24 października 2018

Sto czterdzieści pięć

Elena
Poczuła się dziwnie, gdy nagle zapanowała cisza. W zasadzie sama nie była pewna, co bardziej wytrąciło ją z równowagi – reakcja Andreasa na słowa Rafaela czy może sposób, w jaki demon na nią spojrzał. Było coś przenikliwego w jego wzroku, jakby doskonale zdawał sobie sprawę z tego, w jaki sposób połączyć ją i Niebiański Ogień.
– Ach… – wyrwało mu się. W zamyśleniu skinął głową, gorączkowo się nad czymś zastanawiając. – W porządku. Przejdźmy się w takim razie, chociaż… Pozwól, że w takim razie zapytam, ile wie Elena.
– O czym znowu? – obruszyła się.
Rafael westchnął, a jego brat wywrócił oczami, jakby właśnie otrzymał odpowiedź, której się spodziewał.
– O historiach, które krążą – wyjaśnił ze spokojem Andreas. – Też swoje mamy. Jesteś jedną z nich, tak swoją drogą.
– Isobel, Światłość, upadek… Taak, zauważyłam. – Potrząsnęła głową. Może jednak mogła doczekać się migreny również w tym świecie. – Ale o Niebiańskim Ogniu słyszę po raz pierwszy.
– Bo tego jest więcej. Tyle że nie o wszystkim się mówi – usłyszała w odpowiedzi. – Jakby ci to… Kiedyś Światłość i Ciemność wciąż ze sobą walczyły – zaczął w końcu, starannie dobierając słowa.
Natychmiast wyprostowała się niczym struna. To, co powiedział, zabrzmiało znajomo.
– Mira mi mówiła – oznajmiła z niejaką ulgą. Może jednak nie była aż tak głupia. – O waszym ojcu i Selene… Bogini istnieje – dodała, chociaż to wciąż do niej nie docierało.
– Tak się mówi, chociaż nikt nie widział jej od wieków. Ojciec jest… łatwiej wyczuwalny. Zwłaszcza ostatnio chyba upodobał sobie wasz świat. – Andreas wzruszył ramionami. W odpowiedzi na jego słowa serce jak na zawołanie zabiło jej szybciej, ale demon wydawał się tego nie zauważać. – Wracając do tematu, zgadza się. Ciemność i Światłość walczyły ze sobą tak długo, że już nikt nie pamięta kiedy i jak się to zaczęło. Śmiem twierdzić, że to było zanim my wszyscy powstaliśmy.
– Demony nie istniały od zawsze?
Obaj spojrzeli na nią w co najmniej pobłażliwy sposób – i Andreas, i wciąż milczący Rafael.
– Nie – wyjaśnił usłużnie ten drugi, w końcu decydując się odezwać. – To też była zasługa ojca. Nie bez powodu nazywamy go w ten sposób.
– Ale… w takim razie musiał być ktoś jeszcze, prawda? Nie potrafiłeś powiedzieć mi co z matką, więc…
– A ty pamiętasz, w jaki sposób pojawiłaś się na świecie? – wtrącił z bladym uśmiechem Andreas. – Zresztą z nami jest inaczej, tak sądzę. Za to temat pojawienia się demonów to niekoniecznie to, o czym mieliśmy rozmawiać.
Chcąc nie chcąc skinęła głową. Możliwe, że tak było lepiej, zwłaszcza że już i tak miała mętlik w głowie. Biorąc pod uwagę to, że Andreas dopiero zaczynał mówić, mogła się spodziewać, że z czasem będzie już tylko gorzej.
– Dobra – dała za wygraną. – Więc Ciemność i Selene walczyli. Coś jak… wielka wojna, którą opisywano w Biblii?
Sądziła, że znów ją wyśmieją, ale tym razem nic podobnego nie miało miejsca. Uśmiech Andreasa stał się bardziej przyjazny, a zaraz po tym demon z wolna skinął głową.
– Gdyby się zastanowić, we wszystkich wierzeniach da się znaleźć jakiś wspólny element. Więc… Tak, powiedzmy, że ta wojna ma dużo wspólnego, chociaż cały przebieg był inny. Bo widzisz, Eleno, tutaj tak naprawdę nikt nie wygrał – przyznał, ostrożnie dobierając słowa. – Popraw mnie, jeśli się mylę, bo słyszałem już tak wiele ludzkich historii, że idzie się w tym pogubić, ale… Cóż, o ile mnie pamięć nie myli, biblijny Bóg wygnał upadłe anioły. Nie pozabijał ich, ale jednak upadły i pewnie do tej pory liżą rany. Czyż nie tak?
– Hm… Mniej więcej?
Mimo wszystko zabrzmiało to jak pytanie. Prawda była taka, że jej podejście do kwestii religijnych niewiele różniło się od sposobu, w jaki wydawał się podchodzić do tematu Andreas. Dzięki ojcu wiedziała to i owo, ale nigdy nie wnikała w szczegóły. O wiele łatwiej było jej zapamiętać to, co wampiry mówiły o Selene, zwłaszcza po kilku pierwszych latach spędzonych w Mieście Nocy.
– Właśnie. A z wojny Światła i Ciemności nikt nie wyszedł zwycięsko. Powiedziałbym, że to konflikt, który trwa do tej pory, ale już od dłuższego czasu trwają… w impasie? To chyba dobre określenie – przyznał w zamyśleniu. – Kiedyś było inaczej. Trochę im zajęło, zanim zrozumieli, że najpewniej nigdy jedno nie będzie w stanie skrzywdzić drugiego. Swoją drogą, słyszałem kiedyś, że tak powstały Śmierć i Szaleństwo – z chaosu, który siała ta dwójka. Nie byli w stanie skrzywdzić siebie, ale świat wokół siebie już jak najbardziej.
– I właśnie to nie pasowało Selene – wtrącił Rafael, zanim zdążyła o cokolwiek zapytać.  – Nikt nie wie kiedy i dlaczego, ale w pewnym momencie się wycofała. Pamiętasz, jak mówiłem ci o miejscu, do którego nawet ojciec nie ma wstępu? Jeśli wierzyć historiom, bogini po prostu zabrała tych, którzy byli po jej stronie i stworzyła im bezpieczną przystań. Zamiast dalej walczyć, uciekła i zamknęła się w swoim małym, bezpiecznym świecie.
Zaskoczyła ją pobrzmiewająca w jego głosie gorycz. Zacisnęła usta, przez dłuższą chwilę sama niepewna, jak powinna zareagować na te słowa. To wciąż brzmiało jak bajka – jak jedna z wielu mitologii, które w prosty sposób miały wyjaśnić to, co było niepojęte dla ludzi. Stało się i już, bez wnikania w szczegóły czy szukania logiki. Nawet wzmianka o śmierci i szaleństwie zabrzmiała jak coś więcej, jakby pod tym pojęciem kryły się konkretne istoty. Z jednej strony było to dla niej nie do pojęcia, ale z drugiej… skoro Ciemność i Selene mieliby być prawdziwi, była skłonna wciąż pod uwagę już dosłownie wszystko.
Co nie oznaczało, że wierzyła. Słuchała, ale z każdą kolejną sekundą rozumiała coraz mniej. Czuła się tak, jakby miała do czynienia z czymś co najmniej szalonym. Gdyby mogła po prostu słuchać, nie zastanawiając się nad prawdziwym znaczeniem tych słów, wszystko stałoby się dużo łatwiejsze, a jednak w tej sytuacji…
– Nie rozumiem – wyrzuciła z siebie w końcu. To były ostatnie słowa, które chciała wypowiedzieć, ale nie była w stanie zdobyć się na nic innego. – Sugerujecie, że bogini – o ile faktycznie istnieje – w pewnym momencie po prostu zabrała się, zamknęła w swoim bezpiecznym zakątku i zostawiła Ciemności wolną rękę.
– To tak wygląda, nie? W mojego ojca… trudno zwątpić, zwłaszcza teraz – zauważył cicho Rafael, ostrożnie dobierając słowa. Nie patrzył na nią. – Ale bogini? Modlicie się do niej na każdym kroku, ale ilu z was tak naprawdę odpowiedziała?
Te słowa zabolały, chociaż sama nie była pewna dlaczego. Co więcej, nie mogła pozbyć się wrażenia, że miał rację – i że wcale nie czuł się z tego powodu dobrze. Bogini… Przysięgaliśmy przed boginią, uprzytomniła sobie, dyskretnie pocierając obrączkę. Liczył na coś więcej, kiedy zdecydował się na ślub i na to, by zwrócić właśnie na Selene? Zawahała się, próbując zrozumieć, co tak naprawdę próbował sugerować jej Rafael.
Och, oczywiście… Umarłam. Nawet przysięga przed boginią mnie nie ochroniła, pomyślała, z trudem będąc w stanie zapanować nad mętlikiem w głowie. Zauważyła, że przez twarz demona przemknął cień, ale nawet jeśli był w stanie wychwycić jej myśli, w żaden inny sposób nie dał niczego po sobie poznać. Ale jestem tutaj… Prawda?
Nie miała odwagi, by zacząć zastanawiać się nad tym, jak wielki udział mieli w jej powrocie Rafael, ale też przede wszystkim sama Ciemność.
– To nie wygląda aż tak źle… Mam wrażenie, że twojej żonie zrobiło się przykro – oznajmił Andreas, w pośpiechu przerywając ciszę. – Ale wasze wierzenia opierają się przecież na wierze, że bogini wciąż roztacza opiekę nad tymi, którzy są jej wierni. Czyż nie tak, Eleno? – zapytał, zwracając się bezpośrednio do niej. Spojrzała na niego w roztargnieniu, kątem oka wciąż obserwując Rafaela. – Nazywacie się jej dziećmi.
– A ją kochającą matka, która daje nam wolną wolę – dodała, ale mimo wszystko miała wątpliwości. Wcześniej nie zastanawiała się nad tym, ile to miało sensu, ale teraz… – Nie byłam szczególnie związana z Selene i obrzędami ku jej czci. Ale wiem, że każdy dar uznaje się za znak przychylności bogini. W szczególności wieszczki mają mieć z nią wiele wspólnego. – Zawahała się, próbując wysilić pamięć. Dzięki Aldero wiedziała dość sporo, ale nie sądziła, że kiedykolwiek przyjdzie jej te wyjaśnienia wykorzystać. – Wierzmy, że ingeruje, ale…
– Ale? – Rafael spojrzał na nią z powątpiewaniem. – Wolna wola, tak? Wasza bogini nie ingeruje w to, co robicie, tylko czasami podrzuci wam jakiś bonusik, który możecie jakoś wykorzystać. Nie reaguje nawet wtedy, gdy któreś z jej cudownych dzieci zwróci się ku mojemu ojcu.
Wiedziała, że miał na myśli Isobel. Przynajmniej sądziła, że chodziło właśnie o nią – kogoś uzdolnionego, kto bez chwili wahania wszedł w układ z samą Ciemnością. I kto najpewniej trwał w tym nadal, chociaż królowa zniknęła już jakiś czas temu. Nie zmieniało to jednak faktu, że w tym wszystkim wciąż pozostawała sobą. Elenie ten krótki czas, który spędziła u boku wampirzycy wystarczył, żeby zrozumieć, dokąd to wszystko zmierzało.
Wtedy też pojęła, że Rafael jak najbardziej był rozżalony, choć niekoniecznie zdawał sobie z tego sprawę. Ubolewanie nad obojętnością Selene zdecydowanie nie było czymś naturalnym dla demonów. Wręcz przeciwnie – podejrzewała, że większość z nich nawet tego nie zauważała, skupiona na wykonywaniu rozkazów Ciemności.
A jednak teraz wszystko było inne, przynajmniej w kwestii tego, kim stał się Rafael. Jego zachowanie mówiło samo za siebie, tak jaki i sposób, w jaki na nią spoglądał. Prawda była taka, że w którymś momencie uwierzył – być może wtedy, gdy zdecydował się pojąć ją za żonę. Próbował chronić ją na tak wiele sposobów, że próba zwrócenia się do Selene wydała jej się czymś równie prawdopodobnym, co i wszystko inne.
Coś ścisnęło ją w gardle. Czuła, że powinna zareagować, ale nie była w stanie wykrztusić z siebie chociażby słowa. W głowie miała pustkę, której w żaden sposób nie potrafiła się pozbyć. Nie chciała myśleć o Selene, jej bierności i tym, czy dawała Ciemności wolną rękę. To zbyt mocno kojarzyło jej się ze słowami Isabeau podczas pogrzebu Allegry. W jednej chwili te zaczęły ją prześladować, jedynie podkreślając rozczarowanie, które okazywali wszyscy wokół. Nie miała pojęcia, co i w którym momencie się zmieniło, ale czuła, że wszystko powoli zmierzało do przełomu. Problem polegał na tym, że nie spodziewała się po tym przewrocie niczego dobrego.
Może zaczęło już wtedy, gdy wróciła Isobel – nie miała pewności, zwłaszcza że urodziła się już po odejściu królowej. A może chodziło właśnie o nią – o Światło, na które wszyscy czekali, a które okazało się zwykłą małolatą, która przy pierwszej okazji dała się zabić. Skoro bogini na to pozwalała…
Przyjemne ciepło jak na zawołanie rozeszło się po całym jej ciele. To przypominało sposób w jaki czuła się, kiedy przywoływała skrzydła. Mrowienie na plecach w końcu ustąpiło, wyparte przez rozluźniającą falę gorąca. Mimowolnie rozluźniła się, przez krótką chwile czując tak, jakby ktoś z czułością otoczył ją ramionami. Na moment zamarła, co najmniej zaskoczona tym uczuciem – również poczuciem bliskości kogoś, kogo z miejsca zapragnęła otoczyć ramionami.
Powiodła wzrokiem dookoła, ale poza Rafaelem i Andreasem nie zauważyła nikogo więcej. Zamrugała nieprzytomnie, przez moment czując się tak, jakby ktoś uderzył ją w głowę. Co się…?, pomyślała, ale nie była w stanie ani dokończyć, ani tym bardziej odpowiedzieć na niezasadne pytanie. Czuła się bezpieczna, nagle gotowa przysiąc, że wszystko się ułoży, a jednak…
– Elena?
Głos Rafaela wyrwał ją z zamyślenia. Wciąż zdezorientowana, w pośpiechu przeniosła na niego wzrok. Z trudem wysiliła się na uśmiech, próbując go uspokoić i robiąc wszystko, by zachowywać się w jak najbardziej naturalny sposób.
– Wszystko w porządku. Po prostu się zamyśliłam – wyjaśniła wymijająco. – Nie mówmy już o przykrych rzeczach, dobrze? Wydawało mi się, że mieliście opowiedzieć mi o Niebiańskim Ogniu.
Nie miała pewności czy zmiana tematu była dobrym pomysłem, ale to nie miało znaczenia. Liczyło się, że w jednej chwili atmosfera rozluźniła się, zwłaszcza gdy zauważyła nieco roztargniony uśmiech, który jak na zawołanie rozjaśnił twarz Andreasa.
– Fakt – zreflektował się pośpiesznie demon. – Chociaż to wciąż się łączy, aczkolwiek przyznaję, że zabrnęliśmy za daleko. Wracając do wojny… – Mężczyzna bezceremonialnie ruszył się z miejsca. Skinął głową w głąb jednego z korytarzy, jednoznacznie wskazując im odpowiedni kierunku. – Zakładam, że Rafael nie pyta mnie o to bez powodu. Zgaduję więc, że zdążył ci już wyjaśnić, w jaki sposób działa… I że ma dwie nazwy. – Andreas zaśmiał się w nieco nerwowy sposób. – Nie bez powodu, bo tak naprawdę trudno stwierdzić czy jest dobry, czy zły. Jasne, jest śmiertelnie niebezpieczny, ale… Och, zresztą zaraz sama zobaczysz.
To ani trochę mi nie pomaga, wiecie?
Westchnęła w duchu. Jeśli do tej pory była zdezorientowana, po słowach demona mętlik w głowie jedynie przybrał na sile. Mimo wszystko czuła się lepiej, nie tyle dzięki zmianie tematu i temu, że emocje choć trochę opadły. Myślami nadal była przy Selene, ale nie potrafiła myśleć o niej źle – nie jak o tchórzu, który tak po prostu zostawił tych, którzy jej zaufali. I choć nie była w stanie w pełni zrozumieć, co mogłyby się kryć za takim zachowaniem, uprzytomniła sobie, że na swój sposób wciąż bogini ufała – i to pomimo tego, że nigdy tak naprawdę nie brała wampirzych wierzeń na poważnie.
Wciąż towarzyszyło jej to dziwne, przyjemne ciepło. Wypełniało ją całą, niosąc ze sobą jakże upragnione ukojenie i poczucie, że wszystko musiało być w porządku. To było dziwne, a jednak…
– Proszę bardzo!
Entuzjastyczny głos Andreasa sprowadził ją na ziemię. Poderwała głowę i niemalże krzyknęła, z wrażenia aż cofając się o krok. Do tej pory bezmyślnie podążała za demonami, nie zastanawiając nad tym, dokąd prowadził korytarz, który wybrali. Tym bardziej nie zauważyła, w którym momencie ten po prostu zniknął, w zamian ustępując miejsca wszechobecnej zieleni, kiedy nagle znaleźli się w samym środku lasu.
Z bijącym sercem powiodła wzrokiem dookoła, szukając drogi powrotnej. Za sobą nie zauważyła nawet śladu czegoś, co mogłaby uznać choćby za ścieżkę, a co dopiero drogę mającą szansę zaprowadzić ją z powrotem do jakiegokolwiek korytarza albo samego Przedsionka. Nie sądziła, by zamyśliła się aż tak bardzo, by umknął jej moment, w którym weszli do lasu, podążając w gęstwinę na tyle, żeby się zgubić. To po prostu nie wchodziło w grę, a jednak tkwiła pośród drzew, bezskutecznie próbując doszukać się logiki w tym, co się wydarzyło.
– Jak…? – Potrząsnęła głową. Próbowała się skupić, ale to wymagało od niej coraz więcej wysiłku. – To iluzja?
– Och, Eleno… – westchnął Rafael.
Andreas jedynie się uśmiechnął.
– W żadnym razie. Gdybym bawił się rzeczywistością, stworzyłbym coś dużo lepszego – stwierdził niemalże urażonym tonem.
Wiedziała, że sobie żartował, ale właściwie nie zwróciła na to uwagi. W zamian szybkim krokiem ruszyła przed siebie, chcąc lepiej przyjrzeć się temu, co ją otaczało. Od pierwszej chwili miała poczucie, że miejsce, w którym się znaleźli, nie było normalne, ale dopiero po chwili uprzytomniła sobie, skąd brało się to wrażenie.
Nie chodziło tylko o to, że przywykła do ponurego, zimowego krajobrazu Seattle. W tym miejscu było przyjemnie ciepło, a wszechobecna zieleń kojarzyła jej się wyłącznie ze środkiem lata. To nie zrobiło na niej większego wrażenia, tak jak i fakt, że nagle wylądowali gdzieś w samym środku nocy. Tyle przynajmniej wywnioskowała po atramentowym niebie, usianym tysiącami połyskujących łagodnie gwiazd. Swoją drogą, nie przypominała sobie, kiedy ostatnim razem widziała je tak wyraźnie. Aura wielkiego miasta mimo wszystko robiła swoje, nawet przy wyostrzonych zmysłach nie pozwalając dostrzec aż tak wiele, jak Elena mogłaby tego oczekiwać.
Nic jednak nie było w stanie przygotować na to, co zobaczyła później – i co w jednej chwili pochłonęło całą jej uwagę.
– Czy to… dwa księżyce? – wyrwało jej się.
W jednej chwili poczuła się jak kompletna idiotka. Oczywiście, że to nie mogło być tak… W końcu nie było możliwe, prawda?
A jednak dwa kształty znajdowały się tuż przed nią, dosłownie na wyciągnięcie ręki. Zwłaszcza jeden wydawał się górować nad okolica, potężny i w pełni, rzucając na okolicę srebrzysty blask. Częściowo chował się za horyzontem i drzewami, ale i tak widziała go doskonale. Nigdy wcześniej nie miała okazji zobaczyć czegoś takiego – tak potężnego, niepokojącego i… po prostu pięknego.
Drugi księżyc trudniej było dostrzec, ale i tak go zauważyła. Może dlatego, że był o wiele większy od gwiazd, choć znajdował się dalej niż srebrzysta kula, która w pierwszej kolejności zaintrygowała Elenę. A może po prostu chodziło o jego barwę – czerwień, która wzbudziła w niej równie silny niepokój, co i zachwyt.
– Nie jesteśmy w twoim świecie – wyjaśnił cicho Andreas, bez pośpiechu przechodząc tuż obok niej. – Co nie znaczy, że nie są do siebie podobne. Tak, to księżyce… Chociaż to ten tam – ciągnął, zdecydowanym ruchem wskazując na czerwieniejący punkt – jest ważniejszy.
– A ten zastępuje słońce – podsunął usłużnie Rafael, widząc, że i tak nie była w stanie oderwać wzroku od srebrzystej, przysłaniającej wszystko inne kuli.
– Słońce?
– W tym świecie panuje wieczna noc – podjął Andreas. Wydawał się nie widzieć niczego niepokojącego w tym, co właśnie jej tłumaczył. To brzmiało tak, jakby wszystko, co działo się dookoła, było najoczywistszą rzeczą, którą po prostu należało zaakceptować. – Księżyc, który tak cię fascynuje, jest jedynym źródłem światła… Uprzedzając, on po prostu świeci. Nie powiem ci skąd ten blask, skoro nie ma słońca, bo naprawdę nie wiem. – Uśmiechnął się blado. – Może od bogini? To podobno jedyny skrawek świata, który po sobie zostawiła, kiedy wycofywała się na dobre. Za to ten tam – ciągnął pośpiesznie, jakby w obawie, że rozmowa nagle znów przybierze nieodpowiedni kierunek; jego dłoń na powrót powędrowała ku czerwionemu księżycowi – cały czas się porusza. Nie widać tego na pierwszy rzut oka, ale właśnie tak jest. Swoją drogą, istnieje legenda, że z jego położenia można wyczytać przyszłe nieszczęścia. Trzeba tylko…
– Za dużo tych legend jak na jeden dzień, nie uważasz? – przerwał Rafael. Elena mimowolnie się wzdrygnęła, słysząc rezerwę pobrzmiewającą w jego głosie.
– Tak, tak… Może masz rację. – Andreas zawahał się, ale prawie natychmiast wziął się w garść. Było coś kojącego w tym, z jaką łatwością przychodziło mu to, by się uśmiechać. – W takim razie przejdźmy do konkretów. Niebiański Ogień… Gotowa?
Nie odpowiedziała, ale nie sądziła, by demon tak naprawdę tego oczekiwał. Podążyła za nim, kiedy wyprzedził ich, pewnym krokiem ruszając w głąb lasu. Gdziekolwiek byli, Andreas najwyraźniej świetnie orientował się w okolicy, to jednak nie wydało jej się dziwne. Jeśli spędzał w tym miejscu tyle czasu, jak zasugerował jej Rafael, gdy wyjaśniał, czym zajmował się jego brat, taka znajomość terenu była w pełni uzasadniona.
Milczała, nie do końca ufając sobie i swojemu głosowi. Miejsce, które porzuciła bogini… I inne światy, pomyślała w oszołomieniu, nie pierwszy raz bliska tego, by wybuchnąć histerycznym śmiechem. Oszalałam już całkiem. Zwariowałam, bo co innego?
Poczuła na sobie wymowne spojrzenie Rafaela, ale przynajmniej nie skomentował mętliku w jej głowie choćby słowem. Oboje milczeli, bez pośpiechu zmierzając przed siebie.
Ale chociaż nie miała pojęcia, czego się spodziewać, gdzieś wewnątrz czuła znajome, przyjemne ciepło, które pojawiło się jeszcze w Przedsionku.
Nie mogła pozbyć się wrażenia, że jak długo towarzyszyło jej to uczucie, wszystko po prostu musiało być w porządku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa