22.07.2016

Dwieście pięćdziesiąt pięć

Rufus
Powiedzieć, że był po prostu poirytowany, byłoby niedopowiedzeniem. Jeszcze zanim wyszli z domu, wiedział, że coś pójdzie nie tak, teraz z kolei nie miał już najmniejszych wątpliwości. W efekcie sam nie był pewien czy powinien trzymać się na dystans, czy może od razu zainterweniować i najzwyczajniej w świcie kogoś zabić.
Atak Isabeau na Laylę całkiem wytrącił go z równowagi, zwłaszcza w momencie, w którym po raz kolejny doświadczył łączącej ich więzi. Już kiedyś poczuł coś podobnego, gdy podczas walki z Isobel, królowa pokusiła się o to, żeby przebić jego żonę grubym, drewnianym konarem. Z wrażenia aż zatoczył się do tyłu, póki ból nie zniknął, a wampirzyca osunęła się w ramionach siostry. Mniej więcej wtedy oszołomienie zostało wyparte przez narastający z każdą kolejną sekundą gniew, który przysłonił wszystko inne, skutecznie doprowadzając go do ostateczności. Impulsywność nie była dobra, zwłaszcza kiedy w grę wchodziły aż takie skrajne emocje, co zresztą zdążył udowodnić Gabriel, jednak Rufus nawet nie próbował się przed tym bronić. Napiął mięśnie, machinalnie przybierając pozycję obronną i szykując się do tego, żeby przy pierwszej okazji rzucić się na szwagierkę, kiedy…
– Mamo…!
Spodziewał się naprawdę wielu scenariuszy, ale pojawienie się bliźniaków zaskoczyło go w niemniejszym stopniu, co i samą Isabeau. Wampirzyca zamarła w bezruchu, po czym poderwała głowę, wciąż lśniącymi czerwienią oczami spoglądając w kierunku z którego doszły ją głosy. Sam również się obejrzał, a chwila zwłoki pozwoliła mu odzyskać panowanie nad sobą, ale i tak przez moment miał ochotę kimś potrząsnąć, kiedy Aldero i Cameron bez chociażby cienia wahania podeszli bliżej.
– Co wy tutaj…? – zaczął zniecierpliwionym tonem, ale wampiry nie wydawały się zainteresowane tym, żeby słuchać jakichkolwiek wymówek.
– Mogliście sami nam powiedzieć – rzucił jedynie zniecierpliwionym tonem Al. – Po pięć lat, to mieliśmy jakiś wiek temu, wujku – dodał i zabrzmiał na co najmniej urażonego. Sam fakt tego, że ten chłopak mógł wziąć cokolwiek na poważnie, wydało się Rufusowi dość zastanawiające.
Cammy się nie odezwał, bardziej skoncentrowany na matce, chociaż naukowiec szczerze wątpił w to, by po tym, jak wampirzyca potraktowała swoje rodzeństwo, widok synów zrobił na niej jakieś szczególne wrażenie. Z drugiej strony, kapłanka nawet nie drgnęła, wciąż tkwiąc w tym samym miejscu i niespokojnie wodząc wzrokiem to w stronę jednego z bliźniaków, to znów drugiego. Ostatecznie wbiła wzrok w Camerona, bo to ten znajdował się bliżej, a jej mięśnie napięły się, ostatecznie jednak nie zdecydowała się na atak. W zamian z wolna cofnęła się o krok, odsuwając od Layli i wydając wahać się pomiędzy ucieczką, a tym, żeby jednak zostać.
– Nie powinniście… – powiedziała cicho, jednak prawie natychmiast urwała, najwyraźniej nie zamierzając skończyć myśli.
Aldero uniósł brwi, po czym w ułamku sekundy zmaterializował się u boku brata.
– Czego? – zapytał, a jego głos zabrzmiał wyjątkowo łagodnie. – Mamo, bez żartów. Ty nie…
– Widzieć mnie taką – przerwała mu, być może nawet nieświadoma tego, że cokolwiek do niej mówił. – A przynajmniej chyba nie powinnam tego chcieć – dodała, a przez jej twarz przemknął ledwie zauważalny cień.
Bliźniacy popatrzyli po sobie, co najmniej skonsternowani; Rufus nie miał pewności, ale w przypadku tych dwóch aż nazbyt oczywiste byłoby to, że potrafili komunikować się ze sobą w ten szczególny, niewerbalny sposób. Obaj milczeli, przynajmniej początkowo, być może gorączkowo szukając jakiegoś sposobu na to, żeby porozmawiać i jakoś przemówić wampirzycy do rozsądku. Prawda była taka, że jeszcze w domu najzwyczajniej w świecie by ich wyśmiał, aż nazbyt świadom tego, co najpewniej działo się z Isabeau od chwili załamania, ale obserwując ją w tamtej chwili, zaczynał zmieniać zdanie. Zakładali, że kapłanka ostatecznie odrzuciła tę ludzką cząstkę siebie, ale… być może to nie było tak. Zarzekała się, że nie ma niczego, co mogłaby dać jej powód do tego, żeby trzymać się jakiejś cząstki człowieczeństwa, ale to było kłamstwo; miała dzieci, więc nagle bardziej prawdopodobne wydało się to, że po prostu odsunęła od siebie emocje – zepchnęła je gdzieś głęboko, ale… wciąż musiały gdzieś tam być.
Hm, gdyby akurat królowa nie była na dobrej drodze do tego, żeby spróbować ich wszystkim pozabijać, to mogłoby być całkiem interesujące.
Spojrzał na bliźniaków, w tamtej chwili wyjątkowo żałując, że żaden z nich nie siedział mu w głowie. Nie wierzył, że to właśnie on miałby ich upominać w kwestii delikatności, ale być może gdyby odpowiednio się do tego zabrali… Nie miał ochoty czekać na to, żeby ostatecznie musieć ratować wszystkich, Beau zresztą mógł porządnie przyłożyć dużo później, kiedy w pełni już do niej dotrze, dlaczego atakowanie jego żony był tak złym pomysłem.
Z tym, że gdyby ta dwójka przemieniła się nagle w mistrzów taktu, skoro on sam wielokrotnie tego nie potrafił, to byłoby zbyt proste. Jeszcze po Cammy’m był skłonny zacząć się tego spodziewać, jednak jego brat zbyt wiele razy działał w bezmyślny, zwykle prowadzący do katastrofy sposób, by Rufus tak po prostu uwierzył w cuda. Tak było i tym razem, a zachęcony przez brak reakcji ze strony matki chłopak, zdecydował się na to, żeby wyminąć brata i podejść jeszcze bliżej – i to zaskakująco pewnym krokiem. Coś w wyrazie twarzy wampirzycy się zmieniło, a ona sama warknęła cicho, co pewnie miało być formą ostrzeżenia, to jednak nie zrobiło na jej synu najmniejszego nawet wrażenia.
– To jego wina, prawda? – Aldero wywrócił oczami. – Dlaczego mielibyśmy cię teraz nie oglądać, mamo? Jakbym mógł, tobym go zabił, ale tego byś nie chciała… I nie, cholera, nie rozumiem, ale to teraz nie ma znaczenia. Przecież to nie oznacza, że nagle stałaś się słaba – zauważył, a Isabeau prychnęła.
– A co twoim zdaniem oznacza? – rzuciła z goryczą, jednak jej spojrzenie złagodniało; wpatrywała się w synów i choć jej oczy lśniły znajomą czerwienią, dało się dostrzec przebłyski naturalnego dla niej błękitu.
– On ma rację – wtrącił Cammy, przesuwając bliżej brata i matki. – Nas zawsze uczyłaś czegoś innego… I to bardzo długo, kiedy byliśmy sami, a jego – dodał z naciskiem – przy nas nie było. Nie potrzebowałaś pomocy, żeby bronić siebie i nas.
Przez twarz Isabeau przemknął cień.
– Dalej nie potrzebuję! – warknęła, a czerwień jej oczu przybrała na intensywności.
Cameron pośpiesznie się wycofał, nie chcąc jej prowokować.
– To mamy na myśli – sprostował pośpiesznie Aldero, decydując się zastąpić brata. – To z tobą cały czas byliśmy… I nie było silniejszej, bardziej niezależnej osoby. Dlaczego przez zdradzieckiego dupka i przypadkową sukę cokolwiek miałoby ulec zmianie?
Ten z synów Isabeau czasami bywał bezpośredni i – w przeciwieństwie do brata – często nie zastanawiał się nad odpowiednim doborem słów, ale coś w sposobie, w jaki wypowiadał się o Dimitrze, wydało się Rufusowi co najmniej nietypowe. To było czyste rozżalenie, jakby chłopak już od dłuższego czasu tylko czekał na okazję po temu, żeby móc wyrzucić z siebie wszystko, co o całej sprawie myślał. Był zdenerwowany, być może w niemniejszym stopniu, co jego matka, choć w przypadku Isabeau lepszym określeniem wydawało się to, że była raczej zagubiona – w całej tej sytuacji, zasłyszanych słowach, ale i emocjach, które tak nagle stały się dla niej obce.
No cóż, jakkolwiek by nie było, Aldero i Cameron wydawali się być na dobrej drodze, by przy odrobinie szczęścia przynajmniej dać matce do myślenia. Rufus nie miał pojęcia, czy to wystarczyło, żeby jakkolwiek na wampirzycę wpłynąć, ale na pewno było lepsze od prowokowania jej do tego, żeby rzuciła się do ataku. Sam wciąż miał ochotę albo się na nią rzucić, albo spróbować dostać się do nieprzytomnej, tymczasowo unieruchomionej Layli, ale zmusił się do pozostania w bezruchu. Spokój Isabeau był kruchy, więc z łatwością mogli wrócić do sytuacji, w której wampirzyca przejawiała mordercze skłonności, więc teoretycznie…
Problem polegał na tym, że Gabriel nie zamierzał się powstrzymywać – i to nie po raz pierwszy.
Rufus właściwie zdążył o nim zapomnieć, więc nawet nie miał pewności, czy swoim atakiem siostra jedynie go oszołomiła, czy może na dłuższą chwilę pozbawiła przytomności. Nie zmieniało to jednak faktu, że w którymś momencie udało mu się podnieść i – wcześniej zmaterializowawszy się tuż za plecami wampirzycy – bez chwili wahania spróbował zaatakować ją od tyłu. Oboje wylądowali na ziemi – on na niej – pomimo protestów, powarkiwań i całej wiązanki przekleństw przynajmniej próbując zapanować nad rozszalałą, bliską kolejnego wybuchu siostrą. W którymś momencie zdołała nawet oswobodzić rękę i bezceremonialnie przyłożyć mu zwiniętą w pięścią dłonią, i to na tyle mocno, by rozległo satysfakcjonujące chrupnięcie złamanego nosa i znowu pojawiła się krew. (Nie, obserwowanie jak kapłanka znęca się nad bratem wcale nie było dla niego satysfakcjonujące. Ani odrobinkę… Albo jednak tak).
Ledwo powstrzymał się od przekleństwa, tym bardziej, że rozmowa z bliźniakami wydawała się mieć większy potencjał niż bezsensowna walka. Przez ułamek sekundy wahał się nad tym, czy jednak nie powinien zainterweniować, ale w ostatniej chwili zdecydował się skoncentrować na Layli. Skorzystał z okazji, by dopaść do dziewczyny i spróbować odsunąć ją na tyle daleko, by bez przeszkód móc skoncentrować się na niej i jej stanie. Wciąż gotowało się w nim na samą myśl o tym, że ktokolwiek mógłby wampirzycę skrzywdzić, gotowy zemścić się nawet na jej siostrze, ale zmusił się do tego, żeby odrzucić od siebie niechciane myśli, tym bardziej, że nie było na to czasu. W zamian w pełni skupił się na Lay, ostrożnie układając ją w swoich ramionach w taki sposób, by mieć odpowiednie pole manewru przy wyciąganiu kołka. W duchu dziękować opatrzności za to, że kapłance nie przyszło do głowy, by zaopatrzyć się takie z posrebrzanymi końcówkami, bo wtedy nikt ani nic nie uratowałoby jej przed jego gniewem.
Zawahał się, po czym zerknął w stronę walczących, choć to nie oni byli jego celem. Ostatecznie udało mu się podchwycić spojrzenie Camerona, więc niecierpliwie machnął ręką, dając chłopakowi do zrozumienia, żeby podszedł bliżej.
– Pomożesz mi – rzucił jedynie, nawet nie biorąc pod uwagę tego, że chłopak mógłby protestować.
Cammy podszedł bliżej, bynajmniej nie sprawiając wrażenie szczególnie pewnego albo usatysfakcjonowanego sytuacją. Rufus i tak wolał do pomocy jego, niż próbę porozumienia się z Aldero, tym bardziej, że już i tak nie miał cierpliwości do tego, żeby użerać się z kimkolwiek. Chciał działać jak najszybciej, chociaż w przypadku Layli, kiedy dodatkowo oboje byli połączeni więzią, sprawy wcale nie musiało być takie proste.
– Co jest? – zapytał z powątpiewaniem Cameron.
Rufus w ostatniej chwili powstrzymał się od zauważenia, że przecież miał oczy i chyba doskonale widział, w czym leżał problem.
– Bądź taki dobry i ją dla mnie przytrzymaj. Nie byłoby dobrze, jakby w panice spróbowała nas wszystkich spalić – rzucił z przesadnym wręcz, nieodczuwanym w rzeczywistości spokojem.
Wampir otworzył i prawie natychmiast zamknął usta, ostatecznie powstrzymując się przed jakimkolwiek komentarzem. Nawet jeśli miał jakieś obiekcje albo obawy, zostawił je dla siebie, chcąc nie chcąc kucając przy ciotce. Nie wydawał się zachwycony, poza tym raz po raz obracał się nerwowo przez ramię, by spojrzeć w stronę matki, bliźniaka i Gabriela. Naukowiec zdecydował się ich zignorować, po cichu licząc na to, że jeśli planowali się pozabijać, to przypadkiem nie uwzględniali jego osoby w swoich zamierzeniach. Dla niego liczyła się wyłącznie Layla, choć naturalnie zdawał sobie sprawę z tego, że skoro w grę nie wchodziło srebro, kawałek drewna nie miał być w stanie jej zabić.
Nie odezwał się więcej nawet słowem, tym bardziej, że Cammy najwyraźniej nie potrzebował żadnych wskazówek, jeśli chodziło o zajęcie się nieprzytomną wampirzycą. Przez jego skupienie Rufus zaczął się zastanawiać nad tym, czy chłopak przypadkiem nie używał mocy, by w razie potrzeby móc się bronić, ale to wydało mu się najmniej istotne. Nie zastanawiając się dłużej, zacisnął palce wokół wystającego z pleców dziewczyny kołka i – obojętny na to, że w naturalny sposób oboje poczuli równe intensywny ból – zdecydowanym ruchem wyszarpnął go, korzystając z tego, że Isabeau wzbiła go na tyle głęboko, by sięgnąć serca i przy tym nie przeszyć siostry na wylot. Zdecydowanie chciała ją tylko unieruchomić, chociaż to w najmniejszym nawet stopniu nie sprawiało, że czuł się z tego powodu jakkolwiek mniej poirytowany.
Reakcja była natychmiastowa – Layla jęknęła, po czym w pośpiechu spróbowała się podnieść, być może obawiając się tego, że wciąż jest zagrożona. Cammy odsunął się w popłochu, dosłownie jak poparzony, co zresztą nie wydało się Rufusowi niczym dziwnym, skoro z miejsca wyczuł wysoką temperaturę dziewczyny. Mimo obaw chwycił żonę za ramiona, obojętny na obecność rozświetlających jej skórę płomieni, po czym zdecydowanym ruchem przyciągnął ją do siebie.
– W porządku… Layla! – rzucił zniecierpliwionym tonem, a ona wzdrygnęła się i spojrzała w jego stronę, momentalnie odzyskując panowanie nad sobą.
– O bogini… – wyrwało jej się. Głos lekko jej zadrżał, zdradzając odczuwane w tamtej chwili lęk oraz słabość. – O bogini, o… Co ja…?
Mamrotała coś jeszcze bez ładu i składu, aż w końcu zdecydował się jej przerwać. Chciał coś powiedzieć albo od razu zmusić ją do tego, by się z niego napiła, ale nie miał po temu okazji, bo dziewczyna nagle poderwała się na równe nogi, wcześniej bezceremonialnie wyrywając się z jego objęć. Natychmiast ruszył za nią, przy okazji orientując się, że Gabriel i Isabeau zdążyli zapędzić się w walce, już przynajmniej nie ograniczając się do biernego turlania po ziemi. Chłopak był wściekły, poza tym wciąż krwawił – i to zarówno z rozerwanego gardła, jak i złamanego nosa – to jednak nie powstrzymało go przed wykorzystaniem mocy. W chwili, w której zauważył bliźniaczkę, coś najwyraźniej doprowadziło go do ostateczności, bo zdecydował się doprowadzić sprawy do końca. Layla musiała to wyczuć, bo jakimś cudem zdołała przyśpieszyć, a Rufusowi przez myśl przeszło, że ta desperatka byłaby zdolna do tego, żeby wskoczyć w sam środek walki, gdyby tylko jej na to pozwolić.
No cóż, Gabriel nie pozwolił.
Zaatakował nagle, niemniej gwałtownie, co i za pierwszym razem Isabeau. Gwałtowne uderzenie mocy omal nie ścięło ich wszystkich z nóg, chociaż pełnia ataku została wymierzona w kapłankę, statecznie sięgając celu. Sposób w jaki dziewczyna została odrzucona do tyłu, by po chwili z impetem uderzyć plecami w ścianę najbliższego budynku, mógłby być zabójczy, gdyby w grę chodził zwykły człowiek. Powietrze jak na zawołanie wypełniło się pyłem i odłamkami tynku, a kiedy emocje i kurz opadły, wszyscy mogli się przekonać, że oszołomiona Isabeau ostatecznie znieruchomiała, bezwładnie lądując na ziemi. Na powrót zapadła cisza, przerywana przez odgłosy ulicy i miasta, a także wyjątkowo szybki oddech wciąż wzburzonego Gabriela.
Chłopak wypuścił powietrze ze świstem, po czym wyprostował się, chociaż przyszło mu to z wyraźnym trudem. Zawsze był blady, ale w tamtej chwili wyglądał w ten szczególny, niepokojący sposób, który upodabniał go do upiora, a który Rufus już miał okazję kilka razy zaobserwować. Wiedział, że ten z Licavoli miał jakiś dziwny problem z wykorzystywaniem mocy, tracąc jej o wiele więcej niż powinien, co w przypadku telepatów mogło być niebezpieczne. W tamtej chwili po raz kolejny musiał znaleźć się gdzieś na granicy, pomimo spokoju chwiejąc się lekko na nogach i mając wyraźny problem z utrzymaniem równowagi.
– Gabrielu!
Layla popędziła w stronę brata, bynajmniej nie zachowując się jak ktoś, kto chwilę wcześniej został przebity kołkiem. Doskoczyła do chłopaka, natychmiast przywierając do jego boku – pozornie po to, żeby się przytulić, ale prawda była taka, że próbowała go podtrzymać.
– Wszystko gra, sis – mruknął, obrzuciwszy twarz dziewczyny przenikliwym spojrzeniem. Chwycił ją za dłoń, po czym jak gdyby nigdy nic uniósł ją, by móc musnąć wargami jej wierzch. – A czy ty…?
– Czy mnie nic nie jest? – Layla potrząsnęła z niedowierzaniem głową. – Bez żartów! A ty? Za dużo – nie tyle zapytała, co stwierdziła fakt.
Gabriel uśmiechnął się w pozbawiony wesołości sposób.
– Nie bardziej niż zwykle – powiedział ze spokojem, po czym zdecydowanym ruchem odsunął od siebie siostrę. Nerwowo przeczesał palcami ciemne włosy, po czym niecierpliwym ruchem otarł twarz; pomiędzy jego brwiami pojawiła się pionowa zmarszczka, kiedy zauważył odcinające się na tle jego bladej skóry krwiste smugi. – Zawsze mówiła, że raz na jakiś czas musi mi złamać nos… Tak dla zasady.
– Przestań! – jęknęła Layla, bynajmniej nie podzielając entuzjazmu bliźniaka. – Co wyście narobili? I co z Isabeau, na litość bogini?
Chłopak wyprostował się, po czym spojrzał w stronę młodszej z sióstr. Nie poruszyła się, chociaż minęło dość czasu, że gdyby to miała być próba zyskania na czasie, zdążyłaby ze spokojem poderwać się na nogi i uciec. To chyba znaczyło mniej więcej tyle, że przez jakiś czas mieli z nią spokój, ale wciąż nie wyjaśniało najważniejszego…
– Wszystko pięknie, ale… – wtrącił jakby od niechcenia, tym samym skutecznie zwracając na siebie uwagę całej grupy. – Skoro już jesteśmy przy temacie, to co teraz?
– Pytasz, chociaż mam wrażenie, że jak nigdy myślimy dokładnie o tym samym – stwierdził niechętnie Gabriel, a Rufus prychnął.
– Dużą macie tę piwnicę?
Layla jęknęła, po czym zrobiła taki ruch, jakby zamierzała któremukolwiek z nich przyłożyć. Wyraz jej twarzy zmienił się diametralnie, w miarę jak zaczęła rozumieć, co takiego właśnie przy niej rozważali. Gdyby wzrok zabijał, mogliby mieć problem, choć dziewczyna nadal miała dość możliwości, by w razie potrzeby mocno uprzykrzyć im życie – od możliwych do wezwania płomieni zaczynając.
– O czym wy właściwie…? – zaczęła, jednak brat nie pozwolił jej dokończyć:
– Przecież nie puszczę jej tak po prostu do miasta! – obruszył się, po czym wydał z siebie przeciągłe westchnienie. – Nie wiem jeszcze, jak to zrobimy, ale sama widziałaś, że Isabeau zrobiła się niebezpieczna.
– I dlatego zamierzamy trzymać ją pod kluczem, tak? – obruszyła się Layla.
Jeszcze kiedy mówiła, założyła ramiona na piersiach, chyba sama niepewna tego, co i dlaczego zrobić z rękami. Była niespokojna – najdelikatniej rzecz ujmując – ale mimo wszystko nie próbowała protestować. Rufus miał przynajmniej nadzieję, że to nie skończy się tak, że przy pierwszej okazji pokłócą się o coś na co żadne z nich nie miało wpływu.
– Jak masz lepsze propozycje, daj znać – zaproponował ze spokojem, aż nazbyt świadom tego, że najpewniej nie doczeka się odpowiedzi. – A tak swój drogą… to dostrzegam w tej sytuacji kilka plusów – dodał po chwili.
Tym razem to Gabriel spojrzał na niego z powątpiewaniem.
– Och, na pewno – zadrwił, ale Rufus puścił jego uwagę mimo uszu, ze spokojem decydując się mówić dalej.
– Nie wiem, czy to zauważyłeś, skoro przy pierwszej okazji skoncentrowałeś się na możliwości ustawienia kapłanki do pionu – odezwał się ze spokojem – ale Isabeau się zawahała… Nie przy tobie czy Layli, ale jednak się zawahała – powtórzył z naciskiem, wymownie spoglądając to na jedno, to znów na drugie.
Wyczuł ruch za plecami, kiedy Aldero zdecydował się do nich dołączyć. Cammy zniknął, a kiedy wampir niecierpliwie obejrzał się przez ramię, zauważył, że chłopak zdecydował się podejść do matki.
– Przy nas, tak? – odezwał się Al. Kiedy nie zachowywał się jak błazen, brzmiał zaskakująco wręcz… poważnie. – Nie zaatakowała żadnego z nas.
– Tak. – Rufus wzruszył ramionami. – Tak sobie tylko gdybam, ale nie w ten sposób zachowują się wampiry, które całkiem odrzuciły człowieczeństwo.
– Chcesz powiedzieć… – Layla spojrzała na niego z błyskiem w jasnych oczach, pierwszy raz w ciągu ostatnich dni pozwalając sobie na odrobinę nadziei.
Nie potwierdził tego wprost, ale jedna kwestia wydała mu się aż nazbyt oczywista.
– Nie mam pojęcia, ale… skoro się zawahała, coś musi w tym być. Może po prostu chwilowo wyrzekła się tego, co w niej dobre, ale skoro tak, to właściwie pytanie brzmi: jak teraz zmusić ją, by to odzyskała?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz




After We Fall
stories by Nessa