
Beatrycze
Wschód słońca nadszedł
zdecydowanie zbyt późno. Takie przynajmniej miała wrażenie i choć
wiedziała, że zimą dzień trwał krótko, poczuła dziwną ulgę, kiedy na zewnątrz
zaczęło robić się jasno.
Oparła się o parapet,
z zaciekawieniem obserwując jak ciemność powoli ustępuje miejsca pierwszym
promieniom słonecznym. Było w tym coś pocieszającego, zresztą wszystko, co
oglądała tymi „nowymi” oczami skutecznie wprawiało ją w osłupienie.
Wszystko było wyraźniejsze i tak intensywne, że chwilami czuła się wręcz
przytłoczona. Z czasem uczucie to zostało wyparte przede wszystkim
zachwytami, zwłaszcza gdy zwracała uwagę na szczegóły, które do tej pory
skutecznie jej umykały.
Nie miała
pojęcia, że zwykłe drobinki kurzu potrafiły być tak cudownie piękne, gdy padało
na nie światło. Wszystko wydawało się inne, doskonalsze, ale i na swój
sposób niepokojące. Z jakiegoś powodu właśnie tak postrzegała dzień i noc
– bo choć nawet po zmroku widziała aż nazbyt dobrze, panująca dookoła ciemność i to,
jak wiele działo się również po zachodzie słońca, nie dawało jej spokoju.
Westchnęła
cicho. Objęła się ramionami, chociaż nie była w stanie poczuć chłodu. W gruncie
rzeczy naprawdę mało co mogło jej przeszkadzać – ani brak mebli, ani panujący
na zewnątrz, ale też w środku wciąż nieurządzonego domu chłód. Po prostu
istniała, co prawda odczuwając ciepło i zimno, ale wyłącznie jako dwa
występujące, choć w żaden sposób nieuciążliwe stany.
Blask z dnia
z trudem przebijał się przez ciężkie chmury. Miała wrażenie, że znów
będzie padać, ale również to uznała za mało istotne. Zresztą lubiła śnieg, może
nawet bardziej od deszczu. Zwłaszcza teraz, gdy była w stanie dostrzec
najdrobniejszą nawet różnicę między najmniejszymi drobinkami, wszystko wydawało
się jej równie zachwycające. Sposób, w jaki jej skóra zalśniła, gdy przez
okno wkradły się pierwsze promienie słońca, tym bardziej.
Wyciągnęła
przed siebie rękę, uważnie przypatrując łagodnie połyskującej skórze. To było
dziwne, choć wciąż stanowiło o wiele lepszą alternatywę, niż gdyby miała
spalać się na słońcu. Z drugiej strony, wszystko to, co wiązało się z wampiryzmem,
wciąż wprawiało ją w osłupienie. Nie chodziło wyłącznie o wyostrzone
zmysły, wygląd czy reakcję na światło dnia. Najbardziej zadziwiało ją, że
drapieżność w jakikolwiek sposób mogła iść w parze z pięknem.
Najwyraźniej śmierć taka była, choć gdyby Beatrycze miała wybór, wolałaby
więcej jej nie spotkać.
Jakby to było możliwe. Już jesteś martwa.
Westchnęła,
dziwnie zmartwiona tą myślą. Z uporem odsuwała od siebie kilka zupełnie
innych, choć te raz po raz wracały, skutecznie dając się kobiecie we znaki.
Były rzeczy, nad którymi wolała się nie zastanawiać, to jednak wcale nie było
takie proste. Jako nowo narodzona może i szybko się rozpraszała, ale wciąż
miała umysł o wiele bardziej pojemny i przestronny niż do tej pory.
Chciała tego czy nie, te niechciane myśli wciąż gdzieś tam były, a ona
wciąż była w stanie podzielić uwagę na tyle, by w razie potrzeby móc
je przeanalizować.
Sęk w tym,
że nie chciała tego. Miała dość powodów, by chcieć uciec przed tematem, który
pojawił się za sprawą Joce. Od tamtego czasu z uporem szukała sobie
zajęcia, chcąc zająć czymkolwiek umysł, ale to również nie działało tak, jak
mogłaby tego oczekiwać.
Rozmowa z Ariadna
całkowicie wytrąciła ją z równowagi. Nie chodziło o samo spotkanie,
choć zdecydowanie nie tego spodziewała się, kiedy poprosiła Jocelyne o pomoc.
Jakby tego było mało, nie zyskała niczego konkretnego, przynajmniej w kwestii
szukania Ophelii. Tkwiła w martwym punkcie, gotowa przysiąc, że z każdym
kolejnym dniem zbliżała się do nieszczęścia – jakiekolwiek miałoby się ono
okazać. To, że nie była w stanie znaleźć jedynej osoby, która miała szansę
pomóc nie tylko jej, ale również Elenie, niczego nie ułatwiało.
I Łowca… Ariadna naprawdę powiedziała o Łowcy…
Energicznie
potrząsnęła głową, znów za wszelką cenę starając się odsunąć od siebie
niechciane myśli. To nie tak. Nie może
być tak, warknęła na siebie w duchu, ale w tamtej chwili czuła
jedynie, że oszukiwała samą siebie. Pragnęła uwierzyć w piękne kłamstwo, choć
podświadomie wiedziała, że to bez sensu. Tak naprawdę wszystko w niej
krzyczało, że polowanie właśnie się zaczęło – coś, o czym wcześniej
jedynie słyszała, a w co nie chciała wierzyć
Zacisnęła
usta, z trudem tłumiąc sfrustrowany jęk. Nie powiedziała w czym rzecz
ani Lawrence’owi, ani nikomu innemu. Wmawiała sobie, że to nie ma znaczenia –
że to co najwyżej legenda, którą przekazywały sobie między tu a teraz, a która
przecież nie powinna mieć racji bytu – ale teraz wcale nie była tego taka
pewna. I choć wiedziała, że najpewniej popełniała błąd, kolejny raz
decydując się przemilczeć jakąkolwiek kwestie, nie potrafiła zmusić się do
zmiany decyzji.
Wyczuła
cudzą obecność na ułamek sekundy przed tym, jak cudze wargi z czułością
musnęły jej szyję. Wyprostowała się, mimowolnie wzdrygając, choć sama nie była
pewna czy wyłącznie za sprawą pocałunków, czy nadmiaru emocji. Zdołała
przymusić się do uśmiechu, ale i bez pytania wiedziała, że efekt był dość
marny. Wystarczyło jedno spojrzenie Lawrence’a, żeby pojęła, że ukrywanie
emocji zdecydowanie nie było jej mocną stroną.
– Co jest?
– usłyszała tuż przy uchu.
W gruncie
rzeczy nie musiał dodawać niczego więcej czy choćby precyzować pytania.
Podejrzewała, co takiego go dręczyło. Znał ją wystarczająco dobrze, by zorientować
się, kiedy miała jakikolwiek problem. W zasadzie była zaskoczona, że
zwlekał z tym pytaniem kilka dobrych godzin, po odwiezieniu Joce przez
długie godziny próbując zachowywać się tak, jakby nic szczególnego nie miało
miejsca.
Natychmiast
odwróciła się w jego stronę. Nie odpowiedziała, w zamian układając
dłonie na ramionach wpatrzonego w nią mężczyzny. Nachyliła się, by móc go
pocałować – tak po prostu, pod wpływem impulsu i nagłej tęsknoty za
bliskością. Wciąż nie miała dość ani jego, ani kolejnych pocałunków, dotyku czy
choćby sposobu, w jaki trzymał ją w ramionach. Wszystko podobno
sprowadzało się do instynktu i tego, że o wiele intensywniej od
człowieka odbierała emocje, w tym również pożądanie, ale i tak czuła
się z tym dziwnie.
Lawrence
nie zaprotestował, gdy zaczęła go całować. Co prawda w pierwszym odruchu
drgnął, jakby zastanawiał się nad tym, czy powinien ją odepchnąć, ale
ostatecznie tego nie zrobił. W zamian bardziej stanowczo przygarnął ją do
siebie, dłonie układając na biodrach Beatrycze. Przyjęła to z ulgą, w pośpiechu
przesuwając się jeszcze bliżej – na tyle, na ile było to możliwe, skoro wciąż
ograniczały ich własne ciała. Skoro tak musiało być, zamierzała zminimalizować
jakiekolwiek odległości do całkowitego minimum.
Palce
wampira wplotły się w jej włosy. Lekko odchyliła głowę, pozwalając, by
bawił się jej lokami. W jego ruchach wciąż wyczuwała swego rodzaju
ostrożności – nawyku, który wyrobił sobie, gdy jeszcze była człowiekiem – ale
prawie nie zwróciła na to uwagi. Prawda była taka, że teraz sama powinna zważać
na każdy ruch, o wiele silniejsza od przeciętego wampira. Sęk w tym,
że nie potrafiła, momentalnie tracąc nad sobą kontrolę i skupiając
wyłącznie na potrzebach, którymi kierowało się ciało. Nie pierwszy raz miała
wrażenie, że szybciej działała niż myślała, ale to było dobre – przynajmniej
tak długo, jak nie sprowadzało się do utraty kontroli podczas polowania.
–
Beatrycze…
Dreszcz
przemknął wzdłuż jej kręgosłupa przez sposób, w jaki Lawrence wypowiedział
jej imię. To przypominało warknięcie – a przy tym okazało się zadziwiająco
łagodne i pełne emocji, których nie była w stanie zignorować. To
wystarczyło, sprawiając, że momentalnie zrezygnowała z jakichkolwiek
zahamowani. Dosłownie na niego skoczyła, nie ścinając z nóg jedynie dzięki
temu, że w porę odzyskał równowagę – i to z wyraźnym trudem, w pierwszym
odruchu znacząco odchylając się w tył. Mimo wszystko nie zaprotestował,
kiedy objęła go nogami w pasie, próbując uchwycić w taki sposób, by
nie tylko się nie zsunąć, ale też mieć w pełni swobodny sposób do jego
warg.
Dłonie
Lawrence’a momentalnie wylądowały z powrotem na jej biodrach. Uniósł ją z lekkością,
zupełnie jakby niczego nie ważyła. Z jego perspektywy najpewniej tak było,
ale i nad tym nie była w stanie się zastanowić. W gruncie rzeczy
nie była w stanie myśleć o niczym prócz wzajemnej bliskości i pragnień,
które momentalnie przysłoniły wszystko inne. Jedynie pieczenie w gardle
wciąż dawało się jej we znaki, ale zdążyła przywyknąć do tego uczucia na tyle,
by z łatwością je ignorować.
Tylko tego
chciała – choćby chwili spokoju, bez konieczności walki z mętlikiem w głowie.
W chwili, w której udało jej się to osiągnąć, poczuła się naprawdę
dobrze. Co więcej, to wciąż był dobrego początek, ale to już nie miało
znaczenia. Liczyły się przede wszystkim bliskość i kolejne pocałunki,
każdy bardziej stanowczy i namiętniejszy od poprzedniego.
Lawrence
odsunął się, wciąż trzymając ją w ramionach. Zanim zdążyła choćby się
zastanowić, wylądowała dociśnięta do ściany, podczas gdy usta nieśmiertelnego
zatrzymały się zaledwie kilka milimetrów od jej twarzy.
– To nie
była odpowiedź na moje pytanie – stwierdził, ale nic nie wskazywało na to, by
zamierzał naciskać. Pociemniałe, błyszczące intensywnie tęczówki, mówiły same
za siebie.
– Nie miało
być – oznajmiła zgodnie z prawdą.
Otworzył
usta, jakby chcąc zaprotestować, ale nie dała mu po temu okazji. Błyskawicznie
spróbowała przejąć kontrolę nad sytuacją, skutecznie powstrzymując go pod
powiedzeniem czegokolwiek więcej kolejnym pocałunkiem. Nie musiała się wysilać,
by sprawić, żeby w szybkim czasie oboje zatracili się w tym, co
działo się pomiędzy nimi. Wzajemna bliskość w zupełności wystarczyła –
każdy gest, dotyk czy choćby spojrzenie, które wydawało się tłumaczyć więcej,
aniżeli jakiekolwiek słowa.
Podejrzewała,
że to nieuczciwe. Lawrence miał prawo, żeby się martwić i pytać, ona zaś
powinna mu odpowiedzieć. Nie chciała wracać do punktu wyjścia, kiedy to z uporem
ukrywała coś, co okazało się aż tak istotne – kolejne sny, wizje i samą
Ophelię. Problem polegał na tym, że nie potrafiła inaczej, przynajmniej na
razie pragnąć wyrzucić rozmowę z matką i wszystko to, co wiązało się z Łowcą,
z pamięci.
Później. Porozmawiamy… później,
pomyślała, próbując przekonać samą siebie, że to prawda.
Gdyby
przynajmniej samej sobie potrafiła wytłumaczyć, co tak naprawdę kryło się pod
tym lakonicznym stwierdzeniem…
Lawrence
nie próbował protestować, co przyjęła z ulga. Myślami wydawał się być
gdzieś daleko, wciąż jak dziecko ciesząc się z tego, że miał ją przy
sobie. Chociaż nie sądziła, że to w ogóle możliwe, zachowywał się o wiele
bardziej emocjonalnie niż w Chianni, gdy oboje nie dowierzali temu, co się
wydarzyło. Beatrycze nie mogła pozbyć się wrażenia, że w przypadku L.
poniekąd wciąż tak było – jakby w ciąż w pełni nie dopuszczał do
siebie myśli nie tylko o jej powrocie, ale też odzyskanych wspomnieniach.
Jeśli miała być ze sobą szczera, rozumiała to aż za dobrze, w głębi duszy
doświadczając czegoś podobnego.
Jestem tutaj… Jestem i nigdzie się nie
wybieram!
Dlaczego również
to brzmiało jak kłamstwo…?
Już nawet
nie próbowała uporządkowywać tego, co działo się w jej głowie. Gubiła się
przez nadmiar bodźców i emocji, które w jednej chwili przejęły
kontrolę. To pożądanie wysunęło się na pierwszy plan i to na nim
zdecydowała się skupić. Tak jak wtedy, zaraz po jej powrocie, gdy tak po prostu
poddała się emocjom w starej stajni. Nie potrafiła czuć się źle z tym,
że pragnęła bliskości własnego męża. To, że wciąż nie miała go dość, było
sprawą drugorzędną.
Fakt, że
przy okazji mogła zająć czymś umysł, zdecydowanie nie był w tym wszystkim
najważniejszy.
Wystarczyła
chwila, by pożałowała, że dom wciąż był opustoszały. Wydawał się pusty i zbyt
duży na ich dwoje, ale wiedziała, że to wyłącznie kwestia czasu. Chciała
uporządkować go po swojemu, krok za krokiem, mając pełną kontrolę nad każdym z przedmiotów,
który ostatecznie wylądowałby w tym miejscu. Taka perspektywa wydała się
jej co najmniej niesamowita – niczym nowy start, który miałby podkreślić to, że
naprawdę wróciła. Tym razem była kimś więcej, aniżeli pozbawionym wspomnień,
nieporadnym człowiekiem i tego zamierzała się trzymać.
Zamknęła
oczy, w pełni skupiając na kolejnych pocałunkach. Mimo wszystko wciąż była
w stanie myśleć, ale tym razem nie uznała tego za coś złego. Koncentrowała
się na Lawrence’ie, ich wspólnym domu i wszystkim, co dopiero zamierzała
zrobić. Z uporem ignorowała Ariadnę, Ciemność i wszystko to, co tak
bardzo ją martwiło. Czuła, że to głupie, bo ucieczka przed problemami w najmniejszym
stopniu ich nie rozwiązywała, ale nie chciała się nad tym rozwodzić.
Choć przez
chwilę pragnęła udawać, że uporządkowanie tych kilku wieków, które minęły,
odkąd umarła po raz pierwszy, w istocie sprowadzało się do nowego domu i udawania,
że przeszłość nie miała znaczenia.
– Potrzebujemy
sypialni – mruknęła bardziej do siebie niż kogokolwiek innego, ale Lawrence i tak
spojrzał na nią z zaciekawieniem. Dopiero wtedy uprzytomniła sobie, że w pewnym
momencie odsunęła się, w zamyśleniu wypowiadając kolejne słowa. – Ten dom
jest taki pusty…
– W tym
rzecz. Ale wcześniej twierdziłaś, że to w porządku – zauważył zaczepnym
tonem.
Potrząsnęła
głową. Spojrzała mu w oczy, już nawet nie zszokowana ich intensywnie
czerwoną barwą. Kolor i tak nie miał znaczenia, przynajmniej w tamtej
chwili; rubinowe czy nie, te tęczówki wciąż spoglądały na nią w łagodny,
zdradzający troskę sposób, zupełnie nie tak jak oczy kogoś, kto czerpał
jakąkolwiek przyjemność z zabijania ludzi.
– Bo to
prawda – zapewniła z opóźnieniem. Wciąż miała problem z tym, żeby się
skupić, zwłaszcza że dłonie wampira wciąż spoczywały na jej biodrach. To, że
był tak blisko, że czuła na twarzy jego słodki oddech, dodatkowo utrudniało
Beatrycze koncentrację. – Ale chciałabym się tym zająć tak szybko, jak to
możliwe. Tak jak kiedyś.
Niepewnie
uśmiechnęła się na te słowa. Coś ścisnęło ją w gardle, na moment wręcz
pozbawiając tchu. Nie pamiętała, jak wyglądał ich pierwszy dom, choć bez
wątpienia sama pomagałą go urządzić. Ludzie wspomnienia blakły, zresztą minęło
tyle czasu, że odtworzenie każdego szczegółu z pierwszego życia wydawało
się graniczyć z cudem, ale i tak poczuła się źle. To jedno powinna
wiedzieć, zwłaszcza że było istotne.
Potrząsnęła
głową, próbując wziąć się w garść. Wspomnienia z Londynu wcale nie
były aż takie ważne, zwłaszcza że teraz oboje mieli zamieszkać w zupełnie
innym miejscu. Stworzenie nowych stanowiło zaledwie kwestię czasu, tym bardziej
że wszystko zdążyło ulec zmianie. Aż za dobrze pamiętała wycieczkę do centrum
handlowego – ten nadmiar sklepów, wybór najróżniejszych rzeczy i to, jak
bardzo przytłoczona się wtedy czuła. Co prawda wiedziała, że teraz wejście do
tak dużego skupiska ludzi nie wchodziło w grę, ale i tak czułą się
dziwnie podekscytowana samą myślą, że miałaby jakikolwiek wpływ na zakupy –
wybór mebli, kolorów, dodatków…
Uścisk w gardle
przybrał na sile. To wszystko wciąż jawiło jej się jako nienaturalnie
przyziemne i zbyt doskonałe. Przez moment czułą się tak, jakby znów wyszła
za mąż, powoli budując sobie życie – od zera, jakby nic złego nigdy nie miało miejsca.
Przez krótką chwilę naprawdę chciała się tym cieszyć, choć na moment
zapominając, że sprawy nie miały się w aż tak przyjemny, prosty sposób.
Gdzieś w tym wszystkim wciąż czaił się mrok – niczym cienie, które czasem
dostrzegała między tu a teraz, a które tak łatwo można było
zignorować w piękny, słoneczny dzień.
Te cienie
wciąż gdzieś tam były. Ciągnęły się za nią przez cały czas, tym
niebezpieczniejsze, gdy na własne życzenie nie zwracała na nie uwagi. I chociaż
wiedziała, że robienie sobie płonnych nadziei prowadziło donikąd, co najwyżej
mogąc bardziej ją zranić, choć chwilę dłużej pragnęła w tym trwać. Skoro i tak
nie miała pojęcia, co powinna zrobić w związku z Ophelią…
Nie
sądziła, by w pogoni za szczęściem było cokolwiek niewłaściwego. Może śniła
na jawie, ale pragnęła sobie na to pozwolić – zwłaszcza w tym domu, który
przecież należał do nich. Skoro nie była w stanie zdziałać czegokolwiek w związku
z najważniejszymi kwestiami, mogła spróbować uporządkować te mniej ważne.
Zbyt mocno pragnęła normalności, by tak po prostu dopuścić do siebie myśl, że
wszystko to, co zyskała, mogło zniknąć równie nagle, co się pojawiło.
– Jeśli
tego sobie życzysz… – Lawrence przekrzywił głowę. Wciąż uważnie ją obserwował,
wydając się nad czymś intensywnie myśleć. – Na pewno wszystko w porządku?
Westchnęła,
nawet nie próbując ukrywać frustracji. Mogła skłamać, ale aż za dobrze
wiedziała, że by jej nie uwierzył. Znał ją zbyt dobrze, zresztą tak naprawdę
wcale nie oczekiwał odpowiedzi. Nie
musiał, skoro doskonale zdawał sobie sprawę z tego, w jaki sposób
brzmiała.
Nie, nic
nie było dobrze. Niezależnie od tego, co sobie wmawiała, prawda była inna – i to
niezależnie od tego, czego pragnęli.
– Nie
rozmawiajmy o tym – poprosiła cicho, rzucając mu błagalne spojrzenie.
Nachyliła się, znów próbując go pocałować, ale tym razem jej na to nie
pozwolił. – L…
– Będzie
tak, jak sobie chcesz – zapewnił, raptownie poważniejąc. Uniosła brwi, porażona
myślą, że mogłaby go w jakikolwiek sposób urazić. Ostatnim, czego chciała,
to cokolwiek między nimi popsuć, a to wydawało się dość prawdopodobne,
skoro wiedział, że znów nie zdradzała mu całej prawdy. – Ale najpierw mam coś
jeszcze do powiedzenia.
Jeśli do
tej pory była zaniepokojona, wraz z jego słowami do głosu jak na zawołanie
doszedł lęk. Mimowolnie spięła się, spoglądając na wampira tak, jakby widziała
go po raz pierwszy. Instynktownie spróbowała się odsunąć, porażona skupieniem, z jaki
na nią spoglądał, ale tuż za plecami wciąż miała ścianę. Napięła mięśnie, gdy
tylko dotarło do niej, że na własne życzenie pozwoliła zapędzić się w kozi
róg, nie mając innego wyboru, jak tylko pozwolić Lawrence’owi dojść do głosu.
Proszę…
Nawet nie
była w stanie wykrztusić tego jednego słowa. Zresztą sama nie była pewna,
czego od niego oczekiwała. Żeby nie dążył tematu? Nie denerwował się na nią
nawet pomimo tego, że zbywała jego pytania – i to po raz kolejny? Wszystko
to brzmiało co najmniej źle, przypominając bardziej marny żart. To, że L.
mógłby prędzej czy później stracić cierpliwość, wydawało się dość prawdopodobne.
Co prawda sam również nie był święty, ale nie wyobrażała sobie, że miałaby mu
to wytknąć. Może i każde z nich miało swoje powody, ale to wciąż nie
było żadnym usprawiedliwieniem.
Powinna z nim
porozmawiać. Chociaż tyle, niezależnie od tego, w co tak naprawdę
wierzyła. Tak byłoby lepiej, a jednak…
– Mam coś
dla ciebie.
Oczy
Beatrycze rozszerzyły się w geście niedowierzania. Spodziewała się wielu
rzeczy, ale zdecydowanie nie słów, które ostatecznie padły z ust
Lawrence’a. Jakby tego było mało, wampir zdecydowanie nie brzmiał na
rozeźlonego. Wręcz przeciwnie – mimo absolutnej powagi, z jaką do niej
przemawiała, coś w jego tonie i spojrzeniu uprzytomniło kobiecie, że
nie miał do niej o nic pretensji.
Wciąż
oszołomiona, mimowolnie się rozluźniła. To wciąż niczego nie tłumaczyło, ale…
Palce
Lawrence’a bez jakiegokolwiek ostrzeżenia owinęły się wokół jej dłoni.
Obserwowała go w oszołomieniu, gdy bardzo ostrożnie ujął ją za rękę, przez
chwilę gładząc kciukiem jej wierzch. Wolną dłonią sięgnął do kieszeni kurtki, w pośpiechu
wyjmując coś, czego nie była w stanie zauważyć. Zarejestrowała wyłącznie delikatny
błysk, kiedy coś leniwie zalśniło w nikłym blasku wpadającego do pokoju
światła dnia.
– Radości
moja… – usłyszała i to wystarczyło, żeby zamarła.
Kiedy
chwilę później Lawrence ostrożnie wsunął jej na palec niewielką obrączkę, była w stanie
już tylko stać i bezmyślnie się w niego wpatrywać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz