
Isobel
Na początku naprawdę chciała
go zabić.
Podjęła tę
decyzję na chwilę przed tym, jak nakazała mu za sobą podążać. Była zła, a konieczność
utrzymywania nerwów na wodzy, jedynie pogarszała sytuację. Wszystko w niej
aż krzyczało, że ten mężczyzna zasłużył wyłącznie na to – za bezczelność,
pokrzyżowanie planów i samo to, że raz po raz wystawiał jej nerwy na
próbę. Wszystko w niej aż krzyczało, że był niebezpieczny, z kolei
to, że nie potrafiła przewidzieć jego intencji, jedynie pogarszało sytuację.
Inna
sprawa, że mężczyznom nigdy nie należało ufać. Historia świata dobitnie to
pokazywała, niezmiennie spychając kobiety w cień. Co prawda w przypadku
wampirów w grę wchodził matriarchat, ale Isobel czuła, że i pod tym
względem już wieki temu doszło do przewrotu. Jak nie zapatrzenie w boginię,
którą wszyscy tak wielbili, to znów Volturi, których pozycja najzwyczajniej w świecie
wprawiała ją w zażenowanie. Wszystko, na co niegdyś pracowała całymi
wiekami, odeszło w zapomnienie, zmieniając się na gorsze. Jakby tego było
mało, nie była w stanie w żaden sposób tego zmienić, mogąc co
najwyżej bezradnie obserwować, jak resztki świata, który zbudowała, upada.
Frustracja
narastała, nie dając jej spokoju. Zanim wrócili do mieszkania, Isobel z trudem
powstrzymywała się od ciśnięcia Sage’em przez ścianę. W którymś momencie
zaczęła obwiniać go o wszystko, jakby to z jego winy nie tylko
upadła, ale doświadczyła późniejszych porażek – czy to w Mieście Nocy, czy
też później, kiedy na domiar złego zdradzili ją ci, na których budowała swoja
potęgę. Tkwiła w samym środku świata, którego nie rozumiała, a tym
bardziej nie chciała pojąć, o zaakceptowaniu rzeczywistości nie
wspominając.
A teraz na
dodatek kolejny raz wszystko poszło nie tak. Strata tamtego chłopaka nie miała
znaczenia, ale była niczym kropla, która przelała czarę goryczy. Dawno nie
doświadczyła czegoś takiego – goryczy równie intensywnej, co i niechciany
strach, który wywołała w niej Ciemność. Traciła kontrolę nie tylko nad
sobą, ale przede wszystkim tymi, których chciała traktować jak swoje dzieci, a to
nigdy nie powinno mieć miejsca.
Właśnie
dlatego nie wyobrażała sobie, że miałaby potraktować Sage’a jakkolwiek dobrze.
Gdyby mogła, bez mrugnięcia okiem zmieniłaby go w pył – rozerwała na
kawałki albo od razu sprawiła, żeby stanął w płomieniach. Starała się nie
wychylać, ale wciąż miała dostęp do każdego z istniejących darów. Czuła,
że tylko kwestią czasu byłoby, aż Licavoli zorientowałaby się, że ktoś znów
czerpał z jej zdolności, ale zanim by do tego doszło, problem sam by się rozwiązał.
O ewentualnych konsekwencjach mogłaby pomyśleć później.
Cisza
dzwoniła jej w uszach. Szła szybko, nawet nie próbując zrozumieć, dlaczego
ten mężczyzna sam z siebie za nią podążał. Był nią zainteresowany?
Oczywiście! Musiał pragnąć czegoś konkretnego – może władzy, może jej porażki
albo… czegokolwiek innego. Czyste intencje nie wchodziły w grę.
Takim jak
on nigdy nie chodziło o nic dobrego.
Wszelakie
bodźce wydawały się wyraźniejsze niż zazwyczaj. Każdy dźwięk czy wyostrzony
kontur, co powoli doprowadzało wampirzycę do szału. Co więcej, choć starała się
to ignorować, miała wrażenie, że wszystko wokół przysłoniła krwistoczerwona
mgiełka. Balansowała gdzieś na krawędzi gwałtownego wybuchu, który w żadnym
innym wypadku nie wydałby się jej niczym złym, ale w tamtej chwili mógł
wszystko niepotrzebnie skomplikować. Czego innego miała oczekiwać, skoro nie
mogła pozwolić sobie na zrównanie tego cholernego miasta z ziemią.
– To dość
bogata dzielnica – usłyszała tuż za plecami.
Z wrażenia
omal nie zderzyła się z przeszklonymi drzwiami apartamentowca, do którego
wchodziła. Jeśli sądziła, że Sage nie zdoła bardziej wytrącić jej z równowagi,
myliła się. Najwyraźniej miał do tego wyjątkowy talent, o czym
przekonywała się na każdym kroku. Gdyby było inaczej, nie towarzyszyłby jej
teraz, a Isobel nie musiała walczyć z samą sobą, by przypadkiem nie
popełnić najgorszego z możliwych błędów.
– Zarzucasz
mi coś? – warknęła, tym razem nawet nie próbując ukrywać targających nią
emocji. Zresztą nie widziała powodu, by traktować go inaczej niż jak
potencjalnego wroga.
– Skądże
znowu – zreflektował się natychmiast wampir. Z miejsca zapragnęła dać mu w twarz,
co najmniej poirytowana tym, że wciąż zachowywał się w tak uprzejmy
sposób. – Pomyślałem po prostu, że to dobry sposób na zainicjowanie rozmowy.
Mam wrażenie, że jest pani na mnie zła.
– Teraz
nagle pani? – zapytała z niedowierzaniem.
Spodziewała
się wielu rzeczy, ale nie tego, że Sage po prostu się uśmiechnie.
– To
dlatego, że wciąż nie podałaś mi swojego imienia – wyjaśnił usłużnie. –
Oczywiście nie chciałbym naciska, ale…
– Więc nie
naciskaj – ucięła stanowczo.
Właściwie
sama nie była pewna, jakiej reakcji się po nim spodziewała. Na pewno nie tego,
że ot tak usłucha, momentalnie milknąc i ograniczając się do biernej
obserwacji. Tym bardziej nie pojmowała tego, dlaczego zamiast ulgi, w odpowiedzi
poczuła silniejszą niż do tej pory frustrację. Miała wrażenie, że drażnił ją
wszystkim, co się z nim wiązało – obecnością, zachowaniem i każdą
podjętą decyzją. I naprawdę bez znaczenia było, czy zdarzało mu się zrobić
coś, co w jakimkolwiek stopniu mogłoby jej odpowiadać.
Najgorsze
jednak okazało się to, że naprawdę ją intrygował.
Bez słowa
ruszyła ku schodom. W normalnym wypadku skorzystałaby z windy, by jak
najszybciej znaleźć się na górze, ale tym razem chciała wszystko przeciągnąć.
Poruszała się ludzkim tempem, choć nigdzie w pobliżu nie było żywej duszy,
który mogłaby zaobserwować jakiekolwiek odstępstwo od normy. Isobel zadbała o to,
by mieć spokój, nie wyobrażając sobie, że miałaby dzielić jakikolwiek budynek
ze zwykłymi śmiertelnikami.
Dyskretnie
zerknęła na Sage’a, próbując stwierdzić, czy to zauważył. Milczał, uważnie
rozglądając się dookoła, ale już więcej nie próbował komentować miejsca, w którym
się znaleźli. Wyglądał na spokojnego, co również wystawiło nerwy wampirzycy na
próbę. Nie czuła się, jakby miała jakąkolwiek kontrolę nad tym, co działo się
wokół niej. Wręcz przeciwnie – była gotowa przysiąc, że wystarczyłaby chwila
nieuwagi, by wydarzyło się coś, na co zdecydowanie wolałaby nie pozwolić. Co
prawda wciąż nie potrafiła określić, w jaki sposób zagrażał jej Sage, ale
podejrzewała, że tylko kwestia czasu.
Pani? Jesteś bardzo wzburzona,
rozbrzmiało w jej głowie. Wyraźnie wyczuła obecność demonów, choć te wciąż
trzymały się na dystans. Czy powinniśmy…?
Wciąż was nie wzywałam. Nie ważcie się ze
mną igrać!
Czuła, że
zareagowała gwałtowniej niż powinna, ale nie dbała o to. Reakcja była
natychmiastowa, co mimo wszystko przyjęła z ulgą. Poczuła się odrobinę
pewniej, choć w tym wypadku mając poczucie, że panowała nad tymi, którzy
jej podlegali.
Cóż,
zamierzała przywołać ich później. Nie zamierzała brudzić sobie rąk bardziej niż
powinna, a sprzątanie resztek zdecydowanie nie należało do obowiązków
królowej.
Dobrze, bogini.
Nawet się
nie uśmiechnęła. Choć sama zażyczyła sobie tego tytułu, w tamtej chwili
zabrzmiał równie kpiarsko, co i w ustach Rafaela. To również zrzuciła
na obecność Sage’a, myślami mimo wszystko będąc przy nim i emocjach, które
w niej wywoływał. Gorączkowo zastanawiała się nad tym, co powinna z nim
zrobić, ale nic sensownego nie przychodziło jej do głowy. Zwykle o to nie
dbała, potrafiąc działać nawet bez konkretnego planu, jednak tym razem wszystko
wydawało się inne. Działanie na oślep coraz bardziej dawało jej się we znaki,
sprawiając, że podświadomie wypatrywała konsekwencji błędu, który prędzej czy
później musiała popełnić.
Możliwe, że
niepotrzebnie się nim interesowała. Być może nie powinna tego robić, a tym
bardziej zmuszać wampira do podążania za nią. Nie wpływała na jego umysł, by
przekonać do podjęcia odpowiadającej jej decyzji. Zrobił to sam, tym samym
utwierdzając Isobel w przekonaniu, że nie tylko tego chciał, ale przede
wszystkim musiał jej szukać. To on miał kontrolę, nie ona, a to
zdecydowanie nie powinno mieć miejsca.
Wszystko
było nie tak.
Bezradność
zdecydowanie nie była uczuciem, do którego przywykła. Nie przypominała sobie,
kiedy ostatnim razem czuła się aż tak niepewnie, może pomijając chwile, w których
towarzyszyła jej Ciemność. Sęk w tym, że tym razem miała do czynienia ze
zwykłym wampirem – najpewniej nieuzdolnionym, a przynajmniej ona nie była w stanie
wyczuć niczego, co świadczyłoby o wyjątkowych zdolnościach. Zwykle ot tak
wiedziała, jak bardzo niebezpieczny mógł okazać się potencjalny przeciwnik, ale
tym razem…
– Czego ty
chcesz? – westchnęła, dopiero po chwili uprzytomniając sobie, że wypowiedziała
te słowa na głos.
– Mam
wrażenie, że nie jestem tutaj mile widziany.
Tak twierdzisz?, prychnęła w duchu.
Błyskawicznie odwróciła się w stronę Sage’a, dłoń zaciskając na klamce
drzwi wejściowych. Wcale nie uspokoiła się przez czas, który zajęło im dotarcie
na najwyższe z pięter. Wręcz przeciwnie – czuła się jeszcze bardziej
sfrustrowana i mniej pewna, a to zdecydowanie nie było normalne.
– Więc
dlaczego tutaj przyszedłeś? – zapytała wprost, bynajmniej nie zamierzając
protestować. Skoro chciał grać w otwarte karty, nie miała nic przeciwko.
– Mówiłem
już o tym. Jestem pani ciekaw – stwierdził ze spokojem wampir. Isobel
zacisnęła usta, wręcz porażona tym, z jakim uporem powtarzał te same
brednie. – Moja propozycja również się nie zmieniła.
– Jaka znów
propozycja? – obruszyła się.
Przez twarz
Sage’a przemknął cień. Tym razem zawahał się, dopiero po dłuższej chwili
decydując się odpowiedzieć.
– Pomocy w przystosowaniu
się – wyjaśnił, starannie dobierając słowa. – Dalej jestem do pani dyspozycji,
jeśli zajdzie taka potrzeba. Poza tym naprawdę sądzę, że byłoby o wiele
prościej, gdybym poznał pani imię. Moje już znasz.
Puściła
jego słowa mimo uszu. W pośpiechu nacisnęła klamkę, jako pierwsza wchodząc
do mieszkania. Nigdy nie dbała o zamykanie drzwi, nie tylko nie trzymając w apartamencie
niczego wartościowego, co przede wszystkim nie wyobrażając sobie, że ktokolwiek
miałby wtargnąć tu bez jej zgody. Gdyby do tego doszło, wytropienie takie
delikwenta byłoby zaledwie kwestia czasu.
Patrząc na
to, jak podminowana w ostatnim czasie, aż marzyła o powodzie, by
urządzić sobie polowanie.
Wyczuła, że
Sage zwolnił, z uwaga rozglądając się po mieszkaniu. Milczał, ale to nie
miało znaczenia, skoro sama jego obecność wystarczyła, by zwracała jego uwagę.
Ruszyła ku aneksowi kuchennemu, próbując ignorować bliskość intruza, ale to
okazało się o wiele trudniejsze, niż mogłaby sobie tego życzyć. Mimowolnie
zastanawiała się nad tym, co tak naprawdę powinna z nim zrobić, zwłaszcza
że już nic nie powstrzymywało go przed rzuceniem mu się do gardła.
Naprawdę
miała w planach go zabić. Tak byłoby rozsądniej i może w końcu
poczułaby się lepiej, ale…
Ale.
Zacisnęła
dłonie w pięści tylko po to, by po chwili w pośpiechu rozprostować
palce. Stanęła przy oknie, wbijając wzrok w ciemność za oknem.
Przynajmniej kiedyś noc niosła ze sobą całkowity mrok, pomijając bezchmurne
noce, gdy księżyc i gwiazdy bez przeszkód docierały do ziemi. Tym razem
ich nie widziała, nie tylko przez obecność chmur, ale przede wszystkim aury
wiecznie tętniącego życiem miasta. Nawet na najwyższym piętrze słyszała
przejeżdżające samochody i zmierzających w swoje strony ludzi. Bijący
od sąsiednich okien blask i światła rozstawionych w okolicy neonów,
skutecznie rozświetlały okolicę, wdzierając się również do pogrążonego w ciszy
apartamentowca.
– Panorama
miasta nocą ma swój urok – stwierdził cicho Sage.
Z
zaskoczeniem uprzytomniła sobie, że w którymś momencie zmaterializował się
tuż za jej plecami. Natychmiast spróbowała wziąć się w garść,
zaniepokojona takim brakiem uwagi ze swojej strony. Powinna się zorientować, a tym
bardziej zrobić coś, by wciąż kontrolować jego ruchy.
Gdyby
chciał, mógłby ją zaatakować, a na to zdecydowanie nie powinna pozwolić.
Zacisnęła
usta. Mimo wszystko nie od razu odwróciła się w stronę mężczyzny, przez
cały ten czas próbując ignorować niepokój wynikły z tego, że tak po prostu
zwróciła się do niego plecami.
– Jest zbyt
głośno. I zbyt jasno – stwierdziła szorstkim tonem. Założyła ramiona na
piersiach, po czym znów wbiła wzrok w okno. – Gdybym mogła, zamieszkałabym
jeszcze wyżej. Cenie sobie święty spokój.
– To
wyjaśnia brak sąsiadów.
Podejrzliwie
zmrużyła oczy. Więc zauważył. Być może nie powinno ją to dziwić, ale i tak
z miejsca poczuła się jeszcze bardziej zaniepokojona.
– Nie
przepadam za ludźmi – mruknęła, choć samej sobie nie potrafiła wyjaśnić,
dlaczego próbowała się przed nim tłumaczyć.
Jakby jego
opinia miała jakiekolwiek znaczenie! Co prawda mogła spróbować się nim zabawić,
skoro i tak miał zginąć, ale nie potrafiła się na to zabrać. Czuła się,
jakby bezsensownie miotała się na prawo i lewo, nie będąc w stanie
zdziałać nic praktycznego. Zamiast od razu postawić sprawy jasno i uświadomić
temu mężczyźnie, kto tutaj rządził, tak po prostu stała i gawędziła z nim
o rzeczach, które nie miały znaczenia.
W zasadzie
nie pamiętała, kiedy ostatnim razem tak po prostu z kimś rozmawiała.
Gdzieś w pamięci miała liczne dyskusje z Rufusem, ale to nie było to
samo, wspomnienia zresztą były zdecydowanie zbyt odległe, by nawet z wampirzą
pamięcią potrafiła im zawierzyć. Zresztą tamte rozmowy na swój sposób ją bawiły
– a może raczej to, że ktoś śmiał mieć wobec niej konkretne wymagania. Z demonami
za to nie dało się gawędzić, niezależnie od tematu, który by wybrała. Potrafiły
służyć i potakiwać, co jak najbardziej było Isobel na rękę, ale na dłuższą
metę takie zachowanie zaczynało jawić się jako co najmniej uciążliwe.
– Bywają
uciążliwi – przyznał Sage, w zamyśleniu kiwając głową. Nie miała pewności,
co tak naprawdę w tamtej chwili myślał. – A wielkie miasta bywają za
głośne. Zdaję sobie sprawę, jak bardzo może się to okazać przytłaczające.
– Nie czuję
się przytłoczona! – warknęła, błyskawicznie zwracając się w jego stronę.
Właściwie
nie zarejestrowała momentu, w którym kolejny raz ją poniosło. Nagle po
prostu stanęła tuż przed nim, wyprostowana niczym struna i z gniewnym
błyskiem w oczach. Odsłoniła zęby, wręcz marząc o tym, by zatopić je w jego
szyi – ot tak dla zasady, choćby tylko po to, by zostawić mu bolesną
„pamiątkę”. Nie żeby miało to jakieś znaczenie, skoro zamierzała dopilnować,
żeby nie wyszedł z tego mieszkania o własnych siłach, ale choćby w ten
sposób chciała pokazać przede wszystkim samej sobie, że nadal była w stanie
odzyskać kontrolę nad sytuacją.
To takie żałosne. Od kiedy muszę cokolwiek
sobie udowadniać?
Z trudem
powstrzymała gniewne warknięcie. Zauważyła, że Sage mimowolnie się spiął, ale
nawet wtedy nie poczuła się pewniej. Nie mogła pozbyć się wrażenia, że widział w niej
co najwyżej niegroźną histeryczkę. W jego ruchach nie było ani obaw, ani
jakichkolwiek oznak tego, że postrzegał ją jako konkretne niebezpieczeństwo –
na pewno nie w takim stopniu, jak mogłaby tego oczekiwać. Gdyby wiedział,
kogo miał przed sobą, być może nigdy nie pozwoliłby sobie na taką bezczelność, a jednak…
– Nie
miałem nic złego na myśli – zreflektował się, siląc na łagodny, wręcz kojący
ton głosu. Zamrugała, zaskoczona tym, że ktokolwiek mógłby zwracać się do niej w taki
sposób. Brakowało jeszcze, by troskliwie poklepał ją po głowie, jakby była małą
dziewczynką! – Nie sądzę też, żeby to było słabością. Nie mieliśmy okazji się
poznać, ale do głowy by mi nie przyszło, żeby stwierdzić, że strachliwa z pani
kobieta.
Otworzyła i zaraz
zamknęła usta. Przez moment poczuła się tak, jakby zderzyła się ze ścianą, co
najmniej oszołomiona wydźwiękiem jego słow. Nie tego się spodziewała, kolejny
raz samej sobie nie będąc w stanie wytłumaczyć, czego tak naprawdę oczekiwała
po tym mężczyźnie. Zastygła w bezruchu, w efekcie zdolna co najwyżej
bezmyślnie się w niego wpatrywać, przy okazji uświadamiając sobie, że
znaleźli się zdecydowanie zbyt blisko siebie, by mogła to zignorować.
Była
przyzwyczajona do obcowania z mężczyznami. Bawiła się nimi, dopuszczając
do siebie tych, którzy mogli zagwarantować jej choć chwilową przyjemność. Nie
widziała niczego złego w seksie, zwłaszcza że również miała swoje
potrzeby. Jako wampirzyca odczuwała je tym intensywniej, zwłaszcza w ostatnim
czasie żałując, że nie miała nikogo, z kogo pomocą mogłaby się wyładować.
Nigdy nie zniżyłaby się do tego, by oddać się człowiekowi, a i nieśmiertelny
musiał zasłużyć sobie czymś więcej niż kilkoma pokłonami.
A jednak to
Sage najbardziej wytrącił ją z równowagi. Jego bliskość, spojrzenie i tym,
że wciąż nie miała pewności, co z nim zrobić… Gwałtownie zaczerpnęła
powietrza, po czym skrzywiła się, porażona wyczuwalną słodyczą obcego
nieśmiertelnego. Musiała przyznać, że miał w sobie coś pociągającego – rodzaj
pociągającej, nieco egzotycznej nuty, która jak najbardziej przypadła Isobel do
gustu. Nie lubiła przesadnej słodyczy, a tym bardziej mężczyzn, którzy nie
wiedzieli, czego chcieli.
Jakkolwiek
by zresztą nie było, nie mogła zaprzeczyć, że stojący tuż przed nią wampir miał
w sobie coś, co wyróżniało go nawet na tyle zwykłych nieśmiertelnych.
Intrygował ją – i naprawdę bez znaczenia było to, czy sowim zachowaniem
sprawiał, że miała ochotę go zabić.
Dumnie
uniosła głowę, spoglądając mu prosto w oczy. Zauważyła, że własne
rozszerzyły się nieznacznie, jakby wyczuł w jej zachowaniu coś, co go
zaniepokoiło. W tamtej chwili prawie zdołała się uśmiechnąć, choć wciąż
nie czuła się aż tak dobrze, jak mogłaby tego oczekiwać. Wciąż balansowała
gdzieś na granicy, w każdej chwili z równym powodzeniem mogąc
wybuchnąć albo jednak zdecydować się zrobić coś innego i – co
niewykluczone – bardzo głupiego.
– Chcesz mi
się przysłużyć? – zapytała cicho, starannie wypowiadając kolejne słowa.
Sage uniósł
brwi. W tamtej chwili do głowy momentalnie przyszło jej, że zamierzał
odmówić, co niejako przekreśliłoby wszystko – a już zwłaszcza jego los.
– Jak
najbardziej – zapewnił, chociaż w jego głosie wyczuła nutkę wahania.
Gdzieś zniknęła cała ta pewność siebie, którą do tej pory u niego wyczuwała.
W
zamyśleniu skinęła głową. Milczała, z premedytacją przeciągając wszystko
to, co się działo. Co więcej, w końcu zaczęła czerpać z tego przyjemność,
gotowa przysiąc, że jednak była w stanie odzyskać jakże upragnioną
kontrolę.
Jakby nie
patrzeć… to wciąż był tylko zwykły mężczyzna, prawda? Spotykała na swojej
drodze wielu charyzmatycznych mężczyzn, którym bardzo szybko uświadamiała, że
ich ego i pewność siebie tak naprawdę niewiele znaczyły. Pozwalała im
zasmakować władzy tylko po to, by po wszystkim udowodnić, że byli niczym
więcej, aniżeli marionetkami w jej rękach.
Tym razem
miało być dokładnie tak samo. Niepotrzebnie się martwiła, ale to już nie miało
znaczenia.
Nie miało znaczenia…
Z jakiegoś powodu
wciąż nie do końca w to wierzyła.
– Więc
pocałuj mnie – zażądała, na moment skutecznie wytrącając Sage’a z równowagi.
Nie musiała
wykorzystywać wpływu, cierpliwie czekając na ruch z jego strony. Jeśli do
tej pory spoglądał na nią z rezerwą, w tamtej chwili patrzył na nią
tak, jakby wiedzieli się po raz pierwszy. Wyczuła, że zesztywniał, jakby
dopiero w tamtej chwili uprzytomnił sobie nie tylko to, jak blisko siebie
się znajdowali, ale przede wszystkim sens jej słów.
A potem podjął
decyzję, w tak nagły i naturalny sposób, jakby robił to na co dzień. Miała
wrażenie, że tak naprawdę od samego początku na to czekał, z radością
przyjmując to, co miała mu do zaoferowania.
Nie zaprotestowała,
kiedy wsunął palce w jej włosy. Jego ruchy okazywały się zadziwiająco
delikatne, wręcz czułe, chociaż dla Isobel nie było to istotne. Nie odchyliła
głowy, czekając aż sam ją do tego przymusi i w końcu wpije się
wargami w jej usta.
Nie miała w planach
odwzajemniać pocałunku. Zastygła w bezruchu, zamierzając zachować obojętność,
podczas gdy on by ją dotykał. Naprawdę chciała go odrzucić, tak jak i wcześniej
planowała go zabić, bo w końcu na nic innego nie zasłużył, ale… to
przecież nie było tak.
Dobrze
całował. I to też musiała przyznać.
Zanim
zdążyła się lepiej nad tym zastanowić, po prostu się odwzajemniła.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz