27.07.2016

Dwieście pięćdziesiąt dziewięć

Jocelyne
Wybiegła na ulicę, zatrzymując się gwałtownie tylko i wyłącznie przez ostry dźwięk klaksonu oraz konieczność natychmiastowego odskoczenia w tył. Rozpędzony samochód przemknął tuż przed nią, mijając oszołomioną Jocelyne zaledwie o kilka centymetrów. Znowu usłyszała klakson, kiedy kierowca „pozdrowił” ją w wyczuwalnie zagniewany sposób. Z wrażenia byłaby upadła, gdyby nie para silnych ramion, które pochwyciły ją w pasie i zdecydowanie podciągnęły w tył.
– Oszalałaś?! – jęknął wyraźnie przerażony Dallas. Powiedzieć, że po prostu się wystraszył, byłoby kłamstwem. – Joce, co ty…?
Nie dała mu dokończyć, nagle wybuchając niepohamowanym, rozdzierającym płaczem. Zaraz po tym odwróciła się i po prostu wpadła mu w ramiona, tym samym zmuszając go do tego, by w najzupełniej machinalny sposób przygarnąć ją do siebie. Wyczuła, że zesztywniał, na dłuższą chwilę zamierzając w bezruchu i po prostu tuląc ją do siebie, kiedy zaczęła szlochać.
Nie miała pewności jak długo to trwało, a tym bardziej ile czasu minęło, zanim zapanowała nad sobą na tyle, by spróbować się od niego odsunąć i unieść głowę. Stali na chodniku, wtuleni w siebie nawzajem, trochę jak para kochanków w tych wszystkich filmach romantycznych, chociaż ona zdecydowanie nie czuła się jak bohaterka jakiejkolwiek miłosnej historii. Wręcz przeciwnie – miała się raczej za idiotkę, która była na dobrej drodze do tego, żeby wszystko definitywnie popsuć.
Chociaż próbowała, nie mogła znaleźć w sobie dość odwagi, by spróbować unieść głowę i spojrzeć Dallasowi w oczy. To on sam musiał ją do tego zmusić, bez słowa ostrzeżenia ujmując Joce pod brodę. Poddała mu się, chociaż miała ochotę uciec wzrokiem gdzieś w bok – cokolwiek, byleby uciec z zasięgu tych lśniących, intensywnie zielonych oczu.
– Co się tam stało? – zapytał wprost, a ona jęknęła, przez dłuższą chwilę niezdolna do wykrztuszenia z siebie chociaż słowa.
– Widziałam… – zaczęła drżącym głosem. Zaraz po tym urwała i energicznie potrząsnęła głową, próbując doprowadzić się do porządku. Zaraz po tym coś w niej pękło i już nie była w stanie powstrzymać się przed mówieniem: – Widziałam kogoś… A ona po prostu do mnie podeszła i… i wcale nie zachowywała się dziwnie… – Więcej łez popłynęło po jej policzkach, zwłaszcza kiedy przypomniała sobie reakcję dzieciaków w barze. – Nie wiedziałam… I nie wiem, dlaczego mi to zrobiło. Pozwoliła, żeby się śmiali…
Dallas drgnął, po czym mocniej przygarnął ją do siebie.
– Ktoś się z ciebie śmiał? – zapytał gniewnie, napinając mięśnie. Przywarła do niego mocniej, nie chcąc ryzykować, że pod wpływem impulsu spróbuje zawrócić do baru i zrobić coś wybitnie głupiego. – Joce…
– W ich oczach byłam wariatką – stwierdziła zgodnie z prawdą. Dopiero w chwili wypowiadania tych słów uprzytomniła sobie, że były prawdziwe. – Każdy by tak zareagował i… Będą się ze mnie śmiali. Będą, bo to, co robię, nie jest normalne.
Nie chciała pozwolić sobie na to, żeby znowu się przy nim rozpłakać, ale to okazało się o wiele silniejsze od niej. Łzy z uporem płynęły, utrudniając jej zarówno zobaczenie czegokolwiek, jak i właściwe zapanowanie nad własnym ciałem. Bez słowa wtuliła się w Dallasa, dosłanie tak jak na początku, zachowując się przy tym tak, jakby jego obecność i bliskość stanowiły najnormalniejszą rzecz na świecie. Trzymał ją i to wydawało się dobre, nawet pomimo tego, jak traktował ją przez ostatnie godziny.
Próbowała zebrać myśli i podjąć jakąkolwiek sensowną decyzję, ale to okazało się trudne. Pomyślała, że chyba powinna go przeprosić albo… powiedzieć cokolwiek, co pozwoliłoby jej jakkolwiek się wytłumaczyć, ale to okazało się równie trudne, co i próba zapanowania nad płaczem. Była zbytnio oszołomiona, by jakkolwiek protestować w momencie, w którym Dallas nagle się poruszył, żeby jak gdyby nigdy nic przenieść obie dłonie na jej policzki. Zaraz po tym bardzo ostrożnie uniósł jej głowę w taki sposób, by musiała spojrzeć mu w oczy, a potem…
Tym razem pocałunek okazał się o wiele mniej gwałtowny niż ostatnim razem, kiedy zrobił to po to, żeby odwrócić uwagę Julie. Sam gest ją oszołomił, ale nie w sposób, który byłby jakkolwiek negatywny – wręcz przeciwnie. Zastygła w bezruchu, w oszołomieniu wpatrując się w chłopaka i bezskutecznie próbując zrozumieć to, co właśnie działo się pomiędzy nimi. Byli blisko, nie po raz pierwszy zresztą, ale tym razem to nie wzbudzało w niej żadnych wątpliwości. Czuła bijące od jego ciała ciepło, mieszające się z jej własnym, co okazało się aż nadto przyjemne. Wciąż odczuwała smutek, ale ten zszedł gdzieś na dalszy plan, wyparty przez całą mieszankę uczuć, których nie rozumiała i które dotychczas były jej obce.
Gdyby wszystko odbyło się tak, jak być powinno, właśnie tak wyglądałby ich pierwszy pocałunek. Chciała, żeby tak się stało, chociaż nawet nie miała pewności, jak powinna się zachować. W efekcie stała przez kilka sekund, tkwiąc bezruchu jak ten słup soli, aż do momentu, w którym Dallas nie spróbował się odsunąć, najwyraźniej dochodząc do wniosku, że zbytnio się pośpieszył albo zrobić coś nie tak. To ją zmotywowało, sprawiając, że bez chwili dalszego wahania zarzuciła mu obie ręce na szyję i przywarłszy do niego całym ciałem, spróbowała odwzajemnić pieszczotę. Zaskoczyła go, ale nie na długo, bo prawie natychmiast otoczył ją ramionami, pozwalając na to, by znalazła się jeszcze bliżej. Czuła, że starał się zachowywać w jak najbardziej delikatny sposób, czekając aż znajdzie odpowiedni rytm i zrozumie, co takiego działo się pomiędzy nimi, choć to akurat okazało się o wiele trudniejsze, aniżeli mogłaby przypuszczać.
– Ja… – wyrwało jej się, kiedy chcąc nie chcąc zmusiła się do tego, żeby się odsunąć i na powrót na niego spojrzeć.
To było dziwne, zresztą jak i cała ta sytuacja. Stali naprzeciwko siebie – wysoki chłopak i drobna dziewczyna – tak po prostu tkwiąc na chodniku i dopiero co jak gdyby nigdy nic się całując. Sytuacja sama w sobie wydała jej się czymś niemalże szalonym, co skutecznie przyprawiło ją o zawroty głowy, tym bardziej, że sama nie miała pewności, co takiego powinna o całym tym szaleństwie myśleć. Jakby tego było mało, przez moment naprawdę poczuła się dobrze – nie jak ktoś, kto mógłby widzieć duchy i słyszeć głosy w głowie, ale jak normalna dziewczyna, która dobrze wiedziała, czego tak naprawdę chcę.
– Rozumiem – zapewnił ją z bladym uśmiechem Dallas, zachowując się tak, jakby cały wcześniejszy chłód i to, w jakich nastrojach pokonywali drogę z ośrodka nie miało znaczenia.
Mimowolnie pomyślała o tym, że wcale nie musiał rozumieć, skoro nawet ona sama w pełni nie pojmowała tego, co robiła i co działo się wokół niej, ale doszła do wniosku, że to najmniej istotna kwestia. Nie chciała dyskutować, kłócić się albo nad czymkolwiek zastanawiać. Zależało jej na tym, żeby czuć się dobrze, chociaż przez chwile, dokładnie tak jak w tamtym momencie – nic innego nie miało znaczenia.
Dallas odsunął się, ku jej niezadowoleniu decydując się na to, żeby wypuścić ją z objęć. Poczuła się co najmniej niezręcznie, kiedy poprawił jej kurtkę, chociaż gest sam w sobie wydał jej się wyjątkowo… miły. Uświadomiła sobie, że już od dłuższego czasu niekontrolowanie drżała, mając problem z zapanowaniem nad odruchami i własnym ciałem, chociaż od jakiegoś czasu przychodziło jej to o wiele łatwiej. Co więcej, coś w bliskości Dallasa sprawiało, że zaczynało być jej cieplej, chociaż temperatura na zewnątrz zdecydowanie temu nie sprzyjała.
– Wróćmy już do ośrodka, okej? – zaproponował cicho chłopak. – O ile nie mam się tam zawrócić i…
– Obejdzie się – zapewniła pośpiesznie.
Cholera, co takiego faceci mieli z tym wyrywaniem się do bójki? Wystarczyło, że potrafiła sobie wyobrazić, jak jej ojciec albo brat zachowaliby się w podobnej sytuacji. Nie zamierzała czekać na to, aż to Dallas popędzi do grupki obcych dzieciaków, by przyłożyć im za to, że mogliby naśmiewać się z dziewczyny, która „rozmawiała ze sobą”.
W tamtej chwili przypomniała sobie o Carol, ale nie skomentowała tego nawet słowem, póki wraz z Dallasem nie znaleźli się poza zabudowanymi częściami miasta. Nie miała pewności, która jest godzina, ale czuła się wyczerpana – i to zarówno pod względem fizycznym, jak i psychicznym. Senność narastała, ale nie aż do tego stopnia, by zaczęła mieć problemy z wykorzystywaniem wyostrzonych zmysłów albo swobodnym przemieszczaniem się naprzód. Tym razem przychodziło jej to dużo łatwiej, tym bardziej, że Dallas trzymał ją za ręce, chociaż może lepszym określeniem byłoby to, że to ona ściskała jego dłoń, by powstrzymać go przed robieniem głupstw i…
Tak, jasne. Wierzysz w to?
Niemalże jęknęła, po czym stanowczo kazała jej się swojej podświadomości zamknąć. Nie potrafiła jednoznacznie stwierdzić, co takiego czuła, ale bez wątpienia była o wiele bezpieczniejsza niż do tej pory. Obecność chłopaka wpływała na nią kojąco, zaś atmosfera pomiędzy nimi wydała jej się o wiele bardziej znośna niż wcześniej. To był inny rodzaj milczenia, który z miejsca przypadł jej do gustu, choć zarazem dręczyła mu ta część wydarzeń, której jeszcze nie zdążyła mu powiedzieć.
– Musimy porozmawiać z Jeremim – oznajmiła tak cicho, że ledwo była w stanie siebie zrozumieć, ale najwyraźniej Dallas zdołał zorientować się, co takiego miała na myśli.
– Z Jeremim? – powtórzył.
Ich głosy zabrzmiały dziwnie w panującej ciszy, zwłaszcza po dłuższym czasie trwania w milczeniu. Chyba powinno było ją to niepokoić, ale to był inny rodzaj nieodzywania się do siebie, aniżeli ten, którego doświadczało się tuż po kłótni. Ten nowy wydawał jej się po prostu właściwy, a to chyba o czymś świadczyło, nawet jeśli wciąż nie potrafiła należycie odnieść się do rozmowy, tej bliskości i pocałunku.
Dobra bogini, zdecydowanie potrzebowała kobiecej porady. Może nie Eleny, ale na pewno mamy, siostry albo… kogokolwiek, kto byłby w stanie ją zrozumieć.
– W tym barze… – Urwała, po czym skrzywiła się mimowolnie. Wspomnienia były zbyt świeże, by mogła tak po prostu wyrzucić je z pamięci i udawać, że wszystko było w całkowitym porządku. – Widziałam kogoś.
– To już wiem – przypomniał jej zniecierpliwionym tonem. Zaraz po tym uświadomił sobie, że musiało to zabrzmieć źle, bo prawie natychmiast spuścił z tonu: – Wspominałaś, że to przez ducha te problemy.
– Tak… Przez dziewczynę – potwierdziła. – Przyszła do mnie, bo chciała rozmawiać o Jeremim… Jego siostra, Carol.
Dallas zawahał się, po czym wymownie uniósł brwi ku górze.
– Jeremi ma siostrę?
– Chyba raczej miał – poprawiła machinalnie. Przeszedł ją nieprzyjemny dreszcz, na samo wspomnienie ramki z czarną wstążeczką. Z jakiegoś powodu to wstrząsało nią w o wiele bardziej znaczący sposób, aniżeli sam fakt tego, że mogłaby spotkać martwą Carol, co chyba dowodziło temu, że coś było z nią zdecydowanie nie tak. – Wiem, że jego siostra umarła, chociaż nie chciał mi o tym za dużo mówić… Nic dziwnego. Ale skoro teraz przychodzi do mnie i już drugi raz szepce o bracie…
– Ej, ej… Jaki drugi raz? – przerwał jej Dallas. – Coś mnie ominęło?
Jocelyne westchnęła cicho, uświadamiając sobie, że w istocie zbytnio się zapędziła. Wzruszyła ramionami, po czym zdecydowała się przejść do wyjaśnień, po cicho licząc na to, że jednak nie uzna jej za wariatkę.
– Wydaje mi się, że to Carol próbowała się ze mną porozumieć rano, kiedy Shannon farbowała mi włosy – przyznała, ostrożnie dobierając słowa. – Prosi mnie, żebym miała oko na Jeremiego. Sama jest martwa, a Vickie…
– W skrócie: co tutaj się do cholery dzieje? – podsunął jej usłużnie Dallas i chcąc nie chcąc przyznała, że tym jednym pytaniem ujmował całą sprawę w niepokojąco trafny sposób.
Jedynie potrząsnęła głową, nagle znowu zaczynając się niepokoić. Czuła irytujące pulsowanie w skroniach, co najpewniej miało związek z tym, że dopiero co wypłakiwała sobie oczy. Prawda była taka, że zaczynała odczuwać coraz większe zniechęcenie, nie wspominając o tym, że cały miniony dzień jawił jej się jako jedno wielkie wariactwo. Jak inaczej miała ująć to, że po przefarbowaniu włosów, sytuacji z radiem, ucieczce (chwilowej, ale jednak) z ośrodka oraz kłótni z Dallasem, ostatecznie po raz kolejny zobaczyła ducha, całowała się w tak poważny sposób, a ostatecznie rozważała to, co takiego nie grało jej w tym cholernym Projekcie Beta?
Dallas nie skomentował tego nawet słowem, przez dłuższą chwilę trwając w milczeniu, co po chwili wahania uznała na najlepsze z możliwych. Wkrótce po tym konieczność rozmowy zeszła na dalszy plan, kiedy tuż przed nimi wyrosła znajoma brama. Joce wzdrygnęła się, spoglądając na teren ośrodka w nieco nieprzytomny sposób, tym bardziej, że wcześniej nie zdawała sobie sprawy z tego, że znajdowali się tak blisko. Jakby tego było mało, nagle poczuła się dziwnie, a włoski na ramionach i karku momentalnie stanęły jej dęba, co jednoznacznie uprzytomniło jej, że Dallas jeszcze nie zdążył poradzić sobie z napięciem.
Co tutaj się dzieje?, pomyślała po raz wtóry. Cały ten system bezpieczeństwa, zdolny najpewniej zabić każdego, kto bezmyślnie spróbowałby przyjść, wydał jej się co najmniej niedorzeczny.
– Dobre pytanie – mruknął Dallas i uprzytomniła sobie, że bezwiednie musiała wypowiedzieć swoje myśli również na głos.
Nie dodał niczego więcej, w zamian zdecydowanym krokiem podchodząc bliżej. Dziwne uczucie, mające związek z obecnością wysokiego napięcia elektrycznego, momentalnie zniknęło, co chłopak skwitował bladym, nieco cynicznym uśmieszkiem. Tym razem Jocelyne nie potrzebowała zachęty do tego, żeby skorzystać z jego pomocy przy wspinaniu się na ogrodzenie. Tak jak wcześniej wyciągnęła do niego rękę, by móc umożliwić mu względnie swobodny sposób dostać się wyżej, po czym przeskoczyła na drugą stronę.
Mniej więcej wtedy popełniła błąd, zbyt pewnie próbując wylądować na ziemi, co zwłaszcza w przypadku kogoś, kto miał problemy z koordynacją ruchową, nie miało prawa skończyć się dobrze.
Właściwie nie była pewna, dlaczego upadła, nagle jak długa lądując na ziemi. Wiedziała jedynie, że w pewnym momencie nogi po prostu odmówiły jej posłuszeństwa; dopiero później do jej świadomości dotarł pulsujący, tępy ból w kostce – aż nazbyt znajomy, bo już nie potrafiła zliczyć, jak wiele razy w przeszłości zdarzało jej się źle stanąć, potknąć się albo w jakikolwiek inny sposób uszkodzić. Syknęła, po czym pospiesznie usiadła, w pierwszym odruchu zamierzając się podnieść, ale w ostatniej chwili się przed tym powstrzymała, tym bardziej, kiedy doszła ją cała wiązanka przekleństw ze strony Dallasa.
– Nic ci nie jest? – zapytał natychmiast, dopadając do niej tak szybko, że aż się wzdrygnęła, chociaż ze swoimi wyostrzonymi zmysłami nie powinna była mieć najmniejszego nawet problemy z wyczuciem czyjejkolwiek obecności.
Nieznacznie potrząsnęła głową, chociaż wcale nie była tego taka pewna. Dallas spojrzał na nią z powątpiewaniem, najwyraźniej również mając wątpliwości, po czym spróbował wsunąć jej rękę pod plecy. Teoretycznie mogła staną sama, ale nie próbowała się z nim kłócić, dla ułatwienia mu zadania zarzucając mu ramiona na szyję. Podniósł ją z zaskakującą lekkością, zupełnie jakby nic nie ważyła, ustawiając do pionu. Wciąż go obejmując, spróbowała przenieść ciężar ciała na lewą nogę, po czym skrzywiła się, kiedy tępe pulsowanie przybrało na sile.
– Cholera… – wyrwało jej się.
Dallas westchnął, tym bardziej, że to, że właśnie ona mogłaby przeklinać, brzmiało w co najmniej niewłaściwy sposób.
– Świetnie – mruknął z przekąsem. – Dasz radę iść? Dalej nie rozumiem, jak ktoś taki jak ty…
– Ja też nie, ale akurat na geny nie miałam wpływu – zniecierpliwiła się. – Poradzę sobie. Do rana mi przejdzie – stwierdziła, a przynajmniej miała taką nadzieję; zamierzała spróbować wykorzystać moc, wyjątkowo nie mając pod ręką chętnego do pomocy Damiena, który w kilka sekund zaoszczędziłby jej wszelakich niedogodności.
Prawda była taka, że najprostszym i najskuteczniejszym sposobem byłoby to, żeby napiła się ludzkiej krwi, tego jednak nie zamierzała Dallasowi mówić. Na samą myśl o osoce – i to tej konkretnej, należącej do niego – czuła pieczenie w gardle, a to zdecydowanie nie mogło skończyć się dobrze. Zdecydowanie nie zamierzała sprawdzać, jak daleko był w stanie posunąć się ten chłopak, byleby móc ją zadowolić. Już i tak niepotrzebnie pozwoliła mu na to, żeby nakarmił ją po raz pierwszy, chociaż tamta noc…
Tok jej rozmyślań został przerwany w najmniej oczekiwany, gwałtowny sposób. Cisza nocy nagle została przerwana przez powracające, coraz głośniejsze szczekanie – nieprzerwane ujadanie, które sprawiło, że wraz z Dallasem zamarli w bezruchu, nerwowo rozglądając się dookoła. Serce omal nie wyrwało jej się z piersi, kiedy zauważyła dwa, ciemne kształty, które nagle wypadły zza budynku ośrodka, błyskawicznie zmierzając w ich stronę. W mroku trudno było określić to, z jakimi psami mieli do czynienia, ale jedno było oczywiste – żaden z nich nie był pozytywnie nastawiony do intruzów, z kolei ich gabaryty…
To nie były zwykłe, sympatyczne pieski, które niektórzy hodowali w domu, czasami wypuszczając do ogródka, by mogły się wybiegać. Tym razem chodziło o dwie agresywne bestie, które najwyraźniej zamierzały rozszarpać na kawałeczki pierwszą osobę, która znalazłaby się na jej drodze.
Nie potrzebowała naglącego szarpnięcia Dallasa, by zrozumieć, że powinni ruszyć się z miejsca. Chłopak zrobił taki ruch, jakby chciał wziąć ją na ręce, ale stanowczo go przed tym powstrzymała, w zamian samodzielnie pędząc przed siebie. Ból zszedł gdzieś na dalszy plan, wyparty przez buzującą w jej żyłach adrenalinę, dzięki czemu zdołała rozwinąć całkiem pokaźne, choć wciąż ludzkie tempo. Wciąż czuła ból w kostce, zwłaszcza gdy raz po raz przenosiła ciężar na lewą nogę, ten jednak wydawał się przytłumiony, a tym samym znośny w stopniu, który była w stanie zaakceptować. Najważniejsze było dla niej to, że mogła uciekać, tym samym nie ciążąc Dallasowi, który już i tak miał problem z tym, żeby utrzymać odpowiednie, równe tempo.
Nie miała pewności, jakim cudem udało im się w porę dopaść do głównych drzwi. Już nawet nie zastanawiając się nad tym, co robi, otworzyła je za sprawą mocy, po czym prawie natychmiast zatrzasnęła, kiedy wraz ze swoim towarzyszem wpadli do środka. Wciąż słyszała ujadanie psów, jednak nie aż tak wyraźnie jak wcześniej, tym bardziej, że obie bestie pozostały na zewnątrz. Powinna była poczuć ulgę, a jednak czuła się do tego stopnia przerażona, że bez cienia protestu popędziła za Dallasem w stronę schodów, nie zatrzymując się aż do momentu, w którym oboje znaleźli się tuż pod drzwiami jej sypialni.
– Psy… – wykrztusił chłopak. – Spuścili psy.
Wzięła kilka głębszych wdechów, walcząc o możliwość odezwania się. Kiedy w końcu jej się to udało, głos drżał jej tak bardzo, że ledwo była w stanie samą siebie zrozumieć.
– Nie robią tego każdej nocy?
Dallas energicznie potrząsnął głową.
– Do tej pory nawet nie wiedziałem, że w ogóle je mają. Inaczej bym nie ciągał cię po dworze – stwierdził, a przez jego twarz przemknął cień. – W porządku? Mam z tobą zostać czy…?
Propozycja była kusząca, zresztą tak jak i jego krew. Właśnie z tego powodu zmusiła się do tego, żeby odmówić:
– Dam sobie radę – zapewniła cicho. – Dallas…
Nie dał jej skończyć, jak gdyby nigdy nic nachylając się w jej stronę. Zamarła, kiedy musnął wargami jej usta – po raz drugi tego wieczora, chociaż w o wiele krótszy, mniej spektakularny sposób.
– Mam tylko nadzieję, że pod tym względem nic się nie zmieniło – mruknął i jakimś cudem udało mu się uśmiechnąć. – Hm… Dobranoc, Joce.
Nie dodał niczego więcej, ale to wydało jej się zbędne. Jego zachowanie zresztą wydawało się komunikować jedno: to, co trzeba, omówimy przy innej okazji.
Nie miała pewności czy to dobrze, czy źle, ale wszystko wskazywało na to, że do tego wszystkiego byli razem – i to dosłownie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz









After We Fall
stories by Nessa