30 września 2018

Sto dwadzieścia jeden

Isobel
Na początku naprawdę chciała go zabić.
Podjęła tę decyzję na chwilę przed tym, jak nakazała mu za sobą podążać. Była zła, a konieczność utrzymywania nerwów na wodzy, jedynie pogarszała sytuację. Wszystko w niej aż krzyczało, że ten mężczyzna zasłużył wyłącznie na to – za bezczelność, pokrzyżowanie planów i samo to, że raz po raz wystawiał jej nerwy na próbę. Wszystko w niej aż krzyczało, że był niebezpieczny, z kolei to, że nie potrafiła przewidzieć jego intencji, jedynie pogarszało sytuację.
Inna sprawa, że mężczyznom nigdy nie należało ufać. Historia świata dobitnie to pokazywała, niezmiennie spychając kobiety w cień. Co prawda w przypadku wampirów w grę wchodził matriarchat, ale Isobel czuła, że i pod tym względem już wieki temu doszło do przewrotu. Jak nie zapatrzenie w boginię, którą wszyscy tak wielbili, to znów Volturi, których pozycja najzwyczajniej w świecie wprawiała ją w zażenowanie. Wszystko, na co niegdyś pracowała całymi wiekami, odeszło w zapomnienie, zmieniając się na gorsze. Jakby tego było mało, nie była w stanie w żaden sposób tego zmienić, mogąc co najwyżej bezradnie obserwować, jak resztki świata, który zbudowała, upada.
Frustracja narastała, nie dając jej spokoju. Zanim wrócili do mieszkania, Isobel z trudem powstrzymywała się od ciśnięcia Sage’em przez ścianę. W którymś momencie zaczęła obwiniać go o wszystko, jakby to z jego winy nie tylko upadła, ale doświadczyła późniejszych porażek – czy to w Mieście Nocy, czy też później, kiedy na domiar złego zdradzili ją ci, na których budowała swoja potęgę. Tkwiła w samym środku świata, którego nie rozumiała, a tym bardziej nie chciała pojąć, o zaakceptowaniu rzeczywistości nie wspominając.
A teraz na dodatek kolejny raz wszystko poszło nie tak. Strata tamtego chłopaka nie miała znaczenia, ale była niczym kropla, która przelała czarę goryczy. Dawno nie doświadczyła czegoś takiego – goryczy równie intensywnej, co i niechciany strach, który wywołała w niej Ciemność. Traciła kontrolę nie tylko nad sobą, ale przede wszystkim tymi, których chciała traktować jak swoje dzieci, a to nigdy nie powinno mieć miejsca.
Właśnie dlatego nie wyobrażała sobie, że miałaby potraktować Sage’a jakkolwiek dobrze. Gdyby mogła, bez mrugnięcia okiem zmieniłaby go w pył – rozerwała na kawałki albo od razu sprawiła, żeby stanął w płomieniach. Starała się nie wychylać, ale wciąż miała dostęp do każdego z istniejących darów. Czuła, że tylko kwestią czasu byłoby, aż Licavoli zorientowałaby się, że ktoś znów czerpał z jej zdolności, ale zanim by do tego doszło, problem sam by się rozwiązał. O ewentualnych konsekwencjach mogłaby pomyśleć później.
Cisza dzwoniła jej w uszach. Szła szybko, nawet nie próbując zrozumieć, dlaczego ten mężczyzna sam z siebie za nią podążał. Był nią zainteresowany? Oczywiście! Musiał pragnąć czegoś konkretnego – może władzy, może jej porażki albo… czegokolwiek innego. Czyste intencje nie wchodziły w grę.
Takim jak on nigdy nie chodziło o nic dobrego.
Wszelakie bodźce wydawały się wyraźniejsze niż zazwyczaj. Każdy dźwięk czy wyostrzony kontur, co powoli doprowadzało wampirzycę do szału. Co więcej, choć starała się to ignorować, miała wrażenie, że wszystko wokół przysłoniła krwistoczerwona mgiełka. Balansowała gdzieś na krawędzi gwałtownego wybuchu, który w żadnym innym wypadku nie wydałby się jej niczym złym, ale w tamtej chwili mógł wszystko niepotrzebnie skomplikować. Czego innego miała oczekiwać, skoro nie mogła pozwolić sobie na zrównanie tego cholernego miasta z ziemią.
– To dość bogata dzielnica – usłyszała tuż za plecami.
Z wrażenia omal nie zderzyła się z przeszklonymi drzwiami apartamentowca, do którego wchodziła. Jeśli sądziła, że Sage nie zdoła bardziej wytrącić jej z równowagi, myliła się. Najwyraźniej miał do tego wyjątkowy talent, o czym przekonywała się na każdym kroku. Gdyby było inaczej, nie towarzyszyłby jej teraz, a Isobel nie musiała walczyć z samą sobą, by przypadkiem nie popełnić najgorszego z możliwych błędów.
– Zarzucasz mi coś? – warknęła, tym razem nawet nie próbując ukrywać targających nią emocji. Zresztą nie widziała powodu, by traktować go inaczej niż jak potencjalnego wroga.
– Skądże znowu – zreflektował się natychmiast wampir. Z miejsca zapragnęła dać mu w twarz, co najmniej poirytowana tym, że wciąż zachowywał się w tak uprzejmy sposób. – Pomyślałem po prostu, że to dobry sposób na zainicjowanie rozmowy. Mam wrażenie, że jest pani na mnie zła.
– Teraz nagle pani? – zapytała z niedowierzaniem.
Spodziewała się wielu rzeczy, ale nie tego, że Sage po prostu się uśmiechnie.
– To dlatego, że wciąż nie podałaś mi swojego imienia – wyjaśnił usłużnie. – Oczywiście nie chciałbym naciska, ale…
– Więc nie naciskaj – ucięła stanowczo.
Właściwie sama nie była pewna, jakiej reakcji się po nim spodziewała. Na pewno nie tego, że ot tak usłucha, momentalnie milknąc i ograniczając się do biernej obserwacji. Tym bardziej nie pojmowała tego, dlaczego zamiast ulgi, w odpowiedzi poczuła silniejszą niż do tej pory frustrację. Miała wrażenie, że drażnił ją wszystkim, co się z nim wiązało – obecnością, zachowaniem i każdą podjętą decyzją. I naprawdę bez znaczenia było, czy zdarzało mu się zrobić coś, co w jakimkolwiek stopniu mogłoby jej odpowiadać.
Najgorsze jednak okazało się to, że naprawdę ją intrygował.
Bez słowa ruszyła ku schodom. W normalnym wypadku skorzystałaby z windy, by jak najszybciej znaleźć się na górze, ale tym razem chciała wszystko przeciągnąć. Poruszała się ludzkim tempem, choć nigdzie w pobliżu nie było żywej duszy, który mogłaby zaobserwować jakiekolwiek odstępstwo od normy. Isobel zadbała o to, by mieć spokój, nie wyobrażając sobie, że miałaby dzielić jakikolwiek budynek ze zwykłymi śmiertelnikami.
Dyskretnie zerknęła na Sage’a, próbując stwierdzić, czy to zauważył. Milczał, uważnie rozglądając się dookoła, ale już więcej nie próbował komentować miejsca, w którym się znaleźli. Wyglądał na spokojnego, co również wystawiło nerwy wampirzycy na próbę. Nie czuła się, jakby miała jakąkolwiek kontrolę nad tym, co działo się wokół niej. Wręcz przeciwnie – była gotowa przysiąc, że wystarczyłaby chwila nieuwagi, by wydarzyło się coś, na co zdecydowanie wolałaby nie pozwolić. Co prawda wciąż nie potrafiła określić, w jaki sposób zagrażał jej Sage, ale podejrzewała, że tylko kwestia czasu.
Pani? Jesteś bardzo wzburzona, rozbrzmiało w jej głowie. Wyraźnie wyczuła obecność demonów, choć te wciąż trzymały się na dystans. Czy powinniśmy…?
Wciąż was nie wzywałam. Nie ważcie się ze mną igrać!
Czuła, że zareagowała gwałtowniej niż powinna, ale nie dbała o to. Reakcja była natychmiastowa, co mimo wszystko przyjęła z ulgą. Poczuła się odrobinę pewniej, choć w tym wypadku mając poczucie, że panowała nad tymi, którzy jej podlegali.
Cóż, zamierzała przywołać ich później. Nie zamierzała brudzić sobie rąk bardziej niż powinna, a sprzątanie resztek zdecydowanie nie należało do obowiązków królowej.
Dobrze, bogini.
Nawet się nie uśmiechnęła. Choć sama zażyczyła sobie tego tytułu, w tamtej chwili zabrzmiał równie kpiarsko, co i w ustach Rafaela. To również zrzuciła na obecność Sage’a, myślami mimo wszystko będąc przy nim i emocjach, które w niej wywoływał. Gorączkowo zastanawiała się nad tym, co powinna z nim zrobić, ale nic sensownego nie przychodziło jej do głowy. Zwykle o to nie dbała, potrafiąc działać nawet bez konkretnego planu, jednak tym razem wszystko wydawało się inne. Działanie na oślep coraz bardziej dawało jej się we znaki, sprawiając, że podświadomie wypatrywała konsekwencji błędu, który prędzej czy później musiała popełnić.
Możliwe, że niepotrzebnie się nim interesowała. Być może nie powinna tego robić, a tym bardziej zmuszać wampira do podążania za nią. Nie wpływała na jego umysł, by przekonać do podjęcia odpowiadającej jej decyzji. Zrobił to sam, tym samym utwierdzając Isobel w przekonaniu, że nie tylko tego chciał, ale przede wszystkim musiał jej szukać. To on miał kontrolę, nie ona, a to zdecydowanie nie powinno mieć miejsca.
Wszystko było nie tak.
Bezradność zdecydowanie nie była uczuciem, do którego przywykła. Nie przypominała sobie, kiedy ostatnim razem czuła się aż tak niepewnie, może pomijając chwile, w których towarzyszyła jej Ciemność. Sęk w tym, że tym razem miała do czynienia ze zwykłym wampirem – najpewniej nieuzdolnionym, a przynajmniej ona nie była w stanie wyczuć niczego, co świadczyłoby o wyjątkowych zdolnościach. Zwykle ot tak wiedziała, jak bardzo niebezpieczny mógł okazać się potencjalny przeciwnik, ale tym razem…
– Czego ty chcesz? – westchnęła, dopiero po chwili uprzytomniając sobie, że wypowiedziała te słowa na głos.
– Mam wrażenie, że nie jestem tutaj mile widziany.
Tak twierdzisz?, prychnęła w duchu. Błyskawicznie odwróciła się w stronę Sage’a, dłoń zaciskając na klamce drzwi wejściowych. Wcale nie uspokoiła się przez czas, który zajęło im dotarcie na najwyższe z pięter. Wręcz przeciwnie – czuła się jeszcze bardziej sfrustrowana i mniej pewna, a to zdecydowanie nie było normalne.
– Więc dlaczego tutaj przyszedłeś? – zapytała wprost, bynajmniej nie zamierzając protestować. Skoro chciał grać w otwarte karty, nie miała nic przeciwko.
– Mówiłem już o tym. Jestem pani ciekaw – stwierdził ze spokojem wampir. Isobel zacisnęła usta, wręcz porażona tym, z jakim uporem powtarzał te same brednie. – Moja propozycja również się nie zmieniła.
– Jaka znów propozycja? – obruszyła się.
Przez twarz Sage’a przemknął cień. Tym razem zawahał się, dopiero po dłuższej chwili decydując się odpowiedzieć.
– Pomocy w przystosowaniu się – wyjaśnił, starannie dobierając słowa. – Dalej jestem do pani dyspozycji, jeśli zajdzie taka potrzeba. Poza tym naprawdę sądzę, że byłoby o wiele prościej, gdybym poznał pani imię. Moje już znasz.
Puściła jego słowa mimo uszu. W pośpiechu nacisnęła klamkę, jako pierwsza wchodząc do mieszkania. Nigdy nie dbała o zamykanie drzwi, nie tylko nie trzymając w apartamencie niczego wartościowego, co przede wszystkim nie wyobrażając sobie, że ktokolwiek miałby wtargnąć tu bez jej zgody. Gdyby do tego doszło, wytropienie takie delikwenta byłoby zaledwie kwestia czasu.
Patrząc na to, jak podminowana w ostatnim czasie, aż marzyła o powodzie, by urządzić sobie polowanie.
Wyczuła, że Sage zwolnił, z uwaga rozglądając się po mieszkaniu. Milczał, ale to nie miało znaczenia, skoro sama jego obecność wystarczyła, by zwracała jego uwagę. Ruszyła ku aneksowi kuchennemu, próbując ignorować bliskość intruza, ale to okazało się o wiele trudniejsze, niż mogłaby sobie tego życzyć. Mimowolnie zastanawiała się nad tym, co tak naprawdę powinna z nim zrobić, zwłaszcza że już nic nie powstrzymywało go przed rzuceniem mu się do gardła.
Naprawdę miała w planach go zabić. Tak byłoby rozsądniej i może w końcu poczułaby się lepiej, ale…
Ale.
Zacisnęła dłonie w pięści tylko po to, by po chwili w pośpiechu rozprostować palce. Stanęła przy oknie, wbijając wzrok w ciemność za oknem. Przynajmniej kiedyś noc niosła ze sobą całkowity mrok, pomijając bezchmurne noce, gdy księżyc i gwiazdy bez przeszkód docierały do ziemi. Tym razem ich nie widziała, nie tylko przez obecność chmur, ale przede wszystkim aury wiecznie tętniącego życiem miasta. Nawet na najwyższym piętrze słyszała przejeżdżające samochody i zmierzających w swoje strony ludzi. Bijący od sąsiednich okien blask i światła rozstawionych w okolicy neonów, skutecznie rozświetlały okolicę, wdzierając się również do pogrążonego w ciszy apartamentowca.
– Panorama miasta nocą ma swój urok – stwierdził cicho Sage.
Z zaskoczeniem uprzytomniła sobie, że w którymś momencie zmaterializował się tuż za jej plecami. Natychmiast spróbowała wziąć się w garść, zaniepokojona takim brakiem uwagi ze swojej strony. Powinna się zorientować, a tym bardziej zrobić coś, by wciąż kontrolować jego ruchy.
Gdyby chciał, mógłby ją zaatakować, a na to zdecydowanie nie powinna pozwolić.
Zacisnęła usta. Mimo wszystko nie od razu odwróciła się w stronę mężczyzny, przez cały ten czas próbując ignorować niepokój wynikły z tego, że tak po prostu zwróciła się do niego plecami.
– Jest zbyt głośno. I zbyt jasno – stwierdziła szorstkim tonem. Założyła ramiona na piersiach, po czym znów wbiła wzrok w okno. – Gdybym mogła, zamieszkałabym jeszcze wyżej. Cenie sobie święty spokój.
– To wyjaśnia brak sąsiadów.
Podejrzliwie zmrużyła oczy. Więc zauważył. Być może nie powinno ją to dziwić, ale i tak z miejsca poczuła się jeszcze bardziej zaniepokojona.
– Nie przepadam za ludźmi – mruknęła, choć samej sobie nie potrafiła wyjaśnić, dlaczego próbowała się przed nim tłumaczyć.
Jakby jego opinia miała jakiekolwiek znaczenie! Co prawda mogła spróbować się nim zabawić, skoro i tak miał zginąć, ale nie potrafiła się na to zabrać. Czuła się, jakby bezsensownie miotała się na prawo i lewo, nie będąc w stanie zdziałać nic praktycznego. Zamiast od razu postawić sprawy jasno i uświadomić temu mężczyźnie, kto tutaj rządził, tak po prostu stała i gawędziła z nim o rzeczach, które nie miały znaczenia.
W zasadzie nie pamiętała, kiedy ostatnim razem tak po prostu z kimś rozmawiała. Gdzieś w pamięci miała liczne dyskusje z Rufusem, ale to nie było to samo, wspomnienia zresztą były zdecydowanie zbyt odległe, by nawet z wampirzą pamięcią potrafiła im zawierzyć. Zresztą tamte rozmowy na swój sposób ją bawiły – a może raczej to, że ktoś śmiał mieć wobec niej konkretne wymagania. Z demonami za to nie dało się gawędzić, niezależnie od tematu, który by wybrała. Potrafiły służyć i potakiwać, co jak najbardziej było Isobel na rękę, ale na dłuższą metę takie zachowanie zaczynało jawić się jako co najmniej uciążliwe.
– Bywają uciążliwi – przyznał Sage, w zamyśleniu kiwając głową. Nie miała pewności, co tak naprawdę w tamtej chwili myślał. – A wielkie miasta bywają za głośne. Zdaję sobie sprawę, jak bardzo może się to okazać przytłaczające.
– Nie czuję się przytłoczona! – warknęła, błyskawicznie zwracając się w jego stronę.
Właściwie nie zarejestrowała momentu, w którym kolejny raz ją poniosło. Nagle po prostu stanęła tuż przed nim, wyprostowana niczym struna i z gniewnym błyskiem w oczach. Odsłoniła zęby, wręcz marząc o tym, by zatopić je w jego szyi – ot tak dla zasady, choćby tylko po to, by zostawić mu bolesną „pamiątkę”. Nie żeby miało to jakieś znaczenie, skoro zamierzała dopilnować, żeby nie wyszedł z tego mieszkania o własnych siłach, ale choćby w ten sposób chciała pokazać przede wszystkim samej sobie, że nadal była w stanie odzyskać kontrolę nad sytuacją.
To takie żałosne. Od kiedy muszę cokolwiek sobie udowadniać?
Z trudem powstrzymała gniewne warknięcie. Zauważyła, że Sage mimowolnie się spiął, ale nawet wtedy nie poczuła się pewniej. Nie mogła pozbyć się wrażenia, że widział w niej co najwyżej niegroźną histeryczkę. W jego ruchach nie było ani obaw, ani jakichkolwiek oznak tego, że postrzegał ją jako konkretne niebezpieczeństwo – na pewno nie w takim stopniu, jak mogłaby tego oczekiwać. Gdyby wiedział, kogo miał przed sobą, być może nigdy nie pozwoliłby sobie na taką bezczelność, a jednak…
– Nie miałem nic złego na myśli – zreflektował się, siląc na łagodny, wręcz kojący ton głosu. Zamrugała, zaskoczona tym, że ktokolwiek mógłby zwracać się do niej w taki sposób. Brakowało jeszcze, by troskliwie poklepał ją po głowie, jakby była małą dziewczynką! – Nie sądzę też, żeby to było słabością. Nie mieliśmy okazji się poznać, ale do głowy by mi nie przyszło, żeby stwierdzić, że strachliwa z pani kobieta.
Otworzyła i zaraz zamknęła usta. Przez moment poczuła się tak, jakby zderzyła się ze ścianą, co najmniej oszołomiona wydźwiękiem jego słow. Nie tego się spodziewała, kolejny raz samej sobie nie będąc w stanie wytłumaczyć, czego tak naprawdę oczekiwała po tym mężczyźnie. Zastygła w bezruchu, w efekcie zdolna co najwyżej bezmyślnie się w niego wpatrywać, przy okazji uświadamiając sobie, że znaleźli się zdecydowanie zbyt blisko siebie, by mogła to zignorować.
Była przyzwyczajona do obcowania z mężczyznami. Bawiła się nimi, dopuszczając do siebie tych, którzy mogli zagwarantować jej choć chwilową przyjemność. Nie widziała niczego złego w seksie, zwłaszcza że również miała swoje potrzeby. Jako wampirzyca odczuwała je tym intensywniej, zwłaszcza w ostatnim czasie żałując, że nie miała nikogo, z kogo pomocą mogłaby się wyładować. Nigdy nie zniżyłaby się do tego, by oddać się człowiekowi, a i nieśmiertelny musiał zasłużyć sobie czymś więcej niż kilkoma pokłonami.
A jednak to Sage najbardziej wytrącił ją z równowagi. Jego bliskość, spojrzenie i tym, że wciąż nie miała pewności, co z nim zrobić… Gwałtownie zaczerpnęła powietrza, po czym skrzywiła się, porażona wyczuwalną słodyczą obcego nieśmiertelnego. Musiała przyznać, że miał w sobie coś pociągającego – rodzaj pociągającej, nieco egzotycznej nuty, która jak najbardziej przypadła Isobel do gustu. Nie lubiła przesadnej słodyczy, a tym bardziej mężczyzn, którzy nie wiedzieli, czego chcieli.
Jakkolwiek by zresztą nie było, nie mogła zaprzeczyć, że stojący tuż przed nią wampir miał w sobie coś, co wyróżniało go nawet na tyle zwykłych nieśmiertelnych. Intrygował ją – i naprawdę bez znaczenia było to, czy sowim zachowaniem sprawiał, że miała ochotę go zabić.
Dumnie uniosła głowę, spoglądając mu prosto w oczy. Zauważyła, że własne rozszerzyły się nieznacznie, jakby wyczuł w jej zachowaniu coś, co go zaniepokoiło. W tamtej chwili prawie zdołała się uśmiechnąć, choć wciąż nie czuła się aż tak dobrze, jak mogłaby tego oczekiwać. Wciąż balansowała gdzieś na granicy, w każdej chwili z równym powodzeniem mogąc wybuchnąć albo jednak zdecydować się zrobić coś innego i – co niewykluczone – bardzo głupiego.
– Chcesz mi się przysłużyć? – zapytała cicho, starannie wypowiadając kolejne słowa.
Sage uniósł brwi. W tamtej chwili do głowy momentalnie przyszło jej, że zamierzał odmówić, co niejako przekreśliłoby wszystko – a już zwłaszcza jego los.
– Jak najbardziej – zapewnił, chociaż w jego głosie wyczuła nutkę wahania. Gdzieś zniknęła cała ta pewność siebie, którą do tej pory u niego wyczuwała.
W zamyśleniu skinęła głową. Milczała, z premedytacją przeciągając wszystko to, co się działo. Co więcej, w końcu zaczęła czerpać z tego przyjemność, gotowa przysiąc, że jednak była w stanie odzyskać jakże upragnioną kontrolę.
Jakby nie patrzeć… to wciąż był tylko zwykły mężczyzna, prawda? Spotykała na swojej drodze wielu charyzmatycznych mężczyzn, którym bardzo szybko uświadamiała, że ich ego i pewność siebie tak naprawdę niewiele znaczyły. Pozwalała im zasmakować władzy tylko po to, by po wszystkim udowodnić, że byli niczym więcej, aniżeli marionetkami w jej rękach.
Tym razem miało być dokładnie tak samo. Niepotrzebnie się martwiła, ale to już nie miało znaczenia.
Nie miało znaczenia…
Z jakiegoś powodu wciąż nie do końca w to wierzyła.
– Więc pocałuj mnie – zażądała, na moment skutecznie wytrącając Sage’a z równowagi.
Nie musiała wykorzystywać wpływu, cierpliwie czekając na ruch z jego strony. Jeśli do tej pory spoglądał na nią z rezerwą, w tamtej chwili patrzył na nią tak, jakby wiedzieli się po raz pierwszy. Wyczuła, że zesztywniał, jakby dopiero w tamtej chwili uprzytomnił sobie nie tylko to, jak blisko siebie się znajdowali, ale przede wszystkim sens jej słów.
A potem podjął decyzję, w tak nagły i naturalny sposób, jakby robił to na co dzień. Miała wrażenie, że tak naprawdę od samego początku na to czekał, z radością przyjmując to, co miała mu do zaoferowania.
Nie zaprotestowała, kiedy wsunął palce w jej włosy. Jego ruchy okazywały się zadziwiająco delikatne, wręcz czułe, chociaż dla Isobel nie było to istotne. Nie odchyliła głowy, czekając aż sam ją do tego przymusi i w końcu wpije się wargami w jej usta.
Nie miała w planach odwzajemniać pocałunku. Zastygła w bezruchu, zamierzając zachować obojętność, podczas gdy on by ją dotykał. Naprawdę chciała go odrzucić, tak jak i wcześniej planowała go zabić, bo w końcu na nic innego nie zasłużył, ale… to przecież nie było tak.
Dobrze całował. I to też musiała przyznać.
Zanim zdążyła się lepiej nad tym zastanowić, po prostu się odwzajemniła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa