
Renesmee
Spokój miał w sobie coś
nienaturalnego. Siedziałam w pokoju Joce, raz po raz spoglądając na śpiącą
córkę i próbując znaleźć sobie zajęcie. Zanim zasnęła, przynajmniej mogłam
zająć czymś ręce czy to przeczesując jej loki palcami, czy znów nucąc coś cicho
w nadziei, że w ten sposób pomogę dziewczynie zapaść w sen, ale
kiedy już do tego doszło, wcale nie poczułam się lepiej.
Podciągnęłam
kolana pod brodę, obejmując je ramionami. Mogłam spróbować zejść na dół, ale
nie miałam cierpliwości ani do wymieniania wiadomości na karteczkach, ani tym
bardziej do znoszenia pełnej napięcia atmosfery. Mimowolnie wciąż rozpamiętywałam
każdy szczegół odbytej dopiero co rozmowy, bezskutecznie próbując przekonać
samą siebie, że wcale nie było aż tak źle, jak mogłoby się wydawać.
Byłam
zawieszona gdzieś między życiem a śmiercią i właściwie nie potrafiłam
stwierdzić, z którym z tych stanów identyfikowałam się bardziej. To
jeszcze mogłabym znieść, tak jak i świadomość, że gdzieś tam ktoś (albo
coś) próbowało kontrolować moje ciało, przy okazji dysponując pełnią
telepatycznych mocy, ale to wciąż pozostawało zaledwie wierzchołkiem góry
lodowej.
Martwiłam
się o Joce. I o Alessię, zwłaszcza odkąd miałam pełen pogląd na
to, co działo się w Mieście Nocy.
A już na
pewno nie miałam pojęcia, co zrobić z Gabrielem.
Zacisnęłam
powieki, próbując skupić się na odganianiu niechcianych myśli. Jak na ironię
mogłam co najwyżej siedzieć i załamywać ręce, a to zdecydowanie mi
nie pomagało. Miałam wrażenie, że powinnam cieszyć się przede wszystkim z tego,
że jakimś cudem wróciłam, choćby i w tak nietypowy sposób, ale trudno
było mi tak po prostu skupić się na pozytywach, skoro wszystko wokół było nie
tak.
Słyszałam
ciche rozmowy, ale nie próbowałam skupiać się na poszczególnych słowach. Gdzieś
z sąsiedniego pokoju słyszałam przede wszystkim ciche głosy Damiena i Liz.
Przynajmniej świadomość, że ta dwójka zaczynała się dogadywać, miała w sobie
coś pocieszającego, nawet jeśli wciąż nie miałam pewności, dokąd w tym
porozumieniu doszli. Kwestia łowców komplikowała wszystko, ale o tym też
nie chciałam myśleć. Pomijając to, że prawie wszyscy przez nich zginęliśmy, to wciąż
nie była wina Elizabeth. Zrzucenie na niej odpowiedzialności było ostatnim,
czego tak naprawdę chciałam.
Nie
chciałam się do tego przyznać, ale w gruncie rzeczy poczułam ulgę, kiedy
dom opustoszał. Po wyjściu Eleny i Rafaela atmosfera wyraźnie się
zagęściła, choć trudno było mi stwierdzić dlaczego. Zwłaszcza Carlisle wydawał mi
się podenerwowany, ale oczywiście nie miałam jak zapytać go o to, co się
stało. Wykorzystywanie Joce na dłuższą metę było uciążliwe, tym bardziej że wciąż
obawiałam się, że przypadkiem mogłabym zacząć czerpać z niej energię.
Jeśli było we mnie coś, co mogło źle na nią wpłynąć, zdecydowanie wolałam tego
nie sprawdzać.
W zasadzie wciąż
nie miałam po temu okazji. Kwestią czasu było, aż moi bliscy ewakuowali się, wcześniej
kilkukrotnie składając mi obietnice, których najpewniej żadne z nich nie miało
być w stanie spełnić – a przynajmniej nie tak po prostu. Nie miałam
im tego za złe. Zapewnienia, że wszystko jakoś się ułoży, może i nie
brzmiały aż tak kojąco, jak mogłabym tego oczekiwać, ale wydawały się lepsze
niż nic. Inna sprawa, że nade wszystko pragnęłam w nie uwierzyć.
Ostatecznie
zostali jedynie moi rodzice, choć i oni zachowywali się tak, jakby sami
nie byli pewni, co począć z faktem, że ich córka poniekąd była duchem. Miałam
wrażenie, że zamierzali udawać, że wszystko w porządku, co na dłuższą metę
było mi na rękę. Ostatecznie zdecydowałam się wraz z Joce wrócić do pokoju
córki, z niejaka ulgą przyjmując jej lakoniczne stwierdzenie, że była
zmęczona. Nie miałam pewności czy to tylko wymówka, czy może prawda, ale nie
zamierzałam protestować, a tym bardziej podważać jej słów. Wspólne leżenie,
zwłaszcza gdy jako jedyna mogła mnie zobaczyć, było niczym prawdziwe wybawienie
– rodzaj wytchnienia, którego obie potrzebowaliśmy.
Machinalnie
raz jeszcze przeniosłam wzrok na bladą twarz córki. Wydawała się spokojna, choć
i tego nie byłam w stanie jednoznacznie stwierdzić. Nie, skoro sama
aż drżałam od nadmiaru emocji, sam niepewna, co powinnam ze sobą zrobić. W rękach
wciąż obracałam kryształ, od czasu do czasu spoglądając na odłamek, jakby w nadziei,
że nagle dostrzegę w jego kształcie albo wyglądzie coś nietypowego. Wciąż wydawał
mi się ciepły, jednak poza tym nie miał w sobie niczego nadnaturalnego –
ani wewnętrznego blasku, ani zmiennej temperatury, który mogłaby świadczyć o kumulującej
się w środku energii.
Ze świstem wypuściłam
powietrze, choć tak naprawdę sama nie byłam pewna, czy musiałam oddychać. Na
pewno dziwnie czułabym się, gdybym przestała to robić. Na swój sposób naprawdę
czułam się żywa, z kolei to, że miałam jakikolwiek wpływ na rzeczywistość,
jedynie utwierdzało mnie w takim przekonaniu. Materialna czy nie, wciąż byłam
czymś więcej, aniżeli zwykły duch. Jedynym sensownym stanem, który przychodził
mi na głos, było to, że czułam się prawie jak wtedy, gdy podróżowałam jako
kropla astralna. Różnica polegała na tym, że wciąż nie miałam dokąd wracać.
Była
jeszcze jedna rzecz, która nie dawała mi spokoju, wręcz sprawiając, że czułam
się pusta. Nie miałam pojęcia czy to jedynie moja wyobraźnia, zwłaszcza po odkryciu,
że straciłam zdolności, ale powód tak naprawdę nie był istoty. Liczyło się, że
towarzyszyło mi to dziwne poczucie pustki, wyraźniej niż do tej pory
przypominające mi o zerwanej więzi. Siedząc w ciemnym, cichym pokoju
raz po raz rozglądałam się za choćby śladem złocistej nici, która do tej pory
zawsze pozwalała mi dotrzeć do tej jednej, jakże ważnej dla mnie osoby, ale nie
czułam, a tym bardziej nie widziałam niczego, co mogłabym uznać za
wskazówkę.
Wszystko
było nie tak. A ja nie miałam pojęcia, co robić.
Ukryłam
kryształ w dłoniach, lekko go pocierając. Trzymałam go przy sobie, niczym
jakiś talizman, gotowa przysiąc, że tylko on sprawiał, że wciąż istniałam.
Rufus niejako potwierdził moje przypuszczenia, mnie zaś nie pozostało nic
innego, jak po prostu uznać, że to dość mało prawdopodobne, byśmy oboje się
mylili. Zresztą trzymanie przy sobie kryształu – równie dziwnego, co i moja
nie do końca rzeczywista postać – nie kosztowało mnie wysiłku, więc tym
bardziej mogłam sobie na to pozwolić.
Cisza
stopniowo zaczynała mi ciążyć. Przez chwilę wsłuchiwałam się w spokojny oddech
Joce, mimowolnie dostosowując swój własny, ale to na dłuższą metę prowadziło
donikąd. Tak naprawdę wszystko we mnie aż rwało się, by poderwać się na równe
nogi i ruszyć do miasta. Nie miałam żadnego tropu, a tym bardziej nie
miałam pojęcia, ile mogłam zdziałać pod tą postacią, ale siedzenie z założonymi
rękami w najmniejszym stopniu mi nie pomagało. W ten sposób i tak
nikt nie był w stanie mnie zranić, a gdybym się uparła…
Z trudem
powstrzymałam sfrustrowany jęk. Ukryłam twarz w dłoniach, pocierając skronie
co najmniej tak, jakby bolała mnie głowa, choć w tamtej chwili fizycznie
nie czułam się źle. Jakbym w ogóle mogła, skoro przy odrobinie dobrej woli
mogłam swobodnie przenikać przez ściany! Bycie niematerialną przychodziło mi o wiele
łatwiej, aniżeli przesuwanie rzeczy, zwłaszcza ze wszystko wydawało się
sprowadzać do koncentracji. Nigdy wcześniej nie musiałam aż tak wiele uwagi
wkładać w to, by kogoś dotknąć, a tym bardziej podnieść choćby
najdrobniejszą rzecz, a to, że wszystko wokół raz po raz wytrącało mnie z równowagi,
jedynie komplikowało sprawy.
W pośpiechu
poderwałam się na równe nogi. Spojrzałam w stronę okna, przez chwilę
walcząc ze sobą i potrzebą zrobienia czegoś naprawdę głupiego. Joce spała,
wiec nie było nikogo, kto mógłby mnie powstrzymać przed wyjściem. Szczerze
mówiąc, wątpiłam, żeby na zewnątrz cokolwiek mi groziło; gorzej już być nie
mogło, a przynajmniej ja nie wyobrażałam sobie, by istniało wiele sposobów
na skrzywdzenie kogoś, kogo nawet nie można było zobaczyć. Mogłam spróbować
rozejrzeć się po Seattle, choć krążenie na oślep po całym mieście niekoniecznie
brzmiało jak dobry plan. To, że nawet nie mogłam wspomóc się mocą, o wykorzystaniu
więzi, z góry skazywało moje działania na niepowodzenie, ale z drugiej
strony…
Gdybym była Gabrielem, gdzie bym poszła?
Energicznie
potrząsnęłam głową. Próbowałam zebrać myśli, ale te raz po raz wymykały mi się
spod kontroli, plącząc się i sprawiając, że czułam się bezradna. Chciałabym
powiedzieć, że znałam Gabriela lepiej niż kogokolwiek innego, ale to nie
działało w ten sposób. Wiedziałam za to, że jeśli mój mąż nie chciał
zostać znaleziony, nawet ja nie miałam najmniejszych szans – i to
zwłaszcza teraz, pozbawiona jakichkolwiek zdolności i więzi.
Najgorsze w tym
wszystkim jednak było to, że wszystko we mnie aż krzyczało, że zawiniłam. Nie
było go przeze mnie – żadne inne wyjaśnienie nie przychodziło mi do głowy.
Mogłam tylko zgadywać, co się wydarzyło w chwili, w której zniknął.
Nie chciałam nawet brać pod uwagę, że istota, która przejęła moje ciało, mogłaby
go skrzywdzić, ale z drugiej strony…
Dość, zadecydowałam stanowczo. Po prostu dość.
Zadrżałam,
wciąż pełna wątpliwości. Miotałam się na prawo i lewo, bezskutecznie próbując
uspokoić. Nosiło mnie, w zupełnie innym sensie niż wtedy, gdy jedynie ruch
sprawiał, że czułam się jakkolwiek związana z rzeczywistością. Jakkolwiek
by jednak nie było, perspektywa bezczynnego czekania mnie wykańczała. Chciałam
zrobić cokolwiek, nieważne jak bezsensowne by to nie było – teraz, zaraz, bez
względu na konsekwencje.
Uciekłam
wzrokiem gdzieś w bok, ostatecznie zatrzymując spojrzenie na Joce. Z wolna
wypuściłam powietrze, próbując się uspokoić. Jedynie świadomość, że najpewniej
wpadłaby w panikę, gdyby po przebudzeniu nie zobaczyła mnie nigdzie w pobliżu,
przymusiła mnie do pozostania w miejscu. Bez pośpiechu pokonałam dzieląca
nas odległość, po czym nachyliłam się, delikatnie muskając wargami jej czoło. Dla
lepszej koncentracji zamknęłam oczy, z niejaką ulga przyjmując fakt, że
nawet w nerwach byłam w stanie wykrzesać z siebie choć tyle, by
móc jej dotknąć.
Wycofałam
się, widząc, że poruszyła się niespokojnie. Mimo wszystko wydawała się
spokojniejsza niż w salonie, przymuszona do cierpliwego tłumaczenia wszystkiego,
co widziała. I tak najbardziej błogosławiłam to, że już nie wyglądała aż
tak źle jak chwilę po tym, jak zabrałam ją z siedziby łowców. Wiedziałam,
że minęło dość czasu, by doszła do siebie, ale i tak byłam za to losowi
wdzięczna. Miałam dość powodów, żeby się martwić, a dodatkowe zadręczanie
stanem Joce zdecydowanie by mi nie pomogło.
Chwilę
krążyłam, gotowa przysiąc, że jednak dostanę szału przed nadejściem świtu.
Dopiero po kilku kolejnych minutach bezskutecznych prób odzyskania kontroli nad
sobą, zatrzymałam się przy biurku, w milczeniu przypatrując się
porzuconemu tam ołówki i kartkom. Wyciągnęłam rękę, po czym westchnęłam
przeciągle, bynajmniej niezaskoczona, że moje palce przeniknęły przez drewno. Potrzebowałam
dwóch kolejnych podejść, by w końcu uspokoić się na tyle, żeby jednak chwycić
ołówek – bardzo niepewnie i na swój sposób nieporadnie. Wtedy dotarło do
niej, że i tak miałam sporo szczęścia, gdy wcześniej już przy pierwszej
próbie udało mi się cokolwiek napisać.
Skup się. Tylko tyle…, warknęła na
siebie w duchu. Przycisnęłam rysik do kartki, uważnie przypatrując czystej
powierzchni. W głowie miałam pustkę, ale to okazało się lepsze niż nadmiar
myśli. Wciąż przesadnie wiele uwagi poświęcając temu, że byłam w stanie
utrzymać ołówek w ręce, w końcu oderwałam rękę od blatu, by zrobić kilka
pierwszych kresek.
W jednej
chwili poczułam się tak, jakby uleciało ze mnie całe napięcie. Rysowanie miało w sobie
coś kojącego, jednak nigdy dotąd nie odbierałam tego w tak intensywny
sposób. Już nie pamiętałam, kiedy ostatnim razem pozwoliłam sobie na
jakikolwiek szybki szkic. To i studia zeszły gdzieś na dalszy plan,
wyparte przez problemy, które wszyscy mieliśmy. I choć doskonale zdawałam
sobie sprawę z tego, że kilkoma kreskami na papierze niczego nie rozwiążę,
w tamtej chwili poczułam się po prostu dobrze, całą uwagę poświęcając
wyłącznie przyjemności, która płynęła z każdego kolejnego ruchu.
Szkic był
szybki i niestaranny, ale to nie miało znaczenia. Uśmiechnęłam się pod
nosem, usatysfakcjonowana tym, że wciąż nie wyszłam z wprawy. Krótko
obejrzałam się przez ramię, raz jeszcze spoglądając na Joce – nie tyle po to,
by sprawdzić, czy wciąż spała, co dla porównania jej z pośpiesznie
nakreślonym rysunkiem. Zaczęłam bez pośpiechu poprawiać kontury, tym razem nadając
im nie tylko wyrazistości, ale bardziej kontrolowany kształt. Efekt nie był
nawet w połowie tak zadowalający, jak portrety, którym poświęcałam długie
godzin, jednak najważniejsze w tym wszystkim okazało się to, że choć przez
moment poczułam się naprawdę dobrze.
Westchnęłam
cicho, po czym odłożyłam ołówek na bok. Właściwie sam wysunął mi się z dłoni,
gdy rozproszyłam się na tyle, by stracić kontrolę nad ruchami i sposobem, w jaki
wpływałam na otaczającą mnie rzeczywistość. Zacisnęłam dłonie w pięści,
przy okazji przypominając sobie, że w jednej wciąż ściskałam kryształ.
Czułam jego przyjemne ciepło oraz to, że krawędzie wciąż wpijały mi się w skórę
– w na tyle nieznaczący sposób, że z łatwością mogłam to ignorować.
Raz jeszcze
spojrzałam na rysunek, przez chwilę zastanawiając nad tym, co mogłabym
poprawić. W tamtej chwili zatęskniłam za pastelami, na swój sposób
przygnębiona widokiem śladów grafitu na białym papierze. Tęskniłam za kolorami i szybkością,
z jaką byłam w stanie przenosić na papier to, co widziałam. Podejrzewałam,
że zmienianie kredek byłoby o wiele trudniejsze od utrzymania pojedynczego
ołówka, ale być może powinnam spróbować. Gdybym skupiła się na tym, przy okazji
oswajając z koniecznością koncentrowania na każdym, nawet najmniej
znaczącym geście…
– Och.
Ciche
westchnienie wystarczyło, żeby wyrwać mnie z zamyślenia. Wyprostowałam się
niczym struna, co najmniej zaskoczona. Poczucie bycia obserwowaną pojawiło się chwilę
później, przy okazji skutecznie wytrącając mnie z równowagi. Dla pewności
bardziej stanowczo chwyciłam kryształ, co najmniej jakbym spodziewała się, że
intruz nagle zdecyduje się wyrwać mi go z ręki. To, że zdecydowanie nie
rozpoznałam głosu, który rozbrzmiał tuż za moimi plecami, w najmniejszym
stopniu nie pomogło mi się uspokoić.
Nie od razu
zdecydowałam się odwrócić. Przez chwilę nasłuchiwałam, próbując przekonać samą
siebie, że jednak zaczynałam wariować i cudza obecność – na dodatek kogoś,
kto najwyraźniej mnie widział – była wyłącznie wytworem mojej wyobraźni, szybko
jednak przekonałam się, że okłamywałam samą siebie. Wyraźnie czułam cudzą
obecność i uważnie śledzące każdy mój kolejny ruch spojrzenie.
Mimowolnie
napięłam mięśnie. Jeśli coś było w pokoju Joce, musiałam coś zrobić, zwłaszcza
jeśli w grę wchodził duch. Nie miałam pojęcia, czy w tym stanie byłam
w stanie kogokolwiek ochronić, ale gdybym musiała…
Z tym, że
nie zrobiłam niczego sensownego. W zamian po prostu zamarłam, bezmyślnie
przypatrując znajdującej się gdzieś na wyciągnięcie ręki dziewczynie. Pierwszym,
co zwróciło moją uwagę, był jej speszony wyraz twarzy. Spoglądała na mnie z mieszaniną
obawy, wręcz skonsternowana i… jakby zawstydzona tym, że byłam w stanie
spojrzeć wprost na nią. Podejrzewałam, co takiego czuła, zwłaszcza że sam
świadomość tego, że ktoś prócz Joce był w stanie mnie zobaczyć, wydała mi
się równie niepokojąca, co i niezwykła.
Kolejnym,
co mnie zaintrygowało, było to, że dziewczyna okazała się zadziwiająco do mnie
podobna. Drobna, blada i z sięgającymi pasa, rudymi lokami, przy
odrobinie szczęścia mogłaby uchodzić za młodszą wersję mnie. Przynajmniej ja
sądziłam, że miała w sobie coś słodkiego – rodzaj delikatności, który
sprawił, że mimowolnie pomyślałam o niej jak o dziecku. Ten sam
problem miałam z Joce, niezmiennie widząc w niej kruchego człowieka,
którego nade wszystko pragnęłam chronić. Mimowolnie pomyślałam też, że przez
bardzo długi czas (w tym również teraz, chociaż nie aż tak intensywnie) moi bliscy
spoglądali w ten sam sposób również na mnie.
Obie
milczałyśmy, wzajemnie mierząc się wzrokiem. Wciąż napinałam mięśnie, gotowa do
natychmiastowego ataku, gdyby tylko pojawiła się taka potrzeba, jednak jakaś
cząstka mnie szczerze wątpiła, by okazało się to koniecznie. Dziewczyna nie
wyglądała groźnie, a tym bardziej nie sprawiała wrażenia złego ducha,
który zamierzał skrzywdzić moją córkę. Nie miałam pojęcia, czy byłabym w stanie
rozróżnić zagrożenie, gdyby to faktycznie się pojawiło, ale naprawdę chciałam w to
wierzyć – zwłaszcza na wspomnienie sposobu, w który nagle zaczęłam
postrzegać Elenę i Rafaela.
Miałam
wrażenie, że minęła cała wieczność, zanim w końcu zdecydowałam się
odezwać. To było niczym impuls, tym bardziej że miałam serdecznie dość trwania w ciszy.
– Ehm…
Cześć?
Nieznajoma
drgnęła, po czym zamrugała nieco nieprzytomnie. Spojrzała na mnie tak, jakbyśmy
widziały się po raz pierwszy, co w gruncie rzeczy nie było aż takie dalekie
od rzeczywistości. Nie mogłam jednak pozbyć się wrażenia, że przynajmniej ona
doskonale wiedziała, kogo miała przed sobą.
–
Przepraszam – rzuciła nerwowym szeptem. Zaraz po tym uniosła obie ręce ku
górze, jakby chcąc pokazać, że nie miała złych zamiarów. – Czasami przychodzę
do Joce. Ja… nie spodziewałam się, że ktokolwiek jeszcze przy niej będzie. Nie
sądziłam, że…
Urwała,
najwyraźniej nie będąc w stanie znaleźć odpowiednich słów. Wciąż wydawała się
gubić, bezskutecznie próbując wytłumaczyć mi coś, co w tamtej chwili
chodziło jej po głowie. Wydała mi się zszokowana – i to bynajmniej nie
tym, że Joce mogłaby mieć gościa. Byłam gotowa przysiąc, że ta istota aż nazbyt
dobrze zdawała sobie sprawę z tego, kim byłam, o nienaturalności
mojego obecnego stanu nie wspominając.
Dziewczyna
bezradnie potrząsnęła głową. Chwilę milczałam, dając jej szansę na podjęcie
tematu, ale wszystko wskazywało na to, że nie była w stanie wykrztusić z siebie
chociażby słowa więcej.
– Kim
jesteś? – zapytałam wprost, siląc się na spokojny ton głosu. W końcu
rozmawiałam z duchem, prawda? Po spotkaniu z Dallasem chyba już powinnam
uznać to za absolutnie normalny stan rzeczy. – Ty… – zaczęłam, bo do głowy
przyszła mi pewna co najmniej szokująca myśl, nim jednak zdążyłam ubrać ją w słowa,
dziewczyna zdecydowała się mnie ubiec.
– Mam na
imię Rosa.
Być może
powinnam się tego spodziewać, ale i tak poczułam się tak, jakby ktoś
zdzielił mnie czymś ciężkim po głowie. Moje oczy rozszerzyły się nieznacznie, jednak
zmusiłam się do zachowa spokoju. Z wolna skinęłam głową, co najmniej
jakbym doświadczała czegoś podobnego na co dzień. Wciąż z uwagą
przypatrywałam się Rosie, bardziej dokładnie niż wcześniej chłonąc szczegóły
jej wyglądu.
Cóż, teraz
na swój sposób pewne kwestie stały się dla mnie jasne. Byłyśmy podobne. Nie
uderzająco, ale wystarczająco, by wprawiło mnie to w konsternację. Teraz
już przynajmniej rozumiałam, co tak bardzo szokowało Rufusa. Sęk w tym, że
nadal nie miałam pewności, dlaczego wcześniej kilkukrotnie stwierdził, że wcale
nie przypominałam mu Rosy. Musiałam, choćby trochę, choć i to w pełni
nie tłumaczyło jego stosunku do mnie.
– Renesmee –
rzuciłam z opóźnieniem. Tylko na tyle było mnie stać.
Wpatrzona
we mnie dziewczyna jedynie skinęła głową.
– Ależ
wiem. Spędzam z Joce sporo czasu – przyznała, wysilając się na niepewny
uśmiech. Mimowolnie pomyślała, że dzięki temu wyglądała jeszcze słodziej. –
Naprawdę nie mam złych zamiarów.
– Chronisz
ją – stwierdziłam bez chwili wahania. Z wolna przesunęłam się bliżej, wciąż
uważnie obserwując Rosę. – Joce mówiła mi dość, bym była ci wdzięczna. Chciałam
cię poznać – dodałam, uprzytomniając sobie, że to prawda. Nigdy nie
przypuszczałabym, że to okaże się możliwe, zwłaszcza w takich warunkach.
– Staram
się. – Rosa skinęła mi głową. Jej oczy zabłysły, jednak prawie natychmiast
spoważniała, wyraźnie czymś zmartwiona. – I wzajemnie, chociaż wolałabym,
żeby nigdy do tego nie doszło…
Chcąc nie
chcąc przyznałam jej rację. Skoro byłam w stanie rozmawiać z umarłymi,
sprawy miały się naprawdę źle.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz