3 października 2018

Sto dwadzieścia cztery

Renesmee
Rosa milczała, raz po raz rzucając mi nieco niepewne, na swój sposób zatroskane spojrzenia. Właściwie sama nie byłam pewna, co powinnam myśleć o niej, a tym bardziej o jej obecności. Samo spotkanie przypominało trochę sen, choć i to w pełni nie oddawało tego, w jaki sposób się przy niej czułam. Podświadomie czekałam na coś, czego nie potrafiłam określić, wręcz zaskoczona delikatnością i słodyczą osoby, która w jakiś sposób wydawała się być ze mną powiązana. Jakby nie patrzeć jej wspomnienie raz po raz wracało, ciągnąc się za mną niczym cień za każdym razem, gdy Rufusowi zdarzało się zapędzić.
Zawahałam się, mimo wszystko niepewna, co sądzić o sytuacji. Co prawda wampir zapewniał mnie, że od dawna nie widział podobieństwa między mną a Rosą, ale nie miałam pewności, ile było w tym stwierdzeniu prawdy. Zwłaszcza że im dłużej przyglądałam się dziewczynie, tym wyraźniej widziałam, że jednak miałyśmy sporo wspólnego. W kwestii wyglądu na pewno, jeśli zaś chodziło o charakter…
– Chyba powinnam coś powiedzieć, ale nie mam pojęcia co – oznajmiła ni z tego, ni z owego Rosa. Zaśmiała się nieco nerwowo, wciąż spoglądając na mnie w co najmniej skonsternowany sposób. – Wiedziałam, że dzieje się nie za dobrze, ale i tak jestem zaskoczona. Chociaż tak chyba jest lepiej – dodała po chwili wahania, wymownie spoglądając na mnie. – Wiem, że Joce była bardzo przygnębiona.
– Dalej jest – stwierdziłam zgodnie z prawdą. Dla pewności przeniosłam wzrok na córkę, z niejaką ulgą odkrywając, że wciąż spokojnie spała. – Przyjaźnicie się.
To nie było pytanie, ale Rosa i tak energicznie pokiwała głową. Na jej ustach pojawił się promienny uśmiech, co jedynie dodało jej uroku. W tamtej chwili nabrałam pewności, że dziewczyna tak naprawdę przypominała kogoś zupełnie innego, przynajmniej pod pewnymi względami. Choć znałam ją zaledwie chwilę, byłam gotowa przysiąc, że należała do grona tych wyjątkowo pogodnych, otwartych osób, do którego bez wahania mogłabym zaliczyć również Laylę.
Kto by pomyślał. Najwyraźniej Rufus miał słabość do słodkich wariatek, chociaż trudno było mi stwierdzić czy to dobrze, czy może wręcz przeciwnie.
– Joce jest cudowna – oznajmiła z przekonaniem Rosa. Tym razem jej głos zabrzmiał o wiele pewniej, w miarę jak w pośpiechu zaczęła wyrzucać z siebie kolejne słowa. – Na początku nieźle ją wystraszyłam, ale z czasem jakoś się porozumiałyśmy i… Och. – Urwała, po czym energicznie potrząsnęła głową. – Patrzy na mnie tak świadomie… Mam nadzieję, że to nie znaczy, że masz coś przeciwko. Ja po prostu chcę dla niej dobrze.
Jeszcze kiedy mówiła, założyła ramiona na piersiach. W tamtej chwili wydała mi się jeszcze bardziej krucha i drobna, choć wiedziałam, że to tylko pozory. Wciąż czułam się tak, jakbym to ja była starsza, choć przecież doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że minęło sporo czasu, odkąd Rosa w ogóle… Cóż, żyła.
Zamrugałam, uprzytomniając sobie, że wciąż wodziłam za nią wzrokiem, przypatrując w zdecydowanie zbyt przenikliwy, otwarty sposób. Natychmiast spróbowałam nad sobą zapanować, w pośpiechu uciekając wzrokiem gdzieś w bok. Zatrzymałam spojrzenie na wciąż porzuconym na biurku rysunku, ale nawet wtedy cała moja uwaga skupiała się tylko i wyłącznie na stojącej tuż przede mną duszy.
– Wybacz – wymamrotałam, próbując wziąć się w garść. – To po prostu… nie jest dla mnie normalne. Mam na myśli…
– Aż za dobrze rozumiem – uspokoiła mnie pospiesznie Rosa. Wyczułam ruch, kiedy zbliżyła się do mnie, dosłownie materializując tuż obok. Poczułam, że kryształ w mojej dłoni nieznacznie pulsuje, ale nie byłam w stanie stwierdzić, co to oznaczało. – To twoje? – zapytała, jak gdyby nigdy nic zmieniając temat. Dopiero po chwili uprzytomniłam sobie, że mówiła o rysunku. – Widziałam pracownię. No i kilka innych obrazów. Są cudowne i… Nie, to nie tak, że kogokolwiek śledzę! – dodała pośpiesznie, ledwo tylko przeniosłam na nią wzrok.
Uniosłam brwi, co najmniej zaskoczona tym, że próbowała się przede mną tłumaczyć. W jej zachowaniu było coś rozkosznego, co sprawiło, że mimowolnie zdołałam się uśmiechnąć. Momentalnie poczułam się lepiej, w tamtej chwili aż za dobrze rozumiejąc, dlaczego istoty takie jak Rosa mogłyby potrzebować towarzystwa.
– Dziękuję. – Lekko przekrzywiłam głowę, wciąż uważnie obserwując moją nieoczekiwaną towarzyszkę. – Zwłaszcza za to, co robisz dla Joce. Gdybym mogła coś dla ciebie zrobić… – zaczęłam i zaraz urwałam, widząc, że Rosa jedynie smutno się uśmiechnęła.
– Nie robię tego dlatego, że oczekuję czegoś w zamian. To moja przyjaciółka – stwierdziła, przenosząc wzrok na Jocelyne. Jej spojrzenie było tak łagodne i szczere, że nie mogłabym jej nie uwierzyć. – Zresztą trudno, bym teraz mogła czegokolwiek potrzebować…
Zawahałam się, co najmniej speszona jej słowami. Moje oczy rozszerzyły się nieznacznie, gdy uprzytomniłam sobie, że wypowiedzi, na które się zdecydowałam, nie należały do najszczęśliwszych na świecie. Poczułam, że się rumienię, nim jednak zdecydowałam, czy powinnam przeprosić, podchwyciłam uspokajającym uśmiech Rosy i to wystarczyło, bym zorientowała się, że nie miała mi niczego za złe.
Potrząsnęłam głową. Właściwie nie miałam pewności, czego spodziewałam się za każdym razem, gdy słyszałam imię stojącej przede mną dziewczyny. W gruncie rzeczy nie wyobrażałam sobie, że będę miała okazję ją spotkać, nawet jeśli wiedziałam, kogo czasami widywała Joce. W tamtej chwili nie chciałam tego przyznać – i to zwłaszcza przed samą sobą – ale prawda była taka, że na swój sposób się bałam. Zupełnie jakbym podświadomie oczekiwała, że w każdej chwili Rosa mogłaby się przeistoczyć w złego, rozżalonego ducha, który z jakiegokolwiek powodu miałby żal o wszystko, co go spotkało.
Sęk w tym, że nic podobnego nie miało miejsca. Przed sobą miałam kruchą, uśmiechniętą istotkę, którą w jednej chwili zapragnęłam uściskać. Miała w sobie coś takiego, co z miejsca sprawiło, że czułam się przy niej dobrze.
– Nie powiedziałam jej, jak zginęłam – oznajmiła cicho Rosa. Na moment zamarła, nasłuchując, więc i ja zaczęłam machinalnie kontrolować spokojny oddech Joce. – To i tak nie ma znaczenia, prawda? Chociaż podejrzewam, że ty wiesz.
– Słyszałam… dość – przyznałam, a dziewczyna zaśmiała się nieco nerwowy.
– Wygadał się, bo musiał, czy jakimś cudem go do tego zmusiliście? – rzuciła zaczepnym tonem. Jej uśmiech nieco przygasł, przez moment zdradzając przede wszystkim zmęczenie. – Ale to dobrze. Tajemnice prowadzą donikąd – stwierdziła po chwili zastanowienia.
– Nie brzmisz, jakbyś miała mu cokolwiek za złe – przyznałam, zanim zdążyłam ugryźć się w język.
Speszyłam się bardziej niż do tej pory, ale Rosa nie wyglądała na jakkolwiek przejętą moimi słowami. Jedynie wzruszyła ramionami, zachowując tak, jakbyśmy właśnie dyskutowały o pogodzie.
– Bo nie mam – oznajmiła ze spokojem. Nic nie wskazywało na to, żeby kłamała. – Jedynym, co mogłabym zarzucić Rufusowi, jest to – dodała, starannie dobierając słowa – że wciąż straszny z niego dupek.
Przez moment wpatrywałam się w nią bezmyślnie, co najmniej zaskoczona tymi słowami. Jakiekolwiek przekleństwo zabrzmiało dziwnie w ustach Rosy, nie tyle mnie rażąc, co przede wszystkim bawiąc. Ledwo tylko zaskoczenie ustąpiło, parsknęłam śmiechem, nie mogąc się powstrzymać – tym bardziej że dziewczyna niejako trafiła w sedno.
– To prawda – stwierdziłam z rozbawieniem. – Ma z tym problem – dodałam, tym samym sprawiając, że Rosa jedynie westchnęła przeciągle i wywróciła oczami.
– Zawsze miał – poprawiła mnie pośpiesznie. – Tak czy siak, jestem tutaj wyłącznie dla Joce. To jedno ustalmy sobie na samym początku. – Spojrzała na mnie spod lekko uniesionych brwi. – On i jego przerośnięte ego naprawdę już mnie nie interesują, chociaż…
Urwała, co na swój sposób mnie zaniepokoiło. Mimowolnie spięłam się, wciąż uważnie przypatrując w Rosie i próbując doszukać się jakichkolwiek oznak tego, że jednak nie była aż taka pogodna, jak mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.
– Coś nie tak? – zaniepokoiłam się.
Potrząsnęła głową.
– Nie, przeciwnie. Cieszę się, że jakoś to sobie poukładał – wyjaśniła, wysilając się na blady uśmiech. – I że Layla ma więcej charyzmy ode mnie. Potrzebował kogoś takiego.
Zawahałam się, nie będąc w stanie znaleźć żadnej sensownej odpowiedzi na te słowa. Przez moment szukałam w tonie Rosy czegoś, co świadczyłoby o żalu, ale jej słowa wciąż wydawały mi się przede wszystkim szczere. Miałam wręcz wrażenie, że brzmiała na zatroskaną, tak jak i wtedy, gdy mówiła o Joce.
W tamtej chwili ostatecznie doszłam do wniosku, że nie tylko nie miała złych intencji, ale przede wszystkim była niesamowita. Nawet na mnie spoglądała tka, jakby chciała mi pomóc – czy to przez wzgląd na Joce, czy też tylko dlatego, że mogła. To też z miejsca skojarzyło mi się z Laylą, zwłaszcza że moja szwagierka bez chwili wahania rzuciłaby się na pomoc nawet komuś, kogo znała zaledwie chwilę.
– Lay jakimś cudem sobie z nim radzi – przyznałam z bladym uśmiechem. – Chwilami nie wiem jak, bo Rufus naprawdę jest trudny.
Rosa prychnęła. Wzniosła oczy ku górze, co jedynie bardziej mnie rozbawiło. Wciąż nie potrafiłam jednoznacznie stwierdzić, jaki był jej stosunek na Rufusa, ale wydawała się przede wszystkim rozdrażniona, nie zaś rozżalona tym, że mogłaby zginać z jego rąk. Jakby nie patrzeć, wszystko sprowadzało się do tego wampira – i to nawet pomimo udziału Deana.
– Ładnie powiedziane. Trudny i tak bardzo denerwujący, zwłaszcza gdy… – Rosa zamilkła, gdy tylko dotarło do niej, że się zapędziła. – Zresztą to nie ma znaczenia, prawda? Żadne z nas nie powiedziało niczego Joce, ale tak jest lepiej. Nie ma sensu rozgrzebywać przeszłości.
Wcale nie byłam pewna, czy to zawsze działało w ten sposób. Z drugiej strony, najważniejsze w tym wszystkim było to, co sądziła Rosa i wiedziała Layla. Wiedziałam jak ciężko było wymóc na Rufusie jakiekolwiek wyjaśnienia, zwłaszcza w tematach, które nie były mu na rękę. Sprawa Rosy była zamknięta od dawna, co zresztą twierdziła sama zainteresowana. Wciąganie w to wszystko Joce nie wydawało się dobrym pomysłem, tym bardziej że nie widziałam powodów, by dodatkowo mieszać jej w głowie. Wystarczyło, że wiedziała, że jeden z jej wujków bywał porywczy – tylko czasami, ale jednak.
Chcąc nie chcąc skinęłam głową. To była sprawa między nimi, a skoro chcieli załatwić to w ten sposób…
– Mówiłam już, że cieszę się, że Layli nic się nie stało? – Głos Rosy skutecznie sprowadził mnie na ziemię. – Obserwowałam, co się działo. I wierz mi, że naprawdę chciałam coś zrobić, ale… nie mogliśmy.
– Co to znaczy? – zapytałam, co najmniej zaniepokojona jej słowami. Moje oczy rozszerzyły się nieznacznie, gdy na nią spojrzałam. – No i… my?
Rosa westchnęła. Przez jej twarz przemknął cień, jakby uprzytomniła sobie, że powiedziała więcej niż powinna. Mimowolnie spięłam się, sama niepewna, co sądzić o tej reakcji. Najpewniej miała swoje tajemnice, zresztą nie było żadnego powodu, by musiała się przede mną tłumaczyć, ale z drugiej strony…
– Opiekuję się Dallasem. Powiedzmy – wyjaśniła lakonicznie Rosa. Uderzyło mnie to, że z wyraźną premedytacją pominęła moje pierwsze pytanie. Nie od razu zdecydowała się odpowiedzieć, skupiona na doborze odpowiednich słów. – Jego też już spotkałaś, prawda? Wspominał mi, ale nawet wtedy… Kretyn jeden – rzuciła zniecierpliwionym tonem. – Tłumaczyłam to już Joce. Sprawa wygląda tak, że nie wolno nam ingerować w pewne sprawy. To znaczy… – Westchnęła, wyraźnie sfrustrowana. – Obserwujemy. Od tego jesteśmy, zresztą żadne z nas już nie należy do tego świata.
Coś w jej słowach przyprawiło mnie o dreszcze. Jakby tego było mało, momentalnie pomyślałam o licznych odpowiedziach Michaela – a zwłaszcza tych, które najbardziej mnie irytowały, bo tak naprawdę niczego nie wnosiły. Czyż nie sprowadzały się do tego samego? Znów słyszałam o obserwatorach, cokolwiek miało to znaczyć. Jakby tego było mało, te słowa w ustach Rosy zabrzmiały bardziej niepokojąco niż drażniąco.
Zacisnęłam dłonie w pieści, bezskutecznie próbując ukryć zdenerwowanie. Wypytywanie o szczegóły mijało się z celem, chociaż mimo wszystko miałam ochotę to zrobić. Gdybym przynajmniej rozumiała to, co działo się wokół mnie…
– A co ze mną? – zaryzykowałam w końcu. Rosa rzuciła mi pytające spojrzenie. – Też nie powinnam teraz ingerować?
Taka perspektywa wydała mi się co najmniej przerażająca. Słodka bogini, jak miałabym stać i po prostu obserwować to, co działo się z moimi bliskimi? Na samą myśl robiło mi się niedobrze, nie wspominając o tym, że zdecydowanie nie byłabym w stanie się do tego dostosować. Nieważne jakie niosłoby to ze sobą konsekwencje, choć nad tym wolałam się nie zastanawiać. Wystarczyło, że wszystko wydawało mi się zdecydowanie zbyt mocno skomplikowane, bym mogła to zignorować, o akceptacji nie wspominając.
– Och… Nie, nie – zapewniła pośpiesznie Rosa, wyraźnie zaskoczona tokiem moich myśli. – Ty nie umarłaś, prawda?
– Trudno w to uwierzyć, gdy przenika się przez wszystko wokół – mruknęłam, uciekając wzrokiem gdzieś w bok.
Gdybym przynajmniej potrafiła odpowiedzieć na jej pytanie! W głowie miałam przede wszystkim pustkę, co w najmniejszym stopniu mi nie pomagało. Z drugiej strony, słowa Rosy dały mi nadzieję na to, że faktycznie miałam szansę, by wrócić. Co prawda to mogło być problematyczne, skoro nie miałam pojęcia, co w tej chwili porabiało moje ciało, ale jakakolwiek alternatywa wydawała się lepsza od przyznania, że utknęłam w zawieszeniu na resztę wieczności.
– Możliwe, ale nie postrzegam cię jako ducha – stwierdziła Rosa, nagle przesuwając się jeszcze bliżej. Poczułam się co najmniej dziwnie, gdy tak po prostu zaczęła krążyć dookoła, wciąż uważnie mierząc mnie wzrokiem. – Masz w sobie więcej życia niż którekolwiek z nas. No i widziałam, że rysujesz. Potrzebowałabym pomocy Joce i naprawdę sporo dodatkowej energii, by czegokolwiek dotknąć, a co dopiero przesuwać przedmioty.
– Tak sądziłam, że nie robicie tego na co dzień – przyznałam, choć wciąż czułam się dziwnie, próbując wyobrazić sobie typowe zachowania duchów. Świetnie, więc najwyraźniej nie nadawałam się nawet do tego, by w spokoju sobie umrzeć.
Rosa jedynie się roześmiała. Jej śmiech okazał się przyjemnie słodki i melodyjny.
– Prześcieradła i brzdękanie łańcuchami to bzdura, choć pewnie jakbym się uparła, to mogłabym kogoś nawiedzać – oznajmiła, szczerząc się w uśmiechu. Momentalnie spoważniała, gdy jej myśli skupiły się na innej kwestii. – Dlatego to, co robił Dallas, żeby się z tobą zobaczyć, było takie ryzykowne. Gdyby coś złego spotkało Joce…
– Nic się nie stało – przerwałam jej o wiele ostrzej niż zamierzałam. – Po prostu się tego trzymajmy, w porządku?
Nie potrafiłam mieć Dallasowi czegokolwiek za złe. Jakby nie patrzeć, uratował zarówno mnie, jak i małą, co w pełni mi wystarczyło. Mogłam tylko zgadywać, co by się wydarzyło, gdyby nie zdecydował się wtrącić. Zwłaszcza wiedząc o ograniczeniach, które najwyraźniej obowiązywały umarłych, nie byłam w stanie obwiniać chłopaka o dobre intencje. Już i tak dość ryzykował, a po słowach Rosy dodatkowo zaczęłam się o niego martwić.
– W porządku – zgodziła się dziewczyna. Tym razem jej głos zabrzmiał łagodniej, wręcz przepraszająco. – Ale i tak powinnam go lepiej pilnować… Nie tylko wtedy – dodała tak cicho, że ledwo ją zrozumiałam. W tamtej chwili wydawała się zwracać przede wszystkim do siebie.
Momentalnie zapragnęłam zapytać ją, czy miała na myśli incydent z oknem, ale tym razem w porę się powstrzymałam. Nie chciałam do tego wracać. Koniec końców Dallas się zreflektował i na tym zamierzałam się skupić. Już i tak wszyscy mieliśmy dość powodów do niepokoju, by nie chcieć dokładać sobie kolejnych.
– Nic mu nie jest? – zapytałam z wahaniem, nie mogąc się powstrzymać. Objęłam się ramionami, bo nagle zrobiło mi się zimno. Jakoś wątpiłam, by chłód miał jakikolwiek związek z moim fizycznym stanem; w końcu trudno by o to było, skoro nie miałam ciała. – Nie miałam okazji mu podziękować.
– Przekażę – zaoferowała natychmiast Rosa. – Chyba że będziesz chciała zobaczyć się też z nim. Najwyraźniej mamy ze sobą dość wspólnego, by przebywać na granicy… – Wymownie powiodła wzrokiem dookoła. Znów się wzdrygnęłam, nie chcąc myśleć o tym, że wciąż poruszałam się gdzieś między światem żywych a umarłych. – Nie chcę być nachalna, ale mogłabym spróbować ci pomóc, skoro jesteś w stanie mnie zobaczyć. Nie mam pojęcia, w jaki sposób pomóc ci wrócić do siebie, ale zawsze mogłabym spróbować popytać. Zresztą chyba nie ma nic gorszego, niż krążyć w pustce, gdy nikt nie może cię usłyszeć…
Coś ścisnęło mnie w gardle w odpowiedzi na te słowa. Zwłaszcza w tamtej chwili mogłam sobie wyobrazić, w jaki sposób czuły się te wszystkie dusze. Z łatwością  byłam w stanie zrozumieć, przez co musiała przechodzić Rosa zaraz po śmierci. Ja przynajmniej miałam Joce, ale gdy wyobraziłam sobie niespokojne krążenie pośród moich bliskich, bez szansy na zwrócenie czyjejkolwiek uwagi…
Zareagowałam instynktownie, bez zastanowienia pokonując dzielącą mnie od Rosy odległość. Zaraz po tym – gestem tak pewnym, jakby robiła to na co dzień – stanowczo otoczyłam dziewczynę ramionami, przyciągając do siebie. Tym razem nie musiałam się wysilać, by być w stanie jej dotknąć, a co dopiero przytulić. Moje ciało nie tylko nie przeniknęło przez jej postać, ale przede wszystkim nie poczułam się tak, jakbym tuliła do siebie trupa. Nie miałam pojęcia, czego spodziewać się po dotykaniu ducha, ale zdecydowanie nie brałam pod uwagę tego, że Rosa okaże się dla mnie równie żywa i materialna, co i jakakolwiek inna osoba.
Zabawne, ale w tamtej chwili wydawała mi się nawet prawdziwsza. Na moment obie zamarłyśmy, każda na swój sposób zaskoczona. Ostatecznie to Rosa jako pierwsza wzięła się w garść, pośpiesznie odwzajemniając uścisk. Dopiero wtedy uprzytomniłam sobie, jak bardzo była drobna; czułam się tak, jakbym trzymała w ramionach dziecko, choć przecież miałam do czynienia z kimś znacznie starszym ode mnie.
Najważniejsze jednak było to, że wciąż zadziwiała mnie tym, jak bardzo wydawała się otwarta na innych. A przy tym przede wszystkim samotna i stęskniona nie tylko za obecnością, ale przede wszystkim za cudzym dotykiem. Uścisk w gardle przybrał na sile, a ja przez moment poczułam się tak, jakbym w każdej chwili mogła się popłakać. Spróbowałam nad sobą zapanować, w pośpiechu mrugając, by doprowadzić się do porządku, jednak nic nie było w stanie sprawić, bym tak po prostu zignorowała targające mną uczucia. Miałam przed sobą kogoś, kto zdecydowanie nie zasłużył sobie na to, by błąkać się po śmierci, bez towarzystwa i szans na to, żeby zaznać bliskości.
Rosa odsunęła się, uśmiechając się niepewnie. Jej oczy zabłysły, ale nie byłam w stanie stwierdzić czy to nadmiar emocji, czy może łzy.
– Spróbuję się czegoś dowiedzieć. Tyle mogę, zwłaszcza że… Hej, to nie do końca wnikanie w sprawy żywych, prawda? – stwierdziła w zamyśleniu. Nie byłam w stanie jej odpowiedzieć, ale i ona nie zachowywała się tak, jakby tego ode mnie oczekiwała. – Zajrzę później. Skoro Joce śpi… Nie rób nic głupiego, dobrze? – dodała, a ja z trudem powstrzymałam się od nieco gorzkiego uśmiechu.
– Tata mówi mi to samo – mruknęłam, nie będąc w stanie ukryć, że w najmniejszym stopniu nie cieszyłam się z takiego stanu rzeczy.
– I dobrze. Nie można skrzywdzić ducha, ale ty wciąż nim nie jesteś – oznajmiła, a jej słowa zabrzmiały zadziwiająco poważnie. – Nie wiem, co to tak naprawdę oznacza, ale lepiej byś nie ryzykowała. Och, no i to – dodała, bez jakiegokolwiek ostrzeżenia chwytając mnie za dłoń, w której wciąż trzymałam kryształ. – Pierwszy raz się z czymś takim spotykam. Ale za to wyczułam to w chwili, w której się pojawiłam. Ma w sobie coś takiego… Trochę jak Joce i jej energia – przyznała, nie odrywając wzorku od moich zaciśniętych palców. – Bądź ostrożna. Im mniej osób wyczuje ten kryształ, tym lepiej.
Dopiero chwilę po tym jak zniknęła, dotarło do mnie, że miała na myśli umarłych.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa