
Claire
Zamarła, przez krótką chwilę
czując się tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił ją czymś ciężkim po
głowie. Natychmiast wyprostowała się, po czym dla pewności uniosła ręce,
machinalnie odsuwając się od komputera. Oddech z miejsca jej przyśpieszył,
chociaż próbowała nad nim zapanować, nie chcąc przypadkiem zrobić czegoś
głupiego albo zbyt gwałtownego. Wiedziała, że to mogło skończyć się źle –
i to najdelikatniej rzecz ujmując.
Cisza miała
w sobie coś przejmującego, zwłaszcza że Claire aż nazbyt wyraźnie czuła,
że stojący za nią mężczyzna lustruje ją wzrokiem. To było tak, jakby spodziewał
się, że w każdej chwili mogłaby spróbować na niego skoczyć. Kolejny raz
miała jak na dłoni dowód na to, że większością osób w tym miejscu kierował
strach. W tej chwili to ona była uznawana za zagrożenie, chociaż w rzeczywistości
pozostawała równie śmiertelna, co i zwyczajny człowiek, który stanąłby
przed perspektywą zostania postrzelonym. Podejrzewała, że dla niektórych ludzi
brzmiało to wręcz niedorzecznie – to, że mogłaby się bać albo umrzeć z równą
łatwością, co i oni – ale przecież tak właśnie było.
Serce
tłukło jej się w piersi jak szalone, aż zaczęła zastanawiać się nad tym,
czy trzepocący się narząd przypadkiem nie połamie żeber, by wyrwać się na
zewnątrz. Miała ochotę coś powiedzieć, ale zaschło jej w gardle, nie mogła
zresztą pozbyć się wrażenia, że w ten sposób jedynie pogorszyłaby
sytuację. Za sobą aż nazbyt wyraźnie słyszała równie przyśpieszony, wręcz
urywany oddech celującego w nią mężczyzny, co uświadomiło jej, że musiał
bać się jej w takim samym stopniu jak ona jego.
– Odwróć
się – usłyszała po wydającej się trwać wieczność chwili. Głos mężczyzny
wyraźnie drżał, zdradzając równie silny niepokój, co i w przypadku
strażnika, który tak gwałtownie zareagował na upadek Jocelyne. – Tylko powoli!
– dodał ostrzegawczym tonem.
Z wolna
wypuściła powietrze. Czuła się źle z tym, że potencjalne zagrożenie
znajdowało się za nią i nie była w stanie w żaden sposób ocenić
tego, czego tak naprawdę powinna się spodziewać. Gdyby przynajmniej widziała
jego twarz, tym samym mając szansę ocenić, czy nieświadomie nie robiła czegoś,
przez co mogłaby sobie zasłużyć na kulkę w plecach…
Poruszyła
się bardzo ostrożnie, o wiele wolniej niż człowiek. Nerwowo napinała
mięśnie, ledwo powstrzymując się przed nerwowym zaciśnięciem dłoni w pięści.
W jednej chwili zrobiło jej się gorąco, zaś swobodne chwytanie powietrza
zaczęło jawić się jako prawdziwe wyzwanie. Czuła się tak, jakby się dusiła,
a to zdecydowanie nie ułatwiało jej zadania.
– W porządku
– odezwała się cicho, starannie dobierając słowa. W końcu miała okazję, by
spojrzeć w stronę drzwi, czego prawie natychmiast pożałowała, kiedy
dostrzegła wycelowaną w nią broń. W efekcie nie była w stanie ot
tak skupić się na strażniku, świadoma tylko i wyłącznie zagrożenia, które
stwarzał. – Ja nie…
– Stój tam,
gdzie stoisz – usłyszała w odpowiedzi.
Natychmiast
zamilkła, dochodząc do wniosku, że jakiekolwiek próby dyskusji są z góry
skazane na niepowodzenie. Dobrze, więc milczenie jednak było bezpieczniejszą
opcją, nawet jeśli w żaden sposób nie poprawiało sytuacji, w której
się znalazła.
Kolejny raz
zapanowała cisza. Dzwoniła jej w uszach, stopniowo doprowadzając do szału
i sprawiając, że dziewczyna zapragnęła krzyczeć w przypływie
frustracji. Simon zaraz wróci,
pomyślała w niemalże rozgorączkowany sposób. Wróci i jakoś to naprawi, nawet jeśli będę musiała się przed nim
tłumaczyć…
Z dwojga
złego wolała już nawet to, chociaż wciąż nie była pewna, czego spodziewać się
po tym mężczyźnie. On przynajmniej się nie bał, nie tylko nie nosząc przy sobie
broni, ale też w żaden sposób nie próbując jej ograniczać. Co więcej,
zdecydowanie nie pozwoliłby jej zabić, a to również o czymś
świadczyło. W tamtej chwili czuła się gotowa wręcz modlić o jego
szybki powrót, raz po raz uciekając wzrokiem gdzieś w bok, byleby nie
patrzeć w wycelowaną w nią lufę.
Stój spokojnie… Po prostu się nie ruszaj,
a wtedy wszystko będzie w porządku, nakazała sobie stanowczo, ale
trudno było ot tak w to uwierzyć. Co prawda plan wydawał się prosty,
a Claire machinalnie dostosowała się do tych myśli, ale…
A potem jej
ciałem wstrząsnął gwałtowny dreszcz, kiedy do głosu doszło inne, aż nazbyt
znajome uczucie.
Musiała
wręcz zmusić się do tego, by dalej tkwić w bezruchu. Ledwo stłumiła jęk,
który zaczął cisnąć jej się na usta w chwili, w której do głosu
doszedł znajomy niepokój. Mrowienie w prawej ręce było aż nazbyt wyraźne,
a przy tym równie uciążliwe, co i w domu Marissy, kiedy to musiała aż
skorzystać z pomocy Rufusa, żeby wyjść do łazienki. Teraz znów to czuła,
intensywne i łagodnie narastające w jej wnętrzu. Wiedziała, że to
kwestia czasu, aż jej dar zacznie być na tyle intensywny, by zacząć dawać jej
się we znaki, w miarę jak kumulujący się w jej wnętrzu niepokój
zaczynał wyrywać się na zewnątrz. Całe ciało Claire aż rwało się do tego, by
jak najszybciej znalazła skrawek wolnej powierzchni, a potem zrobiła
użytek z prezentu, który dostała od Lucasa na urodziny.
Nie, nie… Nie teraz. Proszę…
Gdyby to
faktycznie tak działało, korzystanie z daru stałoby się o wiele
prostsze.
Na krótką
chwilę zacisnęła powieki, próbując powstrzymać grymas. Bardziej gwałtownie
zassała powietrze, co najwyraźniej nie uszło uwadze strażnika, bo wyraźnie
wyczuła, że przesunął się, wciąż z uporem w nią celując. W tamtej
chwili Claire była już pewna, że oszaleje i to najpewniej w krótkim
czasie. Nie była w stanie skoncentrować się na niczym innym prócz
narastającego w jej wnętrzu niepokoju, żałując, że nie mogła tak po prostu
przywołać do siebie słów najnowszego wiersza. Słodka bogini, przecież nie
musiała tego zapisywać – i to zwłaszcza w takiej sytuacji!
Proszę…
Gdzieś
jakby z oddali doszły ją ciche, bez wątpienia zmierzające w stronę
jej i strażnika kroki. Właściwie sama nie była pewna, jakim cudem
wychwyciła właśnie ten dźwięk, skoro jej uwagę raz po raz rozpraszało mrowienie
w ramieniu, ale to nie miało znaczenia. Simon!, pomyślała w pierwszym odruchu ale z jakiegoś
powodu czuła, że to nie będzie takie proste. Miała coraz gorsze przeczucia,
narastające coraz bardziej i bardziej, i tym samym sprawiając, że
zaczęło jej się robić niedobrze.
Coś było
nie tak. Nie miała pojęcia co i dlaczego, ale była gotowa przysiąc, że
brakowało naprawdę niewiele, by wydarzyło się coś niedobrego.
To wszystko
i jej wiersz…
Śmierć żąda zapłaty
Poświęć wszystko, co
masz
Albo pochłonie Ją noc
Napięcie
ustąpiło równie nagle, co się pojawiło. W jednej chwili po prostu stała,
drżąc na całym ciele i czując się tak, jak po bardzo szybkim biegu.
Momentalnie zrobiło jej się zimno, zupełnie jakby ktoś wstrzyknął jej do
krwiobiegu lodowatą wodę. Nie pierwszy raz musiała walczyć z mętlikiem
w głowie, wręcz chwiejąc się na nogach i musząc wkładać całą energię
w to, by w ogóle utrzymać się prosto.
Co to
znaczyło? Kogo miałaby pochłonąć noc? Była pewna, że chodzi o kobietę, aż
nazbyt świadoma, że gdyby jednak zdołała zapisać słowa przepowiedni, wyraźnie
zaznaczyłaby to jedno słowo: Ją. To
było prawie tak, jak całe lata temu, kiedy całą sobą czuła, że wydarzy się coś
niedobrego – i że nieszczęście spotka jej matkę. Do tej pory pamiętała
własną panikę na widok trzech zapisanych w pośpiechu linijek – tego, że
„Ziemia” miałaby stłamsić „Ogień”. Miotała się wtedy, aż nazbyt świadoma, że
coś tak błahego, jak zapis dwóch prostych słów, mogło się okazać kluczowe.
Nie miała
pojęcia, co intuicja podpowiadała jej tym razem, ale zdecydowanie nie chodziło
o Laylę. To jedno była gotowa wręcz przysiąc i coś w tej
świadomości przyniosło Claire przynajmniej częściową ulgę. Wiedziała, że
w ten sposób nie rozwiązywała najważniejszego problemu, a tym
bardziej niczego nie ułatwiała, ale nie chciała się nad tym zastanawiać.
Czasami instynktownie wiedziała, komu jak najszybciej powinna przekazać
najnowsze proroctwo, ale w tamtej chwili czuła, że tej osoby i tak
nie było w pobliżu. Miała o wiele ważniejszy problem, a skoro
tak…
Głośny
krzyk wyrwał ją z zamyślenia. Claire zesztywniała, przez krótką chwilę
ogarnięta irracjonalnym przekonaniem, że właśnie padł strzał albo że za moment
do tego dojdzie. Niemalże wyczekiwała momentu, w którym kula naruszy
skórę, niosąc ze sobą oszołomienie, ból i – być może – również śmierć.
Dopiero później dotarło do niej, że problem leżał gdzieś indziej, a zrozumiała
to dopiero w chwili, w której dotychczas mierzący do niej strażnik
nagle upuścił broń, w następnej chwili osuwając się na kolana i chwytając
za głowę. Uderzył ją słodki zapach świeżej krwi, zaraz też zrozumiała, że ta
z jakiegoś powodu zaczęła sączyć się z jego uszu i nosa. Wkrótce
po tym upadł i ostatecznie znieruchomiał, podczas gdy Claire wciąż tkwiła
w miejscu, niedowierzając temu, co działo się na jej oczach.
Nie
poruszył się więcej.
Oddychała
szybko i płytko, właściwie sama niepewna, jakim cudem wciąż była w stanie
utrzymać się na nogach. Nie od razu przyjęła do świadomości to, co wydarzyło się
chwilę wcześniej, w pierwszym odruchu stanowczo takiej możliwości
zaprzeczając. Energicznie potrząsnęła głową, zupełnie jakby w ten sposób
mogła odrzucić od siebie najbardziej irracjonalną z myśli. To wszystko po
prostu nie miało sensu, zaczynając od tego, że dopiero co celujący w nią
z broni, wyglądający na w pełni zdrowego facet, mógłby…
– Ups.
Wręcz
zmroziło ją, kiedy usłyszała ten cichy szept i śmiech. Zobaczyła Jaquesa,
który jak gdyby nigdy nic przystanął w progu laboratorium, jakby od
niechcenia obserwując leżące na ziemi ciało. Krew wciąż płynęła, znacząc
podłogę i powoli tworząc kałużę wokół głowy martwego mężczyzny.
Telepatia, uświadomiła sobie i serce
zatłukło jej w piersi. To musiała
być telepatia, ale…
– Takie
wypadki się zdarzają – stwierdził niemalże zatroskanym tonem wampir. Rzucił jej
bliżej nieokreślone spojrzenie, uśmiechając się pod nosem. – Zwłaszcza jeśli
ktoś jest zestresowany… I podświadomie próbuje się bronić.
Coś w jego
słowach wzbudziło jej przerażenie, chociaż nie od razu zrozumiała do czego
zmierzał ten mężczyzna. Czuła jedynie tłukące się w piersi serce, wciąż
uderzające wystarczająco mocno i szybko, by nie mogła się skupić.
Wiedziała jedynie, że wydarzyło się coś bardzo złego, a sądząc po
zachowaniu tego mężczyzny…
– Nie jestem
telepatką – wyszeptała pod wpływem impulsu.
Nagle
zrozumiała i to wystarczyło, by poczuła się prawie tak, jakby ktoś
zdzielił ją czymś ciężkim po głowie. Jej oczy rozszerzyły się, zresztą jak
i uśmiech wciąż nienaturalnie wręcz spokojnego Jaquesa.
– Zupełnie
jakby ktokolwiek miał ci uwierzyć, dziecinko.
Spojrzała
na niego z niedowierzaniem, wciąż oszołomiona. Panika pojawiła się nagle,
chwytając za gardło i na moment pozbawiając Claire oddechu. „Czego ty
chcesz?!” – miała ochotę zapytać, ale ostatecznie nie wykrztusiła z siebie
nawet słowa, w zamian zdolna co najwyżej do energicznego potrząśnięcia
głową. Przecież tak naprawdę wcale nie musiała pytać.
Claire
zadrżała, czując narastające z każdą kolejną sekundą przerażenie. Nie
miała pojęcia czy po raz kolejny została ofiarą czyjejś zemsty, czy Jaques po
prostu wykorzystywał sytuację. To i tak nie miało znaczenia, skoro
doskonale rozumiała, co najpewniej próbował zrobić. Mogła to poznać po jego
postawie, leniwym uśmiechu i tym, jak ją obserwował. „Zupełnie jakby
ktokolwiek miał ci uwierzyć, dziecinko” – tłukło jej się w głowie i to
w zupełności wystarczyło, żeby wiedziała.
Jeśli ktoś
zobaczyłby ją z ciałem, nie pytaliby. Nie miała pojęcia, kim jest Jaques,
ale po rozmowie z Simonem zdążyła wywnioskować, że znajdował się
w o niebo lepszej sytuacji od niej czy mamy. Wampir miał tutaj
swobodę, chociaż również na jego szyi dostrzegła tę dziwną obręcz. Z jakiegoś
powodu nie zaatakował nikogo wcześniej, ale teraz…
Och, miał
ją – i zamieszanie, które zamierzał zapewnić jej kosztem.
Przez
chwilę jeszcze tkwiła w bezruchu, gorączkowo zastanawiając się nad tym, co
powinna powiedzieć. W głowie szukała odpowiednich słów – oskarżenia albo
przynajmniej jakiegoś pytania, o ile to zabrzmiałoby sensownie – jednak
nic nie przychodziło jej do głowy.
A potem
strach ostatecznie wziął górę i zanim zdążyła zastanowić się nad tym, co
robi, na drżących nogach dopadła do drzwi, próbując prześlizgnąć się tuż obok
wciąż tkwiącego w progu wampira.
– Masz
rację – rzucił niemalże pogodnym tonem. Wręcz nie docierało do niej, że ot tak
usunął się na bok, wypuszczając ją na korytarz. – Lepiej się pośpiesz, zanim
ktoś zauważy.
I bez tych
słów czuła się, jakby w każdej chwili mogła zwymiotować. Nie, nie, nie… To przecież nie miało być
tak!, pomyślała w niemalże rozgorączkowany sposób, gotowa przysiąc, że
właśnie popełniała błąd za błędem. Z drugiej strony, co tak naprawdę mogła
zrobić? Jaques rozpoczął coś, co pozbawiło ją wszelakich szans już na starcie, ale
i tak spróbowała od tego uciec.
Jej kroki
wydawały się nienaturalnie głośne, zwłaszcza w ciemnym, długim korytarzu.
Na oślep ruszyła przed siebie, właściwie sama niepewna, gdzie i dlaczego
biegła. Nie znała tego miejsca, jego układu, a tym bardziej zdawała sobie
sprawę z tego, że za moment i tak utknie w martwym punkcie.
Kiedy towarzyszyła Simonowi, zdążyła zaobserwować, że aż nazbyt wiele razy
przechodzili przez rozsuwane drzwi, które mężczyzna otwierał przy pomocy karty
magnetycznej. Nie miała klucza, w zasadzie nie mając innego wyboru, poza próbą
wyważenia każdej przeszkody, która stanęłaby na jej drodze, to jednak wydawało
się z góry skazane na niepowodzenie.
Nie miała
szans, skoro najpewniej byli na to gotowi. Nie, jeśli uderzając w jakiekolwiek
drzwi narobiłaby zamieszania – tym wyraźniejszego, biorąc pod uwagę, że dźwięk
dobrze niósł się korytarzem. I w końcu nie, skoro w tym miejscu
czuła się jak w pułapce, gotowa przysiąc, że ściany wręcz przesycone były
domieszkami srebra, nie wspominając o obecnościach kamer, które…
Dźwięk
alarmu sprawił, że z wrażenia omal nie potknęła się o własne nogi.
Chyba tylko cudem nie upadła, w zamian przyśpieszając, jakby w nadziei
na to, że uda jej się uciec od przejmującego, przyprawiającego o ból głowy
wycia. Przez krótką chwilę miała wręcz dziecinną ochotę, żeby zasłonić uszy
dłońmi i chociaż w ten sposób odciąć się od narastającego,
wzmocnionego przez echo hałasu, który z wolna zaczynał doprowadzać ją do
szaleństwa. Czuła, że jest bliska paniki, już nawet nie próbując zastanawiać
się nad kolejnymi ruchami i działając w tak niespójny, niemalże
histeryczny sposób, że to wydawało się wręcz nieprawdopodobne.
Złapią ją. Może
nawet już wiedzieli, gdzie była, bo w biegu nie miała okazji rozejrzeć
się, by sprawdzić, gdzie w korytarzu znajdowały się kamery. Nawet gdyby
wiedziała, co by jej to dało? Nie mogła ich zniszczyć ani nawet stać się
niewidzialną, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej żałując, że nie dysponowała
zdolnościami Cammy’ego. Wtedy przynajmniej mogłaby się zatrzymać i choć
chwilę zastanowić, wtopiona w mrok mając większe szanse, by odszukać
wyjście, mamę i Jocelyne.
Słodka
bogini, wszystko było nie tak i…
Zabiją mnie, dotarło do niej i coś
w tej myśli ją poraziło. Jeśli do tej pory była przerażona, w tamtej
chwili zaczynała balansować gdzieś na granicy histerii. Pierwszy, który mnie zobaczy, najpewniej strzeli, a potem…
Nie była
w stanie dokończyć tej myśli. W zasadzie nie musiała, nagle gotowa
przysiąc, że gdzieś w korytarzu słyszy pośpieszne kroki. Człowiek nie miał
żadnych szans, by dogonić istotę nieśmiertelną, ale przecież już za moment
miała natrafić na zamknięte drzwi. To była kwestia sekund, by znalazła się
w ślepym zaułku, mogąc co najwyżej nadsłuchiwać odgłosów pogoni i czekać,
aż któryś z nich ją dopadnie.
Poczuła
pieczenie pod powiekami, ale prawie nie zwróciła na to uwagi. To nie był
najlepszy moment, żeby płakać, zresztą w ten sposób ani trochę nie
polepszyłaby swojej sytuacji. W tamtej chwili skupiała się przede
wszystkim na popychającym ją naprzód strachu, całkowicie ignorując zdrowy
rozsądek i to, co działo się z jej ciałem. Czuła, że wymykało jej się
spod kontroli, ale to działo się jakby poza nią, odległe i pozbawione
jakiegokolwiek znaczenia. To, czy miała jakiekolwiek szanse na ucieczkę,
również zeszło gdzieś na dalszy plan, a jakby tego było mało…
Coraz
szybsze kroki.
Nie była
tutaj sama, a sądząc po tym, co podsuwały jej zmysły, mogła spodziewać się
przynajmniej kilku osób. Niemalże spodziewała się zauważyć zmierzające ku niej
sylwetki, być może nawet nagle pojawiające się tuż przed nią, bo w nerwach
nie potrafiła nawet stwierdzić, skąd nadchodziło potencjalne niebezpieczeństwo.
Wszystko było nie tak, Claire zaś miała wrażenie, że nagle wylądowała w samym
środku piekła.
Gdzieś
przed nią zamajaczyły drzwi. Wiedziała, że prędzej czy później do tego dojdzie,
ale i tak popłakała się na całego, zmuszona wyhamować przed rozsuwanymi
kawałkami metalu. Miejsce na kartę magnetyczną migało łagodnie, rozświetlając
panujący dookoła mrok i wydając się z niej tkwić. Zamarła, trzęsąc
się na całym ciele i nie mogąc zmusić nawet do tego, by przebić się na
drugą stronę.
Koniec. To
była zaledwie kwestia czasu – kilkunastu sekund, zanim pierwsza osoba do niej
dotrze. Pomyślała, że mogła spróbować zastygnąć w bezruchu, by sprawiać
wrażenie jak najmniej niebezpiecznej, ale nie sądziła, żeby to jakkolwiek
pomogło. Nie, skoro zdążyła zaobserwować, że większością uzbrojonych ludzi
w tym miejscu rządził strach, teraz najpewniej spotęgowany przez czyjąś
śmierć. Z ich perspektywy była niczym dzikie zwierzę, które jakimś cudem
wyrwało się z klatki i którego jak najszybciej należało się pozbyć.
Przecież i tak jej nie potrzebowali, skoro wciąż mieli Jocelyne i Laylę.
Poczuła, że
niewiele brakuje, żeby pociemniało jej przed oczami. Przywarła plecami do
zamkniętych drzwi, zaciskając powieki i ledwo łapiąc oddech. Dzwoniło jej
w uszach, chociaż to równie dobrze mogło mieć związek z wciąż
wyjącym, doprowadzającym do szału alarmem. Bała się chociażby rozejrzeć,
przerażona niemniej, co i lata temu, kiedy balansowała na cieniutkim
gzymsie, gdzieś za plecami słysząc łopotanie skrzydeł Miriam. Kolejny raz czuła
się tak, jakby w każdej chwili mogła zostać wytrącona z równowagi
i runąć w przepaść – po prostu zacząć spadać, dokładnie tak jak
wtedy, z tą tylko różnicą, że w pobliżu już nie było Lawrence’a,
który w jakiś cudowny sposób zdołałby ją pochwycić. Nie było nikogo,
a ona pozostawała zdana sama na siebie, świadoma nadciągającej katastrofy.
Nie wyczuła
niczego, co świadczyłoby o tym, że przestała być sama. W efekcie omal
nie wyszła z siebie, kiedy bez jakiegokolwiek ostrzeżenia wokół niej owinęła
się para silnych, ciepłych ramion. W pierwszym odruchu chciała krzyknąć,
kiedy ktoś bezceremonialnie pociągnął ją w bok korytarza, ale powstrzymała
ją dłoń, która bez jakiegokolwiek ostrzeżenia wylądowała na jej ustach.
– Cii… –
szepnął ktoś, a Claire zesztywniała, kiedy ciepły oddechu musnął policzek
i odsłoniętą szyję.
Ktokolwiek
ją trzymał, był tak blisko, że gdyby tylko zechciał, mógłby wgryźć się
w jej gardło. Ta myśl ją poraziła, nic jednak nie mogło się równać
z paniką, którą poczuła, kiedy otoczyła ją… para ciężkich, czarnych
skrzydeł. Dziewczyna dosłownie zesztywniała, czując jak pióra muskają jej
odsłoniętą skórę; wrażenie było takie, jakby w jej ramiona nagle wbiły się
dziesiątki kryształków lodu, tym samym przyprawiając ją o dreszcze.
Czarne
skrzydła kołysały się łagodnie, a może to po prostu ona nie była
w stanie ustać w miejscu. To i tak nie miało znaczenia, bo
liczyło się wyłącznie to, że ramiona nieznajomego owinęły się wokół niej niczym
ciasny kokon, zamykając w zdecydowanym, silnym uścisku.
Jakimś
cudem pogoń zakończyła się z chwilą, w której wpadła wprost
w ramiona demona.
I tak oto wrzucam Wam ostatni rozdział z tych, które napisałam w szpitalu. Od jutra wracam do pisania na bieżąco, ale sądzę, że teraz już nie będę miała z tym problemów. Rozpiera mnie energia i aż nie wiem w co ręce włożyć, żeby ją spożytkować ^^
OdpowiedzUsuńSkoro o tym mowa, w nocy porwałam się na założenie fan page'u, więc jeśli kogoś interesują moje poczynania, progres i wszystko to, co tyczy się mojej twórczości, to zapraszam serdecznie: KLIK.
Nessa.