25 marca 2018

Dwieście osiemdziesiąt dziewięć

Claire
Zamarła, przez krótką chwilę czując się tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił ją czymś ciężkim po głowie. Natychmiast wyprostowała się, po czym dla pewności uniosła ręce, machinalnie odsuwając się od komputera. Oddech z miejsca jej przyśpieszył, chociaż próbowała nad nim zapanować, nie chcąc przypadkiem zrobić czegoś głupiego albo zbyt gwałtownego. Wiedziała, że to mogło skończyć się źle – i to najdelikatniej rzecz ujmując.
Cisza miała w sobie coś przejmującego, zwłaszcza że Claire aż nazbyt wyraźnie czuła, że stojący za nią mężczyzna lustruje ją wzrokiem. To było tak, jakby spodziewał się, że w każdej chwili mogłaby spróbować na niego skoczyć. Kolejny raz miała jak na dłoni dowód na to, że większością osób w tym miejscu kierował strach. W tej chwili to ona była uznawana za zagrożenie, chociaż w rzeczywistości pozostawała równie śmiertelna, co i zwyczajny człowiek, który stanąłby przed perspektywą zostania postrzelonym. Podejrzewała, że dla niektórych ludzi brzmiało to wręcz niedorzecznie – to, że mogłaby się bać albo umrzeć z równą łatwością, co i oni – ale przecież tak właśnie było.
Serce tłukło jej się w piersi jak szalone, aż zaczęła zastanawiać się nad tym, czy trzepocący się narząd przypadkiem nie połamie żeber, by wyrwać się na zewnątrz. Miała ochotę coś powiedzieć, ale zaschło jej w gardle, nie mogła zresztą pozbyć się wrażenia, że w ten sposób jedynie pogorszyłaby sytuację. Za sobą aż nazbyt wyraźnie słyszała równie przyśpieszony, wręcz urywany oddech celującego w nią mężczyzny, co uświadomiło jej, że musiał bać się jej w takim samym stopniu jak ona jego.
– Odwróć się – usłyszała po wydającej się trwać wieczność chwili. Głos mężczyzny wyraźnie drżał, zdradzając równie silny niepokój, co i w przypadku strażnika, który tak gwałtownie zareagował na upadek Jocelyne. – Tylko powoli! – dodał ostrzegawczym tonem.
Z wolna wypuściła powietrze. Czuła się źle z tym, że potencjalne zagrożenie znajdowało się za nią i nie była w stanie w żaden sposób ocenić tego, czego tak naprawdę powinna się spodziewać. Gdyby przynajmniej widziała jego twarz, tym samym mając szansę ocenić, czy nieświadomie nie robiła czegoś, przez co mogłaby sobie zasłużyć na kulkę w plecach…
Poruszyła się bardzo ostrożnie, o wiele wolniej niż człowiek. Nerwowo napinała mięśnie, ledwo powstrzymując się przed nerwowym zaciśnięciem dłoni w pięści. W jednej chwili zrobiło jej się gorąco, zaś swobodne chwytanie powietrza zaczęło jawić się jako prawdziwe wyzwanie. Czuła się tak, jakby się dusiła, a to zdecydowanie nie ułatwiało jej zadania.
– W porządku – odezwała się cicho, starannie dobierając słowa. W końcu miała okazję, by spojrzeć w stronę drzwi, czego prawie natychmiast pożałowała, kiedy dostrzegła wycelowaną w nią broń. W efekcie nie była w stanie ot tak skupić się na strażniku, świadoma tylko i wyłącznie zagrożenia, które stwarzał. – Ja nie…
– Stój tam, gdzie stoisz – usłyszała w odpowiedzi.
Natychmiast zamilkła, dochodząc do wniosku, że jakiekolwiek próby dyskusji są z góry skazane na niepowodzenie. Dobrze, więc milczenie jednak było bezpieczniejszą opcją, nawet jeśli w żaden sposób nie poprawiało sytuacji, w której się znalazła.
Kolejny raz zapanowała cisza. Dzwoniła jej w uszach, stopniowo doprowadzając do szału i sprawiając, że dziewczyna zapragnęła krzyczeć w przypływie frustracji. Simon zaraz wróci, pomyślała w niemalże rozgorączkowany sposób. Wróci i jakoś to naprawi, nawet jeśli będę musiała się przed nim tłumaczyć…
Z dwojga złego wolała już nawet to, chociaż wciąż nie była pewna, czego spodziewać się po tym mężczyźnie. On przynajmniej się nie bał, nie tylko nie nosząc przy sobie broni, ale też w żaden sposób nie próbując jej ograniczać. Co więcej, zdecydowanie nie pozwoliłby jej zabić, a to również o czymś świadczyło. W tamtej chwili czuła się gotowa wręcz modlić o jego szybki powrót, raz po raz uciekając wzrokiem gdzieś w bok, byleby nie patrzeć w wycelowaną w nią lufę.
Stój spokojnie… Po prostu się nie ruszaj, a wtedy wszystko będzie w porządku, nakazała sobie stanowczo, ale trudno było ot tak w to uwierzyć. Co prawda plan wydawał się prosty, a Claire machinalnie dostosowała się do tych myśli, ale…
A potem jej ciałem wstrząsnął gwałtowny dreszcz, kiedy do głosu doszło inne, aż nazbyt znajome uczucie.
Musiała wręcz zmusić się do tego, by dalej tkwić w bezruchu. Ledwo stłumiła jęk, który zaczął cisnąć jej się na usta w chwili, w której do głosu doszedł znajomy niepokój. Mrowienie w prawej ręce było aż nazbyt wyraźne, a przy tym równie uciążliwe, co i w domu Marissy, kiedy to musiała aż skorzystać z pomocy Rufusa, żeby wyjść do łazienki. Teraz znów to czuła, intensywne i łagodnie narastające w jej wnętrzu. Wiedziała, że to kwestia czasu, aż jej dar zacznie być na tyle intensywny, by zacząć dawać jej się we znaki, w miarę jak kumulujący się w jej wnętrzu niepokój zaczynał wyrywać się na zewnątrz. Całe ciało Claire aż rwało się do tego, by jak najszybciej znalazła skrawek wolnej powierzchni, a potem zrobiła użytek z prezentu, który dostała od Lucasa na urodziny.
Nie, nie… Nie teraz. Proszę…
Gdyby to faktycznie tak działało, korzystanie z daru stałoby się o wiele prostsze.
Na krótką chwilę zacisnęła powieki, próbując powstrzymać grymas. Bardziej gwałtownie zassała powietrze, co najwyraźniej nie uszło uwadze strażnika, bo wyraźnie wyczuła, że przesunął się, wciąż z uporem w nią celując. W tamtej chwili Claire była już pewna, że oszaleje i to najpewniej w krótkim czasie. Nie była w stanie skoncentrować się na niczym innym prócz narastającego w jej wnętrzu niepokoju, żałując, że nie mogła tak po prostu przywołać do siebie słów najnowszego wiersza. Słodka bogini, przecież nie musiała tego zapisywać – i to zwłaszcza w takiej sytuacji!
Proszę…
Gdzieś jakby z oddali doszły ją ciche, bez wątpienia zmierzające w stronę jej i strażnika kroki. Właściwie sama nie była pewna, jakim cudem wychwyciła właśnie ten dźwięk, skoro jej uwagę raz po raz rozpraszało mrowienie w ramieniu, ale to nie miało znaczenia. Simon!, pomyślała w pierwszym odruchu ale z jakiegoś powodu czuła, że to nie będzie takie proste. Miała coraz gorsze przeczucia, narastające coraz bardziej i bardziej, i tym samym sprawiając, że zaczęło jej się robić niedobrze.
Coś było nie tak. Nie miała pojęcia co i dlaczego, ale była gotowa przysiąc, że brakowało naprawdę niewiele, by wydarzyło się coś niedobrego.
To wszystko i jej wiersz…
Śmierć żąda zapłaty
Poświęć wszystko, co masz
Albo pochłonie Ją noc
Napięcie ustąpiło równie nagle, co się pojawiło. W jednej chwili po prostu stała, drżąc na całym ciele i czując się tak, jak po bardzo szybkim biegu. Momentalnie zrobiło jej się zimno, zupełnie jakby ktoś wstrzyknął jej do krwiobiegu lodowatą wodę. Nie pierwszy raz musiała walczyć z mętlikiem w głowie, wręcz chwiejąc się na nogach i musząc wkładać całą energię w to, by w ogóle utrzymać się prosto.
Co to znaczyło? Kogo miałaby pochłonąć noc? Była pewna, że chodzi o kobietę, aż nazbyt świadoma, że gdyby jednak zdołała zapisać słowa przepowiedni, wyraźnie zaznaczyłaby to jedno słowo: . To było prawie tak, jak całe lata temu, kiedy całą sobą czuła, że wydarzy się coś niedobrego – i że nieszczęście spotka jej matkę. Do tej pory pamiętała własną panikę na widok trzech zapisanych w pośpiechu linijek – tego, że „Ziemia” miałaby stłamsić „Ogień”. Miotała się wtedy, aż nazbyt świadoma, że coś tak błahego, jak zapis dwóch prostych słów, mogło się okazać kluczowe.
Nie miała pojęcia, co intuicja podpowiadała jej tym razem, ale zdecydowanie nie chodziło o Laylę. To jedno była gotowa wręcz przysiąc i coś w tej świadomości przyniosło Claire przynajmniej częściową ulgę. Wiedziała, że w ten sposób nie rozwiązywała najważniejszego problemu, a tym bardziej niczego nie ułatwiała, ale nie chciała się nad tym zastanawiać. Czasami instynktownie wiedziała, komu jak najszybciej powinna przekazać najnowsze proroctwo, ale w tamtej chwili czuła, że tej osoby i tak nie było w pobliżu. Miała o wiele ważniejszy problem, a skoro tak…
Głośny krzyk wyrwał ją z zamyślenia. Claire zesztywniała, przez krótką chwilę ogarnięta irracjonalnym przekonaniem, że właśnie padł strzał albo że za moment do tego dojdzie. Niemalże wyczekiwała momentu, w którym kula naruszy skórę, niosąc ze sobą oszołomienie, ból i – być może – również śmierć. Dopiero później dotarło do niej, że problem leżał gdzieś indziej, a zrozumiała to dopiero w chwili, w której dotychczas mierzący do niej strażnik nagle upuścił broń, w następnej chwili osuwając się na kolana i chwytając za głowę. Uderzył ją słodki zapach świeżej krwi, zaraz też zrozumiała, że ta z jakiegoś powodu zaczęła sączyć się z jego uszu i nosa. Wkrótce po tym upadł i ostatecznie znieruchomiał, podczas gdy Claire wciąż tkwiła w miejscu, niedowierzając temu, co działo się na jej oczach.
Nie poruszył się więcej.
Oddychała szybko i płytko, właściwie sama niepewna, jakim cudem wciąż była w stanie utrzymać się na nogach. Nie od razu przyjęła do świadomości to, co wydarzyło się chwilę wcześniej, w pierwszym odruchu stanowczo takiej możliwości zaprzeczając. Energicznie potrząsnęła głową, zupełnie jakby w ten sposób mogła odrzucić od siebie najbardziej irracjonalną z myśli. To wszystko po prostu nie miało sensu, zaczynając od tego, że dopiero co celujący w nią z broni, wyglądający na w pełni zdrowego facet, mógłby…
Ups.
Wręcz zmroziło ją, kiedy usłyszała ten cichy szept i śmiech. Zobaczyła Jaquesa, który jak gdyby nigdy nic przystanął w progu laboratorium, jakby od niechcenia obserwując leżące na ziemi ciało. Krew wciąż płynęła, znacząc podłogę i powoli tworząc kałużę wokół głowy martwego mężczyzny.
Telepatia, uświadomiła sobie i serce zatłukło jej w piersi. To musiała być telepatia, ale…
– Takie wypadki się zdarzają – stwierdził niemalże zatroskanym tonem wampir. Rzucił jej bliżej nieokreślone spojrzenie, uśmiechając się pod nosem. – Zwłaszcza jeśli ktoś jest zestresowany… I podświadomie próbuje się bronić.
Coś w jego słowach wzbudziło jej przerażenie, chociaż nie od razu zrozumiała do czego zmierzał ten mężczyzna. Czuła jedynie tłukące się w piersi serce, wciąż uderzające wystarczająco mocno i szybko, by nie mogła się skupić. Wiedziała jedynie, że wydarzyło się coś bardzo złego, a sądząc po zachowaniu tego mężczyzny…
– Nie jestem telepatką – wyszeptała pod wpływem impulsu.
Nagle zrozumiała i to wystarczyło, by poczuła się prawie tak, jakby ktoś zdzielił ją czymś ciężkim po głowie. Jej oczy rozszerzyły się, zresztą jak i uśmiech wciąż nienaturalnie wręcz spokojnego Jaquesa.
– Zupełnie jakby ktokolwiek miał ci uwierzyć, dziecinko.
Spojrzała na niego z niedowierzaniem, wciąż oszołomiona. Panika pojawiła się nagle, chwytając za gardło i na moment pozbawiając Claire oddechu. „Czego ty chcesz?!” – miała ochotę zapytać, ale ostatecznie nie wykrztusiła z siebie nawet słowa, w zamian zdolna co najwyżej do energicznego potrząśnięcia głową. Przecież tak naprawdę wcale nie musiała pytać.
Claire zadrżała, czując narastające z każdą kolejną sekundą przerażenie. Nie miała pojęcia czy po raz kolejny została ofiarą czyjejś zemsty, czy Jaques po prostu wykorzystywał sytuację. To i tak nie miało znaczenia, skoro doskonale rozumiała, co najpewniej próbował zrobić. Mogła to poznać po jego postawie, leniwym uśmiechu i tym, jak ją obserwował. „Zupełnie jakby ktokolwiek miał ci uwierzyć, dziecinko” – tłukło jej się w głowie i to w zupełności wystarczyło, żeby wiedziała.
Jeśli ktoś zobaczyłby ją z ciałem, nie pytaliby. Nie miała pojęcia, kim jest Jaques, ale po rozmowie z Simonem zdążyła wywnioskować, że znajdował się w o niebo lepszej sytuacji od niej czy mamy. Wampir miał tutaj swobodę, chociaż również na jego szyi dostrzegła tę dziwną obręcz. Z jakiegoś powodu nie zaatakował nikogo wcześniej, ale teraz…
Och, miał ją – i zamieszanie, które zamierzał zapewnić jej kosztem.
Przez chwilę jeszcze tkwiła w bezruchu, gorączkowo zastanawiając się nad tym, co powinna powiedzieć. W głowie szukała odpowiednich słów – oskarżenia albo przynajmniej jakiegoś pytania, o ile to zabrzmiałoby sensownie – jednak nic nie przychodziło jej do głowy.
A potem strach ostatecznie wziął górę i zanim zdążyła zastanowić się nad tym, co robi, na drżących nogach dopadła do drzwi, próbując prześlizgnąć się tuż obok wciąż tkwiącego w progu wampira.
– Masz rację – rzucił niemalże pogodnym tonem. Wręcz nie docierało do niej, że ot tak usunął się na bok, wypuszczając ją na korytarz. – Lepiej się pośpiesz, zanim ktoś zauważy.
I bez tych słów czuła się, jakby w każdej chwili mogła zwymiotować. Nie, nie, nie… To przecież nie miało być tak!, pomyślała w niemalże rozgorączkowany sposób, gotowa przysiąc, że właśnie popełniała błąd za błędem. Z drugiej strony, co tak naprawdę mogła zrobić? Jaques rozpoczął coś, co pozbawiło ją wszelakich szans już na starcie, ale i tak spróbowała od tego uciec.
Jej kroki wydawały się nienaturalnie głośne, zwłaszcza w ciemnym, długim korytarzu. Na oślep ruszyła przed siebie, właściwie sama niepewna, gdzie i dlaczego biegła. Nie znała tego miejsca, jego układu, a tym bardziej zdawała sobie sprawę z tego, że za moment i tak utknie w martwym punkcie. Kiedy towarzyszyła Simonowi, zdążyła zaobserwować, że aż nazbyt wiele razy przechodzili przez rozsuwane drzwi, które mężczyzna otwierał przy pomocy karty magnetycznej. Nie miała klucza, w zasadzie nie mając innego wyboru, poza próbą wyważenia każdej przeszkody, która stanęłaby na jej drodze, to jednak wydawało się z góry skazane na niepowodzenie.
Nie miała szans, skoro najpewniej byli na to gotowi. Nie, jeśli uderzając w jakiekolwiek drzwi narobiłaby zamieszania – tym wyraźniejszego, biorąc pod uwagę, że dźwięk dobrze niósł się korytarzem. I w końcu nie, skoro w tym miejscu czuła się jak w pułapce, gotowa przysiąc, że ściany wręcz przesycone były domieszkami srebra, nie wspominając o obecnościach kamer, które…
Dźwięk alarmu sprawił, że z wrażenia omal nie potknęła się o własne nogi. Chyba tylko cudem nie upadła, w zamian przyśpieszając, jakby w nadziei na to, że uda jej się uciec od przejmującego, przyprawiającego o ból głowy wycia. Przez krótką chwilę miała wręcz dziecinną ochotę, żeby zasłonić uszy dłońmi i chociaż w ten sposób odciąć się od narastającego, wzmocnionego przez echo hałasu, który z wolna zaczynał doprowadzać ją do szaleństwa. Czuła, że jest bliska paniki, już nawet nie próbując zastanawiać się nad kolejnymi ruchami i działając w tak niespójny, niemalże histeryczny sposób, że to wydawało się wręcz nieprawdopodobne.
Złapią ją. Może nawet już wiedzieli, gdzie była, bo w biegu nie miała okazji rozejrzeć się, by sprawdzić, gdzie w korytarzu znajdowały się kamery. Nawet gdyby wiedziała, co by jej to dało? Nie mogła ich zniszczyć ani nawet stać się niewidzialną, bardziej niż kiedykolwiek wcześniej żałując, że nie dysponowała zdolnościami Cammy’ego. Wtedy przynajmniej mogłaby się zatrzymać i choć chwilę zastanowić, wtopiona w mrok mając większe szanse, by odszukać wyjście, mamę i Jocelyne.
Słodka bogini, wszystko było nie tak i…
Zabiją mnie, dotarło do niej i coś w tej myśli ją poraziło. Jeśli do tej pory była przerażona, w tamtej chwili zaczynała balansować gdzieś na granicy histerii. Pierwszy, który mnie zobaczy, najpewniej strzeli, a potem…
Nie była w stanie dokończyć tej myśli. W zasadzie nie musiała, nagle gotowa przysiąc, że gdzieś w korytarzu słyszy pośpieszne kroki. Człowiek nie miał żadnych szans, by dogonić istotę nieśmiertelną, ale przecież już za moment miała natrafić na zamknięte drzwi. To była kwestia sekund, by znalazła się w ślepym zaułku, mogąc co najwyżej nadsłuchiwać odgłosów pogoni i czekać, aż któryś z nich ją dopadnie.
Poczuła pieczenie pod powiekami, ale prawie nie zwróciła na to uwagi. To nie był najlepszy moment, żeby płakać, zresztą w ten sposób ani trochę nie polepszyłaby swojej sytuacji. W tamtej chwili skupiała się przede wszystkim na popychającym ją naprzód strachu, całkowicie ignorując zdrowy rozsądek i to, co działo się z jej ciałem. Czuła, że wymykało jej się spod kontroli, ale to działo się jakby poza nią, odległe i pozbawione jakiegokolwiek znaczenia. To, czy miała jakiekolwiek szanse na ucieczkę, również zeszło gdzieś na dalszy plan, a jakby tego było mało…
Coraz szybsze kroki.
Nie była tutaj sama, a sądząc po tym, co podsuwały jej zmysły, mogła spodziewać się przynajmniej kilku osób. Niemalże spodziewała się zauważyć zmierzające ku niej sylwetki, być może nawet nagle pojawiające się tuż przed nią, bo w nerwach nie potrafiła nawet stwierdzić, skąd nadchodziło potencjalne niebezpieczeństwo. Wszystko było nie tak, Claire zaś miała wrażenie, że nagle wylądowała w samym środku piekła.
Gdzieś przed nią zamajaczyły drzwi. Wiedziała, że prędzej czy później do tego dojdzie, ale i tak popłakała się na całego, zmuszona wyhamować przed rozsuwanymi kawałkami metalu. Miejsce na kartę magnetyczną migało łagodnie, rozświetlając panujący dookoła mrok i wydając się z niej tkwić. Zamarła, trzęsąc się na całym ciele i nie mogąc zmusić nawet do tego, by przebić się na drugą stronę.
Koniec. To była zaledwie kwestia czasu – kilkunastu sekund, zanim pierwsza osoba do niej dotrze. Pomyślała, że mogła spróbować zastygnąć w bezruchu, by sprawiać wrażenie jak najmniej niebezpiecznej, ale nie sądziła, żeby to jakkolwiek pomogło. Nie, skoro zdążyła zaobserwować, że większością uzbrojonych ludzi w tym miejscu rządził strach, teraz najpewniej spotęgowany przez czyjąś śmierć. Z ich perspektywy była niczym dzikie zwierzę, które jakimś cudem wyrwało się z klatki i którego jak najszybciej należało się pozbyć. Przecież i tak jej nie potrzebowali, skoro wciąż mieli Jocelyne i Laylę.
Poczuła, że niewiele brakuje, żeby pociemniało jej przed oczami. Przywarła plecami do zamkniętych drzwi, zaciskając powieki i ledwo łapiąc oddech. Dzwoniło jej w uszach, chociaż to równie dobrze mogło mieć związek z wciąż wyjącym, doprowadzającym do szału alarmem. Bała się chociażby rozejrzeć, przerażona niemniej, co i lata temu, kiedy balansowała na cieniutkim gzymsie, gdzieś za plecami słysząc łopotanie skrzydeł Miriam. Kolejny raz czuła się tak, jakby w każdej chwili mogła zostać wytrącona z równowagi i runąć w przepaść – po prostu zacząć spadać, dokładnie tak jak wtedy, z tą tylko różnicą, że w pobliżu już nie było Lawrence’a, który w jakiś cudowny sposób zdołałby ją pochwycić. Nie było nikogo, a ona pozostawała zdana sama na siebie, świadoma nadciągającej katastrofy.
Nie wyczuła niczego, co świadczyłoby o tym, że przestała być sama. W efekcie omal nie wyszła z siebie, kiedy bez jakiegokolwiek ostrzeżenia wokół niej owinęła się para silnych, ciepłych ramion. W pierwszym odruchu chciała krzyknąć, kiedy ktoś bezceremonialnie pociągnął ją w bok korytarza, ale powstrzymała ją dłoń, która bez jakiegokolwiek ostrzeżenia wylądowała na jej ustach.
– Cii… – szepnął ktoś, a Claire zesztywniała, kiedy ciepły oddechu musnął policzek i odsłoniętą szyję.
Ktokolwiek ją trzymał, był tak blisko, że gdyby tylko zechciał, mógłby wgryźć się w jej gardło. Ta myśl ją poraziła, nic jednak nie mogło się równać z paniką, którą poczuła, kiedy otoczyła ją… para ciężkich, czarnych skrzydeł. Dziewczyna dosłownie zesztywniała, czując jak pióra muskają jej odsłoniętą skórę; wrażenie było takie, jakby w jej ramiona nagle wbiły się dziesiątki kryształków lodu, tym samym przyprawiając ją o dreszcze.
Czarne skrzydła kołysały się łagodnie, a może to po prostu ona nie była w stanie ustać w miejscu. To i tak nie miało znaczenia, bo liczyło się wyłącznie to, że ramiona nieznajomego owinęły się wokół niej niczym ciasny kokon, zamykając w zdecydowanym, silnym uścisku.
Jakimś cudem pogoń zakończyła się z chwilą, w której wpadła wprost w ramiona demona.

1 komentarz:

  1. I tak oto wrzucam Wam ostatni rozdział z tych, które napisałam w szpitalu. Od jutra wracam do pisania na bieżąco, ale sądzę, że teraz już nie będę miała z tym problemów. Rozpiera mnie energia i aż nie wiem w co ręce włożyć, żeby ją spożytkować ^^
    Skoro o tym mowa, w nocy porwałam się na założenie fan page'u, więc jeśli kogoś interesują moje poczynania, progres i wszystko to, co tyczy się mojej twórczości, to zapraszam serdecznie: KLIK.

    Nessa.

    OdpowiedzUsuń









After We Fall
stories by Nessa