2 października 2018

Sto dwadzieścia trzy

Renesmee
Spokój miał w sobie coś nienaturalnego. Siedziałam w pokoju Joce, raz po raz spoglądając na śpiącą córkę i próbując znaleźć sobie zajęcie. Zanim zasnęła, przynajmniej mogłam zająć czymś ręce czy to przeczesując jej loki palcami, czy znów nucąc coś cicho w nadziei, że w ten sposób pomogę dziewczynie zapaść w sen, ale kiedy już do tego doszło, wcale nie poczułam się lepiej.
Podciągnęłam kolana pod brodę, obejmując je ramionami. Mogłam spróbować zejść na dół, ale nie miałam cierpliwości ani do wymieniania wiadomości na karteczkach, ani tym bardziej do znoszenia pełnej napięcia atmosfery. Mimowolnie wciąż rozpamiętywałam każdy szczegół odbytej dopiero co rozmowy, bezskutecznie próbując przekonać samą siebie, że wcale nie było aż tak źle, jak mogłoby się wydawać.
Byłam zawieszona gdzieś między życiem a śmiercią i właściwie nie potrafiłam stwierdzić, z którym z tych stanów identyfikowałam się bardziej. To jeszcze mogłabym znieść, tak jak i świadomość, że gdzieś tam ktoś (albo coś) próbowało kontrolować moje ciało, przy okazji dysponując pełnią telepatycznych mocy, ale to wciąż pozostawało zaledwie wierzchołkiem góry lodowej.
Martwiłam się o Joce. I o Alessię, zwłaszcza odkąd miałam pełen pogląd na to, co działo się w Mieście Nocy.
A już na pewno nie miałam pojęcia, co zrobić z Gabrielem.
Zacisnęłam powieki, próbując skupić się na odganianiu niechcianych myśli. Jak na ironię mogłam co najwyżej siedzieć i załamywać ręce, a to zdecydowanie mi nie pomagało. Miałam wrażenie, że powinnam cieszyć się przede wszystkim z tego, że jakimś cudem wróciłam, choćby i w tak nietypowy sposób, ale trudno było mi tak po prostu skupić się na pozytywach, skoro wszystko wokół było nie tak.
Słyszałam ciche rozmowy, ale nie próbowałam skupiać się na poszczególnych słowach. Gdzieś z sąsiedniego pokoju słyszałam przede wszystkim ciche głosy Damiena i Liz. Przynajmniej świadomość, że ta dwójka zaczynała się dogadywać, miała w sobie coś pocieszającego, nawet jeśli wciąż nie miałam pewności, dokąd w tym porozumieniu doszli. Kwestia łowców komplikowała wszystko, ale o tym też nie chciałam myśleć. Pomijając to, że prawie wszyscy przez nich zginęliśmy, to wciąż nie była wina Elizabeth. Zrzucenie na niej odpowiedzialności było ostatnim, czego tak naprawdę chciałam.
Nie chciałam się do tego przyznać, ale w gruncie rzeczy poczułam ulgę, kiedy dom opustoszał. Po wyjściu Eleny i Rafaela atmosfera wyraźnie się zagęściła, choć trudno było mi stwierdzić dlaczego. Zwłaszcza Carlisle wydawał mi się podenerwowany, ale oczywiście nie miałam jak zapytać go o to, co się stało. Wykorzystywanie Joce na dłuższą metę było uciążliwe, tym bardziej że wciąż obawiałam się, że przypadkiem mogłabym zacząć czerpać z niej energię. Jeśli było we mnie coś, co mogło źle na nią wpłynąć, zdecydowanie wolałam tego nie sprawdzać.
W zasadzie wciąż nie miałam po temu okazji. Kwestią czasu było, aż moi bliscy ewakuowali się, wcześniej kilkukrotnie składając mi obietnice, których najpewniej żadne z nich nie miało być w stanie spełnić – a przynajmniej nie tak po prostu. Nie miałam im tego za złe. Zapewnienia, że wszystko jakoś się ułoży, może i nie brzmiały aż tak kojąco, jak mogłabym tego oczekiwać, ale wydawały się lepsze niż nic. Inna sprawa, że nade wszystko pragnęłam w nie uwierzyć.
Ostatecznie zostali jedynie moi rodzice, choć i oni zachowywali się tak, jakby sami nie byli pewni, co począć z faktem, że ich córka poniekąd była duchem. Miałam wrażenie, że zamierzali udawać, że wszystko w porządku, co na dłuższą metę było mi na rękę. Ostatecznie zdecydowałam się wraz z Joce wrócić do pokoju córki, z niejaka ulgą przyjmując jej lakoniczne stwierdzenie, że była zmęczona. Nie miałam pewności czy to tylko wymówka, czy może prawda, ale nie zamierzałam protestować, a tym bardziej podważać jej słów. Wspólne leżenie, zwłaszcza gdy jako jedyna mogła mnie zobaczyć, było niczym prawdziwe wybawienie – rodzaj wytchnienia, którego obie potrzebowaliśmy.
Machinalnie raz jeszcze przeniosłam wzrok na bladą twarz córki. Wydawała się spokojna, choć i tego nie byłam w stanie jednoznacznie stwierdzić. Nie, skoro sama aż drżałam od nadmiaru emocji, sam niepewna, co powinnam ze sobą zrobić. W rękach wciąż obracałam kryształ, od czasu do czasu spoglądając na odłamek, jakby w nadziei, że nagle dostrzegę w jego kształcie albo wyglądzie coś nietypowego. Wciąż wydawał mi się ciepły, jednak poza tym nie miał w sobie niczego nadnaturalnego – ani wewnętrznego blasku, ani zmiennej temperatury, który mogłaby świadczyć o kumulującej się w środku energii.
Ze świstem wypuściłam powietrze, choć tak naprawdę sama nie byłam pewna, czy musiałam oddychać. Na pewno dziwnie czułabym się, gdybym przestała to robić. Na swój sposób naprawdę czułam się żywa, z kolei to, że miałam jakikolwiek wpływ na rzeczywistość, jedynie utwierdzało mnie w takim przekonaniu. Materialna czy nie, wciąż byłam czymś więcej, aniżeli zwykły duch. Jedynym sensownym stanem, który przychodził mi na głos, było to, że czułam się prawie jak wtedy, gdy podróżowałam jako kropla astralna. Różnica polegała na tym, że wciąż nie miałam dokąd wracać.
Była jeszcze jedna rzecz, która nie dawała mi spokoju, wręcz sprawiając, że czułam się pusta. Nie miałam pojęcia czy to jedynie moja wyobraźnia, zwłaszcza po odkryciu, że straciłam zdolności, ale powód tak naprawdę nie był istoty. Liczyło się, że towarzyszyło mi to dziwne poczucie pustki, wyraźniej niż do tej pory przypominające mi o zerwanej więzi. Siedząc w ciemnym, cichym pokoju raz po raz rozglądałam się za choćby śladem złocistej nici, która do tej pory zawsze pozwalała mi dotrzeć do tej jednej, jakże ważnej dla mnie osoby, ale nie czułam, a tym bardziej nie widziałam niczego, co mogłabym uznać za wskazówkę.
Wszystko było nie tak. A ja nie miałam pojęcia, co robić.
Ukryłam kryształ w dłoniach, lekko go pocierając. Trzymałam go przy sobie, niczym jakiś talizman, gotowa przysiąc, że tylko on sprawiał, że wciąż istniałam. Rufus niejako potwierdził moje przypuszczenia, mnie zaś nie pozostało nic innego, jak po prostu uznać, że to dość mało prawdopodobne, byśmy oboje się mylili. Zresztą trzymanie przy sobie kryształu – równie dziwnego, co i moja nie do końca rzeczywista postać – nie kosztowało mnie wysiłku, więc tym bardziej mogłam sobie na to pozwolić.
Cisza stopniowo zaczynała mi ciążyć. Przez chwilę wsłuchiwałam się w spokojny oddech Joce, mimowolnie dostosowując swój własny, ale to na dłuższą metę prowadziło donikąd. Tak naprawdę wszystko we mnie aż rwało się, by poderwać się na równe nogi i ruszyć do miasta. Nie miałam żadnego tropu, a tym bardziej nie miałam pojęcia, ile mogłam zdziałać pod tą postacią, ale siedzenie z założonymi rękami w najmniejszym stopniu mi nie pomagało. W ten sposób i tak nikt nie był w stanie mnie zranić, a gdybym się uparła…
Z trudem powstrzymałam sfrustrowany jęk. Ukryłam twarz w dłoniach, pocierając skronie co najmniej tak, jakby bolała mnie głowa, choć w tamtej chwili fizycznie nie czułam się źle. Jakbym w ogóle mogła, skoro przy odrobinie dobrej woli mogłam swobodnie przenikać przez ściany! Bycie niematerialną przychodziło mi o wiele łatwiej, aniżeli przesuwanie rzeczy, zwłaszcza ze wszystko wydawało się sprowadzać do koncentracji. Nigdy wcześniej nie musiałam aż tak wiele uwagi wkładać w to, by kogoś dotknąć, a tym bardziej podnieść choćby najdrobniejszą rzecz, a to, że wszystko wokół raz po raz wytrącało mnie z równowagi, jedynie komplikowało sprawy.
W pośpiechu poderwałam się na równe nogi. Spojrzałam w stronę okna, przez chwilę walcząc ze sobą i potrzebą zrobienia czegoś naprawdę głupiego. Joce spała, wiec nie było nikogo, kto mógłby mnie powstrzymać przed wyjściem. Szczerze mówiąc, wątpiłam, żeby na zewnątrz cokolwiek mi groziło; gorzej już być nie mogło, a przynajmniej ja nie wyobrażałam sobie, by istniało wiele sposobów na skrzywdzenie kogoś, kogo nawet nie można było zobaczyć. Mogłam spróbować rozejrzeć się po Seattle, choć krążenie na oślep po całym mieście niekoniecznie brzmiało jak dobry plan. To, że nawet nie mogłam wspomóc się mocą, o wykorzystaniu więzi, z góry skazywało moje działania na niepowodzenie, ale z drugiej strony…
Gdybym była Gabrielem, gdzie bym poszła?
Energicznie potrząsnęłam głową. Próbowałam zebrać myśli, ale te raz po raz wymykały mi się spod kontroli, plącząc się i sprawiając, że czułam się bezradna. Chciałabym powiedzieć, że znałam Gabriela lepiej niż kogokolwiek innego, ale to nie działało w ten sposób. Wiedziałam za to, że jeśli mój mąż nie chciał zostać znaleziony, nawet ja nie miałam najmniejszych szans – i to zwłaszcza teraz, pozbawiona jakichkolwiek zdolności i więzi.
Najgorsze w tym wszystkim jednak było to, że wszystko we mnie aż krzyczało, że zawiniłam. Nie było go przeze mnie – żadne inne wyjaśnienie nie przychodziło mi do głowy. Mogłam tylko zgadywać, co się wydarzyło w chwili, w której zniknął. Nie chciałam nawet brać pod uwagę, że istota, która przejęła moje ciało, mogłaby go skrzywdzić, ale z drugiej strony…
Dość, zadecydowałam stanowczo. Po prostu dość.
Zadrżałam, wciąż pełna wątpliwości. Miotałam się na prawo i lewo, bezskutecznie próbując uspokoić. Nosiło mnie, w zupełnie innym sensie niż wtedy, gdy jedynie ruch sprawiał, że czułam się jakkolwiek związana z rzeczywistością. Jakkolwiek by jednak nie było, perspektywa bezczynnego czekania mnie wykańczała. Chciałam zrobić cokolwiek, nieważne jak bezsensowne by to nie było – teraz, zaraz, bez względu na konsekwencje.
Uciekłam wzrokiem gdzieś w bok, ostatecznie zatrzymując spojrzenie na Joce. Z wolna wypuściłam powietrze, próbując się uspokoić. Jedynie świadomość, że najpewniej wpadłaby w panikę, gdyby po przebudzeniu nie zobaczyła mnie nigdzie w pobliżu, przymusiła mnie do pozostania w miejscu. Bez pośpiechu pokonałam dzieląca nas odległość, po czym nachyliłam się, delikatnie muskając wargami jej czoło. Dla lepszej koncentracji zamknęłam oczy, z niejaką ulga przyjmując fakt, że nawet w nerwach byłam w stanie wykrzesać z siebie choć tyle, by móc jej dotknąć.
Wycofałam się, widząc, że poruszyła się niespokojnie. Mimo wszystko wydawała się spokojniejsza niż w salonie, przymuszona do cierpliwego tłumaczenia wszystkiego, co widziała. I tak najbardziej błogosławiłam to, że już nie wyglądała aż tak źle jak chwilę po tym, jak zabrałam ją z siedziby łowców. Wiedziałam, że minęło dość czasu, by doszła do siebie, ale i tak byłam za to losowi wdzięczna. Miałam dość powodów, żeby się martwić, a dodatkowe zadręczanie stanem Joce zdecydowanie by mi nie pomogło.
Chwilę krążyłam, gotowa przysiąc, że jednak dostanę szału przed nadejściem świtu. Dopiero po kilku kolejnych minutach bezskutecznych prób odzyskania kontroli nad sobą, zatrzymałam się przy biurku, w milczeniu przypatrując się porzuconemu tam ołówki i kartkom. Wyciągnęłam rękę, po czym westchnęłam przeciągle, bynajmniej niezaskoczona, że moje palce przeniknęły przez drewno. Potrzebowałam dwóch kolejnych podejść, by w końcu uspokoić się na tyle, żeby jednak chwycić ołówek – bardzo niepewnie i na swój sposób nieporadnie. Wtedy dotarło do niej, że i tak miałam sporo szczęścia, gdy wcześniej już przy pierwszej próbie udało mi się cokolwiek napisać.
Skup się. Tylko tyle…, warknęła na siebie w duchu. Przycisnęłam rysik do kartki, uważnie przypatrując czystej powierzchni. W głowie miałam pustkę, ale to okazało się lepsze niż nadmiar myśli. Wciąż przesadnie wiele uwagi poświęcając temu, że byłam w stanie utrzymać ołówek w ręce, w końcu oderwałam rękę od blatu, by zrobić kilka pierwszych kresek.
W jednej chwili poczułam się tak, jakby uleciało ze mnie całe napięcie. Rysowanie miało w sobie coś kojącego, jednak nigdy dotąd nie odbierałam tego w tak intensywny sposób. Już nie pamiętałam, kiedy ostatnim razem pozwoliłam sobie na jakikolwiek szybki szkic. To i studia zeszły gdzieś na dalszy plan, wyparte przez problemy, które wszyscy mieliśmy. I choć doskonale zdawałam sobie sprawę z tego, że kilkoma kreskami na papierze niczego nie rozwiążę, w tamtej chwili poczułam się po prostu dobrze, całą uwagę poświęcając wyłącznie przyjemności, która płynęła z każdego kolejnego ruchu.
Szkic był szybki i niestaranny, ale to nie miało znaczenia. Uśmiechnęłam się pod nosem, usatysfakcjonowana tym, że wciąż nie wyszłam z wprawy. Krótko obejrzałam się przez ramię, raz jeszcze spoglądając na Joce – nie tyle po to, by sprawdzić, czy wciąż spała, co dla porównania jej z pośpiesznie nakreślonym rysunkiem. Zaczęłam bez pośpiechu poprawiać kontury, tym razem nadając im nie tylko wyrazistości, ale bardziej kontrolowany kształt. Efekt nie był nawet w połowie tak zadowalający, jak portrety, którym poświęcałam długie godzin, jednak najważniejsze w tym wszystkim okazało się to, że choć przez moment poczułam się naprawdę dobrze.
Westchnęłam cicho, po czym odłożyłam ołówek na bok. Właściwie sam wysunął mi się z dłoni, gdy rozproszyłam się na tyle, by stracić kontrolę nad ruchami i sposobem, w jaki wpływałam na otaczającą mnie rzeczywistość. Zacisnęłam dłonie w pięści, przy okazji przypominając sobie, że w jednej wciąż ściskałam kryształ. Czułam jego przyjemne ciepło oraz to, że krawędzie wciąż wpijały mi się w skórę – w na tyle nieznaczący sposób, że z łatwością mogłam to ignorować.
Raz jeszcze spojrzałam na rysunek, przez chwilę zastanawiając nad tym, co mogłabym poprawić. W tamtej chwili zatęskniłam za pastelami, na swój sposób przygnębiona widokiem śladów grafitu na białym papierze. Tęskniłam za kolorami i szybkością, z jaką byłam w stanie przenosić na papier to, co widziałam. Podejrzewałam, że zmienianie kredek byłoby o wiele trudniejsze od utrzymania pojedynczego ołówka, ale być może powinnam spróbować. Gdybym skupiła się na tym, przy okazji oswajając z koniecznością koncentrowania na każdym, nawet najmniej znaczącym geście…
– Och.
Ciche westchnienie wystarczyło, żeby wyrwać mnie z zamyślenia. Wyprostowałam się niczym struna, co najmniej zaskoczona. Poczucie bycia obserwowaną pojawiło się chwilę później, przy okazji skutecznie wytrącając mnie z równowagi. Dla pewności bardziej stanowczo chwyciłam kryształ, co najmniej jakbym spodziewała się, że intruz nagle zdecyduje się wyrwać mi go z ręki. To, że zdecydowanie nie rozpoznałam głosu, który rozbrzmiał tuż za moimi plecami, w najmniejszym stopniu nie pomogło mi się uspokoić.
Nie od razu zdecydowałam się odwrócić. Przez chwilę nasłuchiwałam, próbując przekonać samą siebie, że jednak zaczynałam wariować i cudza obecność – na dodatek kogoś, kto najwyraźniej mnie widział – była wyłącznie wytworem mojej wyobraźni, szybko jednak przekonałam się, że okłamywałam samą siebie. Wyraźnie czułam cudzą obecność i uważnie śledzące każdy mój kolejny ruch spojrzenie.
Mimowolnie napięłam mięśnie. Jeśli coś było w pokoju Joce, musiałam coś zrobić, zwłaszcza jeśli w grę wchodził duch. Nie miałam pojęcia, czy w tym stanie byłam w stanie kogokolwiek ochronić, ale gdybym musiała…
Z tym, że nie zrobiłam niczego sensownego. W zamian po prostu zamarłam, bezmyślnie przypatrując znajdującej się gdzieś na wyciągnięcie ręki dziewczynie. Pierwszym, co zwróciło moją uwagę, był jej speszony wyraz twarzy. Spoglądała na mnie z mieszaniną obawy, wręcz skonsternowana i… jakby zawstydzona tym, że byłam w stanie spojrzeć wprost na nią. Podejrzewałam, co takiego czuła, zwłaszcza że sam świadomość tego, że ktoś prócz Joce był w stanie mnie zobaczyć, wydała mi się równie niepokojąca, co i niezwykła.
Kolejnym, co mnie zaintrygowało, było to, że dziewczyna okazała się zadziwiająco do mnie podobna. Drobna, blada i z sięgającymi pasa, rudymi lokami, przy odrobinie szczęścia mogłaby uchodzić za młodszą wersję mnie. Przynajmniej ja sądziłam, że miała w sobie coś słodkiego – rodzaj delikatności, który sprawił, że mimowolnie pomyślałam o niej jak o dziecku. Ten sam problem miałam z Joce, niezmiennie widząc w niej kruchego człowieka, którego nade wszystko pragnęłam chronić. Mimowolnie pomyślałam też, że przez bardzo długi czas (w tym również teraz, chociaż nie aż tak intensywnie) moi bliscy spoglądali w ten sam sposób również na mnie.
Obie milczałyśmy, wzajemnie mierząc się wzrokiem. Wciąż napinałam mięśnie, gotowa do natychmiastowego ataku, gdyby tylko pojawiła się taka potrzeba, jednak jakaś cząstka mnie szczerze wątpiła, by okazało się to koniecznie. Dziewczyna nie wyglądała groźnie, a tym bardziej nie sprawiała wrażenia złego ducha, który zamierzał skrzywdzić moją córkę. Nie miałam pojęcia, czy byłabym w stanie rozróżnić zagrożenie, gdyby to faktycznie się pojawiło, ale naprawdę chciałam w to wierzyć – zwłaszcza na wspomnienie sposobu, w który nagle zaczęłam postrzegać Elenę i Rafaela.
Miałam wrażenie, że minęła cała wieczność, zanim w końcu zdecydowałam się odezwać. To było niczym impuls, tym bardziej że miałam serdecznie dość trwania w ciszy.
– Ehm… Cześć?
Nieznajoma drgnęła, po czym zamrugała nieco nieprzytomnie. Spojrzała na mnie tak, jakbyśmy widziały się po raz pierwszy, co w gruncie rzeczy nie było aż takie dalekie od rzeczywistości. Nie mogłam jednak pozbyć się wrażenia, że przynajmniej ona doskonale wiedziała, kogo miała przed sobą.
– Przepraszam – rzuciła nerwowym szeptem. Zaraz po tym uniosła obie ręce ku górze, jakby chcąc pokazać, że nie miała złych zamiarów. – Czasami przychodzę do Joce. Ja… nie spodziewałam się, że ktokolwiek jeszcze przy niej będzie. Nie sądziłam, że…
Urwała, najwyraźniej nie będąc w stanie znaleźć odpowiednich słów. Wciąż wydawała się gubić, bezskutecznie próbując wytłumaczyć mi coś, co w tamtej chwili chodziło jej po głowie. Wydała mi się zszokowana – i to bynajmniej nie tym, że Joce mogłaby mieć gościa. Byłam gotowa przysiąc, że ta istota aż nazbyt dobrze zdawała sobie sprawę z tego, kim byłam, o nienaturalności mojego obecnego stanu nie wspominając.
Dziewczyna bezradnie potrząsnęła głową. Chwilę milczałam, dając jej szansę na podjęcie tematu, ale wszystko wskazywało na to, że nie była w stanie wykrztusić z siebie chociażby słowa więcej.
– Kim jesteś? – zapytałam wprost, siląc się na spokojny ton głosu. W końcu rozmawiałam z duchem, prawda? Po spotkaniu z Dallasem chyba już powinnam uznać to za absolutnie normalny stan rzeczy. – Ty… – zaczęłam, bo do głowy przyszła mi pewna co najmniej szokująca myśl, nim jednak zdążyłam ubrać ją w słowa, dziewczyna zdecydowała się mnie ubiec.
– Mam na imię Rosa.
Być może powinnam się tego spodziewać, ale i tak poczułam się tak, jakby ktoś zdzielił mnie czymś ciężkim po głowie. Moje oczy rozszerzyły się nieznacznie, jednak zmusiłam się do zachowa spokoju. Z wolna skinęłam głową, co najmniej jakbym doświadczała czegoś podobnego na co dzień. Wciąż z uwagą przypatrywałam się Rosie, bardziej dokładnie niż wcześniej chłonąc szczegóły jej wyglądu.
Cóż, teraz na swój sposób pewne kwestie stały się dla mnie jasne. Byłyśmy podobne. Nie uderzająco, ale wystarczająco, by wprawiło mnie to w konsternację. Teraz już przynajmniej rozumiałam, co tak bardzo szokowało Rufusa. Sęk w tym, że nadal nie miałam pewności, dlaczego wcześniej kilkukrotnie stwierdził, że wcale nie przypominałam mu Rosy. Musiałam, choćby trochę, choć i to w pełni nie tłumaczyło jego stosunku do mnie.
– Renesmee – rzuciłam z opóźnieniem. Tylko na tyle było mnie stać.
Wpatrzona we mnie dziewczyna jedynie skinęła głową.
– Ależ wiem. Spędzam z Joce sporo czasu – przyznała, wysilając się na niepewny uśmiech. Mimowolnie pomyślała, że dzięki temu wyglądała jeszcze słodziej. – Naprawdę nie mam złych zamiarów.
– Chronisz ją – stwierdziłam bez chwili wahania. Z wolna przesunęłam się bliżej, wciąż uważnie obserwując Rosę. – Joce mówiła mi dość, bym była ci wdzięczna. Chciałam cię poznać – dodałam, uprzytomniając sobie, że to prawda. Nigdy nie przypuszczałabym, że to okaże się możliwe, zwłaszcza w takich warunkach.
– Staram się. – Rosa skinęła mi głową. Jej oczy zabłysły, jednak prawie natychmiast spoważniała, wyraźnie czymś zmartwiona. – I wzajemnie, chociaż wolałabym, żeby nigdy do tego nie doszło…
Chcąc nie chcąc przyznałam jej rację. Skoro byłam w stanie rozmawiać z umarłymi, sprawy miały się naprawdę źle.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa