
Isobel
Dawno nie doświadczyła czegoś
takiego. Mało kiedy poddawała się impulsom innym niż te, które nakazywały
zabijać. Zwłaszcza w ostatnim czasie nie mogła pozwolić sobie na to –
choćby na cień spontaniczności, która w innym wypadku przyszłaby jej z taką
łatwością. Tak przynajmniej chciała przed samą usprawiedliwić moment, w którym
po prostu naparła na Sage’a, całkowicie zapominając, że chwilę wcześniej
osobiście chciała urwać mu głowę.
Bezceremonialnie
popchnęła go, podświadomie próbując przejąć kontrolę. Jego dłonie jak na
zawołanie wylądowały na jej biodrach, gdy bardziej stanowczo przyciągnął ją do
siebie. Cofnął się – najpierw o krok, a potem kolejny, w pełni
dostosowując do jej ruchów. W tamtej chwili prawie zdołała się uśmiechnąć,
ale powstrzymała się, wciąż niepewna czy to dobrze, że na wszystkie możliwe
sytuacje, ulegał jej akurat wtedy, gdy w grę wchodził seks.
Chwilami
myślała, że obcowanie z mężczyznami przypominało trochę polowanie. Było
gwałtowne, związane z instynktem, a tym bardziej nie wymagało myślenia.
Nie zarejestrowała momentu, w którym Sage cofnął się o kolejny krok,
tym razem wpadając na stojącą w samym centrum pomieszczenia kanapę. Choć
mało prawdopodobnym wydawało się, by wampir mógł tak po prostu stracić
równowagę, nie minęła sekunda, by jak długi przechylił się przez oparcie,
lądując na sofie. Pociągnął ją za sobą, najwyraźniej nie mając nic przeciwko
temu, że wylądowała na nim.
Isobel z zaciekawieniem
przekrzywiła głowę. Spojrzała na niego z góry, stanowczo dociskając
mężczyznę do kanapy. Gdyby walczyli, miałaby przewagę. Nie potrzebowałaby ani
wyjątkowych zdolności, ani tym bardziej szczególnych umiejętności w zakresie
sztuk walki, by zakończyć jego egzystencję. Była tego pewna, nie tylko
nachylona tak bardzo, że końcówki jej włosów raz po raz muskały twarz Sage’a,
ale przede wszystkim na tyle, by mieć idealny dostęp do jego odsłoniętego
gardła.
Rozchyliła
usta. Gdyby tylko chciała, mogłaby nie tylko go zranić, ale nawet posunąć się
dalej. Karała swoich podwładnych tak wiele razy, że poradziłaby sobie również z nim.
W tamtej chwili był całkowicie bezbronny i zdany na jej łaskę, choć
najpewniej nie zdawał sobie z tego sprawę.
Sęk w tym,
że wcale nie chciała tego skończyć. Nie tak po prostu – a już na pewno nie
w tamtej chwili.
– Coś nie
tak? – usłyszała i to wystarczyło, by sprowadzić ją na ziemię.
Uprzytomniła
sobie, że zdecydowanie zbyt długo trwała w bezruchu, bezmyślnie mu się przypatrując.
Spoglądała nań z góry, całkowicie pustym wzrokiem, przeżywając jeden z najdziwniejszych
dylematów, jaki przyszło jej doświadczyć w ostatnim czasie. Rozważanie
natychmiastowego zabicia potencjalnego kochanka zdecydowanie nie było czymś, co
miała okazję przeżyć na co dzień.
Nie
odpowiedziała, w zamian w pośpiechu zmniejszając dzielącą ją od Sage’a
odległość. Był otwarty na pocałunki; bez wahania odwzajemniał każdy z nich,
a Isobel czuła, że stopniowo oboje się w tym zatracali. W jednej
chwili pożądanie wysunęło się na pierwszy plan, skutecznie przysłaniając wszystko
inne. Przyjęła to z wdzięcznością, momentalnie zapominając o wcześniejszych
wątpliwościach. W gruncie rzeczy nie miało znaczenia to, czego tak
naprawdę chciała – zamienić go w popiół, czy może wykorzystać, by choć na
chwilę zapomnieć o ostatnich niepowodzeniach. Pragnęła się w tym zatracić
– bez cienia żalu czy jakichkolwiek zobowiązań. Przez krótką chwilę chodziło
tylko o jedno: obustronną przyjemność, choć tak naprawdę nie miało dla niej
znaczenia, czy Sage’owi mogłoby być z nią dobrze.
Obce dłonie
błądziły po jej plecach. Pocałunki stały się bardziej gwałtowne i emocjonalne,
choć w jej przypadku w grę nie wchodziła namiętność. Co prawda nie
mogła zaprzeczyć, że jej towarzysz wiedział, co robi, a na pewno nie miał
do czynienia z kobietą po raz pierwszy, ale nic ponadto. Nic, czego nie
doświadczyłaby już wcześniej z tymi, których chciała wynagrodzić, dopuszczając
ich do swojego ciała i sypialni.
Sage
najpewniej nawet nie zdawał sobie sprawy z tego, jaki spotkał go zaszczyt –
i to zwłaszcza po tym, jak kilkukrotnie przemyślała jego śmierć. Tak naprawdę
wciąż nie podjęła ostatecznej decyzji, ale to mogło poczekać. W końcu
miała kontrolę, przy okazji dobrze czując się ze świadomością o czekający ją
wieczorze. Potrzebowała tego, chcąc nie chcąc uznając taki stan rzeczy za dobry
zamiennik, skoro musiała powstrzymać się przed zrównaniem z ziemią tego
nieszczęsnego miasta. Na dobry początek zamierzała zadowolić się przynajmniej
tym.
– Zaczekaj.
Zamarła, co
najmniej zaskoczona. Z wolna wyprostowała się, dłonie wciąż trzymając pod
jego koszulą. Kiedy uprzytomniła sobie, że Sage zabrał ręce, nagle decydując się
wycofać, przez moment poczuła się tak, jakby ją spoliczkował.
– Znów mnie
prowokujesz – stwierdziła chłodno, siląc się na cierpliwość. Napięła mięśnie,
bezskutecznie próbując ukryć drżenie.
– Proszę o wybaczenie.
Znowu – zreflektował się pośpiesznie. – Zastanawiam się tylko, czy to właściwe.
Jest pani bardzo piękna, ale…
Prychnęła,
bez chwili wahania wchodząc mu w słowo.
– Czy ty
właśnie mi odmawiasz? – zapytała z niedowierzaniem.
To brzmiało
jak marny żart – kolejny, który usłyszała tego wieczora. Zdecydowanym ruchem
odsunęła się, obojętna na to, że przez zbyt gwałtowny ruch rozdarła jego
koszulę. Przelotnie spojrzała na niego odsłonięty tors, ale ani dobrze
umięśnione ciało, ani tym bardziej regularne rysy twarzy Sage’a nie zrobiły na
niej wrażenia. To, że spojrzał na nią w łagodny, niemalże troskliwy
sposób, tym bardziej.
– Nie, nie…
To nie tak! – zapewnił pośpiesznie. Wyrzucał z siebie kolejne słowa, plątając
się przy tym tak bardzo, jakby sam nie miał pewności, co zamierzał powiedzieć. –
Ja tylko…
– Mężczyźni
są tacy przewidywalni – prychnęła, kolejny raz decydując mu się przerwać.
Wszelakie emocje odpłynęły z jej twarzy, pozostawiając wyłącznie obojętność.
Odrzuciła jasne włosy na plecy, po czym zsunęła się z kanapy, błyskawicznie
podrywając na równe nogi. Nerwowym ruchem przysłoniła loki, obojętna na to, że
po raz kolejny stanęła do Sage’a plecami. – Nawet tutaj czuję twoje pożądanie.
Nie muszę nawet się wysilać, by czytać z ciebie jak z otwartej księgi…
Zresztą sam to powiedziałeś, prawda? Chodzisz za mną, bo ci się podobam.
– To nie
tak.
Zacisnęła
usta. Tak naprawdę wcale nie musiała tego słuchać, w zamian równie dobrze
mogąc od razu przejść do pierwotnego planu – zakończyć tę farsę i pozbyć się
potencjalnego niebezpieczeństwa. Możliwe, że tak było lepiej, zwłaszcza że już
kilkukrotnie zgubiła ją impulsywność. Nie chciała tego przyznawać, a już
na pewno nigdy nie powiedziałaby tego na głos, ale wiedziała, że ma z tym
problem; wielokrotnie najpierw działała, a dopiero potem zastanawiała się,
czy takie posunięcie miało sens.
Wciąż te same błędy… Kiedyś wychodziło mi to
o wiele lepiej, prawda?
Chwilami
zapominała, jak ważnym było, by skupiła się na działaniu. Mogła sobie pozwolić
na takie zachowanie, gdy była u szczytu władzy i nikt nie miał odwagi
się jej sprzeciwić, ale teraz podążanie za pragnieniami i zachciankami z łatwością
mogło doprowadzić ją do zguby. Prawda podziałała na Isobel niczym kubeł lodowatej
wody, przez co po raz kolejny poczuła się niewiele lepiej, co i słaby, nic
nieznaczący człowiek.
Zacisnęła
dłonie w pięści – tylko na chwilę, choć z trudem przyszło jej
zapanowanie nad sobą na tyle, by rozprostować palce. Choć stała nieruchomo, w duchu
aż drżała od nadmiaru emocji. To upokorzenie wysunęło się na pierwszy plan,
skutecznie wpierając wcześniejsze pożądanie. Nagle poczuła się zagubiona i nieporadna,
bardziej niż wcześniej przytłoczona słabościami, na które wcześniej nie
zwracała uwagi. To miejsce, ci ludzie, ten świat – nic nie było takie, jak
zdążyła przywyknąć.
Nic nie
przypominało rzeczywistości, w której pragnęła żyć.
Nie
wyczuła, kiedy Sage się poruszył. Zareagowała dopiero w chwili, gdy czyjaś
dłoń niepewnie dotknęła jej ramienia – delikatnym, wręcz pocieszającym gestem, choć
Isobel nie odebrała tego w taki sposób. Wręcz przeciwnie; nagle znów
poczuła się tak, jakby ktoś dał jej w twarz. Warknęła gniewnie i –
całkowicie obojętna na to, że znów ponosiły ją emocje – odwróciła się tak
gwałtownie, że stojący za nią wampir aż się wzdrygnął.
A potem
dała mu w twarz.
To był zdecydowany,
precyzyjny, choć absolutnie nieprzemyślany cios. I choć żadne z nich
nie było w stanie poczuć bólu, Isobel poczuła siłę uderzenia w całym
ciele, a Sage aż zatoczył się do tyłu, przede wszystkim zaskoczony. Jakimś
cudem nie upadł, tym razem w porę odzyskując równowagę, to jednak tylko
bardziej ją rozjuszyło. Bez zastanowienia ruszyła w jego stronę, unosząc
dłoń, by zaatakować w o wiele naturalniejszy dla siebie sposób.
Przywołanie
mocy było zaledwie kwestią czasu. Poczuła ją wyraźnie, kiedy ta przetoczyła się
przez całe jej ciało, chwilę później znajdując ujście w wyciągniętej
dłoni. Wystarczył jeden zdecydowany ruch, by poderwała ciało Sage’a ku górze,
ciskając nim przez pokój, co najmniej jakby był jakaś szmacianą laleczką. Z impetem
uderzył w ścianę po przeciwnej stronie pomieszczenia, przy okazji roztrzaskując
stojącą w rogu komodę.
Isobel zacisnęła
usta, obojętnie spoglądając na kawałki mebla. I tak nie trzymała tu swoich
rzeczy, nie zawracając sobie głowy gromadzeniem wokół siebie zbędnych przedmiotów.
Tak naprawdę mieszkanie – tak jak i cały budynek – było całkowicie opustoszałe,
a ona traktowała je jak wyjątkowo wygodne, choć przy tym w pełni
przejściowe lokum. Wmawiała to sobie od tygodni, z uporem odsuwając od
siebie myśl, że tak naprawdę tkwiła w miejscu. Ani Miasto Nocy, ani nawet
Volterra nie miały stanąć przed nią otworem, choć w obu przypadkach była
tak bardzo bliska przejęcia kontroli.
W jednej
chwili kumulująca się przez cały ten czas frustracja wróciła, w efekcie
omal nie ścinając jej z nóg. Stłumiła krzyk, przez chwilę tkwiąc w bezruchu
i bezradnie rozglądając się dookoła. Miała ochotę roztrzaskać na kawałki
pierwszą rzecz, która wpadłaby jej w ręce, nieważne co by to było. Już od
dłuższego czasu balansowała gdzieś na granicy zdrowego rozsądku i wybuchu
gniewu, zaś coś w odmowie Sage’a doprowadziło ją do szału.
Tak
naprawdę wcale nie chodziło o tego mężczyznę. To, w jaki sposób na
nią działał, było zaledwie kroplą, która przelała czarę goryczy. Czuła, że to
żałosne, tak jak i to, że pozwalała ponieść się emocjom, ale nie dbała o to.
Nie zastanawiała się nad wieloma rzeczami, momentalnie skupiając na narastającym
coraz bardziej i bardziej gniewie. Poczuła ucisk w piersi, ale i to
działo się jakby poza nią. Wszystko wokół wyraźniej niż wcześniej przysłoniła
krwistoczerwona mgiełka, sprawiając, że cały otaczający Isobel świat w ułamku
sekundy zamienił się w mieszaninę nieregularnych, zbyt mocno wyostrzonych
kształtów.
Wyczuła
ruch i to wystarczyło, by przypomnieć królowej o Sage’u. Zareagowała
instynktownie, skacząc do przodu i chwytając pierwszą rzecz, na którą
natrafiły jej dłonie. Szklany stolik zamienił się w deszcz drobinek,
roztrzaskany o tę samą ścianę, w którą wcześniej cisnęła wampirem. Mężczyzna
instynktownie zasłonił się przed gradem odłamków, choć żaden z nich – ku
rozdrażnieniu już i tak wytrąconej z równowagi Isobel – nie miał
szans choćby zadrasnąć jego skóry.
– Wynoś
się! – zażądała. Chwyciła kolejną rzecz, już nawet nie patrząc, czym tym razem
cisnęła w przeciwnika. – Wyjdź stąd!
– Proszę…
– WYNOCHA!
Słyszała,
że wciąż coś mówił, ale już nie zwracała uwagi na słowa. W jednej chwili
wszystko zniknęło, gdy w pełni odcięła się niechcianych emocji. Nagle dookoła
była już tylko czerwień i kolejne kształty, które bez cienia wahania decydowała
się zniszczyć. Miotała się po mieszkaniu, marząc już tylko o tym, by zamienić
w pył nie tylko wszystko, co się w nim znajdowało, ale również cały
ten budynek, ulicę, a potem najlepiej całe miasto…
Wszystko…
Pragnęła
odzyskać to, co tak niesprawiedliwie jej odebrano.
Przestała
celować w Sage’a, całkowicie obojętna na jego obecność. Zatraciła się w emocjach,
działając błyskawicznie i choćby bez cienia zastanowienia. Choć nadmiernie
intensywne bodźce raz po raz atakowały jej wyostrzone zmysły, nie potrafiła się
na nich skupić. Wszystko wokół straciło na znaczeniu, będąc niczym
niezrozumiała, irytująca mieszanka kolorów, kształtów i zdecydowanie zbyt
głośnych dźwięków.
Aż do
momentu, w którym zapanowała cisza.
Mogła tylko
zgadywać, jak długo to trwało. Choć nie czuła zmęczenia, ciężko opadła na
kolana, oddychając szybko i płytko. Chwytała całkowicie zbędne jej
powietrze, obie dłonie kurczowo przyciskając do piersi. Uprzytomniła sobie, że
cała drży, ale nie była w stanie nad tym zapanować. Bezmyślnie wpatrywała
się w przestrzeń, palce raz po raz kurczowo zaciskając na przodzie krótkiej
sukienki.
Gdzieś w pamięci
zamajaczył jej moment, w którym Ciemność straciła do niej cierpliwość. Strach,
który wtedy poczuła, a który okazał się równie okropny, co i narastające
upokorzenie, powrócił. Co prawda uczucia nie były aż tak intensywne, ale już samo
to, że przejęły nad nią kontrolę, wystarczyły, by wytrącić Isobel z równowagi.
Tak bardzo
słaba… Prawie jak ludzie, którymi nade wszystko gardziła.
Jak ktoś,
kim była kiedyś, choć nade wszystko chciała udawać, że nic podobnego nie miało
miejsca.
A jednak
Ciemność wiedziała, jak wyzwolić w niej te uczucia. Moment, w którym
cudze dłonie zacisnęły się na jej gardle, naprawdę ją dusząc, podczas gdy od
dawna martwe serce zaczęło bić…
– Hej.
Wyprostowała
się niczym struna. Poderwała głowę, z furią w oczach spoglądając na
stojącą w niewielkim oddaleniu od niej postać. Sage zatrzymał się w bezpiecznej
odległości, uważnie ją obserwując. Wciąż podarta koszula zwisała żałośnie, odsłaniając
o wiele więcej niżej powinna, ale wydawał się tego nie zauważać. Nie wyglądał
na przerażonego, w przeciwieństwie do niej w pełni trzymając nerwy na
wodzy.
Wciąż oddychając
tak, jakby chwilę wcześniej przebiegła maraton, bezmyślnie wodziła wzrokiem po
całej jego postaci. Klęczała pośród odłamków mebli i porozrzucanych
rzeczy, skołowana i wciąż bliska tego, by znów zacząć ciskać się na prawdo
i lewo, jednak to dotarło do wampirzycy dopiero po dłuższej chwili. Kolejnej
potrzebowała, by skupić się na Sage’u i uprzytomnić sobie, że spoglądał na
nią w niemalże troskliwy, pełen rezerwy sposób.
To
współczucie, którego doszukała się w pociemniałych ze zmartwienia
tęczówkach, najbardziej wytrąciło ją z równowagi.
W tamtej
chwili zapragnęła roześmiać mu się w twarz – w histeryczny,
pozbawiony jakichkolwiek ciepłych emocji sposób. Co sobie myślał? Bawił się w jakiegoś
cholernego zbawcę, który uparł się, że była zagubioną w świecie ludzi,
kruchą kobietą? Już wcześniej taka perspektywa doprowadzała ją do szału, będąc
niczym namacalny dowód na to, że zamiast królowej, wszyscy wokół widzieli kogoś,
kto upadł tak nisko, jak tylko było to możliwe. Zupełnie jakby kolejne porażki
odcisnęły na niej trwałe ślady, wszem i wobec pokazując, że już nie miała
kontroli nad niczym, co działo się wokół niej. Jakby wraz z każdym
kolejnym upadkiem, stopniowo przeistaczała się w pozbawionego jakiejkolwiek
wartości człowieka.
Właśnie
wtedy dotarło do niej, co tak naprawdę denerwowało ją w tym mężczyźnie. To
spojrzenie i fakt, że wciąż był tuż obok, mówiły same za siebie. Był
niczym przekleństwo, które przypadkiem na siebie ściągnęła. Od tamtego czasu
podążał za nią, cudownym przypadkiem raz po raz na nią natrafiając – najpewniej
tylko po to, by udowodnić jak bardzo była żałosna.
– Już
dobrze.
Głos Sage’a
był cichy i łagodny. Tak bardzo niepasujący do osób, którymi zazwyczaj się
otaczała. Nadmierna emocjonalność oznaczała słabość, a jednak w tamtej
chwili to on wydawał się nad nią górować, kolejny raz udowadniając, że jako
jedyny miał pełną kontrolę nad sytuacją. To było tak, jakby nie imały się go
żadne rządzące światem zasady – a przynajmniej nie te, którymi chciała
kierować się Isobel.
Mężczyzna z wolna
zrobił krok naprzód. Wciąż ją obserwował, prawie jak płochliwe zwierzę, które w każdej
chwili mógł przypadkiem sprowokować albo do ataku, albo do ucieczki.
– Już…
dobrze – powtórzył, starannie dobierając słowa. – W porządku, ale…
– Czego ty
chcesz?
Prawie nie
rozpoznała swojego głosu. Tym razem nie krzyczała, nawet nie próbując się
wysilić, by choć odrobinę podnieść ton. Z uporem unikała spoglądania na
tego mężczyznę, skupiona wyłącznie na sposobie, w jaki reagowało jej
ciało. Tkwiła w samym środku tego szaleństwa, roztrzęsiona i rozbita
równie mocno, co i otaczające ją przedmioty.
– Niczego
złego – oznajmił natychmiast Sage. – Nie wiem, w jaki sposób zawiniłem,
ale to nie ma znaczenia. Ja po prostu… – Urwał, po czym energicznie potrząsnął
głową. – Nie mieliśmy okazji się poznać i właśnie w tym problem. Nie
czułbym się dobrze, wykorzystując kobietę, która nawet nie zdradziła mi swojego
imienia.
W pierwszym
odruchu spojrzała na niego tak, jakby widziała go po raz pierwszy. Znów
bezmyślnie wodziła wzrokiem po całej jego sylwetce, mając przy tym wrażenie, że
mówił do niej w jakimś innym, obcym języku. Samo to, że nagle zaczął jej się
tłumaczyć z nieudanego seksu, jakby to, że na jego oczach rozniosła całe
mieszkanie, wcześniej również nim ciskając po ścianach, nie miało znaczenia.
A potem
spojrzała mu w oczy i ostatecznie coś w niej pękło. Roześmiała mu
się w twarz, porażona zarówno niedorzecznością jego słów, jak i tym, jaka
w takim razie musiała być żałosna, skoro to on zachowywał się, jakby niewiele
brakowało, by zbałamucił niewinną niewiastę. Zupełnie jakby sądził, że w tym
wszystkim chodziło o coś więcej, aniżeli wzajemną przyjemność – czysty
układ, na który wielu na jego miejscu zgodziłoby się bez cienia wahania.
Tak jakby
jakiekolwiek znaczenie miało dla niej, czego chciał albo jakby właśnie on był
jedynym, który miał szansę te żądze zaspokoić.
To dopiero
było żałosne.
Wciąż śmiejąc
się w zimny, pozbawiony wesołości sposób, z trudem dźwignęła się na
równe nogi. Zauważyła, że zamarł w bezruchu, w końcu okazując choć
cień niepokoju. Poczuła ponurą satysfakcję, gdy odkryła, że jednak była w stanie
wzbudzić w nim lęk, nawet jeśli ten sprowadzał się wyłącznie do obawy
przed tym, że znów mogłaby zacząć nim ciskać albo rozrzucać rzeczy na prawo i lewo.
Nie żeby w całym mieszkaniu zostało cokolwiek, co jeszcze mogłaby zamienić
w pył.
– Może źle
pamiętam, ale jednak sądzę, że wyraziłam się jasno – oznajmiła wypranym z jakichkolwiek
emocji tonem. – Wyjdź stąd, zanim zmienię zdanie.
Właściwie
sama nie była pewna, czego się spodziewała. Jakaś jej cząstka wydawała się
tylko czekać na kolejny sprzeciw, będący zarazem impulsem, by bez cienia żalu posunąć
się o krok dalej. Gdyby tylko dał jej powód, nie wahałaby się choćby
chwili dłużej i…
Och,
dlaczego w ogóle się powstrzymywała…?
Wciąż o tym
myślała, kiedy Sage bez słowa ruszył się z miejsca. Odprowadziła go
wzrokiem, obojętna i pusta, zdolna co najwyżej spoglądać w ślad za oddalającą
się postacią. Nie minęła chwila, jak doszedł ją trzask drzwi frontowych, a potem
w końcu została sama. I choć wciąż nie potrafiła sobie wytłumaczyć,
dlaczego po tym wszystkim tak po prostu pozwoliła temu mężczyźnie odejść, a tym
bardziej zachować życie, w końcu poczuła się lepiej.
Powiodła
wzrokiem dookoła, obojętnie spoglądając na panujący dookoła chaos. Stopą
odrzuciła na bok większy kawałek czegoś, co kiedyś musiało być szafką, po czym
bez pośpiechu podeszła z powrotem do okna. Spojrzała w na tętniące
życiem miasto, przez chwilę przypatrując zmierzającym w swoje strony
ludziom i zastanawiając, czy Sage’owi już udało się wtopić w cały ten
żałosny tłum śmiertelników.
Ta noc
naprawdę nie należała do udanych.
Pani?, rozbrzmiało w jej głowie.
Choć demon
starał się zachować obojętność, wyczuła podekscytowanie negatywnymi emocjami,
które wciąż ją wypełniały. Zignorowała to, w pośpiechu odsuwając się od okna
i raz jeszcze spoglądając na panujący dookoła chaos.
– Nic się nie
stało – rzuciła cicho. Przez moment naprawdę w to wierzyła. – Nie obchodzi
mnie jak, ale macie doprowadzić do miejsce do porządku…
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz