zyskała, mogło zniknąć równie nagle, co się pojawiło.
– Jeśli tego sobie życzysz… – Lawrence przekrzywił głowę. Wciąż uważnie ją obserwował, wydając się nad czymś intensywnie myśleć. – Na pewno wszystko w porządku?
Westchnęła, nawet nie próbując ukrywać frustracji. Mogła skłamać, ale aż za dobrze wiedziała, że by jej nie uwierzył. Znał ją zbyt dobrze, zresztą tak naprawdę wcale nie oczekiwał  odpowiedzi. Nie musiał, skoro doskonale zdawał sobie sprawę z tego, w jaki sposób brzmiała.
Nie, nic nie było dobrze. Niezależnie od tego, co sobie wmawiała, prawda była inna – i to niezależnie od tego, czego pragnęli.
– Nie rozmawiajmy o tym – poprosiła cicho, rzucając mu błagalne spojrzenie. Nachyliła się, znów próbując go pocałować, ale tym razem jej na to nie pozwolił. – L…
– Będzie tak, jak sobie chcesz – zapewnił, raptownie poważniejąc. Uniosła brwi, porażona myślą, że mogłaby go w jakikolwiek sposób urazić. Ostatnim, czego chciała, to cokolwiek między nimi popsuć, a to wydawało się dość prawdopodobne, skoro wiedział, że znów nie zdradzała mu całej prawdy. – Ale najpierw mam coś jeszcze do powiedzenia.
Jeśli do tej pory była zaniepokojona, wraz z jego słowami do głosu jak na zawołanie doszedł lęk. Mimowolnie spięła się, spoglądając na wampira tak, jakby widziała go po raz pierwszy. Instynktownie spróbowała się odsunąć, porażona skupieniem, z jaki na nią spoglądał, ale tuż za plecami wciąż miała ścianę. Napięła mięśnie, gdy tylko dotarło do niej, że na własne życzenie pozwoliła zapędzić się w kozi róg, nie mając innego wyboru, jak tylko pozwolić Lawrence’owi dojść do głosu.
Proszę…
Nawet nie była w stanie wykrztusić tego jednego słowa. Zresztą sama nie była pewna, czego od niego oczekiwała. Żeby nie dążył tematu? Nie denerwował się na nią nawet pomimo tego, że zbywała jego pytania – i to po raz kolejny? Wszystko to brzmiało co najmniej źle, przypominając bardziej marny żart. To, że L. mógłby prędzej czy później stracić cierpliwość, wydawało się dość prawdopodobne. Co prawda sam również nie był święty, ale nie wyobrażała sobie, że miałaby mu to wytknąć. Może i każde z nich miało swoje powody, ale to wciąż nie było żadnym usprawiedliwieniem.
Powinna z nim porozmawiać. Chociaż tyle, niezależnie od tego, w co tak naprawdę wierzyła. Tak byłoby lepiej, a jednak…
– Mam coś dla ciebie.
Oczy Beatrycze rozszerzyły się w geście niedowierzania. Spodziewała się wielu rzeczy, ale zdecydowanie nie słów, które ostatecznie padły z ust Lawrence’a. Jakby tego było mało, wampir zdecydowanie nie brzmiał na rozeźlonego. Wręcz przeciwnie – mimo absolutnej powagi, z jaką do niej przemawiała, coś w jego tonie i spojrzeniu uprzytomniło kobiecie, że nie miał do niej o nic pretensji.
Wciąż oszołomiona, mimowolnie się rozluźniła. To wciąż niczego nie tłumaczyło, ale…
Palce Lawrence’a bez jakiegokolwiek ostrzeżenia owinęły się wokół jej dłoni. Obserwowała go w oszołomieniu, gdy bardzo ostrożnie ujął ją za rękę, przez chwilę gładząc kciukiem jej wierzch. Wolną dłonią sięgnął do kieszeni kurtki, w pośpiechu wyjmując coś, czego nie była w stanie zauważyć. Zarejestrowała wyłącznie delikatny błysk, kiedy coś leniwie zalśniło w nikłym blasku wpadającego do pokoju światła dnia.
– Radości moja… – usłyszała i to wystarczyło, żeby zamarła.
Kiedy chwilę później Lawrence ostrożnie wsunął jej na palec niewielką obrączkę, była w stanie już tylko stać i bezmyślnie się w niego wpatrywać.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa