15.08.2016

Dwieście siedemdziesiąt cztery

Jocelyne
Już w chwili, w której z paniką w oczach spojrzała na Julie, wiedziała, że to nie skończy się dobrze. W milczeniu wpatrywała się z kobietą, rozdarta pomiędzy pragnieniem, żeby skłamać albo powiedzieć prawdę – tak po prostu, jak gdyby nigdy nic oznajmiając, że właśnie dyskutowała z duchem, o czym wszyscy zresztą powinni doskonale wiedzieć, skoro w tajnych, nieoficjalnych dokumentach spekulowali na temat jej ewentualnych zdolnościach. Zmęczenie dawało się dziewczynie we znaki, sprawiając, że naprawdę miała ochotę zrobić coś głupiego i ostatecznie poznać prawdę. Chciała tu i teraz zacząć wypytywać się o ośrodek, siebie samą i wszystko to, co zdążyła zaobserwować, chociaż nie powinna – niezależnie od tego, czy w ten sposób dodatkowo wpakowałaby się w kłopoty.
Nie zrobiła tego, choć podjęcie decyzji przyszło jej z trudem. Ostatecznie postawiła na ciszę, nawet pomimo świadomości, że w ten sposób jedynie pogarsza sytuację, być może nawet bardziej ją komplikując. Z drugiej strony, skoro już wmawiali jej, że była chora, równie dobrze mogła zachowywać się tak, jakby w istocie prawda prezentowała się w ten sposób. Jeśli miała być ze sobą szczera, po wszystkim tym, co powiedziała Rosa, zaczynała coraz bardziej niecierpliwie podchodzić do kwestii poznania kolejnych faktów, tym samym bagatelizując niebezpieczeństwo. Wiedziała, że to nie jest dobrze i że w ten sposób mogła co najwyżej wpakować się w kłopoty, ale co innego miałaby zrobić?
– Jocelyne… – Julie najwyraźniej miała problem z tym, by znosić przeciągające się milczenie. Podeszła bliżej, jednak bez zamykania drzwi od pokoju, co Licavoli z jakiegoś powodu przyjęła z ulgą. Dzięki temu nie czuła się tak, jakby nagle znalazła się w potrzasku, chociaż to nadal wszystkiego nie rozwiązywało. – Słyszałaś, o co cię zapytałam?
– Oczywiście, że tak – odpowiedziała machinalnie.
Julie lekko zmarszczyła brwi. Wzrok utkwiła w pół-wampirzycy, tym samym sprawiając, że ta zaczęła czuć się coraz bardziej nieswojo.
– Więc dlaczego mi nie odpowiedziałaś? – odezwała się ponownie kobieta, decydując się poprowadzić spokojną, względnie nic nieznaczącą rozmowę.
– Ponieważ nie wiem, o co ci chodzi – powiedziała w końcu Jocelyne.
To nie były słowa, które nade wszystko pragnęła wypowiedzieć, ale doszła do wniosku, że niepotrzebne narażanie się na niebezpieczeństwo to bardzo zły pomysł. Już i tak miała do siebie pretensje o kilka nieświadomie podjętych decyzji, począwszy od tej, która sprawiła, że Dallas i Shannon dowiedzieli się o świecie nieśmiertelnych. Musiała być ostrożniejsza, tym bardziej, że poznanie tajemnic ośrodka nie było warte tego, żeby narazić wszystkich wokół na niebezpieczeństwo.
Wiedziała, że Julie nie będzie zachwycona takimi wyjaśnieniami, ale nie dbała o to. Obojętnie wpatrywała się w kobietę, po cichu licząc na to, że ta zrezygnuje z jakichkolwiek dalszych pytań i po prostu wyjdzie. Dyskretnie próbowała rozejrzeć się po pokoju, wypatrując Rosy, jednak wszystko wskazywało na to, że ta zniknęła na dobre, przynajmniej tymczasowo. Poczuła silne rozczarowanie na myśl o tym, że mogłoby do tego dojść, a ona po raz kolejny została sama, ale ostatecznie zmusiła się do tego, żeby się nad tym nie zastawiać. Rosa już i tak jej pomogła, więc przynajmniej tymczasowo ta długa rozmowa musiała wystarczyć.
– Dobrze się czujesz? – odezwała się Julie, tym samym sprowadzając dziewczynę na ziemię. Nie tego spytania się spodziewała, chociaż zarazem nie potrafiła określić, czy w ogóle miała jakiekolwiek wyobrażenie niechcianej wymiany zdań.
– Jak najbardziej. – Spróbowała wysilić się na blady uśmiech. – Czy coś się stało? Która godzina? – zapytała wprost, próbując zmienić temat.
Kobieta zacisnęła usta.
– Jest przed piątą – oznajmiła; jej ton jednoznacznie sugerował, że nie zamierzała wnikać w szczegóły tego, dlaczego mogłaby wystawać pod czyimikolwiek drzwiami. – Usłyszałam, że nie śpisz… I mogłabym przysiąc, że do kogoś mówiła.
– Dopiero co się obudziłam – skłamała, próbując wypaść jak najbardziej przekonywująco. Wysiliła się na uśmiech, choć szczerze wątpiła w to, żeby wyszedł aż tak wiarygodnie, jak mogłaby tego oczekiwać. – Kto wie, może mówiłam przez sen? Podobno mojej babci się to zdarzało – dodała z miną niewiniątka.
No cóż, jeśli dobrze się nad tym zastanowić, to nawet nie było kłamstwo. Z tego, co wiedziała, Bella jeszcze będąc człowiekiem dość często i dużo odzywała się podczas snu, ku wyraźnej uciesze czuwającego nad nią Edwarda. Gdyby Julie znała te fakty, może nawet uwierzyłaby w takie rozwiązanie, jednak obserwując wyraz twarzy kobiety w tamtej chwili, Jocelyne nie miała wątpliwości co do tego, że ta jej nie wierzyła.
Znów zapanowała cisza, tym razem jeszcze bardziej napięta i trudna do zniesienia. Po prostu wyjdź, pomyślała w panice Joce, żałując, że nie miała w sobie dość odwagi i samozaparcia, by spróbować narzucić pracownicy swoją wolę. Siedziała, wpatrywała się bezmyślnie w kobietę i podświadomie czuła, że będzie miała kłopoty, chociaż w tamtej chwili wciąż nie potrafiła sprecyzować tego, czego tak naprawdę powinna się spodziewać.
Tym większym zaskoczeniem było dla niej to, że Julie ostatecznie z wolna skinęła głową – tylko nieznacznie, bez wyraźnego przekonania. W milczeniu powiodła wzrokiem dookoła, jakby spodziewała się, że potencjalny rozmówca Jocelyne chował się gdzieś w kącie albo pod łóżkiem. Tak czy inaczej, jakichkolwiek wniosków by nie wyciągnęła, najwyraźniej nie była w stanie czegokolwiek się przyczepić; kiedy w końcu się odezwała, jej głos wciąż brzmiał spokojnie, a twarz nie wyrażała niczego, prócz troski.
– Niech będzie i tak, skoro jesteś pewna, że wszystko w porządku – powiedziała cicho. – Nie będę cię niepokoić, niemniej gdyby coś się działo… Masz może problemy ze snem?
– Absolutnie żadnych.
Miała nadzieję, że w chwili, w której wypowiadała te dwa słowa, jej twarz nie zdradzała zażenowania albo strachu. Cóż, trudno byłoby, by nie zaczęła myśleć o tym, jak raz po raz wymykała się z Dallasem nie tylko z pokoju, ale i poza ośrodek… Nie wspominając o momentach, w których chłopak nocował w tej samej sypialni. Tak czy inaczej, istniało dość sytuacji, w których kwestia problemów ze snem faktycznie mogłaby okazać się dyskusyjna.
Julie nie pytała o nic więcej, w końcu decydując się opuści pokój. Pomimo braku komentarza i pozornej niewinności sytuacji, Jocelyne już w tamtej chwili wyczuła, że coś jest nie tak – i że kobieta nie próbowała wypytywać jej bez jakiegoś konkretnego powodu. Podstawowe pytanie wciąż jednak brzmiało: co w ten sposób próbowała osiągnąć.
– Rosa? – wyszeptała po kilku minutach, kiedy nabrała pewności, że Julie nie wróci; chcąc upewnić się, czy dziewczyna wciąż była gdzieś w pobliżu i przypadkiem nie obserwowała z ukrycia.
Nie otrzymała odpowiedzi.

Nie była zaskoczona tym, że na dobry początek dnia okazało się, że Ron tak nagle chce ją widzieć. Wiedziała, że poranna sytuacja nie była aż tak niepozorna, jak mogłaby sobie tego życzyć, dlatego jakakolwiek reakcja ze strony prowadzących Projektu Beta nie wydała jej się dziwna. Coś było na rzeczy i chociaż początkowo uznała perspektywę wizyty w znajomym już gabinecie za niepokojącą, ostatecznie doszła do wniosku, że jest bardziej podekscytowana niż zaniepokojona.
Jeśli miała być ze sobą szczera, w niektórych momentach nie poznawała samej siebie, zwłaszcza jeśli chodziło o kwestię wykorzystywania nowoodkrytych zdolności. Wciąż nie oswoiła się z perspektywą bycia nekromantką, ale zmęczenie i rozmowa z Rosą sprawiły, że czuła się zaskakująco wręcz pewnie. Przecież i tak niczego nie zmienię, myślała raz po raz i było w tym coś pocieszającego, chociaż sama nie miała pewności co takiego. Jedynym, co wydawało jej się dość oczywiste, było to, że powinna czuć swego rodzaju dumę w związku z tym, że Selene jakkolwiek ją wyróżniła, tak jak zresztą Beau czy Claire. Była Licavoli, a to, że w znacznym stopniu przejawiała ludzką naturę, wcale jeszcze nie znaczyło, że była pod jakimkolwiek względem gorsza…
A przynajmniej chciała w to wierzyć, chociaż to wciąż nie było proste.
Julie pojawiła się ponownie jeszcze przed śniadaniem, nie dając Jocelyne okazji na dotarcie do stołówki. Być może naprawdę zaczynała być przewrażliwiona, ale odebrała to jako próbę niedopuszczenia do tego, żeby mogła spotkać się z Dallasem albo kimkolwiek innym. Z jakiegoś powodu perspektywa spotkania z Ronem w sytuacji, w której nikt nie miałby pojęcia gdzie i dlaczego idzie, ale usiłowała o tym nie myśleć. Musiała być po prostu czujna, to wszystko; była nieśmiertelna, więc ze strony ludzi nie groziło jej nic, nawet pomimo tego, że sama była do nich pod jakimkolwiek względem podobna.
Mimo wszystko musiała się powstrzymywać przed próbą wykorzystania telepatii, zbytnio obawiając się tego, jak mógłby zareagować Dallas. Problemem nie było to, że mógłby ot tak usłyszeć głosy w głowie – z jakiegoś powodu była pewna, że uznałby to za niezwykle fascynujące – ale to, jak impulsywny w swoich działaniach zwykle bywał. Jak go znała, pewnie próbowałby zrobić coś wyjątkowo nieprzemyślanego, a na to zdecydowanie nie mogła pozwolić. Któreś z nich musiało przejawiać oznaki zdrowego rozsądku, a skoro on w ostatnim czasie się do tego nie palił, obowiązek najwyraźniej spadał na nią.
Pokój nie zmienił się od dnia, w którym widziała go po raz ostatni. W milczeniu powiodła wzrokiem po gabinecie, po raz drugi mając okazję oglądać go w świetle dnia. Próbowała zachowywać się naturalnie, ale to okazało się trudne, skoro już od progu zaczęła być świadoma tego, że ktoś przypatruje jej się z uwagą, najpewniej oceniając każdy gest czy ruch, który wykonała. Unikała spoglądania na Rona, udając zafascynowaną znajomymi już półkami z książkami, chociaż na dłuższą metę takie rozwiązanie wydawało się pozbawione sensu. On wie, że tutaj byłam… Może niekoniecznie z Dallasem, ale jednak, naszła ją irracjonalna myśl i pomimo usilnych starań nie była w stanie jej od siebie odsunąć. Wciąż pamiętała panikę, której doznała, kiedy z chłopakiem kuliła się pod tym wielkim biurkiem, to wspomnienie zaś stopniowo zaczynało doprowadzać ją do szału, wzbudzając emocje, których zdecydowanie nie chciała czuć.
– Dzień dobry, Jocelyne.
Nawet nie drgnęła, słysząc ten fałszywie uprzejmy, spokojny głos. W Ronie od samego początku było coś, przez co nie potrafiła zapałać do niego sympatią, dotychczas nie widząc ani jednego powodu, by przynajmniej próbować tego dokonać. Uprzedzenia nigdy nie były dobre, jednak w tym przypadku wolała zakładać, że jej reakcje tak naprawdę sprowadzały się tylko i wyłącznie do instynktu samozachowawczego – ten z kolei kazał ej za wszelką cenę zachować ostrożność.
– Dzień dobry – odpowiedziała z opóźnieniem, choć szczerze wątpiła w to, by najbliższe godziny faktycznie miały przynieść ze sobą cokolwiek dobrego.
Mężczyzna siedział dokładnie w tym samym miejscu, co ostatnio, zajmując fotel za biurkiem. Ze swojego siedziska miał idealny wgląd i na nią, co samo w sobie wydało jej się dość wygodne, chociaż niepokojące. Nie śpieszyła się z tym, żeby zmierzyć Rona wzrokiem, kolejny raz dochodząc do wniosku, że wyglądał niepokojąco. Wciąż prezentował się dość dobrze jak na swój wiek, ciemnowłosy i poważny, chociaż podejrzewała, że próbował kreować się na kogoś wystarczająco łagodnego, by wzbudzić w rozmówcy zaufanie. No cóż, dość marnie jej to szło, o czym przekonała się już pierwszego dnia w ośrodku, doświadczając emocji całkowicie odmiennych od tych, które wzbudzał w niej chociażby Castiel.
Nie miała pewności, ale to chyba było w jego spojrzeniu: w tych stalowoszarych, przenikających na wskroś tęczówkach, w które zdecydowanie wolała nie patrzeć.
Oczy są zwierciadłem duszy…
– Jakaś ty spięta. – Ron zdecydował się przerwać panującą ciszę, próbując zainicjować jakąkolwiek rozmowę. Jedynie wzruszyła ramionami, bynajmniej nie paląc się do tego, żeby podejść bliżej. – Siadaj, Joce… Porozmawiamy sobie chwileczkę.
Nerwowo zacisnęła usta, by powstrzymać się przed komentarzem na temat tego, że jakoś przez cały jej pobyt w tym miejscu nieszczególnie palił się do tego, żeby bawić się w prowadzenie terapii. Nie chciała zaczynać tego tematu, nagle uświadamiając sobie, że jest w ośrodku wystarczająco długo, by zacząć odliczać dni do końca pobytu. Czy możliwym było to, żeby chodziło właśnie o tę kwestię? Nie miała pewności, ale próbowała myśleć skupić się na pozytywach. Być może Julie wcale nie…
W milczeniu zajęła miejsce przed biurkiem. Tym razem blat wyglądał na starannie uprzątnięty, bez chociażby jednej samotnej kartki na której mogłaby zawiesić oko. Nie miała pewności czy to przypadek, czy może Ron jednak zauważył, że ostatnim razem udało jej się zajrzeć do któregokolwiek z dokumentów, ale z jakiegoś powodu poczuła się jeszcze bardziej nieswojo.
– Chciałabyś może coś do picia? – zasugerował Ron, nie dając za wygraną.
Chcąc nie chcąc spojrzała mu w oczy, zdecydowanie nie to spodziewając się usłyszeć. Jego propozycja ją zaskoczyła, jednocześnie podsycając niepokój, zwłaszcza gdy przypomniała sobie ostrzeżenie Jeremiego. Nie miała pewności, komu i czy w ogóle może ufać, ale…
– Hm… Nie trzeba – zapewniła.
Ron rzucił jej bliżej nieodgadnione spojrzenie. Wyczuła, że taka reakcja nie przypadła mu do gustu, o czym zresztą miała okazję przekonać się już chwilę później:
– Jesteś pewna? Mam dobrą ziołową herbatę – powiedział, a ona ledwo powstrzymała prychnięcie. A ja ciotki, które znają się na roślinach. Już ja wiem, co ty za ziółka mi tu wciskasz!, przeszło jej przez myśl, ale nawet słowem tego nie skomentowała. Chciała unikać konieczności prowadzenia jakiejkolwiek rozmowy tak długo, jak tylko miało być to możliwe. – Julie zaraz ci przyniesie.
– Mówiłam już, że…
Zignorował ją, nie dając innego wyboru, jak po prostu zamilknąć. Po co pytał, skoro i tak nie zamierzał pozwolić mi decydować?, pomyślała i coś przewróciło jej się w żołądku. Nie wyobrażała sobie, żeby tak po prostu zamierzał ją otruć, ale lepiej było dmuchać na zimne, zwłaszcza w tak dziwnej sytuacji.
– Lepiej przejdźmy do rzeczy – podjął ze spokojem Ron, po raz kolejny oszałamiając ją przenikliwością swojego spojrzenia. – Wiesz może, dlaczego tutaj jesteś? – zapytał wprost.
– W ośrodku czy u ciebie w gabinecie? – rzuciła z powątpiewaniem, poniekąd dla zyskania na czasie.
Ron parsknął śmiechem.
– W zasadzie te dwie kwestie się łączą, nieprawdaż? – zauważył ze spokojem. – Ale na razie pomówmy o ośrodku – dodał, a ona ledwo powstrzymała sfrustrowany jęk. Dokąd prowadziła rozmowa o oczywistościach?
– Ponieważ Castiel powiedział, że mogłabym… zrozumieć tutaj kilka spraw – przyznała, ostrożnie dobierając słowa.
Mimo wszystko poczuła się jeszcze bardziej niespokojna, aż nazbyt świadoma tego, co mogłoby spowodować chociaż jedno nieopatrznie wypowiedziane słowo. Potrzebowała czasu na zebranie myśli i ułożenie wszystkiego w logiczną całość, a to mogło okazać się problematyczne. Nigdy wcześniej nie musiała aż tyle kłamać, pomijając te momenty w szkole, kiedy zmuszona była grać uczennicę taką, jak wszystkie wokół. To wszystko wydawało się zbyt skomplikowane, zaś Jocelyne z miejsca poczuła się co najmniej osaczona.
– I zrozumiałaś je? – drążył dalej Ron, wciąż uważnie jej się przypatrując.
Czuła, że miał jakiś cel, ale w żaden sposób nie potrafiła stwierdzić, czego tak naprawdę powinna się spodziewać. W głowie miała pustkę, a kolejne pytania mężczyzny sprawiały, że czuła się tak, jakby nagle znalazła się pod ścianą. Nie mogła i nie zamierzała wyjawić prawdy, ale z drugiej strony…
– Naprawdę musimy o tym rozmawiać? – zniecierpliwiła się, powoli tracąc cierpliwość. – To chyba moja sprawa, prawda? Byłam tutaj przez tyle czasu i nikt nie próbował mi pomóc. Niedługo wychodzę, więc… – zaczęła, po czym urwała, widząc jego minę. – Co? – wyrzuciła z siebie na wydechu, już nawet nie próbując być uprzejmą.
Ron westchnął, po czym z wolna nachylając się w jej stronę. Poraził ją jakże poważny wyraz jego twarzy oraz to, że tym razem to on mógłby zwlekać z podejmowaniem jakichkolwiek działać. Milczał, być może zamierzając odegrać się za to, że wcześniej sama zachowała się względem niego w dokładnie w ten sam sposób, ale starała się o tym nie myśleć. W zamian po prostu siedziała, uważnie przypatrując mu się, kiedy ułożył brodę na splecionych ze sobą dłoniach, dzięki czemu jego wzrok znalazł się na wysokości jej własnych oczu.
– Właśnie o tym musimy porozmawiać – oznajmił ze spokojem. – Zaczynam dochodzić do wniosku, że miesiąc to zdecydowanie za krótko.
W gruncie rzeczy spodziewała się, że może to usłyszeć. Wiedziała o tym już od pierwszej chwili, w której przekroczyła bramę ośrodka, ale i tak poczuła się oszołomiona.
Och, nie, takie rozwiązanie zdecydowanie nie wchodził w grę.
– Nie ma mowy – oznajmiła nieznoszącym sprzeciwu głosem.
W odpowiedzi na jej słowa, Ron jedynie troskliwie się uśmiechnął.
– Nie jesteś pełnoletnia, kochanie – oznajmił, a ona poczuła, że ma ochotę mu przyłożyć. Nie chodziło już nawet o to, że mógłby traktować ją jak dziecko, bo do tego zdążyła się przyzwyczaić. Problem leżał w tym jego zachowaniu i… Kochanie?! – Poza tym mam pewne podejrzenia, a póki ich nie potwierdzę, wcale nie będę mógł ci pomóc. Twoi rodzice to rozumieją… Już z nimi rozmawiałem i w zasadzie dali mi wolną rękę.
Chociaż w tamtej chwili dosłownie się w niej zagotowało, nie skomentowała jego słów nawet słowem. Kłamca, pomyślała, w przeciwieństwie do Dallasa aż nazbyt świadoma tego, że nikt nie porzuciłby jej w takim miejscu. Co więcej, w każdej chwili mogła porozmawiać z mamą, chociaż o tym zdecydowanie nie zamierzała mu powiedzieć; zaczynała błogosławić fakt, że jednak nie afiszowała się z komórką, tym samym zapewniając sobie rozwiązanie awaryjne, z którego najpewniej miała być zmuszona skorzystać. Od początku wiedziała, że wystarczy jedno słowo, żeby ktokolwiek przyjechał po nią do ośrodka, więc teraz pozostało jej z tego skorzystać – o ile tylko miał nadejść odpowiedni moment, bo nie mogła tak po prostu zapomnieć o Shannon i Dallasie.
Mimowolnie pomyślała o tym, że być może ten drugi mylił się, twierdząc, że nikt się nim nie interesuje. Co prawda był pełnoletni, ale jeśli Ron kręcił w ten sam sposób każdemu, kogo planował zatrzymać w tym miejscu…
– Gdzie w takim razie byliście przez miniony miesiąc, skoro teraz decydujecie o tym, że mam zostać? – zapytała wprost. Próbowała brzmieć na względnie spokojną, ale coraz bardziej zaczynała się denerwować. – Jak na razie nie dowiedziałam się niczego ponad to, co sama wiedziałam przed przyjazdem. Nikt mnie nie badał, a ostatnie dni wyglądały jak jakiś akademik, a nie ośrodek, który ma na celu komukolwiek pomóc – wyrzuciła z siebie na wydechu.
Ron nawet nie drgnął, spokojnie ją obserwując. Chociaż nie krzyczała, poczuła się trochę tak, jak nieposłuszne dziecko, które bezskutecznie próbowało zwrócić na siebie uwagę swojego opiekuna. To było frustrujące, poza tym nie tłumaczyło zamiarów mężczyzny względem niej lub kogokolwiek uczestniczącego z Projekcie Beta. Sama myśl o tym sprawiła, że odczuwany przez nią niepokój jedynie przybrał na intensywności, przez co panowanie nad sobą zaczęło przychodzić jej z coraz większym tonem.
– Czy już się uspokoiłaś? – zapytał ze spokojem, wciąż uważnie ją obserwując.
W tamtej chwili naprawdę miała ochotę wybuchnąć histerycznym śmiechem. Pytał ją o to poważnie?
– Jestem spokojna – zaoponowała, chociaż wątpiła w to, żeby jakiekolwiek jej słowa czy wyjaśnienia go interesowały. Po uśmiechu, który jej posłał, naprawdę zaczynała dochodzić do wniosku, że cała ta rozmowa była wyłącznie formalnością, prowadząc donikąd.
– W takim razie pomówmy o czymś innym – zaproponował ze spokojem, zachowując się tak, jakby nic szczególnego nie miało miejsca. – Chociażby o tobie… Skoro ustaliliśmy już kwestię tego, dlaczego znalazłaś się w ośrodku, to teraz odpowiedz mi na drugie pytanie: czy zdajesz sobie sprawę z tego, z jakiego powodu poprosiłem cię dzisiaj do mojego gabinetu?
Wypuściła powietrze, po czym z uporem pokręciła głową. Czuła, że właśnie zapowiadała się wyjątkowo męcząca godzina.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa