1 października 2018

Sto dwadzieścia dwa

Isobel
Dawno nie doświadczyła czegoś takiego. Mało kiedy poddawała się impulsom innym niż te, które nakazywały zabijać. Zwłaszcza w ostatnim czasie nie mogła pozwolić sobie na to – choćby na cień spontaniczności, która w innym wypadku przyszłaby jej z taką łatwością. Tak przynajmniej chciała przed samą usprawiedliwić moment, w którym po prostu naparła na Sage’a, całkowicie zapominając, że chwilę wcześniej osobiście chciała urwać mu głowę.
Bezceremonialnie popchnęła go, podświadomie próbując przejąć kontrolę. Jego dłonie jak na zawołanie wylądowały na jej biodrach, gdy bardziej stanowczo przyciągnął ją do siebie. Cofnął się – najpierw o krok, a potem kolejny, w pełni dostosowując do jej ruchów. W tamtej chwili prawie zdołała się uśmiechnąć, ale powstrzymała się, wciąż niepewna czy to dobrze, że na wszystkie możliwe sytuacje, ulegał jej akurat wtedy, gdy w grę wchodził seks.
Chwilami myślała, że obcowanie z mężczyznami przypominało trochę polowanie. Było gwałtowne, związane z instynktem, a tym bardziej nie wymagało myślenia. Nie zarejestrowała momentu, w którym Sage cofnął się o kolejny krok, tym razem wpadając na stojącą w samym centrum pomieszczenia kanapę. Choć mało prawdopodobnym wydawało się, by wampir mógł tak po prostu stracić równowagę, nie minęła sekunda, by jak długi przechylił się przez oparcie, lądując na sofie. Pociągnął ją za sobą, najwyraźniej nie mając nic przeciwko temu, że wylądowała na nim.
Isobel z zaciekawieniem przekrzywiła głowę. Spojrzała na niego z góry, stanowczo dociskając mężczyznę do kanapy. Gdyby walczyli, miałaby przewagę. Nie potrzebowałaby ani wyjątkowych zdolności, ani tym bardziej szczególnych umiejętności w zakresie sztuk walki, by zakończyć jego egzystencję. Była tego pewna, nie tylko nachylona tak bardzo, że końcówki jej włosów raz po raz muskały twarz Sage’a, ale przede wszystkim na tyle, by mieć idealny dostęp do jego odsłoniętego gardła.
Rozchyliła usta. Gdyby tylko chciała, mogłaby nie tylko go zranić, ale nawet posunąć się dalej. Karała swoich podwładnych tak wiele razy, że poradziłaby sobie również z nim. W tamtej chwili był całkowicie bezbronny i zdany na jej łaskę, choć najpewniej nie zdawał sobie z tego sprawę.
Sęk w tym, że wcale nie chciała tego skończyć. Nie tak po prostu – a już na pewno nie w tamtej chwili.
– Coś nie tak? – usłyszała i to wystarczyło, by sprowadzić ją na ziemię.
Uprzytomniła sobie, że zdecydowanie zbyt długo trwała w bezruchu, bezmyślnie mu się przypatrując. Spoglądała nań z góry, całkowicie pustym wzrokiem, przeżywając jeden z najdziwniejszych dylematów, jaki przyszło jej doświadczyć w ostatnim czasie. Rozważanie natychmiastowego zabicia potencjalnego kochanka zdecydowanie nie było czymś, co miała okazję przeżyć na co dzień.
Nie odpowiedziała, w zamian w pośpiechu zmniejszając dzielącą ją od Sage’a odległość. Był otwarty na pocałunki; bez wahania odwzajemniał każdy z nich, a Isobel czuła, że stopniowo oboje się w tym zatracali. W jednej chwili pożądanie wysunęło się na pierwszy plan, skutecznie przysłaniając wszystko inne. Przyjęła to z wdzięcznością, momentalnie zapominając o wcześniejszych wątpliwościach. W gruncie rzeczy nie miało znaczenia to, czego tak naprawdę chciała – zamienić go w popiół, czy może wykorzystać, by choć na chwilę zapomnieć o ostatnich niepowodzeniach. Pragnęła się w tym zatracić – bez cienia żalu czy jakichkolwiek zobowiązań. Przez krótką chwilę chodziło tylko o jedno: obustronną przyjemność, choć tak naprawdę nie miało dla niej znaczenia, czy Sage’owi mogłoby być z nią dobrze.
Obce dłonie błądziły po jej plecach. Pocałunki stały się bardziej gwałtowne i emocjonalne, choć w jej przypadku w grę nie wchodziła namiętność. Co prawda nie mogła zaprzeczyć, że jej towarzysz wiedział, co robi, a na pewno nie miał do czynienia z kobietą po raz pierwszy, ale nic ponadto. Nic, czego nie doświadczyłaby już wcześniej z tymi, których chciała wynagrodzić, dopuszczając ich do swojego ciała i sypialni.
Sage najpewniej nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, jaki spotkał go zaszczyt – i to zwłaszcza po tym, jak kilkukrotnie przemyślała jego śmierć. Tak naprawdę wciąż nie podjęła ostatecznej decyzji, ale to mogło poczekać. W końcu miała kontrolę, przy okazji dobrze czując się ze świadomością o czekający ją wieczorze. Potrzebowała tego, chcąc nie chcąc uznając taki stan rzeczy za dobry zamiennik, skoro musiała powstrzymać się przed zrównaniem z ziemią tego nieszczęsnego miasta. Na dobry początek zamierzała zadowolić się przynajmniej tym.
– Zaczekaj.
Zamarła, co najmniej zaskoczona. Z wolna wyprostowała się, dłonie wciąż trzymając pod jego koszulą. Kiedy uprzytomniła sobie, że Sage zabrał ręce, nagle decydując się wycofać, przez moment poczuła się tak, jakby ją spoliczkował.
– Znów mnie prowokujesz – stwierdziła chłodno, siląc się na cierpliwość. Napięła mięśnie, bezskutecznie próbując ukryć drżenie.
– Proszę o wybaczenie. Znowu – zreflektował się pośpiesznie. – Zastanawiam się tylko, czy to właściwe. Jest pani bardzo piękna, ale…
Prychnęła, bez chwili wahania wchodząc mu w słowo.
– Czy ty właśnie mi odmawiasz? – zapytała z niedowierzaniem.
To brzmiało jak marny żart – kolejny, który usłyszała tego wieczora. Zdecydowanym ruchem odsunęła się, obojętna na to, że przez zbyt gwałtowny ruch rozdarła jego koszulę. Przelotnie spojrzała na niego odsłonięty tors, ale ani dobrze umięśnione ciało, ani tym bardziej regularne rysy twarzy Sage’a nie zrobiły na niej wrażenia. To, że spojrzał na nią w łagodny, niemalże troskliwy sposób, tym bardziej.
– Nie, nie… To nie tak! – zapewnił pośpiesznie. Wyrzucał z siebie kolejne słowa, plątając się przy tym tak bardzo, jakby sam nie miał pewności, co zamierzał powiedzieć. – Ja tylko…
– Mężczyźni są tacy przewidywalni – prychnęła, kolejny raz decydując mu się przerwać. Wszelakie emocje odpłynęły z jej twarzy, pozostawiając wyłącznie obojętność. Odrzuciła jasne włosy na plecy, po czym zsunęła się z kanapy, błyskawicznie podrywając na równe nogi. Nerwowym ruchem przysłoniła loki, obojętna na to, że po raz kolejny stanęła do Sage’a plecami. – Nawet tutaj czuję twoje pożądanie. Nie muszę nawet się wysilać, by czytać z ciebie jak z otwartej księgi… Zresztą sam to powiedziałeś, prawda? Chodzisz za mną, bo ci się podobam.
– To nie tak.
Zacisnęła usta. Tak naprawdę wcale nie musiała tego słuchać, w zamian równie dobrze mogąc od razu przejść do pierwotnego planu – zakończyć tę farsę i pozbyć się potencjalnego niebezpieczeństwa. Możliwe, że tak było lepiej, zwłaszcza że już kilkukrotnie zgubiła ją impulsywność. Nie chciała tego przyznawać, a już na pewno nigdy nie powiedziałaby tego na głos, ale wiedziała, że ma z tym problem; wielokrotnie najpierw działała, a dopiero potem zastanawiała się, czy takie posunięcie miało sens.
Wciąż te same błędy… Kiedyś wychodziło mi to o wiele lepiej, prawda?
Chwilami zapominała, jak ważnym było, by skupiła się na działaniu. Mogła sobie pozwolić na takie zachowanie, gdy była u szczytu władzy i nikt nie miał odwagi się jej sprzeciwić, ale teraz podążanie za pragnieniami i zachciankami z łatwością mogło doprowadzić ją do zguby. Prawda podziałała na Isobel niczym kubeł lodowatej wody, przez co po raz kolejny poczuła się niewiele lepiej, co i słaby, nic nieznaczący człowiek.
Zacisnęła dłonie w pięści – tylko na chwilę, choć z trudem przyszło jej zapanowanie nad sobą na tyle, by rozprostować palce. Choć stała nieruchomo, w duchu aż drżała od nadmiaru emocji. To upokorzenie wysunęło się na pierwszy plan, skutecznie wpierając wcześniejsze pożądanie. Nagle poczuła się zagubiona i nieporadna, bardziej niż wcześniej przytłoczona słabościami, na które wcześniej nie zwracała uwagi. To miejsce, ci ludzie, ten świat – nic nie było takie, jak zdążyła przywyknąć.
Nic nie przypominało rzeczywistości, w której pragnęła żyć.
Nie wyczuła, kiedy Sage się poruszył. Zareagowała dopiero w chwili, gdy czyjaś dłoń niepewnie dotknęła jej ramienia – delikatnym, wręcz pocieszającym gestem, choć Isobel nie odebrała tego w taki sposób. Wręcz przeciwnie; nagle znów poczuła się tak, jakby ktoś dał jej w twarz. Warknęła gniewnie i – całkowicie obojętna na to, że znów ponosiły ją emocje – odwróciła się tak gwałtownie, że stojący za nią wampir aż się wzdrygnął.
A potem dała mu w twarz.
To był zdecydowany, precyzyjny, choć absolutnie nieprzemyślany cios. I choć żadne z nich nie było w stanie poczuć bólu, Isobel poczuła siłę uderzenia w całym ciele, a Sage aż zatoczył się do tyłu, przede wszystkim zaskoczony. Jakimś cudem nie upadł, tym razem w porę odzyskując równowagę, to jednak tylko bardziej ją rozjuszyło. Bez zastanowienia ruszyła w jego stronę, unosząc dłoń, by zaatakować w o wiele naturalniejszy dla siebie sposób.
Przywołanie mocy było zaledwie kwestią czasu. Poczuła ją wyraźnie, kiedy ta przetoczyła się przez całe jej ciało, chwilę później znajdując ujście w wyciągniętej dłoni. Wystarczył jeden zdecydowany ruch, by poderwała ciało Sage’a ku górze, ciskając nim przez pokój, co najmniej jakby był jakaś szmacianą laleczką. Z impetem uderzył w ścianę po przeciwnej stronie pomieszczenia, przy okazji roztrzaskując stojącą w rogu komodę.
Isobel zacisnęła usta, obojętnie spoglądając na kawałki mebla. I tak nie trzymała tu swoich rzeczy, nie zawracając sobie głowy gromadzeniem wokół siebie zbędnych przedmiotów. Tak naprawdę mieszkanie – tak jak i cały budynek – było całkowicie opustoszałe, a ona traktowała je jak wyjątkowo wygodne, choć przy tym w pełni przejściowe lokum. Wmawiała to sobie od tygodni, z uporem odsuwając od siebie myśl, że tak naprawdę tkwiła w miejscu. Ani Miasto Nocy, ani nawet Volterra nie miały stanąć przed nią otworem, choć w obu przypadkach była tak bardzo bliska przejęcia kontroli.
W jednej chwili kumulująca się przez cały ten czas frustracja wróciła, w efekcie omal nie ścinając jej z nóg. Stłumiła krzyk, przez chwilę tkwiąc w bezruchu i bezradnie rozglądając się dookoła. Miała ochotę roztrzaskać na kawałki pierwszą rzecz, która wpadłaby jej w ręce, nieważne co by to było. Już od dłuższego czasu balansowała gdzieś na granicy zdrowego rozsądku i wybuchu gniewu, zaś coś w odmowie Sage’a doprowadziło ją do szału.
Tak naprawdę wcale nie chodziło o tego mężczyznę. To, w jaki sposób na nią działał, było zaledwie kroplą, która przelała czarę goryczy. Czuła, że to żałosne, tak jak i to, że pozwalała ponieść się emocjom, ale nie dbała o to. Nie zastanawiała się nad wieloma rzeczami, momentalnie skupiając na narastającym coraz bardziej i bardziej gniewie. Poczuła ucisk w piersi, ale i to działo się jakby poza nią. Wszystko wokół wyraźniej niż wcześniej przysłoniła krwistoczerwona mgiełka, sprawiając, że cały otaczający Isobel świat w ułamku sekundy zamienił się w mieszaninę nieregularnych, zbyt mocno wyostrzonych kształtów.
Wyczuła ruch i to wystarczyło, by przypomnieć królowej o Sage’u. Zareagowała instynktownie, skacząc do przodu i chwytając pierwszą rzecz, na którą natrafiły jej dłonie. Szklany stolik zamienił się w deszcz drobinek, roztrzaskany o tę samą ścianę, w którą wcześniej cisnęła wampirem. Mężczyzna instynktownie zasłonił się przed gradem odłamków, choć żaden z nich – ku rozdrażnieniu już i tak wytrąconej z równowagi Isobel – nie miał szans choćby zadrasnąć jego skóry.
– Wynoś się! – zażądała. Chwyciła kolejną rzecz, już nawet nie patrząc, czym tym razem cisnęła w przeciwnika. – Wyjdź stąd!
– Proszę…
– WYNOCHA!
Słyszała, że wciąż coś mówił, ale już nie zwracała uwagi na słowa. W jednej chwili wszystko zniknęło, gdy w pełni odcięła się niechcianych emocji. Nagle dookoła była już tylko czerwień i kolejne kształty, które bez cienia wahania decydowała się zniszczyć. Miotała się po mieszkaniu, marząc już tylko o tym, by zamienić w pył nie tylko wszystko, co się w nim znajdowało, ale również cały ten budynek, ulicę, a potem najlepiej całe miasto…
Wszystko…
Pragnęła odzyskać to, co tak niesprawiedliwie jej odebrano.
Przestała celować w Sage’a, całkowicie obojętna na jego obecność. Zatraciła się w emocjach, działając błyskawicznie i choćby bez cienia zastanowienia. Choć nadmiernie intensywne bodźce raz po raz atakowały jej wyostrzone zmysły, nie potrafiła się na nich skupić. Wszystko wokół straciło na znaczeniu, będąc niczym niezrozumiała, irytująca mieszanka kolorów, kształtów i zdecydowanie zbyt głośnych dźwięków.
Aż do momentu, w którym zapanowała cisza.
Mogła tylko zgadywać, jak długo to trwało. Choć nie czuła zmęczenia, ciężko opadła na kolana, oddychając szybko i płytko. Chwytała całkowicie zbędne jej powietrze, obie dłonie kurczowo przyciskając do piersi. Uprzytomniła sobie, że cała drży, ale nie była w stanie nad tym zapanować. Bezmyślnie wpatrywała się w przestrzeń, palce raz po raz kurczowo zaciskając na przodzie krótkiej sukienki.
Gdzieś w pamięci zamajaczył jej moment, w którym Ciemność straciła do niej cierpliwość. Strach, który wtedy poczuła, a który okazał się równie okropny, co i narastające upokorzenie, powrócił. Co prawda uczucia nie były aż tak intensywne, ale już samo to, że przejęły nad nią kontrolę, wystarczyły, by wytrącić Isobel z równowagi.
Tak bardzo słaba… Prawie jak ludzie, którymi nade wszystko gardziła.
Jak ktoś, kim była kiedyś, choć nade wszystko chciała udawać, że nic podobnego nie miało miejsca.
A jednak Ciemność wiedziała, jak wyzwolić w niej te uczucia. Moment, w którym cudze dłonie zacisnęły się na jej gardle, naprawdę ją dusząc, podczas gdy od dawna martwe serce zaczęło bić…
– Hej.
Wyprostowała się niczym struna. Poderwała głowę, z furią w oczach spoglądając na stojącą w niewielkim oddaleniu od niej postać. Sage zatrzymał się w bezpiecznej odległości, uważnie ją obserwując. Wciąż podarta koszula zwisała żałośnie, odsłaniając o wiele więcej niżej powinna, ale wydawał się tego nie zauważać. Nie wyglądał na przerażonego, w przeciwieństwie do niej w pełni trzymając nerwy na wodzy.
Wciąż oddychając tak, jakby chwilę wcześniej przebiegła maraton, bezmyślnie wodziła wzrokiem po całej jego postaci. Klęczała pośród odłamków mebli i porozrzucanych rzeczy, skołowana i wciąż bliska tego, by znów zacząć ciskać się na prawdo i lewo, jednak to dotarło do wampirzycy dopiero po dłuższej chwili. Kolejnej potrzebowała, by skupić się na Sage’u i uprzytomnić sobie, że spoglądał na nią w niemalże troskliwy, pełen rezerwy sposób.
To współczucie, którego doszukała się w pociemniałych ze zmartwienia tęczówkach, najbardziej wytrąciło ją z równowagi.
W tamtej chwili zapragnęła roześmiać mu się w twarz – w histeryczny, pozbawiony jakichkolwiek ciepłych emocji sposób. Co sobie myślał? Bawił się w jakiegoś cholernego zbawcę, który uparł się, że była zagubioną w świecie ludzi, kruchą kobietą? Już wcześniej taka perspektywa doprowadzała ją do szału, będąc niczym namacalny dowód na to, że zamiast królowej, wszyscy wokół widzieli kogoś, kto upadł tak nisko, jak tylko było to możliwe. Zupełnie jakby kolejne porażki odcisnęły na niej trwałe ślady, wszem i wobec pokazując, że już nie miała kontroli nad niczym, co działo się wokół niej. Jakby wraz z każdym kolejnym upadkiem, stopniowo przeistaczała się w pozbawionego jakiejkolwiek wartości człowieka.
Właśnie wtedy dotarło do niej, co tak naprawdę denerwowało ją w tym mężczyźnie. To spojrzenie i fakt, że wciąż był tuż obok, mówiły same za siebie. Był niczym przekleństwo, które przypadkiem na siebie ściągnęła. Od tamtego czasu podążał za nią, cudownym przypadkiem raz po raz na nią natrafiając – najpewniej tylko po to, by udowodnić jak bardzo była żałosna.
– Już dobrze.
Głos Sage’a był cichy i łagodny. Tak bardzo niepasujący do osób, którymi zazwyczaj się otaczała. Nadmierna emocjonalność oznaczała słabość, a jednak w tamtej chwili to on wydawał się nad nią górować, kolejny raz udowadniając, że jako jedyny miał pełną kontrolę nad sytuacją. To było tak, jakby nie imały się go żadne rządzące światem zasady – a przynajmniej nie te, którymi chciała kierować się Isobel.
Mężczyzna z wolna zrobił krok naprzód. Wciąż ją obserwował, prawie jak płochliwe zwierzę, które w każdej chwili mógł przypadkiem sprowokować albo do ataku, albo do ucieczki.
– Już… dobrze – powtórzył, starannie dobierając słowa. – W porządku, ale…
– Czego ty chcesz?
Prawie nie rozpoznała swojego głosu. Tym razem nie krzyczała, nawet nie próbując się wysilić, by choć odrobinę podnieść ton. Z uporem unikała spoglądania na tego mężczyznę, skupiona wyłącznie na sposobie, w jaki reagowało jej ciało. Tkwiła w samym środku tego szaleństwa, roztrzęsiona i rozbita równie mocno, co i otaczające ją przedmioty.
– Niczego złego – oznajmił natychmiast Sage. – Nie wiem, w jaki sposób zawiniłem, ale to nie ma znaczenia. Ja po prostu… – Urwał, po czym energicznie potrząsnął głową. – Nie mieliśmy okazji się poznać i właśnie w tym problem. Nie czułbym się dobrze, wykorzystując kobietę, która nawet nie zdradziła mi swojego imienia.
W pierwszym odruchu spojrzała na niego tak, jakby widziała go po raz pierwszy. Znów bezmyślnie wodziła wzrokiem po całej jego sylwetce, mając przy tym wrażenie, że mówił do niej w jakimś innym, obcym języku. Samo to, że nagle zaczął jej się tłumaczyć z nieudanego seksu, jakby to, że na jego oczach rozniosła całe mieszkanie, wcześniej również nim ciskając po ścianach, nie miało znaczenia.
A potem spojrzała mu w oczy i ostatecznie coś w niej pękło. Roześmiała mu się w twarz, porażona zarówno niedorzecznością jego słów, jak i tym, jaka w takim razie musiała być żałosna, skoro to on zachowywał się, jakby niewiele brakowało, by zbałamucił niewinną niewiastę. Zupełnie jakby sądził, że w tym wszystkim chodziło o coś więcej, aniżeli wzajemną przyjemność – czysty układ, na który wielu na jego miejscu zgodziłoby się bez cienia wahania.
Tak jakby jakiekolwiek znaczenie miało dla niej, czego chciał albo jakby właśnie on był jedynym, który miał szansę te żądze zaspokoić.
To dopiero było żałosne.
Wciąż śmiejąc się w zimny, pozbawiony wesołości sposób, z trudem dźwignęła się na równe nogi. Zauważyła, że zamarł w bezruchu, w końcu okazując choć cień niepokoju. Poczuła ponurą satysfakcję, gdy odkryła, że jednak była w stanie wzbudzić w nim lęk, nawet jeśli ten sprowadzał się wyłącznie do obawy przed tym, że znów mogłaby zacząć nim ciskać albo rozrzucać rzeczy na prawo i lewo. Nie żeby w całym mieszkaniu zostało cokolwiek, co jeszcze mogłaby zamienić w pył.
– Może źle pamiętam, ale jednak sądzę, że wyraziłam się jasno – oznajmiła wypranym z jakichkolwiek emocji tonem. – Wyjdź stąd, zanim zmienię zdanie.
Właściwie sama nie była pewna, czego się spodziewała. Jakaś jej cząstka wydawała się tylko czekać na kolejny sprzeciw, będący zarazem impulsem, by bez cienia żalu posunąć się o krok dalej. Gdyby tylko dał jej powód, nie wahałaby się choćby chwili dłużej i…
Och, dlaczego w ogóle się powstrzymywała…?
Wciąż o tym myślała, kiedy Sage bez słowa ruszył się z miejsca. Odprowadziła go wzrokiem, obojętna i pusta, zdolna co najwyżej spoglądać w ślad za oddalającą się postacią. Nie minęła chwila, jak doszedł ją trzask drzwi frontowych, a potem w końcu została sama. I choć wciąż nie potrafiła sobie wytłumaczyć, dlaczego po tym wszystkim tak po prostu pozwoliła temu mężczyźnie odejść, a tym bardziej zachować życie, w końcu poczuła się lepiej.
Powiodła wzrokiem dookoła, obojętnie spoglądając na panujący dookoła chaos. Stopą odrzuciła na bok większy kawałek czegoś, co kiedyś musiało być szafką, po czym bez pośpiechu podeszła z powrotem do okna. Spojrzała w na tętniące życiem miasto, przez chwilę przypatrując zmierzającym w swoje strony ludziom i zastanawiając, czy Sage’owi już udało się wtopić w cały ten żałosny tłum śmiertelników.
Ta noc naprawdę nie należała do udanych.
Pani?, rozbrzmiało w jej głowie.
Choć demon starał się zachować obojętność, wyczuła podekscytowanie negatywnymi emocjami, które wciąż ją wypełniały. Zignorowała to, w pośpiechu odsuwając się od okna i raz jeszcze spoglądając na panujący dookoła chaos.
– Nic się nie stało – rzuciła cicho. Przez moment naprawdę w to wierzyła. – Nie obchodzi mnie jak, ale macie doprowadzić do miejsce do porządku…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa