
Renesmee
Rosa milczała, raz po raz
rzucając mi nieco niepewne, na swój sposób zatroskane spojrzenia. Właściwie
sama nie byłam pewna, co powinnam myśleć o niej, a tym bardziej o jej
obecności. Samo spotkanie przypominało trochę sen, choć i to w pełni
nie oddawało tego, w jaki sposób się przy niej czułam. Podświadomie
czekałam na coś, czego nie potrafiłam określić, wręcz zaskoczona delikatnością i słodyczą
osoby, która w jakiś sposób wydawała się być ze mną powiązana. Jakby nie
patrzeć jej wspomnienie raz po raz wracało, ciągnąc się za mną niczym cień za
każdym razem, gdy Rufusowi zdarzało się zapędzić.
Zawahałam
się, mimo wszystko niepewna, co sądzić o sytuacji. Co prawda wampir
zapewniał mnie, że od dawna nie widział podobieństwa między mną a Rosą,
ale nie miałam pewności, ile było w tym stwierdzeniu prawdy. Zwłaszcza że
im dłużej przyglądałam się dziewczynie, tym wyraźniej widziałam, że jednak
miałyśmy sporo wspólnego. W kwestii wyglądu na pewno, jeśli zaś chodziło o charakter…
– Chyba
powinnam coś powiedzieć, ale nie mam pojęcia co – oznajmiła ni z tego, ni z owego
Rosa. Zaśmiała się nieco nerwowo, wciąż spoglądając na mnie w co najmniej
skonsternowany sposób. – Wiedziałam, że dzieje się nie za dobrze, ale i tak
jestem zaskoczona. Chociaż tak chyba jest lepiej – dodała po chwili wahania,
wymownie spoglądając na mnie. – Wiem, że Joce była bardzo przygnębiona.
– Dalej
jest – stwierdziłam zgodnie z prawdą. Dla pewności przeniosłam wzrok na
córkę, z niejaką ulgą odkrywając, że wciąż spokojnie spała. – Przyjaźnicie
się.
To nie było
pytanie, ale Rosa i tak energicznie pokiwała głową. Na jej ustach pojawił
się promienny uśmiech, co jedynie dodało jej uroku. W tamtej chwili
nabrałam pewności, że dziewczyna tak naprawdę przypominała kogoś zupełnie
innego, przynajmniej pod pewnymi względami. Choć znałam ją zaledwie chwilę,
byłam gotowa przysiąc, że należała do grona tych wyjątkowo pogodnych, otwartych
osób, do którego bez wahania mogłabym zaliczyć również Laylę.
Kto by
pomyślał. Najwyraźniej Rufus miał słabość do słodkich wariatek, chociaż trudno
było mi stwierdzić czy to dobrze, czy może wręcz przeciwnie.
– Joce jest
cudowna – oznajmiła z przekonaniem Rosa. Tym razem jej głos zabrzmiał o wiele
pewniej, w miarę jak w pośpiechu zaczęła wyrzucać z siebie
kolejne słowa. – Na początku nieźle ją wystraszyłam, ale z czasem jakoś
się porozumiałyśmy i… Och. – Urwała, po czym energicznie potrząsnęła głową. –
Patrzy na mnie tak świadomie… Mam nadzieję, że to nie znaczy, że masz coś
przeciwko. Ja po prostu chcę dla niej dobrze.
Jeszcze
kiedy mówiła, założyła ramiona na piersiach. W tamtej chwili wydała mi się
jeszcze bardziej krucha i drobna, choć wiedziałam, że to tylko pozory.
Wciąż czułam się tak, jakbym to ja była starsza, choć przecież doskonale
zdawałam sobie sprawę z tego, że minęło sporo czasu, odkąd Rosa w ogóle…
Cóż, żyła.
Zamrugałam,
uprzytomniając sobie, że wciąż wodziłam za nią wzrokiem, przypatrując w zdecydowanie
zbyt przenikliwy, otwarty sposób. Natychmiast spróbowałam nad sobą zapanować, w pośpiechu
uciekając wzrokiem gdzieś w bok. Zatrzymałam spojrzenie na wciąż
porzuconym na biurku rysunku, ale nawet wtedy cała moja uwaga skupiała się
tylko i wyłącznie na stojącej tuż przede mną duszy.
– Wybacz –
wymamrotałam, próbując wziąć się w garść. – To po prostu… nie jest dla
mnie normalne. Mam na myśli…
– Aż za
dobrze rozumiem – uspokoiła mnie pospiesznie Rosa. Wyczułam ruch, kiedy
zbliżyła się do mnie, dosłownie materializując tuż obok. Poczułam, że kryształ w mojej
dłoni nieznacznie pulsuje, ale nie byłam w stanie stwierdzić, co to oznaczało.
– To twoje? – zapytała, jak gdyby nigdy nic zmieniając temat. Dopiero po chwili
uprzytomniłam sobie, że mówiła o rysunku. – Widziałam pracownię. No i kilka
innych obrazów. Są cudowne i… Nie, to nie tak, że kogokolwiek śledzę! – dodała
pośpiesznie, ledwo tylko przeniosłam na nią wzrok.
Uniosłam
brwi, co najmniej zaskoczona tym, że próbowała się przede mną tłumaczyć. W jej
zachowaniu było coś rozkosznego, co sprawiło, że mimowolnie zdołałam się
uśmiechnąć. Momentalnie poczułam się lepiej, w tamtej chwili aż za dobrze
rozumiejąc, dlaczego istoty takie jak Rosa mogłyby potrzebować towarzystwa.
– Dziękuję.
– Lekko przekrzywiłam głowę, wciąż uważnie obserwując moją nieoczekiwaną
towarzyszkę. – Zwłaszcza za to, co robisz dla Joce. Gdybym mogła coś dla ciebie
zrobić… – zaczęłam i zaraz urwałam, widząc, że Rosa jedynie smutno się
uśmiechnęła.
– Nie robię
tego dlatego, że oczekuję czegoś w zamian. To moja przyjaciółka –
stwierdziła, przenosząc wzrok na Jocelyne. Jej spojrzenie było tak łagodne i szczere,
że nie mogłabym jej nie uwierzyć. – Zresztą trudno, bym teraz mogła
czegokolwiek potrzebować…
Zawahałam
się, co najmniej speszona jej słowami. Moje oczy rozszerzyły się nieznacznie,
gdy uprzytomniłam sobie, że wypowiedzi, na które się zdecydowałam, nie należały
do najszczęśliwszych na świecie. Poczułam, że się rumienię, nim jednak
zdecydowałam, czy powinnam przeprosić, podchwyciłam uspokajającym uśmiech Rosy i to
wystarczyło, bym zorientowała się, że nie miała mi niczego za złe.
Potrząsnęłam
głową. Właściwie nie miałam pewności, czego spodziewałam się za każdym razem,
gdy słyszałam imię stojącej przede mną dziewczyny. W gruncie rzeczy nie
wyobrażałam sobie, że będę miała okazję ją spotkać, nawet jeśli wiedziałam,
kogo czasami widywała Joce. W tamtej chwili nie chciałam tego przyznać – i to
zwłaszcza przed samą sobą – ale prawda była taka, że na swój sposób się bałam.
Zupełnie jakbym podświadomie oczekiwała, że w każdej chwili Rosa mogłaby
się przeistoczyć w złego, rozżalonego ducha, który z jakiegokolwiek
powodu miałby żal o wszystko, co go spotkało.
Sęk w tym,
że nic podobnego nie miało miejsca. Przed sobą miałam kruchą, uśmiechniętą
istotkę, którą w jednej chwili zapragnęłam uściskać. Miała w sobie
coś takiego, co z miejsca sprawiło, że czułam się przy niej dobrze.
– Nie
powiedziałam jej, jak zginęłam – oznajmiła cicho Rosa. Na moment zamarła,
nasłuchując, więc i ja zaczęłam machinalnie kontrolować spokojny oddech
Joce. – To i tak nie ma znaczenia, prawda? Chociaż podejrzewam, że ty
wiesz.
–
Słyszałam… dość – przyznałam, a dziewczyna zaśmiała się nieco nerwowy.
– Wygadał
się, bo musiał, czy jakimś cudem go do tego zmusiliście? – rzuciła zaczepnym
tonem. Jej uśmiech nieco przygasł, przez moment zdradzając przede wszystkim
zmęczenie. – Ale to dobrze. Tajemnice prowadzą donikąd – stwierdziła po chwili
zastanowienia.
– Nie
brzmisz, jakbyś miała mu cokolwiek za złe – przyznałam, zanim zdążyłam ugryźć
się w język.
Speszyłam
się bardziej niż do tej pory, ale Rosa nie wyglądała na jakkolwiek przejętą
moimi słowami. Jedynie wzruszyła ramionami, zachowując tak, jakbyśmy właśnie
dyskutowały o pogodzie.
– Bo nie
mam – oznajmiła ze spokojem. Nic nie wskazywało na to, żeby kłamała. – Jedynym,
co mogłabym zarzucić Rufusowi, jest to – dodała, starannie dobierając słowa –
że wciąż straszny z niego dupek.
Przez
moment wpatrywałam się w nią bezmyślnie, co najmniej zaskoczona tymi
słowami. Jakiekolwiek przekleństwo zabrzmiało dziwnie w ustach Rosy, nie
tyle mnie rażąc, co przede wszystkim bawiąc. Ledwo tylko zaskoczenie ustąpiło,
parsknęłam śmiechem, nie mogąc się powstrzymać – tym bardziej że dziewczyna
niejako trafiła w sedno.
– To prawda
– stwierdziłam z rozbawieniem. – Ma z tym problem – dodałam, tym
samym sprawiając, że Rosa jedynie westchnęła przeciągle i wywróciła
oczami.
– Zawsze miał
– poprawiła mnie pośpiesznie. – Tak czy siak, jestem tutaj wyłącznie dla Joce.
To jedno ustalmy sobie na samym początku. – Spojrzała na mnie spod lekko
uniesionych brwi. – On i jego przerośnięte ego naprawdę już mnie nie
interesują, chociaż…
Urwała, co
na swój sposób mnie zaniepokoiło. Mimowolnie spięłam się, wciąż uważnie
przypatrując w Rosie i próbując doszukać się jakichkolwiek oznak
tego, że jednak nie była aż taka pogodna, jak mogłoby się wydawać na pierwszy
rzut oka.
– Coś nie
tak? – zaniepokoiłam się.
Potrząsnęła
głową.
– Nie,
przeciwnie. Cieszę się, że jakoś to sobie poukładał – wyjaśniła, wysilając się
na blady uśmiech. – I że Layla ma więcej charyzmy ode mnie. Potrzebował
kogoś takiego.
Zawahałam
się, nie będąc w stanie znaleźć żadnej sensownej odpowiedzi na te słowa.
Przez moment szukałam w tonie Rosy czegoś, co świadczyłoby o żalu,
ale jej słowa wciąż wydawały mi się przede wszystkim szczere. Miałam wręcz
wrażenie, że brzmiała na zatroskaną, tak jak i wtedy, gdy mówiła o Joce.
W tamtej
chwili ostatecznie doszłam do wniosku, że nie tylko nie miała złych intencji,
ale przede wszystkim była niesamowita. Nawet na mnie spoglądała tka, jakby
chciała mi pomóc – czy to przez wzgląd na Joce, czy też tylko dlatego, że
mogła. To też z miejsca skojarzyło mi się z Laylą, zwłaszcza że moja
szwagierka bez chwili wahania rzuciłaby się na pomoc nawet komuś, kogo znała
zaledwie chwilę.
– Lay
jakimś cudem sobie z nim radzi – przyznałam z bladym uśmiechem. –
Chwilami nie wiem jak, bo Rufus naprawdę jest trudny.
Rosa
prychnęła. Wzniosła oczy ku górze, co jedynie bardziej mnie rozbawiło. Wciąż
nie potrafiłam jednoznacznie stwierdzić, jaki był jej stosunek na Rufusa, ale
wydawała się przede wszystkim rozdrażniona, nie zaś rozżalona tym, że mogłaby
zginać z jego rąk. Jakby nie patrzeć, wszystko sprowadzało się do tego
wampira – i to nawet pomimo udziału Deana.
– Ładnie
powiedziane. Trudny i tak bardzo denerwujący, zwłaszcza gdy… – Rosa
zamilkła, gdy tylko dotarło do niej, że się zapędziła. – Zresztą to nie ma
znaczenia, prawda? Żadne z nas nie powiedziało niczego Joce, ale tak jest
lepiej. Nie ma sensu rozgrzebywać przeszłości.
Wcale nie
byłam pewna, czy to zawsze działało w ten sposób. Z drugiej strony,
najważniejsze w tym wszystkim było to, co sądziła Rosa i wiedziała
Layla. Wiedziałam jak ciężko było wymóc na Rufusie jakiekolwiek wyjaśnienia,
zwłaszcza w tematach, które nie były mu na rękę. Sprawa Rosy była
zamknięta od dawna, co zresztą twierdziła sama zainteresowana. Wciąganie w to
wszystko Joce nie wydawało się dobrym pomysłem, tym bardziej że nie widziałam
powodów, by dodatkowo mieszać jej w głowie. Wystarczyło, że wiedziała, że
jeden z jej wujków bywał porywczy – tylko czasami, ale jednak.
Chcąc nie
chcąc skinęłam głową. To była sprawa między nimi, a skoro chcieli załatwić
to w ten sposób…
– Mówiłam
już, że cieszę się, że Layli nic się nie stało? – Głos Rosy skutecznie
sprowadził mnie na ziemię. – Obserwowałam, co się działo. I wierz mi, że
naprawdę chciałam coś zrobić, ale… nie mogliśmy.
– Co to
znaczy? – zapytałam, co najmniej zaniepokojona jej słowami. Moje oczy
rozszerzyły się nieznacznie, gdy na nią spojrzałam. – No i… my?
Rosa
westchnęła. Przez jej twarz przemknął cień, jakby uprzytomniła sobie, że
powiedziała więcej niż powinna. Mimowolnie spięłam się, sama niepewna, co
sądzić o tej reakcji. Najpewniej miała swoje tajemnice, zresztą nie było
żadnego powodu, by musiała się przede mną tłumaczyć, ale z drugiej strony…
– Opiekuję
się Dallasem. Powiedzmy – wyjaśniła lakonicznie Rosa. Uderzyło mnie to, że z wyraźną
premedytacją pominęła moje pierwsze pytanie. Nie od razu zdecydowała się
odpowiedzieć, skupiona na doborze odpowiednich słów. – Jego też już spotkałaś,
prawda? Wspominał mi, ale nawet wtedy… Kretyn jeden – rzuciła zniecierpliwionym
tonem. – Tłumaczyłam to już Joce. Sprawa wygląda tak, że nie wolno nam
ingerować w pewne sprawy. To znaczy… – Westchnęła, wyraźnie sfrustrowana.
– Obserwujemy. Od tego jesteśmy, zresztą żadne z nas już nie należy do
tego świata.
Coś w jej
słowach przyprawiło mnie o dreszcze. Jakby tego było mało, momentalnie
pomyślałam o licznych odpowiedziach Michaela – a zwłaszcza tych,
które najbardziej mnie irytowały, bo tak naprawdę niczego nie wnosiły. Czyż nie
sprowadzały się do tego samego? Znów słyszałam o obserwatorach, cokolwiek
miało to znaczyć. Jakby tego było mało, te słowa w ustach Rosy zabrzmiały
bardziej niepokojąco niż drażniąco.
Zacisnęłam
dłonie w pieści, bezskutecznie próbując ukryć zdenerwowanie. Wypytywanie o szczegóły
mijało się z celem, chociaż mimo wszystko miałam ochotę to zrobić. Gdybym
przynajmniej rozumiała to, co działo się wokół mnie…
– A co
ze mną? – zaryzykowałam w końcu. Rosa rzuciła mi pytające spojrzenie. –
Też nie powinnam teraz ingerować?
Taka
perspektywa wydała mi się co najmniej przerażająca. Słodka bogini, jak miałabym
stać i po prostu obserwować to, co działo się z moimi bliskimi? Na
samą myśl robiło mi się niedobrze, nie wspominając o tym, że zdecydowanie
nie byłabym w stanie się do tego dostosować. Nieważne jakie niosłoby to ze
sobą konsekwencje, choć nad tym wolałam się nie zastanawiać. Wystarczyło, że
wszystko wydawało mi się zdecydowanie zbyt mocno skomplikowane, bym mogła to
zignorować, o akceptacji nie wspominając.
– Och… Nie,
nie – zapewniła pośpiesznie Rosa, wyraźnie zaskoczona tokiem moich myśli. – Ty
nie umarłaś, prawda?
– Trudno w to
uwierzyć, gdy przenika się przez wszystko wokół – mruknęłam, uciekając wzrokiem
gdzieś w bok.
Gdybym
przynajmniej potrafiła odpowiedzieć na jej pytanie! W głowie miałam przede
wszystkim pustkę, co w najmniejszym stopniu mi nie pomagało. Z drugiej
strony, słowa Rosy dały mi nadzieję na to, że faktycznie miałam szansę, by
wrócić. Co prawda to mogło być problematyczne, skoro nie miałam pojęcia, co w tej
chwili porabiało moje ciało, ale jakakolwiek alternatywa wydawała się lepsza od
przyznania, że utknęłam w zawieszeniu na resztę wieczności.
– Możliwe,
ale nie postrzegam cię jako ducha – stwierdziła Rosa, nagle przesuwając się
jeszcze bliżej. Poczułam się co najmniej dziwnie, gdy tak po prostu zaczęła
krążyć dookoła, wciąż uważnie mierząc mnie wzrokiem. – Masz w sobie więcej
życia niż którekolwiek z nas. No i widziałam, że rysujesz.
Potrzebowałabym pomocy Joce i naprawdę sporo dodatkowej energii, by
czegokolwiek dotknąć, a co dopiero przesuwać przedmioty.
– Tak
sądziłam, że nie robicie tego na co dzień – przyznałam, choć wciąż czułam się
dziwnie, próbując wyobrazić sobie typowe zachowania duchów. Świetnie, więc
najwyraźniej nie nadawałam się nawet do tego, by w spokoju sobie umrzeć.
Rosa
jedynie się roześmiała. Jej śmiech okazał się przyjemnie słodki i melodyjny.
– Prześcieradła
i brzdękanie łańcuchami to bzdura, choć pewnie jakbym się uparła, to
mogłabym kogoś nawiedzać – oznajmiła, szczerząc się w uśmiechu.
Momentalnie spoważniała, gdy jej myśli skupiły się na innej kwestii. – Dlatego
to, co robił Dallas, żeby się z tobą zobaczyć, było takie ryzykowne. Gdyby
coś złego spotkało Joce…
– Nic się
nie stało – przerwałam jej o wiele ostrzej niż zamierzałam. – Po prostu
się tego trzymajmy, w porządku?
Nie potrafiłam
mieć Dallasowi czegokolwiek za złe. Jakby nie patrzeć, uratował zarówno mnie,
jak i małą, co w pełni mi wystarczyło. Mogłam tylko zgadywać, co by
się wydarzyło, gdyby nie zdecydował się wtrącić. Zwłaszcza wiedząc o ograniczeniach,
które najwyraźniej obowiązywały umarłych, nie byłam w stanie obwiniać
chłopaka o dobre intencje. Już i tak dość ryzykował, a po
słowach Rosy dodatkowo zaczęłam się o niego martwić.
– W porządku
– zgodziła się dziewczyna. Tym razem jej głos zabrzmiał łagodniej, wręcz przepraszająco.
– Ale i tak powinnam go lepiej pilnować… Nie tylko wtedy – dodała tak
cicho, że ledwo ją zrozumiałam. W tamtej chwili wydawała się zwracać
przede wszystkim do siebie.
Momentalnie
zapragnęłam zapytać ją, czy miała na myśli incydent z oknem, ale tym razem
w porę się powstrzymałam. Nie chciałam do tego wracać. Koniec końców
Dallas się zreflektował i na tym zamierzałam się skupić. Już i tak
wszyscy mieliśmy dość powodów do niepokoju, by nie chcieć dokładać sobie
kolejnych.
– Nic mu
nie jest? – zapytałam z wahaniem, nie mogąc się powstrzymać. Objęłam się
ramionami, bo nagle zrobiło mi się zimno. Jakoś wątpiłam, by chłód miał
jakikolwiek związek z moim fizycznym stanem; w końcu trudno by o to
było, skoro nie miałam ciała. – Nie miałam okazji mu podziękować.
– Przekażę
– zaoferowała natychmiast Rosa. – Chyba że będziesz chciała zobaczyć się też z nim.
Najwyraźniej mamy ze sobą dość wspólnego, by przebywać na granicy… – Wymownie
powiodła wzrokiem dookoła. Znów się wzdrygnęłam, nie chcąc myśleć o tym,
że wciąż poruszałam się gdzieś między światem żywych a umarłych. – Nie
chcę być nachalna, ale mogłabym spróbować ci pomóc, skoro jesteś w stanie
mnie zobaczyć. Nie mam pojęcia, w jaki sposób pomóc ci wrócić do siebie,
ale zawsze mogłabym spróbować popytać. Zresztą chyba nie ma nic gorszego, niż
krążyć w pustce, gdy nikt nie może cię usłyszeć…
Coś
ścisnęło mnie w gardle w odpowiedzi na te słowa. Zwłaszcza w tamtej
chwili mogłam sobie wyobrazić, w jaki sposób czuły się te wszystkie dusze.
Z łatwością byłam w stanie
zrozumieć, przez co musiała przechodzić Rosa zaraz po śmierci. Ja przynajmniej
miałam Joce, ale gdy wyobraziłam sobie niespokojne krążenie pośród moich
bliskich, bez szansy na zwrócenie czyjejkolwiek uwagi…
Zareagowałam
instynktownie, bez zastanowienia pokonując dzielącą mnie od Rosy odległość.
Zaraz po tym – gestem tak pewnym, jakby robiła to na co dzień – stanowczo
otoczyłam dziewczynę ramionami, przyciągając do siebie. Tym razem nie musiałam
się wysilać, by być w stanie jej dotknąć, a co dopiero przytulić.
Moje ciało nie tylko nie przeniknęło przez jej postać, ale przede wszystkim nie
poczułam się tak, jakbym tuliła do siebie trupa. Nie miałam pojęcia, czego
spodziewać się po dotykaniu ducha, ale zdecydowanie nie brałam pod uwagę tego,
że Rosa okaże się dla mnie równie żywa i materialna, co i jakakolwiek
inna osoba.
Zabawne,
ale w tamtej chwili wydawała mi się nawet prawdziwsza. Na moment obie
zamarłyśmy, każda na swój sposób zaskoczona. Ostatecznie to Rosa jako pierwsza
wzięła się w garść, pośpiesznie odwzajemniając uścisk. Dopiero wtedy
uprzytomniłam sobie, jak bardzo była drobna; czułam się tak, jakbym trzymała w ramionach
dziecko, choć przecież miałam do czynienia z kimś znacznie starszym ode
mnie.
Najważniejsze
jednak było to, że wciąż zadziwiała mnie tym, jak bardzo wydawała się otwarta
na innych. A przy tym przede wszystkim samotna i stęskniona nie tylko
za obecnością, ale przede wszystkim za cudzym dotykiem. Uścisk w gardle
przybrał na sile, a ja przez moment poczułam się tak, jakbym w każdej
chwili mogła się popłakać. Spróbowałam nad sobą zapanować, w pośpiechu
mrugając, by doprowadzić się do porządku, jednak nic nie było w stanie
sprawić, bym tak po prostu zignorowała targające mną uczucia. Miałam przed sobą
kogoś, kto zdecydowanie nie zasłużył sobie na to, by błąkać się po śmierci, bez
towarzystwa i szans na to, żeby zaznać bliskości.
Rosa
odsunęła się, uśmiechając się niepewnie. Jej oczy zabłysły, ale nie byłam w stanie
stwierdzić czy to nadmiar emocji, czy może łzy.
– Spróbuję
się czegoś dowiedzieć. Tyle mogę, zwłaszcza że… Hej, to nie do końca wnikanie w sprawy
żywych, prawda? – stwierdziła w zamyśleniu. Nie byłam w stanie jej
odpowiedzieć, ale i ona nie zachowywała się tak, jakby tego ode mnie
oczekiwała. – Zajrzę później. Skoro Joce śpi… Nie rób nic głupiego, dobrze? –
dodała, a ja z trudem powstrzymałam się od nieco gorzkiego uśmiechu.
– Tata mówi
mi to samo – mruknęłam, nie będąc w stanie ukryć, że w najmniejszym
stopniu nie cieszyłam się z takiego stanu rzeczy.
– I dobrze.
Nie można skrzywdzić ducha, ale ty wciąż nim nie jesteś – oznajmiła, a jej
słowa zabrzmiały zadziwiająco poważnie. – Nie wiem, co to tak naprawdę oznacza,
ale lepiej byś nie ryzykowała. Och, no i to – dodała, bez jakiegokolwiek ostrzeżenia
chwytając mnie za dłoń, w której wciąż trzymałam kryształ. – Pierwszy raz
się z czymś takim spotykam. Ale za to wyczułam to w chwili, w której
się pojawiłam. Ma w sobie coś takiego… Trochę jak Joce i jej energia –
przyznała, nie odrywając wzorku od moich zaciśniętych palców. – Bądź ostrożna.
Im mniej osób wyczuje ten kryształ, tym lepiej.
Dopiero
chwilę po tym jak zniknęła, dotarło do mnie, że miała na myśli umarłych.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz