25.07.2016

Dwieście pięćdziesiąt siedem

Jocelyne
Dallas nie pojawił się do wieczora.
Siedząc w pokoju i usiłując zapomnieć o tym, co miało miejsce w łazience, zdążyła już zwątpić w to, czy chłopak w ogóle zamierzał przyjść. Ciemność na dworze i późna pora sprawiły, że zaczęła czuć się nieswojo, mimowolnie myśląc o tym, że była na dobrej drodze do tego, żeby popaść w paranoję. Bała się, że w którymś momencie znowu dojdzie do niej ten dziwny szept albo – co byłoby gorsze – nagle ktoś się tuż przed nią pojawi… I że to wcale nie będzie Rosa. Chociaż teraz wiedziała, czego powinna się spodziewać, wcale nie czuła się dzięki temu pewniej, tym bardziej, że po mężczyźnie ze szkoły zdawała sobie sprawę z tego, że nie wszystkie duchy musiały być dobre.
Kwestia Jeremiego również nie dawała jej spokoju, tym bardziej, że z niespójnego szeptu na pewno zrozumiała jego imię. To sprawiło, że czuła się jeszcze bardziej nieswojo, wręcz przerażona perspektywą tego, co w każdej chwili mogłoby się stać. Mimowolne pomyślała o zdjęciu z czarną wstążeczka, które widziała w jego pokoju, ale ostatecznie doszła do wniosku, że to nie musiało nic znaczyć. Bardziej przejmowała się tym, że po tym jak Vickie… zniknęła, mogłoby wydarzyć się coś naprawdę przerażającego. Z ośrodkiem cos było nie tak, jednak Jeremi wydawał się najbardziej świadom z nich wszystkich. Być może to oznaczało, że znowu powinna z nim porozmawiać, ale nie miała pewności czy to dobry pomysł. W pierwszym odruchu pomyślała, że mogłaby powiedzieć o tym Dallasowi, ale jego nieobecność sprawiła, że zaczęła w to wątpić.
Ciche pukanie do drzwi, poprzedzające moment, w którym chłopak zdecydował się bez czekania na odpowiedź wparować do jej sypialni, omal nie wytrąciło jej z równowagi. Z wrażenia niemalże potrąciła stojącą na biurku lampkę, przy której siedziała przez cały ten czas, pragnąc znaleźć ukojenie w świetle. Bezwiednie poderwała się na równe nogi i to o wiele szybciej, by mogła sobie pozwolić na to przy zwykłym, nieświadomym człowieku. Zaraz po tym jęknęła, bo gdyby stał przed nią ktokolwiek inny, mogłaby mieć poważne kłopoty.
– O rany… Wciąż nie mogę przyzwyczaić się do tego, że możesz tak robić – stwierdził Dallas, jednak wcale nie brzmiał przy tym na zaniepokojonego. Wręcz przeciwnie – wydawał się być w świetnym nastroju.
– Nie zachodź mnie tak! – warknęła na niego, potrząsając z niedowierzaniem głową. – Dallas, do cholery, wiesz która jest godzina?! Czekałam na ciebie tyle czasu, a ty…
– Martwiłaś się? – przerwał, a ona prychnęła, przez dłuższą chwilę sama niepewna tego czy powinna się śmiać, czy płakać.
Świetnie, więc jednak doskonale bawił się jej kosztem. Mogła założyć się o to, że najchętniej kazałby jej przebiec kilkukrotnie wokół ośrodka, by sprawdzić, jaką prędkość tak naprawdę była w stanie rozwinąć.
Nie odpowiedziała mu, w zamian bez słowa odwracając się do chłopaka plecami. Przez chwilę krążyła nerwowo po pokoju, by ostatecznie opaść na łóżko i ciężko na nie opaść. Nie od razu zdecydowała się na powrót spojrzeć na Dallasa, by przy okazji przekonać się, że cały jego dotychczasowy entuzjazm przygasł, a jego miejsce zajął wyraźny niepokój.
– Hej, co jest, Joce? – zapytał, podchwyciwszy jej spojrzenie. – Dziwnie wyglądasz… Źle się czujesz czy…? – zapytał, jak gdyby nigdy nic unosząc dłoń do gardła.
Spojrzała na niego z niedowierzaniem, przez dłuższą chwilę nie rozumiejąc albo raczej nie chcąc rozumieć tego, co właśnie jej sugerował. Otworzyła usta, co najmniej oszołomiona; coś przewróciło jej się w żołądku, tym bardziej, że nie miała wątpliwości co do tego, że ten kretyn byłby w stanie bez chwili wahania otworzyć sobie dla niej żyły i jeszcze uznać, że to całkiem fajne.
– Żartujesz sobie? – Poderwała się na równe nogi, chociaż wątpiła, żeby to zrobiło na nim wrażenie. Była od niego znacznie niższa, co zresztą niejednokrotnie utrudniało jej bycie stanowczą. – Nie, to nie to. Ja… Na litość bogini – westchnęła, po czym ukryła twarz w dłoniach, wplatając palce w loki.
Nie tyle zauważyła, co wyczuła ruch, kiedy Dallas zdecydował się podejść bliżej. Mimowolnie wzdrygnęła się, kiedy chłopak jak gdyby nigdy nic ujął ją za ramię. Nie objął jej, co przyjęła z ulgą, bo nagle wydało jej się czymś co najmniej niezręcznym, ale nawet pomimo tego była świadoma jego bliskości. Wciąż nie potrafiła stwierdzić czy to dobrze i czuje się przy nim jakkolwiek lepiej, niemniej sam fakt tego, że już nie była sama, wydał jej się… niezwykle kojący.
– Co się stało? – usłyszała i coś w łagodnym brzmieniu jego głosu sprawiło, że jednak odważyła się podjąć decyzję.
Z wolna uniosła głowę, żeby móc spojrzeć mu w twarz. Na dłuższą chwilę zawahała się, zdolna wyłącznie do tego, żeby mu się przyglądać i próbując ocenić, jak dziwne było to, że po raz kolejny znalazł się aż tak blisko. Czuła zapach jego krwi – słodki i trochę dziwny, chociaż do tej pory nie potrafiła określić dlaczego – ten jednak nie działał na nią w takim stopniu, by zaczęła obawiać się o swoją samokontrolę. Była w porządku, chociaż nie mogła zaprzeczyć, że bliskość Dallasa miała w sobie coś, co niezmiennie ją kusiło.
Nie zaprotestował, kiedy ostrożnie cofnęła się o krok, żeby móc wrócić do łóżka. Ostatecznie usiadł tuż obok niej, wyjątkowo cierpliwie jak na niego czekając na to, aż zdoła zebrać myśli i spróbuje powiedzieć cokolwiek sensownego.
– Wydaje mi się, że… coś słyszałam – powiedziała w końcu, a Dallas uniósł brwi, wyraźnie zaskoczony. – Kiedy Shannon farbowała mi włosy… I wcześniej, kiedy znalazłeś mnie na sali gimnastycznej – przyznała.
– Co takiego? – Jego głos w pierwszym odruchu wydał jej się opanowany, ale wyczuła w nim nutkę niepokoju.
Nawet nie zastanawiała się nad odpowiedzią.
– Głosy.
W chwili, w której wypowiedziała to jedno słowo, poczuła się co najmniej dziwnie. Spojrzała na Dallasa, ale po wyrazie jego twarzy trudno było stwierdzić, co takiego czuł albo myślał. Wiedziała jedynie, że sama w którymś momencie zaczęła niekontrolowanie drżeć, ogarnięta niejasnym poczuciem niepokoju. W tamtej chwili poczuła, że jeśli natychmiast czegoś nie zrobi – nie zmieni tematu albo nie wyjdzie – najzwyczajniej w świecie oszaleje, chociaż zarazem zdawała sobie sprawę z tego, że powinna powiedzieć mu wszystko: chociażby o tym, że w jakiś pokrętny sposób musiał mieć z tym związek Jeremi, chociaż nie rozumiała dlaczego…
Nie zrobiła tego. W zamian była w stanie co najwyżej siedzieć i bezmyślne wpatrywać się w przestrzeń. Nie miała nawet pewności, kiedy i dlaczego zdecydowała na to, żeby otoczyć się ramionami w nadziei na to, że dzięki temu poczuje się chociaż odrobinę lepiej albo zapanuje nad gwałtowną utratą ciepła z organizmu.
– Okej. – Dallas przesunął się w taki sposób, by zsunąć się z łóżka i przykucnąć tuż naprzeciwko niej. Nie zaprotestowała, kiedy zdecydowanie chwycił ją za ręce, zamykając obie jej dłonie w mocnym uścisku. – Wszystko jest okej, Joce, naprawdę. Po prostu…
– Jestem nienormalna, tak? – mruknęła, a chłopak skrzywił się, wyraźnie nie podzielając jej toku rozumowania.
– Już ustaliliśmy, że nie – przypomniał, ale to wydało jej się dość marnym pocieszeniem. Nie, nie dało się tak po prostu przejść do porządku dziennego z tym, że mogłaby widzieć i słyszeć rzeczy, których inni nie byli w stanie wychwycić. – Ale w porządku… W porządku, wiem, że się boisz, okej?
Spojrzała na niego z powątpiewaniem, chociaż podświadomie wyczuła, że był z nią szczery. Spróbowała zebrać myśli, by odpowiedzieć cokolwiek sensownego, ale to okazało się trudne, tym bardziej, że Dallas po raz kolejny znalazł się o wiele za blisko, by mogła się poczuć swobodnie. Nawet nie miała pewności, kiedy i dlaczego znalazła się w jego ramionach, a on przygarnął ją do siebie, otaczając ramionami w tak naturalny sposób, jakby robił to przez całe życie. Czuła bijące od jego ciała ciepło i to było dobre, tym bardziej, że w końcu zaczęła się rozluźniać, aż nazbyt świadoma tego, że jest bezpieczna – tak po prostu, właśnie przy tym człowieku, chociaż to wydawało się co najmniej nieprawdopodobne, tym bardziej, że sama była nieśmiertelna. Gdyby w grę wchodziło chronienie siebie nawzajem, nawet ze swoją niemożliwą wręcz koordynacją ruchową miałaby o wiele większe szanse na przeżycie a jednak…
Zadrżała, kiedy ciepłe palce musnęły jej policzek. Dallas zachęcił ją do tego, żeby spojrzała mu w oczy, więc ostatecznie próbowała z nim walczyć, na dłuższą chwilę zamierając, kiedy napotkała parę lśniących, zielonych tęczówek. Było w nich coś hipnotyzującego, co z miejsca sprawiło, że z wrażenia aż zawirowało jej w głowie. Poczuła, że serce zaczyna bić jej szybciej i mocniej, zdradzając silne podekscytowanie, którego nigdy dotąd nie zaznała. Strach zszedł gdzieś na dalszy plan, wyparty przez swego rodzaju podekscytowanie, choć i to mieszało się z narastającym z każdą kolejną sekundą niepokojem. Nie miała pojęcia, gdzie to wszystko prowadziło i czego powinna się po nim spodziewać, ale z drugiej strony… W końcu czego miałaby się bać? To był Dallas, zresztą zdążyła już przekonać się, że może mu ufać – przynajmniej teoretycznie.
Wciąż jej się przypatrując, chłopak bardzo ostrożnie przekrzywił głowę, odsłaniając gardło. W tamtej chwili coś przekręciło jej się w żołądku, tym bardziej, że zdecydowanie nie tego się spodziewała. Czuła, że wszystkie jej mięśnie napinają się, a serce na moment przystaje, by po chwili rozpocząć szaleńczy bieg, który na dłuższą chwilę pozbawił ją tchu. Otworzyła usta, chcąc coś powiedzieć, jednak nie była w stanie wydobyć z siebie chociażby słowa. Sam gest okazał się złym pomysłem, o czym przekonała się, kiedy zauważyła, jak oczy Dallasa rozszerzają się nieznacznie, kiedy źle zinterpretował jej zachowanie. Jakby tego było mało, nie odsunął się, co jedynie w jeszcze większym stopniu wytrąciło Joce z równowagi.
– Słodka bogini… – wyrwało jej się.
Wyrwała się z jego objęć, w zaledwie ułamek sekundy materializując się tuż przy oknie. Chłopak drgnął, dopiero po dłuższej chwili w pełni uprzytomniając sobie, co takiego miało miejsce, choć równie wtedy nie wyglądał na w pełni świadomego tego, co i dlaczego zrobiła. Rzucił jej wyraźnie skonsternowane spojrzenie, po czym zrobił taki ruch, jakby chciał podejść bliżej, ale w ostatniej chwili zdołał się powstrzymać.
– Dlaczego? – zapytał tylko.
Jocelyne spojrzała na niego z niedowierzaniem, powoli zaczynając podejrzewać, że w którymś momencie jednak postradał zmysły. Któreś z nich na pewno.
– Nie mogę i nie zamierzam z ciebie pić! – oznajmiła z przejęciem. Jej głos zabrzmiał w co najmniej piskliwy, nienaturalny sposób. – Uważasz, że to zabawne? Że ja jestem ze stali czy…?
– Joce… – Coś w jego spojrzeniu sprawiło, że jednak zdecydowała się zamilknąć. – Po prostu się martwię, okej? Jesteś tutaj sama, a tamtej nocy… Mnie nic nie jest, a ty możesz tego potrzebować – zauważył przytomnie.
W tamtej chwili zapragnęła porządnie mu przyłożyć albo przynajmniej na niego warknąć. Nie chodziło o to, że mógłby mieć rację, chociaż zarazem zdawała sobie sprawę z tego, że prędzej czy później kwestia pragnienia powróci, nawet pomimo regularnie przyjmowanych posiłków. Inną kwestią było to, że nie wyobrażała sobie wykorzystywania Dallasa, tym bardziej, że… w pewnym sensie zaczynało sprawiać jej to przyjemność.
– Ciekawe, czy powiesz mi to samo, kiedy już cię zabiję – rzuciła gniewnym tonem. – Nie jestem aż taka pewna tego, co robię. Poza tym… według takich jak ja, dobrowolne oddawanie krwi jest… wyjątkowe – dodała po chwili.
– To znaczy? – podchwycił natychmiast chłopak. Poczuła, że się rumieni, chociaż próbowała nad tym zapanować. – Jak bardzo wyjątkowe?
W tamtej chwili ostatecznie pożałowała tego, że poruszyła ten temat.
– Nieważne – rzuciła z naciskiem, mając nadzieję na to, że uda jej się go zniechęcić, jednak nic podobnego nie miało miejsca.
– Dlaczego nie? Hej! Rumienisz się? – zagaił.
W tamtej chwili ostatecznie doszła do wniosku, że za moment trafi ją szlag… Albo cokolwiek innego.
– Naprawdę musimy o tym rozmawiać? – zniecierpliwiła się. – Jeśli po to przyszedłeś, to lepiej już sobie idź. Jakoś nie mam nastroju, jeśli jeszcze tego nie zauważyłeś.
– Rany, jakaś ty wrażliwa… – Dallas urwał, po czym wyrzucił obie ręce ku górze w poddańczym geście. – Okej, nie było tematu. Chociaż sama zaczęłaś… Dobra! Ale jesteś pewna, że dobrze się czujesz? – dodał o wiele łagodniejszym tonem.
Jocelyne się zawahała.
Problem z Dallasem polegał na tym, że czasami sama nie była pewna tego, co takiego powinna o nim myśleć. Potrafił w jednej chwili wytrącić ją z równowagi, a w następnej powiedzieć coś, przez co czuła się co najmniej rozczulona. To było nie do pomyślenia, chociaż być może powinna była przywyknąć do takiego charakteru, skoro regularnie przebywała z kimś takim jak Aldero.
– Ze mną wszystko w porządku – powiedziała w końcu. Nerwowo przeczesała włosy palcami, odgarniając na bok czerwoną grzywkę. – Dziękuję ci bardzo.
Skinął głową i doszła do wniosku, że są na dobrej drodze do tego, żeby się porozumieć, tym bardziej, że przynajmniej już nie próbował otwierać dla niej żył. Przynajmniej na razie.
– W porządku – dał za wygraną. – Jeśli nie chcesz dalej rozmawiać, to… możemy przejść do czegoś przyjemniejszego? Po to tutaj jestem.
– Czegoś przyjemniejszego…?
Całkiem już oszalałam, przeszło jej przez myśl w odpowiedzi na nową dawkę zażenowania. W tamtej chwili podziękowała w duchu za to, że już i tak była zaczerwieniona, bo nie wyobrażała sobie tego, że mogłaby tłumaczyć mu się z własnych idiotycznych myśli.
– Aha. – Dallas uśmiechnął się przymilnie. Nerwowo zmierzwił ciemne włosy, robiąc sobie na głowie jeszcze większy bałagan, po czym wyciągnął rękę w jej stronę. – Pozwolisz? Tym razem nie mam w planach nic głupiego.
Prychnęła, ledwo powstrzymując się przed złośliwą uwagą na temat tego, że wcale nie jest tego taka pewna. Ostatecznie pozwoliła na to, żeby zacisnął palce wokół jej nadgarstka i jak gdyby nigdy nic pociągnął w stronę drzwi.
– Dokąd mnie prowadzisz?
Nawet na nią nie spojrzał.
– Na spacer – odpowiedział takim tonem, jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie. – Zresztą sama zobaczysz… Chodź, nie pożałujesz – zapewnił, ale Joce szczerze w to wątpiła.
Jeśli miała być ze sobą szczera, już zaczynała.

Z powątpiewaniem spojrzała na wysoką, solidną bramę. Zaraz po tym przeniosła wzrok na Dallasa, po cichu licząc na to, że ten nagle roześmieje się i oznajmi, że żartował sobie w niej w wyjątkowo nieprzyjemny, nieprzemyślany sposób. Nic innego nie przychodziło jej do głowy, tym bardziej, że to, co właśnie sugerował jej chłopak, wydawało się… co najmniej szalone.
– No nie patrz tak na mnie. – Wyszczerzył się do niej w uśmiechu, wyraźnie podekscytowany. – Potrzebujesz rozrywki, a tu żadne z nas jej nie uświadczy. Już i tak masz dość stresów jak na ostatnich… kilka miesięcy.
– Raczej lat – poprawiła nerwowym szeptem. – Dallas, do cholery…
Złożył dłonie w kołyskę, po czym spojrzał na nią wyczekująco. Już w chwili, w której wyprowadził ją na zewnątrz, jak gdyby nigdy nic spacerując sobie ciemnymi korytarzami, by później móc zaprowadzić ją na tył ośrodka, wiedziała, że to nie skończy się dobrze. Kiedy na dodatek zaczął sugerować wydostanie się poza dotychczas wyznaczony im teren i wycieczkę do miasta, wtedy naprawdę zaczęła się niepokoić.
– Szybka decyzja, Joce.
Spojrzała na niego z niedowierzaniem, aż nazbyt świadoma tego, że najpewniej nie zamierzał odpuścić. Teoretycznie mogła odwrócić się na pięcie i pójść w swoją stronę, ale nie wyobrażała sobie tego, że tak po prostu mogłaby go zostawić. Cholera, ten kretyn aż prosił się o kłopoty, tym bardziej, że przedstawione na początku Projektu Beta zasady były dość proste.
Nie wolno im było wychodzić. Już nawet nie chodziło o to, że mogliby spacerować w godzinach ciszy nocnej, tym samym ryzykując, że ktoś przyłapie ich na korytarzu. To było do zaakceptowania, tym bardziej, że sama już pokusiła się o nocny spacer do gabinetu Rona. Niemniej coś takiego…
Ależ dlaczego nie, prawda? Przy całym tym szaleństwie to najmniejszy problem, odezwał się cichy głosik w jej głowie i prawie udało jej się histerycznie roześmiać. W końcu już i tak się buntowała, a przynajmniej to mogłaby sugerować decyzja o zafarbowaniu włosów. Poza tym słyszała głosy i podobno była szalona; co jeszcze mogłoby się wydarzyć?
Bez słowa przesunęła się bliżej, po czym – pomimo wątpliwości – ostrożnie skorzystała z nadstawionych rąk Dallasa.
– Świetnie – rzucił z uznaniem, wyraźnie z siebie zadowolony. – Nie przejmuj się prądem. Zająłem się tym.
– Jakim znowu…?
Nie pozwolił jej dokończyć, zdecydowanie wybijając ją ku górze. Chcąc nie chcąc wspięła się na ogrodzenie, chwytając krawędzi i podciągając ku górze, co dzięki wampirzej sile przyszło jej z łatwością. Chciała natychmiast zeskoczyć po drugiej stronie, ale nie zrobiła tego, poniekąd dla lepszej koncentracji przy podejmowaniu kolejnych decyzji. Nie chciała ryzykować, że straci równowagę albo upadnie i się uszkodzi, co przy jej „talencie” wydawało się dość prawdopodobne.
Ostatecznie – ostrożnie balansując na szczycie – spróbowała nachylić się w stronę Dallasa, by pomóc mu wejść. Uniósł brwi, chyba w pierwszym odruchu zamierzając ją wyśmiać, ale ostatecznie chwycił ją za rękę, pozwalając na to, żeby podciągnęła go ku górze. Podejrzewała, że z jego perspektywy sytuacja musiała być dość komiczna, tym bardziej, że właśnie bez większego problemu znosiła ciężar może i szczupłego, ale jedna dorosłego chłopaka. Zważywszy na to, jak drobna się wydawała, sam widok musiał być… interesujący.
Nie zaprotestowała, kiedy Dallas zdecydował się zeskoczyć, zaskakująco wprawnie lądując w kucki po drugiej stronie. Skoczyła za nim, lekko lądując na nogach, chociaż do ostatniej chwili spodziewała się tego, że jednak jakimś cudem zrobi coś nie tak i wszystko popsuje. Zachwiała się, więc jej towarzysz chwycił ją za ramię, po czym zdecydowanym ruchem pomógł utrzymać pion.
– Co…? – Joce zawahała się, po czym spojrzała na niego w przenikliwy, co najmniej oszołomiony sposób. – Co tak naprawdę miałeś na myśli, kiedy powiedziałeś, że mam się nie przejmować prądem? – zaryzykowała, chociaż sama nie była pewna, czy chce poznać odpowiedź na to pytanie.
– Dokładnie to, co usłyszała – wyjaśnił. Zaraz po tym lekko obejrzał się na teren ośrodka i lekko zmarszczył brwi. – Nie wiedziałaś, że jest pod napięciem? Co noc zabezpieczają się tak, jakby zaraz miała wybuchnąć wojna – rzucił z przekąsem, wyraźnie rozbawiony, ale ona poczuła się tak, jakby ktoś z całej siły zdzielił ją czymś ciężkim po głowie.
Ogrodzenie pod napięciem? Może się nie znała, ale nie w taki sposób zwykle wyglądało miejsce, gdzie chciało przebywać się dobrowolnie. Wiedziała, że z Projektem Beta coś zdecydowanie było nie tak, ale dopiero teraz zaczynało to do niej w pełni docierać – i było bardzo, ale to bardzo dziwne…
Najdelikatniej rzecz ujmując.
– Chodźmy stąd – poprosiła, chociaż doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że oboje będą musieli tam wrócić. Nie miała pojęcia, czy Dallas w ogóle przemyślał to, co mogłoby się stać, gdyby ktoś zauważył ich nieobecność, ale o tym akurat starała się nie myśleć.
– Jasne. – Znowu chwycił ją za rękę, by w następnej sekundzie pociągnąć za sobą w las. Rozpoznała drogę, którą jakiś czas temu (dni? tygodnie?) pokonała w aucie Castiela i coś przewróciło jej się w żołądku. Chyba powinna była czuć ulgę, ale z drugiej strony… – Chodź. To nie tak daleko stąd – zapewnił Dallas, ale już właściwie go nie słuchał.
Wiedziała jedynie, że kiedy w końcu zostawili ośrodek za sobą, pierwszy raz od kilku dni poczuła się naprawdę bezpieczna.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa