28.07.2016

Dwieście sześćdziesiąt

Elena
– Elena, do cholery!
Wyprostowała się niczym struna, po czym z irytacją spojrzała na siedzącego u jej boku Lawrence’a. Jakby miała zliczyć, ile razy słyszała to jedno zdanie w ciągu minionej godziny, pewnie już dawno straciłaby rachubę. Fakt, że wampir raz po raz okazywał frustrację, upominając ją tak, jakby była nieporadnym dzieckiem, również nie poprawiał jej nastroju. W gruncie rzeczy miała ochotę wyskoczyć z samochodu, bezceremonialnie zatrzasnąć drzwiczki (i to najlepiej w taki sposób, by się wygięły, chociaż podejrzewała, że za to akurat by ją zabił; kiedy w grę wchodziły samochody, mężczyźni bywali gorsi niż małolaty), a potem wrócić do domu – ot tak dla przykładu, chociaż nie sądziła, żeby jakiekolwiek zachowanie zrobiło na wampirze szczególne wrażenie.
Nerwowo zacisnęła dłonie na kierownicy, próbując zapanować nad sobą na tyle, by przypadkiem jej nie wyrwać. Usiłowała zebrać myśli i przypomnieć sobie wszystko, czego zdążyła dowiedzieć się podczas kilku lekcji z Edwardem oraz tego, co przed wyjazdem powiedział jej Lawrence, ale to nie było takie proste, kiedy ktoś ciągle patrzył jej na ręce. Sama nie miała pewności jakim cudem udało jej się przekonać wampira do tego, żeby w ogóle wpuścił ją do lexusa, a co dopiero pozwolił poprowadzić, ale to nie miało najmniejszego znaczenia. Potrzebowała odskoczni, a perspektywa nauki jazdy mogła okazać się idealną okazją, ale… zdecydowanie nie w sytuacji, kiedy miało się obok przewrażliwionego na punkcie samochodu faceta.
Świetnie się zapowiada, pomyślała, ledwo powstrzymując się przed wywróceniem oczami. Podejrzewała, że zaskoczenie, które odczuwał L. od chwili, w której zdecydowała się zadzwonić i poprosić o spotkanie, miało wkrótce ustąpić miejsca irytacji na tyle dłużej, by pokusił się o wysłanie jej do diabła. Jasne, była trudna – nie musiał jej tego mówić – ale prawda była taka, że oboje tacy byli i chyba właśnie na tym polegał problem. Ona i jej dziadek byli osobami, które przy odrobinie szczęścia mogły znaleźć się na dobrej drodze do tego, żeby się pozabijać, co zresztą zaczęło jawić jej się jako coraz bardziej prawdopodobne.
– Przecież uważam – wycedziła przez zaciśnięte zęby.
Gdyby wzrok mógł zabijać, Lawrence najpewniej w tamtej chwili odkryłby w sobie kolejny dar. Ona z kolei już dawno padłaby trupem.
Cudownie.
– Gdybyś była ostrożna, nie miałbym żadnych uwag – zniecierpliwił się, a Elena prychnęła. Żartował sobie z niej?
– Miałeś uwagi na chwilę przed tym, jak w ogóle wsiadłam do samochodu – odparowała, nie kryjąc zniecierpliwienia.
– Oczywiście, że tak – rzucił takim tonem, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. – Lepiej dmuchać na zimne… Zwłaszcza, gdy za kierownicę wpuszcza się małolatę bez prawa jazdy.
W tamtej chwili zapragnęła roześmiać się w co najmniej histeryczny sposób. W całej tej sytuacji, to właśnie to było jego największym problemem? Mogła się założyć, że nawet gdyby miała odpowiednie dokumenty i cały zestaw certyfikatów, poświadczając, że jeździ lepiej niż niejeden zawodowiec, Lawrence i tak miałby jakieś wątpliwości.
Nie kłóć się z nim, tylko skup się na drodze… Nie chcesz wracać do domu, prawda?
Cóż, tak było w istocie, chociaż przez większość czasu starała się o tym nie myśleć. Co prawda atmosfera w jej rodzinnej rezydencji nie była aż taka zła, jednak nawet tam trudno jej było nie zastanawiać się nad tym, co spotkało się Liz. Nie była pewna, ile czasu tak naprawdę siedziała przy przyjaciółce, zanim doszła do wniosku, że tak naprawdę wcale nie jej potrzebowała Elizabeth. W gruncie rzeczy to Damien robił o wiele więcej, aniżeli Elena by mogła, chociaż trudno było jej stwierdzić czy to dobrze, czy może wręcz przeciwnie. Wiedziała jedynie, że najrozsądniej będzie dać Uzdrowicielowi działać – i ewentualnie zabić go, gdyby jednak coś spieprzył.
Mimo wszystko sądziła, że jak na siebie, zachowywała się względem Damiena w wyjątkowo litościwy sposób.
Inną kwestię stanowiła nieobecność Rafaela i możliwości, które w związku z tym miała. Mogła siedzieć w domu, co bynajmniej nie poprawiało jej nastroju. Problem polegał na tym, że gdyby przynajmniej spróbowała się gdzieś ruszyć, to najpewniej wiązałoby się z obecnością Miriam, a na to psychicznie nie czuła się gotowa. Nie chodziło już nawet o to, że demonica mogłaby być wyjątkowo irytująca – to akurat było do zniesienia, tym bardziej, że sama Cullenówna nie zachowywała się w lepszy sposób. Chodziło tylko i wyłącznie o to, że Mira przypominała o braku informacji na temat jej brata, a to stanowiło co najmniej wrażliwy, bolesny temat, którego Elena wolała unikać tak długo, jak tylko będzie to możliwe.
W tym miejscu wracała do opcji numer trzy, a więc propozycji Lawrence’a. Skoro już musiała wybierać, wolała znosić jego uwagi, złośliwości i wszystko to, co wiązało się z perspektywą wspólnego spędzania czasu, przy okazji stanowiąc idealną odskocznię – a więc coś, czego naprawdę potrzebowała. Fakt, że L. nie zadawał zbędnych pytań, przynajmniej na razie, również wiele ułatwiał, nawet jeśli ceną było regularne podnoszenie jej ciśnienia.
– Na litość bogini, nie szarp tą kierownicą. Prowadzisz samochód, nie ciągnik! – usłyszała, ledwo tylko skręciła w kolejną uliczkę i aż się w niej zagotowało.
– A skąd ty wiesz, jak prowadzi się ciągnik, do jasnej cholery?!
Ręce jej zadrżały, co uznała za zły znak, zwłaszcza, że do tej pory miała wrażenie, że radziła sobie całkiem nieźle. Mimo wszystko L. był mniej nerwowy i przewrażliwiony od Edwarda, który stresował ją do tego stopnia, że niczym dziwnym wydawało jej się to, że ostatecznie pomyliła wsteczny z biegiem. Co prawda wampirowi nie dało się tego wytłumaczyć, bo uszkodzone auto wciąż pozostawało uszkodzonym autem, ale mimo wszystko…
– Zważaj trochę na słowa, jasne, moja panno? – Lawrence wywrócił oczami. – I patrz na drogę. Skręć w lewo, jeśli łaska – dodał takim tonem, że przez moment miała ochotę go udusić.
Unikając spoglądała w jego stronę, z premedytacją uniknęła dostosowania się do tego, co mówił. W zamian przyśpieszyła, chociaż prędkość, którą dotychczas pozwoliła sobie rozwinąć, zdecydowanie nawet w połowie nie wykorzystywała możliwości, które dawał samochód. Nie chodziło już nawet o to, że wampir mógłby jej nie ufać, ale o to, że sama nie była pewna na ile bezpiecznie może sobie pozwolić, niemniej w sytuacji, w której L. próbował traktować ją w ten sposób…
Cóż, w najgorszym wypadku jednak miał ją zabić.
– W lewo – przypomniał jej.
Prychnęła, po czym najbardziej dramatycznym tonem, na jaki było ją stać, zadała jedno, proste pytanie:
– W które?!
Zobaczyć wyraz jego twarzy był wart wszystkiego, łącznie ze zrobieniem z siebie kompletnej idiotki. Widziała konsternację, która odmalowała się w rubinowych tęczówkach wampira – całą mieszankę emocji, począwszy od niedowierzania, przez irytację i rozdrażnienie. Otworzył usta, najpewniej po to, żeby raz jeszcze na nią warknąć, ale nie dała mu po temu okazji, w zamian stanowczo zawracając samochód. Skręciła gwałtownie, tak, że ten aż zatrząsnął się niebezpiecznie, kiedy nagle znaleźli się na nierównym terenie. Podejrzewała, że Lawrence w tamtej chwili musiał zacząć żałować również tego, że zdecydował się jeździć z nią po obrzeżach, by zmniejszyć ryzyko wpadnięcia na kogokolwiek przy dużym ruchu.
Raz jeszcze szarpnęła kierownicą, by w końcu bezceremonialnie wcisnąć hamulec – może trochę zbyt gwałtownie, o czym przekonała się, kiedy bezceremonialnie poleciała do przodu, a pas bezpieczeństwa w nieprzyjemny sposób wpił jej się w pierś. Skrzywiła się, nagle pozbawiona tchu, jednak nie dała niczego o po sobie poznać, w zamian jak gdyby nigdy nic prostując się na swoim miejscu. Żebra łagodnie pulsowały bólem, jednak i to była w stanie zignorować, w zamian zachowując się tak, jakby nic szczególnego nie miało miejsca.
Poczuła na sobie przenikliwe, gniewne spojrzenie towarzyszącego jej wampira. Zaraz po tym Lawrence się przesunął, tylko i wyłącznie po to, by niemalże agresywnym ruchem wyszarpnąć kluczyki ze stacyjki.
– Wysiadaj – warknął i coś w jego tonie sprawiło, że jednak nie wytrzymała napięcia.
Zaczęła się śmiać, jeszcze zanim nieco drżącymi dłońmi udało jej się uporać z drzwiczkami po swojej stronie i wydostać na zewnątrz. Nie była na tyle zdesperowana, by ostatecznie wytrącić L. z równowagi, dlatego zamknęła je ostrożnie, zamiast po prostu je zatrzasnąć, ale podejrzewała, że jej towarzyszowi w tamtej chwili nie czyniło to żadnej różnicy. Był zły, co poniekąd stanowiło jej cel już od pierwszej chwili, w której zaczął drażnić ją swoimi ciągłymi uwagami.
– Och, daj spokój – westchnęła i znowu parsknęła śmiechem. – O bogini, udało mi się ciebie przestraszyć, prawda? – dodała i znowu zaczęła niekontrolowanie chichotać.
Lawrence podejrzliwie zmrużył oczy.
– Zrobiłaś to specjalnie, tak? – zapytał i chociaż teoretycznie powinien był odczuwać z tego powodu ulgę, wszystko wydawało się raczej sugerować, że miał ochotę kogoś zabić.
– Ależ skąd! – prychnęła Elena. – Mam problemy z rozróżnianiem stron… Wiesz co, dziękuję pięknie za taką wiarę we mnie!
– Szczerze powiedziawszy, w twoim przypadku nic by mnie nie zdziwiło – stwierdził z powagą, przelotnie spoglądając na jej jasne włosy.
Nerwowo zacisnęła dłonie w pięści.
– Dziękuję bardzo! Przypomnę tylko, po kim mam geny! – obruszyła się, jednak jej frustracja jedynie poprawiła nastrój Lawrence’a, bo ten uśmiechnął się złośliwie.
– O ile dobrze mi wiadomo, ty jedyna masz problem z prowadzeniem auta – stwierdził niemalże pogodnym tonem.
Otworzyła i prawie natychmiast zamknęła usta, w głowie niemalże w paniczny sposób szukając jakiejś wyjątkowo złośliwej odpowiedzi. Nie miała po temu okazji, bo nagle panującą ciszę przerwał trzepot skrzydeł, a potem charakterystyczny dźwięk, który z jakiegoś powodu w tamtej chwili skojarzył jej się z szyderczym śmiechem.
Kraaa…
Poderwała głowę, by móc spojrzeć na siedzącego na gałęzi jednego z najbliższych drzew kruka. Ptak łypał na nią jednym okiem, wesoło machając skrzydłami i sprawiając wrażenie wielce zadowolonego z życia.
Gratulacje, właśnie zostałaś ptasim psychologiem. Wiesz już, kiedy jest zadowolony, pomyślała z przekąsem.
– Osz ty, cholero! – rzuciła na głos. – A ja próbowałam cię bronić i liczyłam na przynajmniej odrobinę solidarności, no! Tak się nie robi, Raven!
– Raven…?
Spojrzała na L. w sposób sugerujący, że za moment zabije kogoś w afekcie.
– Tak, nazwałam kruka krukiem! Nie wolno?! – Wyrzuciła obie ręce ku górze w poddańczym geście. – Wszyscy faceci są beznadziejni!
Mruczała gniewnie coś jeszcze, nie dbając o to, że najpewniej jedynie się pogrąża. Lawrence nie odezwał się więcej nawet słowem, najwyraźniej dochodząc do wniosku, że to nie ma najmniejszego sensu. Chcąc nie chcąc musiała przyznać mu rację, tym bardziej, że sama nie była pewna, co drażniło ją bardziej – jego słowa czy może perspektywa wyśmiania przez kruka, który…
Och, tak. Naturalnie musiał przypomnieć jej o Rafaelu.
Wypuściła powietrze ze świstem, żeby nad sobą zapanować. Nie wiedziała, czy podczas nieobecności demona kruk pamiętał o tym, że powinien jej pilnować, ale jego obecność wydała jej się dość jednoznaczna. Uznała, że to dobry znak, tym bardziej, że – chociaż nie potrafiła sobie tego wyobrazić – podejrzewała, iż w przypadku, gdyby Rafaelowi coś się stało, Raven najpewniej byłby w stanie to wyczuć… I ona sama również.
W milczeniu powiodła wzrokiem dookoła, ostatecznie koncentrując spojrzenie na L. Wampir obserwował ją z uwagą, wydając się nad czymś intensywnie myśleć, ale ostatecznie nie odezwał się nawet słowem. Nawet jeśli miał jakieś uwagi, najwyraźniej postanowił zachować je dla siebie.
– Mogę dzisiaj zostać na noc? – zapytała cicho, nawet nie zastanawiając się nad tym, co i dlaczego mówi.
– Dzisiaj? – powtórzył z powątpiewaniem Lawrence.
Elena zacisnęła usta.
– Powiedziałeś, że lepiej bym spędzała czas z tobą niż z Miriam – przypomniała o wiele chłodniej niż chciała.
– Brzmi jak ja – przyznał, po czym wydał z siebie przeciągłe westchnienie. – Po prostu mogłaś mnie uprzedzić wcześniej. Miałem w planach wyjść zapolować, ale…
– Nie mam pięciu lat – przypomniała mu zniecierpliwionym tonem. – Potrzebuję… odrobiny spokoju – dodał, a L. wymownie uniósł brwi ku górze, najwyraźniej w to powątpiewając.
Miała wrażenie, że minęła cała wieczność, zanim wampir zdecydował się z wolna skinąć głową. Wciąż przypatrywał jej się w bliżej nieokreślony, na swój sposób zatroskany sposób, chociaż naturalnie tego nie skomentował. Uznała to za coś w zupełności naturalnego, zresztą jak i to, że sama zdecydowała się darować sobie jakiekolwiek podziękowania.
Westchnęła, po czym bez słowa ruszyła w stronę samochodu. Wymownie zerknęła na drzwi od strony kierowcy, zanim na powrót przeniosła wzrok na Lawrence’a.
– Już nie dasz mi poprowadzić, prawda? – zapytała jakby od niechcenia, a wampir parsknął pozbawionym wesołości śmiechem.
– Nie ma mowy.
Jedynie wywróciła oczami.
– Świetnie. Mogłam się tego spodziewać. – Chcąc nie chcąc okrążyła auto, by znaleźć się po stronie pasażera. – Teraz to ja będę ci patrzeć na ręce.
W jakiś pokrętny sposób to, że Lawrence ostatecznie zdecydował się ją wyśmiać, wydało jej się najpewniej naturalne.

Poczuła się dziwnie, kiedy sama została w apartamentowcu. Nocą wszystko wydawało się inne i chociaż była już w tym olbrzymim mieszkaniu po zachodzie słońca, czym innym było siedzieć tam w stresie i towarzystwie kuzynostwa, a czym innym zostać samą, dodatkowo zamkniętą na klucz. Nie miała pojęcia, co takiego myślał sobie Lawrence, kiedy potraktował ją niemalże tak, jakby była dzieckiem, które dla bezpieczeństwa trzeba było chronić przed nim samym, ale wolała się nad tym nie zastanawiać. Nie dziwiło jej zresztą to, że wampir mógłby postępować w ten sposób, zwłaszcza po tym, co powiedziała mu na temat Isobel i wyroku, który ta na nią wydała. Co prawda zamknięte drzwi i zamek nie miały niczego zmienić, ale… taka troska wydała jej się całkiem urocza.
Nie miała co ze sobą zrobić, początkowo bez większego celu krążąc po pogrążonych w ciszy i ciemnościach pokojach. Nie widziała powodu, dla którego miałaby zapalać światło, w mroku czując się równie dobrze, a może nawet lepiej, aniżeli w jasności. Nie miała pewności, kiedy to tak naprawdę się zaczęło, ale podejrzewała, że to kolejna anomalia w związku z piciem wyjątkowej krwi Rafaela. Przez dłuższy czas nawet stała przed lustrem w łazience, przypatrując się swojemu odbiciu i nie po raz pierwszy próbując ocenić swój wygląd. Widziała zmiany w kolorze swoich włosów – tę nietypową, srebrzystą poświatę, chociaż ta nie była aż tak intensywna jak jeszcze dzień czy dwa wcześniej. W gruncie rzeczy odkąd nie było Rady, wydawała się wracać do normy, ale… co tak naprawdę było teraz dla niej normalne?
Coś ścisnęło ją w gardle, więc pośpiesznie zmieniła tok rozumowania na inny. Właściwie sama nie była pewna, dlaczego poprosiła Lawrence’a o to, żeby pozwolił jej u siebie zostać, ale to wydało jej się najmniej istotne. Potrzebowała samotności, a przynajmniej tak jej się wydawało, kiedy byli w lesie. W domu zdecydowanie nie miała jej doznać, aż nazbyt świadoma tego, że tuż obok, nawet w oddzielnych pokojach, znajdowało się przynajmniej kilka innych wampirów. Czasami marzyła o tym, żeby tak po prostu móc porozmawiać z mamą albo Rosalie, którą nie tak dawno temu traktowała jak powiernicę i wsparcie. W przypadku tej drugiej zmieniło się wszystko, a kłamstwa jedynie dodatkowo odsuwały Elenę od rodziny, co wydało jej się raniące nawet pomimo tego, że wiedziała, iż postępuje słusznie.
Po raz kolejny musiała kręcić, tym razem na temat tego, że zamierza spędzić noc w domu Gabriela i Renesmee, siedząc przy Elizabeth. Chyba naprawdę powinna była to zrobić, ale nie wyobrażała sobie tego, czując się prawie jak piąte koło u wozu. Liz miała Damiena, a zwłaszcza teraz Elena zdawała sobie sprawę z tego, jak wielkim wsparciem potrafił być kochany mężczyzna – i to pomimo tego, że sama jak na ironię nie miała przy sobie nikogo.
Chyba nigdy dotąd nie czuła się aż do tego stopnia samotna, nie będąc w stanie marzyć już o niczym innym, prócz tego, żeby puścić w niepamięć wszelakie przykre słowa i znowu znaleźć się w silnych, ciepłych ramionach. Mogła sobie nawet darować zabicie Rafaela za to, że tak po prostu poleciał do Volterry, by spotkać się z istotą, która z równym powodzeniem mogła go zabić w przypływie frustracji, tylko dlatego, że odpowiednio nie wykonał powierzonego mu zadania. Gdyby do tego wszystkiego wydało się to, że królową zdradził, pozwalając Elenie żyć i tym samym przeciwstawiając się swojej pani…
Nie, zdecydowanie nie chciała o tym myśleć.
Wróciła do sypialni, starannie zamykając za sobą drzwi, chociaż to i tak nie miało sensu. Ciężko opadła na łóżko, korzystając z tego, że jak zwykle sprawiało wrażenie praktycznie nieużywanego, co zresztą wcale jej nie dziwiło. Wampiry nie sypiały, ale ona – jako ktoś, kto po części pozostawał człowiekiem – swobodnie mogła wykorzystać pełen potencjał dużego, wygodnego materaca. Problem polegał na to, że nawet pomimo późnej pory, odczuwanego zmęczenia i wręcz idealnych warunków do tego, żeby spróbować odpocząć, nie wyobrażała sobie tego, że mogłaby tak po prostu zdołać zasnąć.
Zacisnęła powieki, naiwnie licząc na jakiś cud i to, że jednak uda jej się zapaść w sen. Być może nawet była tego bliska, popadając w stan, który swobodnie można było określić mianem swego rodzaju pogranicza – sytuacji, w której wciąż była świadoma tego, co działo się wokół niej, ale zarazem nie widziała powodu, dla którego miałaby się poruszyć albo otworzyć oczy. Tak było jej dobrze, a Elena czuła się trochę tak, jakby uniosła się w powietrzu – swobodnie dryfowała w ciemnościach, jakby oderwana od rzeczywistości i pozbawiona jakiejkolwiek kontroli nad tym, co przez cały ten czas działo się wokół niej. To było przyjemne, ale z drugiej strony…
Właśnie wtedy panującą dookoła ciszę przerwał przenikliwy dźwięk komórki, świadczący o otrzymaniu nowego SMS-a.
Początkowo nie zareagowała, gotowa prędzej cisnąć telefonem przez pokój, aniżeli zmusić się do otwarcia oczu i zrobienia czegokolwiek innego. Nie chciała wstawać, zbyt rozleniwiona, by choć próbować przeczytać wiadomość. Właściwie sama nie była pewna, co takiego tknęło ją do tego, żeby w ostatniej chwili zmienić zdanie i – mając ochotę przy tym wyklinać na czym świat stoi – sięgnąć po położony na stoliku nocnym telefon. Nie miała pewności, kto i dlaczego mógłby od niej chcieć akurat o tej porze, ale jeśli to było coś ważnego…
Zmrużyła oczy, kiedy ekranik zabłysł jasnym światłem, na dłuższą chwilę ją oślepiając. Pośpiesznie odsunęła komórkę na długość wyciągniętej ręki, chcąc chociaż trochę ograniczyć niedogodności i czekając aż jej oczy przywykną do nowej sytuacji. Zamrugała energicznie, coraz bardziej sfrustrowana, tym bardziej, że prawe udało jej się zasnąć. Przez myśl przeszło jej, że jeśli nagle okaże się, że to głupi żart Aldero albo cokolwiek mało istotnego, wtedy naprawdę będzie musiała kogoś zabić. Z kolei jeśli to L. sprawdzał, czy wciąż była żywa albo przynajmniej nie rozniosła mu połowy apartamentowca, tym bardziej zamierzała urządzić mu małe piekło.
Minęła dłuższa chwila, zanim uprzytomniła sobie, że żadna z tych sytuacji nie wchodziła w grę – przynajmniej nie tym razem.
Wręcz przeciwnie – to było istotne, a przynajmniej ona czuła się gotowa zrobić wszystko dla osoby, która tak nagle postanowiła się odezwać. Wszędzie rozpoznałaby numer na wyświetlaczu, nie wspominając już o tym, że kiedy odebrała wiadomość i zobaczyła dwa, proste słowa na które składała się wiadomość, serce omal nie wyskoczyło jej z piersi. Czuła się tak, jakby ktoś porządnie uderzył ją w głowę, wytrącając przy tym z równowagi w sposób, którego zdecydowanie się nie spodziewała.
Tego, że na wstępie mógłby zapytać o coś pozornie tak mało istotnego, tym bardziej.

Gdzie jesteś?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa